poniedziałek, 21 grudnia 2015

Przyjdzie zły Mikołaj i wszystkich zje!

Cóż, zbliżają się Święta i nie da się tego ukryć. Niby atmosfera, niby prezenty i zakupy, ale jednak czegoś brakuje. Śniegu? Spokoju? Czasu? Wydaje mi się, że to raczej coś innego.

Boże Narodzenie kojarzy mi się z czasami, gdy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że prezenty przynosi Mikołaj i nie interesowało mnie nic innego jak szybkie pochłonięcie pięciu pierogów i nurkowanie pod choinkę. Doskonale pamiętam jak jechaliśmy do babci (o ironio, kilka ulic dalej niż obecnie przebywam w tygodniu) naszym samochodem, którego zresztą też już nie ma i czekało się jak na jakiś największe spełnienie marzeń. Rodzinna atmosfera, specyficzny zapach świąt i lepienie pierogów. Z tego wszystkiego zostało tylko to ostatnie... W Mikołaja już dawno nie wierzę, świąteczną atmosferą rzygam już w połowie listopada, a czas, który powinien służyć odpowiednim przygotowaniom, ucieka nie wiadomo gdzie.

Tydzień temu w sobotę byłam w kinie na Krampusie. Z zasady nie chodzę na horrory, bo nie lubię się bać w kinie. Na film idę, żeby się wyluzować albo pogapić na aktorów. Ale na ten film trafiłam z tej okazji, że byłam u My Darling na weekend i stwierdziła, że obecnie w kinie leci chłam, a to jako jedyne nadaje się do obejrzenia. Trochę nie uśmiechało mi się ruszyć na takie coś, ale co zrobić?

Ku mojemu zdziwieniu to było bardziej zabawne niż straszne. Przestraszyłam się w sumie dwa razy, a w kulminacyjnym momencie, gdzie powinnam siedzieć pod fotelem ze strachu, ryłam się najgłośniej na całej sali i tylko modliłam się, żeby nie dostać czkawki, bo nie mogłam złapać oddechu z rozbawienia. Chociaż przez pewną scenę, gdy tylko widzę piernikowe ciastka-ludziki to dostaję schizy i biorę nogi za pas. Niestety to się nazywa zryty baniak.

Ale, ale, kim jest Krampus? Krampus to zły duch Świętego Mikołaja. Wierzy się w niego w tradycji niemiecko-austryjackiej i straszy się nim dzieci, W Polsce jeśli potomstwo bądź wszelkie dziecięcia są niegrzeczne to albo nie dostają prezentów albo są uraczone rózgą. U naszych zachodnich sąsiadów wpaja się dzieciom, że jeśli będą niegrzeczne to przyjdzie po nie Krampus i je zabierze. Kojarzy mi się to z moją koleżanką z dzieciństwa i tym jak mama straszyła ją, że jak nie będzie się jej słuchała to przyjdzie po nią dziad i ją ukradnie. Czyżby to miało jakiś związek?

Do tego Krampus był kimś w rodzaju strażnika świąt. Jeśli jakaś rodzina zapominała co to magia świąt i co w tym czasie jest najważniejsze to ją odwiedzał i nie była to przyjemna wizyta. Takiego spotkania doczekali się bohaterowie filmu. Film polecam, jeżeli komuś się nudzi i chce się trochę pośmiać w małym napięciu.

Za to od tygodnia zaczynam się zastanawiać czy taki Krampus nie istnieje naprawdę. W tym roku dzieje się ze mną coś dziwnego. Wszyscy czekają na te Święta jak na zbawienie, ciągle powtarzają, że chcą już jechać do domu, do rodziców. A ja co? Najbardziej mam ochotę wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie i całe to świąteczne szaleństwo mnie ominie. Powinnam się cieszyć, że nadszedł taki wyjątkowy czas, że rodzina, że prezenty, że to wszystko. Ale ja po prostu jestem z boku. Jakby to mnie nie dotyczyło. Może jest to spowodowane tym, że praktycznie przez Święta będę sama (no, pomijając Wigilię). A to przecież żadna radość być samym w ten czas. Co z tego, że lodówka będzie pełna, jak w domu nie będziemy mieli choinki, a moi rodzice będą 200 kilometrów ode mnie. Równie dobrze mogłabym nie wracać do domu na Święta, co było jedną z pierwszych moich myśli.

Skoro już tak będzie jak będzie to postanowiłam, że przez te dwa dni nie będę wykazywać żadnej aktywności z wyjątkiem zbudowania sobie fortecy na łóżku, zgarnięciu sałatki jarzynowej i łososia z lodówki i zanurzeniu się w jakiś dobrych filmach. Bo co innego mam robić? Udawać, że jest fajnie i całkowicie mi to odpowiada? Gówno prawda.

Dlatego, gdy z roku na rok zbliżają się Święta, ja mam ochotę znowu być tą małą dziewczynką, która pod choinką znalazła Teletubisia i wiadro klocków LEGO, które wtedy były szczytem moich marzeń. A teraz, nawet siedząc i pisząc ten wpis, obok mnie leżą moje prezenty, które sama sobie kupiłam i na które 24 grudnia będę musiała zareagować totalnym zaskoczeniem, bo przecież wolą dać mi kasę niż kupić coś co mi się nie spodoba. Tylko, że jeszcze parę lat temu to nie było problemem, bo ja naprawdę potrafię się cieszyć ze wszystkiego. Nawet jeśli miałby to być sweter z reniferem i para skarpet.


P.S. Planuję zrobić do Bożego Narodzenia jeszcze jeden wpis, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Tak czy inaczej już teraz życzę Wam wszystkim wesołych, zdrowych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia! :) Na pewno życzenia pojawią się jeszcze na fanpage'u na Facebooku, ale człowiek przezorny to zawsze ubezpieczony czy jakoś tak.

wtorek, 1 grudnia 2015

Two be(ers) or not to be(ers), czyli krew, pot i dużo łez...

Wczoraj miałam niesamowitą przyjemność zobaczyć transmisję National Theatre Live i spektakl "Hamlet". Nie powiem, oczekiwałam na ten dzień odkąd tylko pojawiła się informacja, że można już rezerwować bilety, ale im bliżej godziny zero, tym bardziej uchodziło ze mnie ciśnienie. A już w ogóle zwątpiłam w całe przedsięwzięcie, gdy dowiedziałam się, że spektakl potrwa cztery godziny (przedwczoraj informacja została zweryfikowana, że to jednak będzie 210 minut) i po prostu zasnę tam z nudów. Otóż... BŁĄD!

Po wejściu do kina poczułam jakąś dziwną fangirlową moc i zdałam sobie sprawę, że ja tu przecież nie jestem za karę tylko z miłości. Tytułowego Hamleta gra Benedict Cumberbatch i jakże by mogło to być torturą? Mimo iż kino było puste (w porównaniu ze Środami z Orange, oczywiście) to wszędzie widziałam tych oczekujących w napięciu ludzi. Na salę zaczęli wpuszczać na pięć minut przed rozpoczęciem transmisji. Gdy tłum zaczął zajmować miejsca, na naszych fotelach zauważyliśmy dwie kartki: ankietę dotyczącą naszych wrażeń odnośnie spektaklu i kupon konkursowy Fiata 500. Takie tam, lokowanie produktu. Przeurocza pani udzieliła nam kilku wskazówek dotyczących trwania pokazu i przerwy jaka miała się dobyć, a także co należy zrobić z ankietami. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca zabawa się zaczęła.

Zanim dostaliśmy to po co przyszliśmy, mieliśmy okazję obejrzeć krótki wywiad z Benedictem Cumberbatchem oraz jego wizytę w jednej ze szkół, w których grupa teatralna przedstawiła własną interpretację sztuki. Niestety jestem tak bardzo spaczoną fangirl, że wiedziałam o czym Ben będzie mówił w wywiadzie, bo widziałam gify na Tumblrze. Tak to jest jak połowa blogów, które obserwujesz dotyczą właśnie Cumberbatcha.

Po takim krótkim wprowadzeniu otrzymaliśmy piękny pokaz, który wywoływał wszelkie możliwe emocje. Cumberbatchowi można zarzucić brak urody (przynajmniej tej szytej pod kanon typowego piękna), ale nie beztalencie. Aktorem jest obłędnym i sposób w jaki potrafi żonglować emocjami jest niesamowity. W jednej chwili potrafi wylewać morze łez, by za chwilę robić z siebie błazna i zachowywać się jak pięcioletnie dziecko. Komizm i dramatyzm przeplatają się w takim tempie, że nie można się choć przez chwilę nudzić. Do tego kto by się spodziewał, że Hamlet może biegać po scenie w jeansach, adidasach i koszulce z Davidem Bowiem? Otóż tak, to się właśnie wydarzyło. Ubiorem, wyglądem i zachowaniem główny bohater przypominał typowego 17-latka, który żyje w bogactwie, tylko trochę jest nieszczęśliwy. No dobra, trochę bardzo. A na dokładkę ma kumpla hipstera, który jest cały wytatuowany i chodzi w koszulach w kratę. W jednej ze scen, gdy grabarz kopał dół, a Hamlet i Horatio mu się przyglądają, panowie wyglądają jakby wybrali się na nocne zwiady dzielni. Jeszcze Ofelia ubiorem zahaczała o współczesność. Nosiła duży, rozciągnięty sweter albo piękną czarną suknię. Miało się wrażenie, że młodzi bohaterowie sztuki są nawiązaniem do współczesności. Z kolei "starszyzna" była odziana klasycznie, epokowo. Do tego pojawiały się rekwizyty naszych czasów. Ofelia biegała z aparatem i robiła zdjęcia, grabarz miał radio i termos.

O ciarki na całym ciele przyprawiała scenografia i muzyka. Każdy element dekoracji był bardzo realistyczny, co sprawiało, że widz czuł się jakby był w jakimś prawdziwym zamku i przyglądał się wszystkiemu z boku. Pięknym momentem był fragment, który kończył część pierwszą spektaklu. Na całej scenie panowała ciemność, a tylko z bocznych drzwi wydobywały się błyski i grzmoty jakby za rogiem czaiła się burza.

Moim wyznacznikiem znudzenia w kinie/teatrze jest częstotliwość spoglądania na zegarek. Podczas spektaklu zrobiłam to tylko dwa razy. Pierwszy taki incydent miał miejsce na czterdzieści minut przed przerwą i to tylko dlatego, że moje pośladki zaczęły drętwieć. Drugi raz stało się tak na dziesięć minut przed przerwą i gdy spojrzałam na zegarek to byłam w szoku, że już jest tak późna pora i że ten czas tak szybko zleciał.

Jak wszyscy wiedzą (albo i nie, ale spoilera nie zrobię, bo książka istnieje już parę lat) prawie wszyscy bohaterowie na końcu sztuki umierają i leżą na scenie. Zabawną sytuacją było jak Cumberbatch padł martwy, ale tak ciężko oddychał ze zmęczenia (w wywiadzie powiedział, że jest ciągle głodny i bez życia), że jego całe ciało się ruszało. Czyli był martwy, ale jednak nie. Oczywiście, to tylko taka zabawna dygresja z mojej strony i wybaczam mu wszystko, bo to naprawdę był kawał dobrej roboty. Widać było, że przygotowania zabrały mu dużo czasu i pochłonęły wiele energii, bo zrobił się taki chudy, że mocniejszy powiew wiatru mógłby go zdmuchnąć ze sceny.

Oczywiście moje czujne fangirlowskie oko nie odpoczywało ani trochę i w jednej ze scen z Hamleta wychodził tak bardzo Sherlock. Tutaj znowu żartuję, ale tempo wymawianych słów w jednej z rozmów/monologu (w sumie ciężko określić) było tak zawrotne jak podczas wywodów myślowych u Sherlocka, w którego Cumberbatch się wciela.

Jeśli ktoś by był zainteresowany udaniem się na spektakl to gorąco polecam. I nie ważne czy jest się fanem Cumberbatcha, londyńskiego teatru, Szekspira czy genialnych przedstawień, pod każdym względem warto. Tym bardziej, że cena biletu do Multikina to 30 zł (jak na trzy i pół godzinny spektakl to chyba nie tak dużo), a gdyby przyszło nam iść do teatru w Londynie to w Funtach by się człowiek nie wypłacił. Wiadomo, co na żywo to na żywo, ale emocje zbliżone. Cóż, muszę się przyznać, że rozważam ponowne udanie się na "Hamleta", ale ciii...


P.S. Na spektaklu byłam z nieocenionym Wilsonem, który mimo swojego ogromnego zmęczenia wysiedział tam ze mną i chyba nawet dobrze się bawił. Mam rację, moja droga? Gdy zajmowaliśmy miejsca powiedziała zdanie, które zdecydowanie potwierdza, że jestem fangirl: "Widzisz te dwudziestki? *wskazuje na dziewczyny wchodzące na sale* One tu zdecydowanie są dla Cumberbatcha." No właśnie, ja też tam po to byłam, ale nie tylko. Dostałam przecudowną rozrywkę w dniu jakże ważnym dla mnie.

P.S. 2. Właśnie się zorientowałam, że aktor, który grał najlepszego kumpla Hamleta jest mi znany, bo widziałam wcześniej trzy filmy z nim. Oczywiście nie byłam tego świadoma. A wystarczyło sprawdzić czy tatuaże, które miał na sobie to jego własność czy tylko charakteryzacja...


wtorek, 24 listopada 2015

A teraz kac... Nie trzeba było tyle chlać!

Nadrabianie filmografii Bradley'a Coopera całkiem nieźle mi idzie i nadszedł czas, że zmierzyłam się z totalnym absolutem, który przyniósł mu największą sławę. Mam tu na myśli trylogię "Kac Vegas". Zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że wszyscy widzieli ten film poza mną. Nawet moi rodzice oglądali pierwszą część (co do drugiej to nie jestem pewna). Cóż, na szczęście już nie jestem w tyle i obejrzałam wszystkie trzy części.

Zakładam, że wszyscy wiedzą o co chodzi w tym filmie, jednak wolę przytoczyć ogólny zarys fabuły. Mamy czterech kumpli (właściwie to trzech, bo ten czwarty trafia do nich przez przypadek, klasycznie) i jeden z nich bierze ślub, więc koledzy postanawiają urządzić mu niezapomniany wieczór kawalerski. Otóż wieczór i jest, ale raczej z urwanym filmem niż zapamiętanym każdym szczegółem. No i w dwóch pierwszych filmach mamy taką "uroczą" przygodę, ale w ostatniej części jest już trochę inaczej. Jednak wszystko po kolei.

W pierwszej części szczęśliwym panem młodym jest Doug Billings (w tej roli Justin Bartha). Zaprasza on na swoje wesele dwóch kumpli, Phila Wennecka (Bradley Cooper) i Stu Price'a (Ed Helms). Przyczepia się do nich dodatkowo brat panny młodej, Alan Garner (Zach Galifianakis). I tak czterech panów udaje się do Las Vegas, by tam podczas szalonej nocy zgubić pana młodego, stracić pamięć i zrobić totalną rozpierdziuchę w apartamencie. A gdy budzą się rano próbują poskładać wszystko do kupy i dostarczyć Douga na jego własny ślub. W tej części świetną sprawą jest to, że wszystko z czym mamy do czynienia jest nowe i wcześniej nie spotkane. Konwencja odkrywania krok po kroku co się wydarzyło też jest niczego sobie. No i jeszcze eureka jaka dotyczy odnalezienia pana młodego może zaskoczyć.

Z kolei w drugiej części akcja przenosi się do Bangkoku, gdzie tym razem szczęśliwym przyszłym panem młodym jest Stu (jaki pech, że Phil już ma żonę w pierwszej części, ale wiadomo, najładniejszy musi być jako pierwszy zajęty). Tym razem do grona skacowanych dołącza brat panny młodej, 16-letni geniusz, którego to podczas imprezy panowie gubią. Tym razem jedynym trzeźwym pozostaje Doug, który jako kulturalny mąż szybciej urywa się z imprezy. Jednym z lepszych motywów drugiej części jest małpa, która handluje prochami. Nie sądziłam, że aż tak można wyszkolić te urocze stworzenia.

Jeśli chodzi o trzecią część to tutaj nie mamy już ślubu (no nie do końca... ups, spoiler?), a pogrzeb. Przez tą uroczystość (a właściwie zaburzenia psychiczne) przyjaciele i rodzina postanawiają wysłać Alana do ośrodka na terapię. Trzech jego kumpli pakują go do auta i... Zostają porwani. I tak zaczyna się zabawa w trzeciej części. Osobiście uważam (przyklaskując wszystkim dookoła), że ostatni film jest najsłabszy i ewidentnie był zrobiony dla pieniędzy. A niech sobie chłopcy zarobią.

Nie mogę nie wspomnieć o wszechobecnym w każdej części nijakim panu Chińczyku, czyli Chow (Ken Jeong). Typowa kanalia jaka jest potrzebna w tego typu filmach. W większość problemów chłopcy wpadają dzięki niemu. Generalnie mendy nie lubię, ale rozwalił mnie motyw z trzeciej cześci jak wyskoczył przez okno i lecąc ze spadochronem śpiewał "I believe I can fly".

Muszę jeszcze dodać, że w dwóch pierwszych częściach wystąpił Mike Tyson. Przy okazji to bardzo "muzykalny" facet. Przeuroczo w pierwszej części zaśpiewał "In the air tonight" Phila Collinsa i zagrał na powietrznej perkusji w moim ulubionym momencie. Z kolei w drugiej części zaśpiewał jedną z moich ulubionych piosenek z lat 80. "One night in Bangkok" (kurczę, może tego też nie powinnam zdradzać?). Szkoda, że w trzeciej się już nie pojawił, bo może tym razem by zatańczył?

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała nic o tym, dla którego obejrzałam ten film. Bohater Bradley'a Coopera gra "tego najprzystojniejszego" z czym oczywiście się zgadzam, ale muszę to napisać, że zdecydowanie lepiej wyglądałby w krótkich włosach. A może mi się tylko tak wydaje? Do tego Phil jest nauczycielem i tak sobie myślę, że całkiem fajnie byłoby mieć takiego uroczego wykładowce. Może przynajmniej bym nie przysypiała na zajęciach albo nie czytała książek. Tak czy inaczej sam Cooper przyznał w jednym z wywiadów (chyba nawet dla Dzień Dobry TVN, nie pamiętam), że Kac Vegas sprawiło, że otworzyła się dla niego furtka (zresztą dla wszystkich panów z głównej obsady) do nowych ról filmowych. Cóż, fajnie zacząć od bardzo kasowego filmu (oczywiście wcześniej grał w innych filmach), by potem zostać kilkakrotnie nominowanym do Oscara. Good job, Bradley!

Uważam, że to dobra trylogia, gdy ma się doła i potrzebna jest akcja-reanimacja, by poprawić swój nastrój. Zdecydowanie będę do tego powracać przy każdej możliwej okazji.








czwartek, 19 listopada 2015

Przypadek Kubusia Więzi

Z tej okazji, że wczoraj były Środy z Orange wybrałam się w końcu na "Spectre". Towarzyszył mi nieoceniony Wilson, z którym standardowo udałam się najpierw na obiado-kolację, a potem na zwiedzanie ulubionych sklepów. Tym razem bilety miałyśmy już wcześniej kupione, ale i tak do kina dotarłyśmy spóźnione i zajmowałyśmy miejsce podczas trailera "Star Wars". Osobiście liczyłam na jakieś ciekawe zapowiedzi filmów, a zastał mnie nowy Quentin Tarantino, którego ominę szerokim łukiem i Makbet, który trochę mnie przeraża.

Co do "Spectre" to miałam wielkie oczekiwania. "Skyfall" totalnie zdobyło moje serce i mogę tą część oglądać non stop. Zresztą tak samo jak "Casino Royale". Niestety "Spectre" nie będzie pośród tych filmów. Przed seansem specjalnie nie czytałam żadnych opinii ani recenzji, żeby nie nastawiać się negatywnie. Cóż...

Byłam mega szczęśliwa, że w tej części obok Craiga (którego kocham i wielbię) pojawi się między innymi Andrew Scott, czyli sherlockowy Moriarty. Jak tylko go zobaczyłam, a początkowo był milutki, to wiedziałam, że i tak zagra mendę. Ten wzrok nie nadaje się do niczego innego. Pozytywnym zaskoczeniem była kreacja nowego M, czyli Ralpha Finnes'a. Nie sądziłam, że Bond może istnieć bez Judi Dench w roli M. Jednak może. Ale wracając do obecnego M., to najpierw myślałam, że będzie z niego totalna ciapa, jednak z czasem udowodnił, że nic bardziej mylnego.

Jeszcze jednym naprawdę świetnym momentem "Spectre" jest bromance pomiędzy Q, a Jamesem. Ich dialogi po prostu miażdżą wszystko. Do tego Q (w tej roli Ben Wishaw) w swojej uroczej bezradności do świata rzeczywistego jest genialny. Taka sierota w dziadkowych ubraniach.

A teraz zrobi się mniej przyjemniej i wyleje się garnek ze skisłą zupą. Wszem i wobec ogłaszano, że Monica Bellucci będzie nową dziewczyną Bonda. Wiadro prawda. W całym filmie (który trwał dwie i pół godziny) pojawiła się tylko w trzech scenach. Oczywiście wylądowała z Agentem 007 w łóżku, ale nic poza tym. Prawdziwą towarzyszką Jamesa była Léa Seydoux, która wcieliła się w rolę dr Swann. Nie mogę powiedzieć, że była beznadziejna w tej roli, ale jej bohaterka przyczyniła się do tego, że ostatnią część Bonda zaczynam traktować nie jako film akcji, a komedię romantyczną ze słabym wątkiem kryminalnym.

No właśnie, wątek kryminalny. Wszyscy mówią, że jest przeciągnięty i słaby. Cóż, po części się z tym zgadzam. Niby końcówka może wbić w fotel i zaskoczyć, ale jeśli jest się dobrym obserwatorem podczas filmu można wszystko rozszyfrować. Dobrym motywem było połączenie wszystkich dotychczasowych wrogów Bonda z poprzednich filmów. Okazało się, że byli oni skupieni w jednej organizacji i rządził nimi jeden człowiek. Tylko przy poprzednich seansach miało się wrażenie, że ówcześni wrogowie działali na własną rękę i nikt nimi nie sterował. Ale może to tylko moje błędne odczucia.

Bond z Craigiem był postrzegany jako realistyczny i taki, który jest w stanie zginąć,a przynajmniej cierpieć. Mam wrażenie, że w tej części gdzieś to zniknęło. Przykładem może być przeurocza scena, w której tuż pod Bondem zarywa się budynek, a on skacze po nim niczym Legolas, jakby grał w jakąś grę komputerową. Do tego spada cztery piętra w dół, a na miejscu gdzie powinien spaść i się zabić znajduje się kanapa (!), która amortyzuje upadek. Na co Bond wstaje, strzepuje z idealnie skrojonego garnituru pył i idzie dalej. Przypomniało mi to jak Pierce Brosnan w jednej z części wyskoczył z samolotu i leciał kilkaset metrów w dół, a na końcu i tak nic mu się nie stało.

Przeciwnikiem Agenta 007 w tej części był niejaki Franz Oberhauser (w tej roli Christoph Waltz). Bardzo mi przypominał pewnego polityka. Mały krasnal z wrednym wyrazem twarzy. Do tego równie niezniszczalny jak sam Bond. Powinien zginąć w jednym z wybuchów, a jemu tak naprawdę nic się nie stało. No może poza tym, że stracił jedno oko. Ale później leciał helikopterem, w którym wszyscy zginęli, a tylko on przeżył. Surrealizm tej części był tak mocno widoczny, że zaczęłam się zastawiać czy nie powinni zmienić gatunku z "sensacja" na "fantasy".

Cóż, uczucia mam mocno wstrząśnięte i trochę zmieszane po filmie. Z jednej strony bardzo chciałam, żeby to co inni mówili o tej części było nieprawdą, ale z drugiej utwierdzam się w przekonaniu, że dobre czasy zniknęły i już nie powrócą. Do tego końcówka filmu mogłaby sugerować, że to naprawdę ostatni film o Jamesie Bondzie, niezależnie czy to ostatni Bond z udziałem Craiga czy nie. Generalnie zamknęłabym ten film w worku z filmami do obejrzenia raz i więcej do niego nie wracała. Nie warto. Chyba, że kiedyś tak się zdarzy, że trafię na niego ponowie i jakimś cudem obejrzę go raz jeszcze.



P.S. Nie lubię piosenki z tej części, ale w połączeniu z czołówką jest nawet znośna. Nawet...

P.S. 2. Wczoraj rozmawiałam z mamą i zapytała jak mi się podobała ta cześć. W skrócie powiedziałam, że średnio, na co ona stwierdziła, że nie dziwota, przecież to zrobili tylko dla kasy. Chyba ma racje.

sobota, 14 listopada 2015

#PrayForParis

Wpis miał być dzisiaj o czymś innym, ale to coś inne nie doszło do skutku. Za to noc przyniosła straszne wydarzenia. Nie dość, że wczoraj był piątek 13-ego to jeszcze jadąc do domu pociągiem pomyślałam, że fajnie by było za rok pojechać do Paryża chociaż na tydzień. Jakoś nigdy szczególnie nie wielbiłam stolicy Francji, ale zmiana otoczenia byłaby czymś miłym. W końcu ktoś kiedyś powiedział, że trzeba podróżować, żeby być dobrym humanistą. A tuż po północy moje przyszłoroczne plany pękły jak bańka mydlana.

To, co się stało to okropna tragedia. Prawie do trzeciej w nocy śledziłam wiadomości w tv, na Facebooku, Twitterze i w NY Timesie. To nie do pomyślenia, że banda fanatyków rozwala pół miasta w imię nie wiadomo czego. Bo jeśli ktoś mi powie, że to w imię Boga to powiem mu, żeby poszedł do psychiatry.

Naprawdę nie wyobrażam sobie, że idę w piątkowy wieczór na koncert albo na kolację i nie wracam z niego/niej, bo ginę z rąk szaleńca. Dlaczego zabiera się życie niewinnych osób tylko po to, żeby zrobić światu na złość i się zemścić? Nie potrafię tego zrozumieć.

Usłyszałam dziś, że "dobrze tak Żabojadom, mają te swoje wolne granice i należy im się, że nam nie pomogli jak wojna się zaczęła". Uważam, że to nie ma teraz znaczenia kogo to spotkało. Człowiek to człowiek i niewinny nie zasługuje na śmierć. Ta cała sytuacja nie powinna mieć miejsca.

Ale najgorsze i tak dopiero przed nami. Za miesiąc, może dwa, wszyscy o tym zapomną i co będzie potem? Letarg, który potrwa do kolejnej takiej sytuacji? Czy może jednak ktoś coś z tym zrobi i przestanie myśleć zamkniętym umysłem?

czwartek, 5 listopada 2015

Wszystko ma się we krwi...

Wczoraj była środa, a co ja ostatnio robię w środowe wieczory? Chodzę do kina (God bless Środy z Orange i przyjaciół, którzy mają telefony w tej sieci). Wczoraj, według planu, poszłam z moim Wilsonkiem na "Strategię mistrza". Dlaczego akurat na to? No bo jedną z ról grał tam mój mąż (przypominam, Lee Pace). Czy było warto? Cóż...

Standardowo przed seansem poszłyśmy na jakąś szamę, potem zwiedzać przybytek Wilsona i kulturalnie, na dwadzieścia minut przed seansem udałyśmy się do kina. Po zdobyciu biletów ruszyłyśmy zająć miejsca. Miejscówka trafiła się w przedostatnim rzędzie i początkowo było fajnie, bo na pięć minut przed rozpoczęciem filmu na sali było pięć osób. Jednak chwilę później przyszła jakaś totalna cebulandia. Typ przede mną postanowił sobie postać, zdjąć kurtkę, drzeć ryja na całe kino i zupełnie nie przejmować się tym, że nie jest tu sam. Jeszcze jakaś idiotka dyskutowała z typem z dwóch rzędów wyżej od niej o jakimś spotkaniu czy coś. No kogo to obchodzi? Niech siada i nie przeszkadza innym. Tym bardziej, że byłam zainteresowana zwiastunami, które pokazują przed projekcją. Po prostu niektórzy nie powinni pokazywać się publicznie.

Co do samego filmu... Historia znana zapewne większości i to nie tylko tym, co interesują się sportem i kolarstwem. Film opowiada historię Lance'a Armstronga (w tej roli Ben Foster), siedmiokrotnego zwycięscy Tour de France, który wspiął się na szczyt dzięki niedozwolonym zabiegom. Sam film całkiem niezły, gra aktorska bardzo dobra, ale miałam pewien problem. Pierwsza scena w filmie pokazuje 21-letniego kolarza, który jeszcze nie osiągnął nic i jest po prostu zwykłym dzieciakiem, który ma marzenia. Natomiast w następnym ujęciu widzimy go już jako zawodowca i mistrza, który jeździ w żółtej koszulce. Pomiędzy jedną, a drugą sceną wyraźnie mi czegoś zabrakło. Wiem, że nie wszystko da się zmieścić w prawie dwugodzinnym filmie, ale powinni zawrzeć coś, co scali te dwa momenty. Za to dużo czasu poświęcono na pokazanie całej "maszynerii", która przyczyniła się do zwycięstw. Mam tu na myśli terapie EPO, przetaczanie krwi, tuszowanie złych substancji. Sceny gdzie byli podłączeni do kroplówek czy worków z krwią można porównać do spotkań towarzyskich przy piwie. Pobieranie płynów tyle, że na różne sposoby. Dodatkowo kłamstwo goniło kłamstwo i to na każdym kroku. Oszukiwani byli wszyscy. Kibice, dziennikarze, a nawet ludzie z komisji antydopingowej. W pewnym momencie człowiek miał wrażenie, że zatarła się granica pomiędzy prawdą, a kłamstwem.

No ale nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o tym, dla którego poszłam do kina. Rola Lee Pace'a może nie była jedną z głównych, ale według mnie istotna. Grał wiernego menagera/prawnika sportowca. Robił to co Armstrong mu kazał. Towarzyszył mu podczas wizyt w szpitalu na "gościnnych występach" (Armstrong jest założycielem fundacji Livestrong, która powstała po tym jak wygrał walkę z rakiem) czy spotkaniach dotyczących spraw prawnych. Obecność Pace'a na ekranie odnotowałam osiem razy (musiałam liczyć, nie mogłam się powstrzymać). Do tego był bardzo ładnie ubrany (m.in. koszula w kratę lub szary sweter) i ślicznie się uśmiechał. Mój fangirlizm został zaspokojony, chociaż jakby zagrał główną rolę to tym bardziej bym nie pogardziła. Tak czy inaczej mogę odnotować kolejny obejrzany film z jego udziałem.

Ale nie mogę pominąć pewnej rzeczy. W jednej ze scen bohater Lee idzie w podziemnym garażu i jego sylwetka pokazana jest z profilu. Chyba jestem bardzo spaczona Hobbitem, bo gdy to zobaczyłam od razu pomyślałam, że wkradł się tu elficki król i pokazuje swój majestat. Tak samo się poruszał jako Thranduil (wiem, sposobu chodzenia nie da się pozbyć), tylko brakowało mu blond czupryny.

W filmie pojawił się również Dustin Hoffman. Jego nazwisko zauważyłam na początkowych napisach, jednak podczas seansu zupełnie zapomniałam, że ma się gdzieś pojawić. A gdy już do tego doszło byłam lekko zaskoczona. Pojawił się może w trzech scenach, ale to i tak dodaje filmowi +15 do prestiżu.

Kolejną rzeczą jak najbardziej na plus jest ścieżka dźwiękowa. W filmie można było usłyszeć m.in. "No surprises", "Mr Pharmacist" czy "Mrs. Robinson". Przynajmniej pośpiewałam (ale tak po cichu) sobie znane utwory.

Zaskoczyła mnie też jedna rzecz. Czytając wywiad z Benem Fosterem (zanim jeszcze poszłam na film) dowiedziałam się, że aby lepiej wczuć się w rolę i poczuć to co przeżywał Armstrong, poddał się programowi dopingowemu. Zażywał środki, które pobierał kolarz. Powiedział, że sporo czasu zajął mu powrót do równowagi zarówno fizycznej jak i psychicznej, a nawet do końca jeszcze jej nie odzyskał. Rzadko, który aktor, a nawet człowiek podjął by się takiego czynu. Patrząc po tym co jest zawarte w filmie to wyglądało to mało zachęcająco. Ilość strzykawek i płynów była naprawdę ogromna.

Generalnie film na plus. Zapewne, gdybym nie znała całej historii film trzymałby bardziej w napięciu, ale i tak niektóre momenty zaskakiwały. Jeśli nadarzy mi się okazja, by zobaczyć produkcję jeszcze raz to pewnie się zdecyduję, choćby dla gry aktorskiej Bena Fostera, ośmiu scen Lee Pace'a czy ścieżki dźwiękowej.


wtorek, 3 listopada 2015

Myśl pozytywnie!

No dobrze, nie ma się co oszukiwać, za każdym razem jak dostanę obsesji (nie bójmy się tego słowa) na punkcie jakiegoś aktora to włączam jego filmografię i przeglądam tytuł filmów/seriali jakie wypadałoby obejrzeć. I tak oto mamy Bradley'a Coopera. "Ugotowany" już odznaczony. Wcześniej widziałam "Kac Vegas" i "Strażników Galaktyki" (tak tylko podkładał głos, ale się liczy). Dzisiaj postanowiłam się zabrać za "Poradnik Pozytywnego Myślenia".

Siedziałam sobie dziś na romantyzmie (po drugiej godzinie zegarowej człowiek już wymięka) i zastanawiałam się co by tu porobić wieczorem. Pominę fakt, że powinnam się uczyć, ale no... I tak rozmyślając wpadłam na pomysł, by obejrzeć właśnie "Poradnik...". Ale na myśl przyszła mi jeszcze jedna rzecz: przecież to jest książka. Szybko sprawdziłam dostępność egzemplarzy w pobliskim Empiku i zaraz po zajęciach skierowałam swojego kroki do sklepu, a pół godziny później byłam szczęśliwym posiadaczem nowej książki. 

Przez chwilę się zastanawiałam w jakiej kolejności się za to zabrać. Czy najpierw przeczytać książkę i ewentualnie do niej porównywać film czy zaufać wszelkim jurorom od nagród i uwierzyć, że film samodzielnie jest świetny. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na książkę. Po przeczytaniu pierwszych trzech stron pomyślałam, że główny bohater, Pat, jest bardzo podobny do Forresta Gumpa, tylko że jakiś taki trochę bardziej współczesny. I z każdym kolejnym zdaniem to wrażenie mnie nie opuszczało. Zatrzymałam się po czterech rozdziałach i przeszłam do filmu. Cóż, zapewne film zdradził mi to czego, mogłam spodziewać się na końcu, ale to chyba tak działa. 

No dobrze, a o czym to właściwie jest? Mamy Pata, który właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego (w książce to nazywa "złym miejscem", co przyprawia mnie o wrażenie, że on jest jakiś niedorozwinięty). Jedyne co go motywuje to miłość do żony, z którą jest w separacji. Dla niej postanowił ćwiczyć (szkoda, że Bradley Cooper ani razu nie pojawił się bez koszulki) i pracować nad swoimi wybuchami. Na swojej drodze spotyka Tiffany (Jennifer Lawrence), która jest w podobnej sytuacji, tyle, że jej mąż nie żyje i każdy uważa, że dziewczyna ma coś z głową. 

Plusem produkcji jest oczywiście obsada. Oprócz Coopera i Lawrence można zobaczyć m.in. Roberta De Niro w roli ojca Pata. 

Oglądając ten film doszłam do wniosku, że na podstawie psychiki i zachowań bohaterów można by napisać bardzo ładną pracę magisterską. Z jednej strony dwoje "psychicznych" wariatów, którzy zaprzyjaźniają się ze sobą (dobra, od pierwszej ich wspólnej sceny widać, że z tego będzie coś więcej) i odkrywają wspólne pasje,a z drugiej rodzinka głównego bohatera. Mama starająca się zrozumieć syna, ojciec, który nie widzi świata poza miejscową drużyną sportową i brat, który jest totalnym przeciwieństwem swojego brata i człowiekiem sukcesu. 

A teraz czas na fangirlizm... Tak jak wyżej napisałam film obejrzałam dla Bradley'a Coopera, który był tu jeszcze przystojniejszy niż w "Ugotowanym". Ach ten zarost i niebieskie oczy. Nawet uroku dodawał mu worek na śmieci, który na sobie nosił dla lepszego efektu pocenia się podczas biegania. Ale najbardziej mnie urzekł tym jak tańczy. Mógłby mnie nauczyć, bo ja to do tańca, to się tak nadaję jak klej w sztyfcie do cegły. Nie umiem tańczyć. Chociaż mówią, że nie należy ufać facetowi, który umie tańczyć. I co teraz? 

Zdecydowanie jest to kolejny film, który trafia do kategorii "można oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi". I popieram Oscara dla Jennifer Lawrence i osiem innych nominacji do tej nagrody. A już nie wspomnę o innych statuetkach za ten film. Jak najbardziej na plus. 

czwartek, 29 października 2015

Podano do stołu!

Jak powiedziałam tak uczyniłam i poszłam na "Ugotowanego". Czy było warto? Jak najbardziej! A dlaczego? To już mówię, a właściwie piszę.

Tym razem do kina wybrała się ze mną Magda. Prawdę mówiąc wyciągałam ją na inny film, ale że "Ugotowany" się napatoczył to decyzja była oczywista. Jako typowe Polaczki Cebulaczki poszłyśmy w środę, żeby kupić dwa bilety w cenie jednego. Stwierdzam z radością, że to właśnie tego dnia będę chodzić do kina na wszelkie seanse. Ale, ale... Kupując bilety w kasie spotkała nas miła niespodzianka. Czekały na nas ostatnie dwa wolne miejsca w rzędzie po środku sali. Tylko, że szanowna pani z kasy zapomniała mnie poinformować, że są to fotele VIP. No i grzecznie musiałam zapłacić 3 zł więcej (po 1,50 od fotela), ale stwierdziłam, że nie ma tego złego i przynajmniej będę miała więcej miejsca na nogi i skórzany fotel. A że zostało nam pół godziny do seansu to poszłyśmy do sklepu. Po powrocie gotowe w blokach startowych czekałyśmy aż zaczną wpuszczać na salę. Na pięć minut przed seansem otworzyli drzwi.

Po zajęciu miejsc nastąpiła jakże przyjemna część - reklamy i trailery. Oczywiście dzięki tym drugim moja lista filmów, które chcę obejrzeć znacznie się powiększyła (m.in. o "Steve'a Jobsa" i "Czerwonego pająka"). I tak sobie oglądaliśmy reklamy, a na ekranie pojawił się zwiastun "Strategii mistrza", na którą idę za tydzień. Jak wiadomo idę na ten film dla mojego męża (jeśli ktoś nadal nie wie kim on jest to oznajmiam - Lee Pace; tyle, że on jeszcze o tym nie wie :D) i będąc święcie przekonana, że nie zobaczę go w zwiastunie, bo podobno jest tylko w kilku scenach w filmie, oznajmiłam Magdzie, że nie ma szans, że go teraz zobaczymy. A tu nagle niespodzianka. Tadam! Pojawił się. Wymieniłyśmy spojrzenia i dodałyśmy "awwww". Po trzydziestu minutach reklamy dobiegły do końca i zaczął się główny seans. 

O czym film? Poznajemy Adama Jonesa (Bradley Cooper), który najlepsze lata swojej kariery kulinarnej ma już za sobą. Postanawia jednak to zmienić i powraca do Londynu, gdzie zamierza otworzyć najlepszą restaurację i zdobyć trzecią gwiazdkę Michelin. Odszukuje starych znajomych, z którymi wcześniej pracował w Paryżu i proponuje im współpracę. Ze skompletowaną ekipą rozpoczyna przygotowania do zdobycia upragnionego wyróżnienia. 

No dobrze, przyznaję się, poszłam na to do kina, bo tydzień temu zobaczyłam zwiastun i stwierdziłam, że Bradley Cooper tak pięknie wygląda i ma hipnotyzujący wzrok (o matko, te cudowne niebieskie oczy... Tak, mam słabość do niebieskich paczadełek). Pod tym względem się opłacało, bo przez prawie dwie godziny było na co popatrzeć. Ale żeby nie było, że on jest jedynym powodem to przyznam, że obsada została naprawdę dobrze dobrana. W filmie pojawili się m.in. Sienna Miller, Daniel Bruhl, Omar Sy czy Emma Thompson, która na sali wywołała zbiorowe "ooo". 

Gdyby ktoś z Was planował obejrzenie tego filmu to mam jedną, dobrą radę. Nie oglądajcie tego na pusty żołądek. Poszłam na film bez kolacji i mniej więcej w połowie seansu zaczęło mi burczeć w brzuchu. Potrawy, które można było zobaczyć wyglądały jak małe dzieła sztuki. I nawet pominę fakt, że w jednej ze scen pojawił się piękny tort, a za mną od miesiąca chodzi taki pyszny tort. Jednym słowem: tortury. 

Ogromnym plusem tego filmu było to, że nie zrobiono z niego komedii romantycznej, a była do tego okazja. Pomijając miłość do jedzenia były także uczucia między bohaterami (nie tylko na relacji kobieta - mężczyzna) i zostało to naprawdę dobrze pokazane. Bez zbytniej nachalności i scen łóżkowych. Kolejną świetną rzeczą było przedstawienie bohatera, który pomimo problemów z wszelkimi uzależnieniami, może wyjść na prostą i całkowicie oddać się temu, co kocha robić. Do tego pozwala uwierzyć, że nawet największy wróg potrafi okazać szacunek i uratować życie, gdy ma się wrażenie, że wszystko co było naprawdę ważne przepada.

Film polecam podpisując się obiema rękami i nogami. Nawet nosem i uszami. A tak serio to jest to bardzo przyjemny film, aby miło spędzić czas np. z przyjaciółką. Zdecydowanie należy do tej kategorii, że można go oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi. Oczywiście od strony wizualnej również baaaaardzo dobry. 


czwartek, 22 października 2015

Halo, Panie Diabeł, jest Pan?

Powód, dla którego poszłam na "Pakt z diabłem" (Boże, kto tłumaczy te tytuły? Oryginalny to "Black Mass") jest jedyny i oczywisty. Nazywa się Benedict Cumberbatch. A moja miłość do niego jest tak silna, że zdecydowałam się na seans pomimo, że główną rolę gra Johnny Depp, którego szczerze nie lubię. Tak, wiem, zjedzcie mnie za to, no ale nie. Po prostu nie mogę na niego patrzeć. Nawet moje szanowne koleżanki z grupy usilnie próbowały ze mną negocjować, że to technicznie niemożliwe, żebym go nie uwielbiała. Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Jednak odkąd szaleję za Cumberbatchem (to już będzie jakiś czas) to chodzę na wszystkie filmy w jakich gra. Tak też stało się i tym razem.
Na film wyciągnęłam mojego niezawodnego i kochanego Wilsonka. Zgodziła się tak jak poprzednio, gdy razem byłyśmy na "Grze tajemnic". I dodam jeszcze tylko, że przez najbliższy miesiąc udamy się do kina w swoim towarzystwie dwa razy. Chciałabym dorzucić jeszcze jeden film do tej listy, ale to musimy przedyskutować. Mam nadzieję, że się zgodzi.

Nasze spotkanie rozpoczęło się uroczym obiadem połączonym z kolacją, a potem udałyśmy się na krótkie przeczekanie na jej apartamenty. Z tej okazji, że do kina od jej miejsca zamieszkania mamy jakieś siedem minut z buta to wyszłyśmy sobie o 19:55 (seans zaczynał się o 20:20). I ku naszemu zaskoczeniu w kinie był tłum ludzi. Do każdej kasy była kilometrowa kolejka. Ustawiłyśmy się w jednej z nich i czekałyśmy na swoją kolej. Zaznaczę, że wczoraj były środy z Orange i dwa bilety były w cenie jednego. To mówi samo za siebie. A podobno ludzie nie chodzą do kina.
Nasze bilety kupiłyśmy o 20:25 i udałyśmy się na salę, gdzie już trwały reklamy. Większość miejsc była zajęta, ale nam udało się usiąść w trzecim rzędzie od końca (nie mogę zbyt blisko ekranu siedzieć, bo mam traumę). Oczywiście podczas reklam trafiło się kilka interesujących zwiastunów zbliżających się produkcji i zaczynam się głęboko zastanawiać czy nie wybrać się na "Ugotowanego" z Bradley'em Cooperem. Jaki on jest tam przyyyyystojny. Generalnie jest przystojny, ale tu to już wybitnie. Po 25 minutach reklam zaczęła się zabawa...

O czym film? A no mamy sobie gangstera (Johnny Depp), który trzęsie Bostonem. Do tego jest jego młodszy brat (Benedict Cumberbatch) piastujący stanowisko senatora i najważniejszej osoby w stanie. Pojawia się także agent FBI (Joel Edgerton), który jest kolegą z dzieciństwa dwóch braci. Ich drogi się krzyżują, a mafiozo i policjant zawierają przymierze, które ma im obojgu pomóc. Z minuty na minutę dochodzi do kolejnych morderstw (nie chciało mi się ich liczyć, ale z piętnaście na pewno było), bohater Deppa było coraz bardziej sfrustrowany i brutalny, a detektyw brnął w kłamstwa. Można by powiedzieć, że dużo się działo, czasem nawet za dużo, ale czegoś brakowało. Nudą nie wiało, ale były momenty, że patrzyłam na zegarek i liczyłam czas do końca.

W filmie przewinęło się wiele osób, które gdzieś już kiedyś widziałam (pomijając tych wymienionych powyżej) m.in. Kevin Bacon, Dakota Johnson (jak już napisałam na fanpage'u, nie była nawet bardzo drewniana), Corey Stoll czy Julianne Nicholson. Obsada niby dobra, ale sam film pośladów nie urywał. Do tego wygląd Deppa, który wyglądał jak Gollum z Hobbita. Szkła kontaktowe w nienaturalnie niebieskim kolorze, sterta silikonu na twarzy i dziwne blond włosy, których więcej nie było niż były. Gdzieś tam w środku próbowałam sobie wmówić, że ten film ma mnie do niego przekonać, jednak stało się zupełnie inaczej. Nie lubię go jeszcze bardziej.

Co do Cumberbatcha, to tuż przed seansem założyłam się (to chyba za dużo powiedziane) z moim Wilsonkiem ile dostanie czasu antenowego. Ona obstawiała pięć minut, ja koło dwudziestu pięciu. Starałam się liczyć sceny, w których się pojawiał, ale zgubiłam się przy siódmej, co oznacza, że ja byłam bliżej wygranej. Fajnie, że jego bohater był pozytywny i tak naprawdę nie miał bezpośredniego związku ze swoim bratem (poza więzami krwi oczywiście). Pan senator nie wtrącał się do brudnych interesów starszego braciszka,a ten drugi nie prosił polityka o przysługi. Jedyne co mi przeszkadzało to sposób w jaki mówił Benedict. Wiadomo, że do roli był potrzebny bostoński akcent, ale to jak mówił przypominało człowieka, który wpakował sobie pół bułki do ust i próbował coś tłumaczyć.

Jak na film gangsterski to całkiem nieźle, ale bez szału. To produkcja z kategorii tych raz obejrzanych i raczej do niech więcej nie wracamy.


poniedziałek, 12 października 2015

Ale że hę?

Właśnie na pewnej stronie zobaczyłam interesujący wpis: Dostaniesz dwa miliony dolarów jak zamieszkasz w domu na odludziu przez dwa lata bez telefonu, Internetu, rodziny i przyjaciół. Oczywiście to żart, ale jakby się nad tym głębiej zastanowić...

Bez telefonu i Internetu może i by dało radę, chociaż coraz bardziej te dwie rzeczy oddziałują na nasze życie. Niby z nimi fajnie, ale czasem bez nich jeszcze lepiej. Z kolei jeśli chodzi o rodzinę i przyjaciół... Bez przyjaciół da się wytrzymać (nie miejcie mnie za kogoś okropnego i bez serca, ale czasem są takie dni, że nie ma się ochoty ich widzieć), ale bez rodziny? Przynajmniej ja bym nie mogła. Bo kto mi da gwarancję, że przez te dwa lata nic się im nie stanie? Że nie zachorują albo co gorsza znikną z ziemskiego padołu? Miałabym wyrzuty sumienia, że przez moją głupotę i pogoń za pieniędzmi straciłam coś istotnego. Ale z drugiej strony, niektórzy nie mają rodziny i jakoś sobie radzą.

Nasuwa się też inne pytanie. Co robić w takiej dziczy bez Internetu, telefonu i wszelkiego "okna na świat". Za bym prawdopodobnie zapakowała do TIR-a książki i tak bym sobie spędzała miło czas. Do tego znalazłabym sobie jakiś las i chodziła na długie spacery. Albo całymi dniami robiła to na co obecnie brakuje mi czasu: napisałabym w końcu książkę. Co prawda już coś jest tam napisane, ale daleka droga do ideału.

Co jeszcze bym mogła tam robić? Obejrzeć wszystkie seriale świata. To by było coś. Może nie rzucałabym się na "Modę na sukces", ale zdecydowanie zabrałabym się za brytyjskie produkcje, które przecież są świetne.

Do książek dorzuciłabym miliardy świetnych piosenek, które już dawno powstały, a ja jeszcze nigdy w życiu ich nie słyszałam. Ciekawe czy przesłuchanie wszystkich piosenek na świecie zajęłoby mi więcej niż dwa lata czy może jednak bym się zmieściła w tym czasie?

Ale może jednak dobrze jest jak jest? Może jednak wolę mieć to co mam niż te miliony na koncie? Przecież podobno pieniądze szczęścia nie dają, a w życiu liczą się te chwile, które możemy z kimś dzielić.

P.S. A co z miłością? Bez niej można żyć?

P.S.2. Dziś krótko, ale obiecuję, że niedługo postaram się napisać coś więcej. Na pewno w najbliższym czasie pojawią się cztery wpisy, ale o czym i o kim to na razie tajemnica. ;)

P.S.3. Dzisiaj usłyszałam najpiękniejsze zdanie od mojej współlokatorki: "Jeśli skończą ci się wszystkie twoje wesołe fandomowe autobusy...". Czy to nie urocze? I czy to możliwe, że one kiedykolwiek się skończą? :D

środa, 7 października 2015

C'mon, baby, light my fire!

No dobrze, czas się przyznać: ten wpis powinien być napisany dwa miesiące temu. Ale że jestem leniwą bułą to jakoś się nie mogłam zebrać. Chyba nadal nie jestem pewna jak to zrobić, bo czy da się opowiedzieć o serialu nie zdradzając tego co się tam dzieje? Właśnie tak, dziś, w tym wpisie i w tym momencie zamieniam się w totalną fangirl i jeśli w co drugim zdaniu będę wyznawała miłość to wybaczcie. Ale zacznę od początku...



"Halt and catch fire", bo o tym mowa, to nie do końca taki oczywisty serial. Akcja toczy się w latach 80. XX w i skupia się na grupie ludzi, którzy chcą zbudować komputer osobisty, który będzie miał rozmiary walizki. Tak, mowa tutaj o laptopie. Ale tak naprawdę serial pokazuje relacje międzyludzkie, zachowania osób po przejściach i z przeszłością, a także o przedstawia trudną sztukę jaką jest współpraca osób o różnych, skrajnych charakterach. Na grupę konstruktorów składają się trzy osoby: Joe Macmillan, Cameron Howe i Gordon Clark. 










Joe MacMillan (Lee Pace) - zjawia się z pomysłem stworzenia komputera i szuka osób, którym będzie mógł zaufać i którzy pomogą mu zbudować jego wynalazek. Prawda jest jednak taka, że poszukuje łosi, którzy zrobią to za niego, a on to tylko wypromuje, sprzeda i zarobi kasę. Oczywiście udaje mu się to, ponieważ we wszystkim co sobie założył dąży za wszelką cenę. Jest przy tym cyniczny i bezduszny, ale jak się potem okazuje jego życiowe zawirowania zmuszają go do bycia socjopatą.



Oczywiście nie będę ukrywać, że zaczęłam oglądać ten serial dla Lee Pace'a, jestem totalną fangirl i jest on moim mężem, ale jeszcze o tym nie wie. A tak na poważnie to jest to właściwa osoba na właściwym miejscu. Jego bohater w doskonały sposób ewoluuje, a on potrafi świetnie to zagrać. W jednym momencie gra bezdusznego zarządce, by po chwili stanąć w drzwiach z miną zbitego psa i powiedzieć coś czego nigdy w życiu nikomu nie powiedział. Tak naprawdę po MacMillanie można się spodziewać wszystkiego i nie należy mu bezgranicznie ufać.



Cameron Howe (Mackenzie Davis) - młoda programistka, którą Joe spotka podczas wykładu i angażuje do pracy. Jest buntowniczką i wszelkie zasady nie mają dla niej znaczenia. Powierzchownie wydaje się być twardą skałą, jednak w miarę upływu czasu zaczyna się przywiązywać do Joe przez co niestety potem cierpi.



Uwielbiam jej bohaterkę i chociaż momentami jest denerwująca to jej relacja z Joe nie jest oczywista. Jej kreatywność i chęć zmieniania mocno męskiego świata sprawiają, że to nie jest jednowymiarowa, słodka postać, która robi co inni jej każą. Potrafi się przeciwstawić i nie raz udowadnia, że nie da sobą pomiatać.



Gordon Clark (Scoot McNairy) - inżynier, który w przeszłości samemu próbował zbudować komputer, jednak zakończyło się to klęską i późniejszymi konsekwencjami. Ta porażka tak mocno zakotwicza się w jego pamięci, że za wszelką cenę będzie chciał wykorzystać drugą taką szansę, którą daje mu Joe. Do tego jako jedyny z tej trójki ma życie prywatne - żona i dwie córki.



Nie należy do moich ulubieńców, bo żyje albo w stałym konflikcie z Cameron albo jak już z nią jest na neutralnej stopie to do sporu dołącza Joe. W pewnym momencie nabieram do niego jakby sympatii, by potem porzucić ją na dobre.



Do tej pory powstały dwa sezony "Halt..." i osobiście uważam, że pierwszy jest lepszy niż drugi, ale tylko minimalnie. Może dlatego, że w pierwszym mamy do czynienia z bliższą relacją pomiędzy Joe i Cameron. Natomiast w drugim sezonie każdy z trójki bohaterów znajduje się zupełnie w innym miejscu i z innymi ludźmi niż na początku ich wspólnej drogi. Dochodzi do totalnej metamorfozy Joe, który... spotyka kobietę swojego życia i staje się po prostu pantoflem. Ale tylko do czasu... Do momentu, gdy ponownie skrzyżuje swoje drogi  Gordonem i Cameron.




Jak już wcześniej napisałam, jestem fangirl i uwielbiam Joe (właściwie Lee, ale to tu nie ma znaczenia) to muszę stwierdzić, że jakim kretynem i palantem by nie był to i tak się będzie trzymało jego stronę i wierzylo, że wszystko co robi jest słuszne. Wszystko co sobą prezentuje ma sens i pokazuje, że nie tak łatwo być tym kim się chce mając za sobą burzliwą przeszłość i komplikacje rodzinne. Aha, i najważniejsze... Bardzo chętnie poznam jego stylistę z sezonu drugiego, bo o ile w pierwszym sezonie wciskali go praktycznie w same garnitury, tak w drugim poszaleli.




Niestety na razie nie wiadomo czy będzie trzeci sezon, bo podobno nadal trwają ustalenia czy wszystkie statystyki są in plus dla serialu. Ja jednak mam nadzieję na przedłużenie serii, ponieważ po raz kolejny (w przypadku pierwszego sezonu również tak było) finałowy odcinek transzy pozostawił otwartą furtkę dla ciągu dalszego. Jak dadzą kolejne dziesięć odcinków to pójdę do Częstochowy. Nie no, może nie aż tak... Ale będę mega szczęśliwa.


P.S. Oczywiście nie napisałam wszystkiego, żeby pozostał jakiś element zaskoczenia, o ile ktoś będzie chciał obejrzeć. ^^

P.S.2. Mam ochotę tu dołożyć jeszcze więcej gifów, ale już taka nie będę. :D

niedziela, 4 października 2015

Shut up and go sleep!

Jak wiadomo bezsenne noce sprzyjają twórczości własnej oraz rozmyślaniu. Najczęściej tworzą się nierealne scenariusze albo analiza minionego dnia. No albo wszystkie kompromitujące wydarzenia w jakich brało się udział. Przemyślenia, przemyślenia, przemyślenia...

- Boże, jutro kolejny beznadziejny dzień...

- Bla, bla, bla...

- Powinnam się uczyć, zostało coraz mniej czasu...

- Dobra, zrobię to...

- Cholera, obiecałam, że się nauczę i zdam. Przecież nie chce słyszeć nic innego jak to, że zdałam...

- Pamiętam, tamtego dnia tyle się wydarzyło...

- Kurde, pewnie wszyscy myślą, że jestem kretynką...

- Co mnie wtedy podkusiło...

- Ale z drugiej strony YOLO...

- "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości..."

- Znowu ta piosenka...

- "O jaki piękny dzieeeeeń, znowu pada deszcz..."

- Nie, dzisiaj nie padało...

- Cholera, trzeba zmienić playlistę...

- Nie, najpierw muszę kupić nowe słuchawki...

- Ale nie, tamte są na gwarancji, w sumie to telefon jest na gwarancji...

- A tak w ogóle to tęsknię...

- Czemu nie ma Facebooka...

*na zegarze 2:50*

- Ciekawe czy juz śpi...

- Ja powinnam iść spać...

- Nieee, zjadłabym coś...

- Śledzie są chyba w lodówce i reszta czekolady...

- A w sumie to pojechałabym do Kadru i na Kebabową...

- O nie, znowu mi bark drętwieje...

- Do lekarza trza iść...

- Nie, nie mam na to czasu...

- Chociaż powinnam...

- To potem...

- "There's no bloody revolution..."

- Czy ja wyłączyłam Wi-Fi...

- Tęsknię, tęsknię...

- Damn it, nie, nie mogę...

- Do luftu...

- Chyba powinnam dalej pisać to co zaczęłam...

- Ale nie, do wieczora telefon padnie, a kabel do ładowarki za daleko...

- Ciekawe czy życia w Candy Crush się już naładowały...

- Gdzie ta głupia Nedzinka...

- Nie, nie jesteś głupi, kocham Cię...

- A co by było, gdybym poszła na imprezę daleko stąd z moim pięknym mężem...

- Ooo, widzę go w koszuli w kratę, w krótkich włosach i z brodą...

- I musiałabym mieć wysokie buty...

- I...

- I...

- Zzz...

- Zzz...

A potem człowiek się budzi za dziesięć godzin i połowy rzeczy nie pamięta. Za to o drugiej połowie woli zapomnieć i stwierdza, że na trzeźwo nie mógł o tym pomyśleć.

P. S. Po alkoholu przemyślenia w ogóle nie występują. Co najwyżej śnią się dziwne rzeczy i potem na drugi dzień przeżywa się aż do wieczora.

środa, 30 września 2015

Wsi spokojna, wsi wesoła!

Jestem okropna. I leniwa. I generalnie to nic mi się nie chce. Smuteczek? Być może. Ale, ale... Ten wpis chciałam i powinnam napisać tydzień temu, jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego? Brak czasu? Lenistwo? Możliwe.

Dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak ważne jest by doceniać wakacje. Prawdę mówiąc w tym roku ich nie miałam. A może miałam? No dobrze, powiedzmy, że miałam. We wrześniu. Najpierw pojechałam na przesunięty weekend (od niedzieli do wtorku) do Torunia na wyjazd zapoznawczy. Było bardzo zapoznawczo i bardzo uroczo (damn it, o tym też miał być wpis). A po tym uroczym wypadzie pojechałam zażywać natury i świeżego powietrza.
W każde wakacje mojego życia jechałam przynajmniej na dwa tygodnie do babci pod Łebę. Na przestrzeni lat rozrywki jakim tam się poddawałam zmieniały się. Jednak w tym roku wakacje przesunęły się na wrzesień. I to było najlepsze co ostatnio mi się przytrafiło. Wrzesień to taki piękny miesiąc. Zawiera w sobie ostatni ciepłe dni, a do tego w lasach zaczynają się pojawiać grzyby. O taaak, grzybobranie. A potem zapach suszonych zbiorów, który wypełnia cały dom, a przynajmniej kuchnię. Czego chcieć więcej?



Na grzyby chodziłam codziennie (chyba tylko w niedziele nie poszłam, no bo pamiętaj aby dzień święty święcić), a towarzyszyła mi nieoceniona My Darling. Nawet nie macie pojęcia jak wielką radością jest pogoń, a potem odnalezienie prawdziwka (dla tych co się nie znają borowika) w lesie. Idziesz sobie, idziesz, rozmawiasz, śmieszki - heszki, a tu nagle na ścieżce stoi sobie piękny okaz. I co z tego, że ślimaki się zaczęły do niego dobierać? Jego po prostu trzeba zabrać i pokazać, że się znalazło. W końcu to najbardziej poszukiwany grzyb. I nie ukrywajmy, chyba najsmaczniejszy. Oczywiście nie ograniczałam się tylko do tego. W moich zbiorach były też kozaki, maślaki, podgrzybki i podciechy (jak ktoś nie wie co to za cudowności to odsyłam do Google). Och, jak za tym tęskniłam cały rok.



Ale nie tylko to było moją rozrywką. Zdarzyło się pójść nad jezioro i naturalnie się skompromitowałam z czego My Darling miała ubaw i jak to ona wypominała mi to. Otóż, miałam zejść z pomostu, żeby sprawdzić jak ciepła jest woda w jeziorze, ale zatrzymałam się na barierce (czy co to tam było), bo zaczęła się trząść pod moim ciężarem i spanikowałam. Brawo ja! Najgorsze było to, że nie wiedziałam jak wrócić na pomost, bo ani w tą ani w tą. Mam za ciężki tyłek, naprawdę czas schudnąć. Jednak jakoś się udało i nie musiałam nocować nad wodą w jednej, dziwnej pozycji.
Do kolejnych rozrywek należało jedzenie pysznych owocków prosto z drzewa. Babcia skutecznie mnie dokarmiała śliwkami (nie będę się zagłębiać co się działo po zjedzeniu większej ilości i po popiciu ich tzw. "bawarką"), My Darling dostarczała mi przepyszniastych jabłek z sadu (hue, hue), a podczas spaceru zwinęłyśmy z drzewa gruszki. Do tego babcia serwowała mi pyszne obiadki, m. in. prazoki i knedle. Knedli chyba nie muszę tłumaczyć, ale prazoki jak najbardziej rozwinę. Prazoki to ugotowane ziemniaki utarte z mąką ziemniaczaną. Do tego polewa się je tłuszczem i dokłada się do nich smażonego boczku i szczypiorku. A dopełnieniem wszystkiego jest zasmażana kapusta. Yummy! Opcjonalna jest jeszcze maślanka do popicia, ale ja to pomijam. Na samą myśl cieknie mi ślinka.



W międzyczasie czytałam jeszcze książki i szukałam Internetu mocno się gimnastykując. Najpierw był tylko na podwórku pod szopą, a potem zniknął i odnalazłam go na kanapie w pokoju. I nigdzie więcej. Tak się zaszyłam w pokoju poszukując Internetu, że aż babcia myślała, że gdzieś sobie poszłam i chciała mnie szukać. Mistrz kamuflażu.



I dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak bardzo wszystko się zmieniło od czasów dzieciństwa. My, nasze zachowanie, upodobania, tematy do rozmów. Nie da się zatrzymać tego co było kiedyś, to pewne, ale fajnie czasami powspominać i przypomnieć sobie jak grało się w podchody albo łaziło na łąkę i wdrapywało się do prowizorycznego domku na drzewie.



Cóż, w tym roku tak bardzo mi się podobało, że aż zrezygnowałam z wizyty u lekarza, żeby móc zostać dwa dni dłużej. Oczywiście do lekarza poszłam dzisiaj, a tam sobie przynajmniej odpoczęłam. Wilk syty i owca cała.



P.S. Spotkałam się z fejmem. Mojego bloga można znaleźć na Google pod gifem do Stinga, Roguckiego i Hansa. Miło mi, Google. :)

sobota, 19 września 2015

Jesień, ach to Ty...

Kiedy ktoś mnie pyta jaka jest moja ulubiona pora roku to zawsze odpowiadam, że jesień. A dlaczego nie wiosna albo lato? Dlatego, że uwielbiam rozciągnięte swetry, w których nie da się chodzić w lipcu, kocham deszcz, który stuka w parapet wieczorową porą i zapach świeżo ususzonych grzybów. Oczywiście nie pogardzę ciepłymi, sierpniowymi wieczorami, ale mieniący się złotem październik bardziej mnie urzeka.


Mimo iż obecnie mamy końcówkę września to już teraz czuję, że jesień puka do drzwi. W tym roku tak się złożyło, że dopiero teraz mam okazję być na wsi. Jest uroczo i przepięknie. Drugi dzień z rzędu byłam w lesie i nazbierałam sporo grzybów. Jest ciepło i już pachnie specyficznym klimatem. Tęskniłam za tym cały rok. I nie przejmuję się tym, że wraz z październikiem trzeba wrócić do swoich zajęć. Powinnam także mieć dość deszczu po letniej, angielskiej pogodzie, ale nie, jest wręcz przeciwnie. Naprawdę mi tego brakuje.


Potrzebuję już zimnych wieczorów spędzonych pod kocem z ciepłą herbatą i brakiem chęci do czegokolwiek. Tęsknię do wielkich garów, w których gotuje się leczo i robią się powidła śliwkowe. Ale przede wszystkim czuję zapach grzybów i widzę oczami wyobraźni wielkie garści suszonych grzybów, z których stworzę z mamą w grudniu pierogi na Wigilię.


I czegóż chcieć więcej jak nie wyjąć z szafy ukochaną kurtkę jesienną, w której chodzi się tylko miesiąc, bo wcześniej jest za ciepło, a w listopadzie już za zimno. A gdy w piątkowy wieczór wraca się do domu czeka już gorące kakao w ukochanym kubku i bułka z miodem albo wcześniej wspomnianymi powidłami śliwkowymi.


Ech, kocham jesień. I nikt mi nie powie, że jest inaczej. Każda pora roku ma coś w sobie, czy to pięknie budząca się do życia wiosna, gorące lato czy zaspana zima. Jednak jesień to ciepłe kolory, zapachy czy zmiana sposobu myślenia...

niedziela, 30 sierpnia 2015

Polaczek Cebulaczek vs. Chińczyk w Pięciu Smakach

Dziś postanowiłam wydać znaczną część moich ciężko zarobionych pieniędzy i zgarnęłam rodziców do Elbląga. Gdy hajs został wydany na cele naukowe uzgodniliśmy, że podtrzymuję obietnicę złożoną rodzicom jeszcze na obczyźnie i zapraszam ich na urodzinowy obiad do chińskiej knajpy. Z tej okazji, że oni bywali tam wcześniej, a ja nie, zdałam się na nich.

Po shoppingu udanym dla mamy (z ciuchów postanowiłam już nic nie kupować, bo w szafie muszę to już upychać nogą) pojechaliśmy do punktu docelowego. Po drodze jeszcze tata się ze mną targował, że on wypije piwo, a ja kulturalnie wrócę autem do domu. No cóż, mama powiedziała: Walcz i nie daj się mu. Ostatecznie postawiłam na swoim. Ale po kolei. Gdy już znaleźliśmy się w chińskich progach i otrzymaliśmy kartę poczułam, że dojdzie do przełomu. Po drobnych sugestiach rodziców zdecydowałam się na kaczkę w sosie słodko-kwaśnym z mandarynkami. Mama wybrała kaczkę w jakimś kurczakowo-mięsnym sosie, a tata... Kalmary. Radośnie stwierdził, że oczywiście zechcę spróbować. Zrobiłam duże oczy, bo nie jadam owoców morza, ale yolo, raz się żyje. Pokiwałam głową, że tak i zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam. Ale to jeszcze nie koniec. Po chwili usłyszałam kolejne zdanie: To co, zjesz ze mną żabie udka? Spojrzałam na tatę jeszcze bardziej niepewnie niż przy kalmarach i odpowiedziałam, że oczywiście. Widocznie mój mózg i moje usta nie współpracowały dziś ze sobą. Mama tylko się śmiała i widziała, że robię się blada. A do tego chciałam się napić czegoś co ma odpowiednią ilość procentów (z dnia na dzień staję się coraz większym alkoholikiem). Niestety żadnego odpowiedniego piwa dla mnie nie było, a z kolei za winem nie przepadam. No to postanowiłam uwolnić w sobie Polaczka Cebulaczka. Zamówiłam koktajl (składał się z soku pomarańczowego i soku brzoskwiniowego), a do tego osobno 50 ml czystego Bolsa. Cóż, trzeba sobie w życiu radzić. Ale dla kelnerki to chyba nie była żadna nowość, bo przyjęła to bez jakiejkolwiek reakcji. W przeciwieństwie do mojej mamy, która mało ze śmiechu nie wpadła pod stół.

Gdy już dostaliśmy przystawkę, czyli nasze żabusie, stwierdziłam, że to nie jest takie złe. Wyglądało jak skrzydełka z kurczaka z KFC. W smaku też nawet zbliżone. Ale nie docierało do mnie, że to żaba. Kurczak i koniec. Tak zostało do końca i gdybym nie wiedziała, że to ten uroczy płaz to założyłabym się, że to drób. Potem dotarło do nas nasze główne danie i każdy był zadowolony. Tata oczywiście uraczył mnie (i mamę też!) kalmarami. Mimo iż było w nich więcej panierki niż samego mięsa to raczej tego nie zjem po raz drugi. Nie trafiło to do mojego serca. Zajęłam się moja pyszną kaczuszką i po wyjściu z obiadu brzuch miałam niczym kobieta w ciąży. Najadłam się za pięciu i nie miałam na nic siły. Jak tylko dostałam się do auta to poszłam w kimę. A gdy dotarłam do domu zapiłam wszystko angielską herbatą (tak, tak, earl grey z mlekiem).

Generalnie wszyscy byli zadowoleni i ogólnych pretensji nikt nie zgłaszał. Co mnie oczywiście ucieszyło. Sobotni obiad jak najbardziej udany. Ale i tak jeszcze poszłabym na sushi. Jacyś chętni?

A na potwierdzenie pyszności załączam zdjęcia:


P.S. Powinnam napisać wpis, który piszę od miesiąca, ale nie mogę się zebrać. Może po poprawkach mi się uda?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. III

Właśnie leżę na mojej nowiutkiej kanapie i rozmyślam o tym co się wydarzyło przez ostatnie dwa miesiące. Myślę o tym, że najpierw jarałam się jak głupia, tym że zmieniłam otoczenie, potem miałam doła jak stąd do Berlina i modliłam się, żeby jak najszybciej wracać, a teraz nie miałam w ogóle ochoty, by spakować walizki i wracać do szarej rzeczywistości. A czemu tak się działo? Do tej pory nie mam pojęcia.

Przez ostatni miesiąc pojawili się ludzie, którzy przyczynili się do tego, że nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Było dobrze. Można było pogadać, wyjść na piwo, zrobić głupie rzeczy. Im bliżej było wyjazdu tym trudniej było się pożegnać. Ogromnie się cieszę, że mogłam ich poznać i wierzę, że jeszcze się kiedyś z nimi spotkam. Póki co kontakt pozostał.

Czego mi będzie brakować do następnego razu oprócz ludzi? Wielu rzeczy. Jedzenia (nie wszystkiego, ale tego czego nie ma w Polsce), codziennego kimania w fotelu po obiedzie, poniedziałkowych seansów Sherlocka na BBC, siedmiu odcinków dziennie Top Gear, programów o gotowaniu, które ociekały tłuszczem i tym, że WiFi było wszędzie gdzie się pojawiałam (poza pracą, oczywiscie). Będzie mi brakować tego małego niedobrzelca, któremu jak się wkręcił jakiś temat to już nie gadał o niczym innym. Pewnie jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy...

Wczoraj, będąc na lotnisku wydarzyło się kilka rzeczy, które mógłby być odebrane za znaki, żeby nie wracać do Polski. Najpierw, żeby zdać duży bagaż naczekałam się 45 minut w kolejce, a potem gdy już dotarłam do samolotu to tuż po starcie samolot zaczął zawracać nad Londynem i kapitan poinformował nas, że mamy usterkę i musimy wracać na lotnisko. Nie mieliśmy żadnej informacji przez trzy godziny i siedzieliśmy jak te kołki na swoich miejscach. Także zamiast wylądować w Polsce o 23.20 byłam dopiero o 3 nad ranem. Wszyscy źli i zmęczeni opuszczali lotnisko w podskokach i dziękowali temu w kogo wierzą, że żyją i mogą się stąd wydostać. Jedyne co mi to wszystko wynagrodziło to przepiękny nocny widok na Londyn z wysokości kilku kilometrów. Coś cudownego. A do tego Ed Sheeran i The City w słuchawkach ("London calls me a stranger, a traveller...")... Cóż, same znaki. A może mi się tylko tak wydawało?

Za to w domu czekał na mnie najlepszy i najpiękniejszy tort jaki kiedykolwiek dostałam. Chatka Hobbita. Czeguż więcej może pragnąć fangirl? Mama wiedziała co mnie uszczęśliwi. I z tą myślą położyłam się spać o 7 nad ranem na tej samej wygodnej kanapie, na której teraz siedzę. Cóż, nadal chcę wracać, ale chyba trzeba wrócić na ziemię i zająć się swoim nudnym życiem. No i czasem pomyśleć o tym co i z kim się gdzieś tam przeżyło...

P.S. A oto zdjęcie mojego pięknego torta.

P.S.2. A od jutra nauka na poprawki... Życzcie mi powodzenia...

niedziela, 16 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. II

Do wyjazdu do domu zostało mi 6 dni. Za tydzień w niedziele o tej porze będę w moim własnym, przytulnym pokoiku i oddam się rozmyślaniom o tym, co tu się wydarzyło. Ciągle mam wrażenie, że dopiero jest koniec czerwca, a ja zacznę pracę. Cóż, otóż nie. Czas pakować walizki...

Na samym początku nie sądziłam, że będzie tak jak jest. Czasami a to miałam wrażenie, że będzie tragicznie albo idealnie. Jest po prostu normalnie. Jak wszędzie, dobrze, jeśli się zadomowisz. Czy się zadomowiłam? Bardzo możliwe. Nie stresuję się, gdy mam iść do sklepu, drogę do pracy opanowałam już drugiego dnia moich codziennych wędrówek, a w samej pracy ludzie już znają moje imię i mniej więcej wiedzą (ci z którymi mam codzienny kontakt), że studiuję filologię polską. Nawet trafiło się, że na jednej linii spotkało się dwóch przyszłych filologów i było o czym porozmawiać. Przy okazji dowiedziałam się, że co uniwersytet to inne podejście. Do wszystkiego. Codziennie też słyszę, że powinnam zmienić studia póki nie jest za późno, bo tylko się marnuję. No nie wiem... Ale uwielbiam też reakcje osób, które się dowiadują, że filologia to to czym się zajmuje. Padają wtedy albo niecenzuralne słowa albo słyszę uznanie albo "pozostawię to bez komentarza". Powiedzmy, że już się do tego przyzwyczaiłam.

Przyzwyczaiłam się też do tego, że gdy włączam telewizor to mówią do mnie tylko po angielsku. W sumie to fajne. I ja naprawdę rozumiem co oni do mnie mówią. No nie wszystko, ale w większości. Tylko dobijający jest lektor w tle na niektórych kanałach, który informuje osoby niedowidzące o tym co się dzieje na ekranie. Ale żeby nie było, jestem tolerancyjna.

A co sprawia, że czuję się jakbym była w Polsce? Polacy. Wszędzie Polacy. Wchodzisz do supermarketu, a za plecami słyszysz: "tylko nie kupuj znowu tyle mleka, bo się zepsuje". Jesteś w pracy i jak dobrze trafisz to na linii nie ma ani jednego Anglika, sami swoi. Pójdziesz nawet do apteki po syrop na kaszel dla dziecka to szefową przybytku jest Polka. Albo pojedziesz do Bath na zakupy, a potem na obiad i za plecami w knajpie słyszysz kelnera: "Dzień dobry, smakowało?". Czego chcieć więcej? Nawet jak nie znasz języka to jakoś sobie można poradzić.

I nauczyłam się już nie przeliczać. No chyba, że porównuje ceny w Polsce i tutaj danych rzeczy, które chce kupić i nie jestem pewna czy lepiej na tym wyjdę tu czy tam. A tak? Nie ma szans. Wchodzę do sklepu i po prostu kupuję to co mi potrzebne bez przelicznika, a jedynie patrzę na cenę czy się opłaca w stosunku do zarobków. Bo inaczej to można zwariować.

Co do ludzi to zdanie mam podzielone. W sumie są niektórzy nienormalni, ale reszta to po prostu wszyscy jak wszędzie. Tylko tyle, że tu każdy każdemu za wszystko dziękuję. Zmieniesz linię - dziękują. Kończysz zmianę - dziękują. Idziesz do sklepu - dziękują, że wybrałaś ich sieć. Nawet mówią dziękuję, gdy zejdziesz z drogi albo przepuścisz kogoś na rowerze. A czy u nas po skończeniu pracy ktoś nam dziękuję? Nie spotkałam się z tym. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj mają pretensje, że czegoś się nie zrobiło albo coś jest nie tak. Ech, wyższa kultura osobista.

Miesiąc temu zostałam zapytana czy tęsknię za domem. Odpowiedziałam, że nie. A dlaczego? Bo zachłysnęłam się tym co tu zobaczyłam. Jednak potem był czas, że jedyne co robiłam to odliczałam dni do powrotu. Ale ostatnio już sama nie jestem pewna czego chcę. Z jednej strony chciałabym już wrócić i zająć się swoim starym życiem (no poza nauką na poprawki), ale z drugiej zrobiło się tak jakoś stabilnie i wygodnie, że gdybym miała pewność, że praca będzie dzień w dzień to rozważyłabym zostanie tutaj na dłużej. Ale wakacje się już pomału kończą i czas biegnie dalej, a ja... Muszę wrócić na ziemię.

P.S. Od dwóch tygodni zbieram się by napisać pewien wpis. Ale zrobię to chyba dopiero jak zasiądę przed własnym laptopem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pan mnie nie fascynuje, panie Grey...

W ostatni piątek dopuściłam się haniebnego czynu, a mianowicie obejrzałam "50 twarzy Greya". Obiecałam sobie, że tego nie zrobię, ale po gorących namowach moich współtowarzyszy wieczora oraz pewnej ilości alkoholu poddałam się. Zasiadłam w fotelu, uzupełniłam procenty i... No cóż, wszystko po kolei.

Od razu mówię, że książek nie czytałam. Jedynie pierwszą część i to gdzieś we fragmentach. Niby wiedziałam o co chodzi, ale gdy przyszło co do czego to film wydał mi się jakby zupełnie inna historią. Tyle tylko, że bohaterowie tacy sami. Pierwsze dziesięć minut filmu jakoś zniosłam poza tym, że strasznie drażniła mnie drewniana gra tej głównej pani bohaterki. No po prostu Bella ze Zmierzchu to przy niej dyplomowana aktorka. Z kolei pan Grey... Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie wiedzieć czemu w tej roli idealnie bym widziała Chrisa Hemswortha. Ale może po prostu mam zryty baniak. A Jamie Dornan (chyba napisałam bez błędu) miejscami wyglądał jak ten pan z "Psychozy" (o ile się nie mylę to chodzi mi o Anthony'ego Perkinsa). Aż potem bałam się iść do łazienki. Ale po tych dziesięciu minutach zadzwonił mój telefon i poszłam sobie pogadać i gdy już wróciłam panna Ana (czy jak jej tam) była nawalona jak tramwaj w barze i ratował ją pan Christian. Potem już nie bardzo kojarzyłam co się dalej dzieje, bo trochę przysypiałam, ale co się obudziłam to oni się gwałcili. No bo niczym innym tego nie nazwę.

O stronie erotycznej tego filmu nie chcę się wypowiadać. Są od tego eksperci. Ja się wstrzymam. Tylko odniosę się do jednej rzeczy. No zakończenie to dupy nie urwało. Grey wyszedł na biednego, skrzywdzonego psiaczka, którego nikt nie kocha, a panna Ana powiedziała to swoje "Christian" I tyle ją widzieli. Nawet drewnianość w tym momencie jej nie zmalała. Dlatego się nie dziwię, że muszą szybko kręcić drugą część, bo przecież umowę kiedyś muszą podpisać. Za to przypomniała mi się jedna rzecz, którą kiedyś przeczytałam w Internecie. Za Greyem to szaleją wszystkie baby (no prawie) i podpisałyby tą głupią umowę, bo przecież on biedny i wykorzystany, a do tego skrzywdzony. Ale jak Sheldon w "The Big Bang Theory" kazał Amy podpisać umowę dotyczącą związku to od razu wszyscy mówią, że on jakiś nienormalny i co to za facet, który tak postępuje. Przecież to w zasadzie to samo tyle, że on, Sheldon oczywiście, nie śpi na kasie i jest jakby antyseksualny. No dobrze, nie będę się w to zagłębiać.

I żeby nie było, że jestem taka okropna dla tego filmu (za osobisty sukces uważam to, że dotrwałam do końca) to napiszę, że o ścieżkę dźwiękową się postarali. Pominę "Love me like you do", bo to mi uszami wychodzi jak słyszę to dzień w dzień po siedem razy w pracy, ale za to jestem wielką fanką coveru "Crazy in love". Świetna wersja i momentami przyprawia o ciarki na plecach.

Czy obejrzałabym film po raz drugi? Nie sądzę. Czy na trzeźwo? Zdecydowanie nie. Podziwiam tych, którzy poszli na to do kina i to z własnej nieprzymuszonej woli. Ja podziękuję. A jeśli miałabym oceniać w skali od 1 do 10 to dałabym marne 2 i to tylko za muzykę. Nic więcej. Widać chyba się starzeję, bo nie rajcują mnie te klimaty.

piątek, 31 lipca 2015

Proszę, zabierz nas do domu...

Wczoraj obudzona o 5 nad ranem i poinformowana, że fabryka matka mnie nie potrzebuje zagwarantowałam sobie dzień wolny. Korzystając z okazji wyspałam się, pozmywałam i chciałam się po prostu poobijać, ale zostałam wysłana po syrop dla mojego kuzyna do apteki (przy okazji farmaceutka myślała, że mam dziesięcioletnie dziecko i zrobiła minę jakbym zabiła jej matkę kapciem). Niestety zanim kupiłam to po co przyszłam to zostałam poinformowana, że lekarstwo mogę nabyć dopiero za pół godziny, bo pani z apteki poszła na lunch. Zrezygnowana wycofałam się z pomieszczenia i poszłam do sklepu z odzieżą. Ale po chwili się zorientowałam, że przecież w tym budynku znajduje się sklep, do którego zawsze chciałam iść, ale nigdy nie miałam czasu. Mam na myśli księgarnie.

Nieco speszona weszłam do środka i od razu wiedziałam, że nie powinnam przekraczać progu tej cudownej świątyni. Zaczęłam przeglądać regał po regale i byłam coraz bardziej zafascynowana. Trafiłam na książki moich ulubionych autorów i zaczęłam się zastanawiać czy byłabym w stanie przeczytać chociaż rozdział jakiejś książki. Doszłam do wniosku, że byłoby mi trudno i postanowiłam, że czas zabrać się za dokladniejszą naukę angielskiego, żebym mogła w przyszłym roku tam wrócić i kupić sobie co dusza zapragnie. A dusza dużo zapragnęła.

Trafiłam na kilka kryminałów, które bardzo chętnie bym przeczytała. Ale największą radość, a zarazem smutek przyniosło mi główne znalezisko, o którym myślałam kilka dnia. Mam tu na myśli "Poldark". Wiadomo, że serial powstał na podstawie książki, więc chciałam tą książkę poznać. I się udało. Radość sprawiło mi to, że w ogóle była dostępna na półce, a uczucie zostało spotęgowane w momencie, gdy zajrzałam do środka i przeczytałam, że jest około siedmiu części tej serii. Niestety po kilku sekundach dotarł do mnie smutek i postanowił mi przypomnieć, że nie znam bardzo biegle angielskiego i swobodnie sobie nie poczytam. A jak wiadomo, w Polsce zanim przetłumaczą to miną lata świetlne. Chyba jednak przyłożę się do tego angielskiego...

Nie zrobiłam nawet pół kroku, a moim oczom ukazały się trzy najpiękniejsze półki jakie można było sobie wymarzyć. Po brzegi były wypchane komiksami Marvela. Stałam przed nimi z rozdziawioną paszczą i dobrze, że zdałam sobie sprawę, że wyglądam jak idiota, bo w pobliżu pojawili się ludzie. Paszczę natychmiast zamknęłam i zaczęłam przeglądać komiksy. Już postanowiłam, że na pewno kupię sobie jakieś i trudno, będę czytać je ze słownikiem. Ale, ale... Natrafiłam też na coś co sobie kupię obowiązkowo i to za najbliższą wypłatę (ale nie za dzisiejszą). Mianowicie jest to leksykon wszystkich bohaterów Marvela. Od Thora, po Iron Mana, przez Kapitana Amerykę, Hulka i na Groocie kończąc. To nic, że muszę za to wybulić £10, ale zrobię toooooo!

Byłam za to zdziwiona faktem, że w księgarni było niewiele książek Christie czy Conan Doyle'a. Myślałam, że Anglicy trochę tego na stanie mają, a tu się jednak okazuje, że jestem w błędzie. Cóż, my też mamy mało Mickiewicza i Reymonta w księgarniach.

Później szybko się przebiegłam po literaturze dziecięcej, historycznej i faktu, ale nic ciekawego nie znalazłam. Na biografiach za to trafiłam na książkę, która opisywała życie mojej wielkiej, pierwszej i jedynej miłości pilkarskiej, Thierry'ego Henry'ego. Ciekawe kiedy w Polsce na nią trafię? Bo ładne były w niej zdjęcia, a i tekst zapewne interesujący.

Na koniec zatrzymałam się przy niewielkim stoliku, na którym leżały kolorowanki antystresowe dla dorosłych. Przejrzałam wszystkie i doszłam do wniosku, że straszne zdzierstwo i się nie opłaca tutaj kupować. Najtańsze wydanie, kieszonkowe kosztowało £6, a najdroższe £15. A w Sainsburym pod domem mam ładne wzorki do kupienia za £4.

Księgarnie opuściłam po 35 minutach, a to i tak krótko jak na mnie. Doszłam do wniosku, że żeby być w pełni szczęśliwą musiałabym tam zostawić jakieś £45. Generalnie to nie stać mnie, żeby coś takiego zrobić, ale może chociaż komiksy sobie kupię? Jeszcze o tym pomyślę...

P.S. Na polski akcent również trafiłam. Znalazłam Wiedźmina, ale na razie na angielski zostały przetłumaczone tylko trzy części. Z czego w księgarni była tylko jedna.