Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 grudnia 2017

Księgarz też człowiek, czyli trochę wyrozumiałości, drogi kliencie!

Grudzień, szczególnie ostatnie dwa tygodnie przed świętami to gorący okres. W ludziach wyzwalają się jakieś dzikie żądze, przestają myśleć racjonalnie i jedyne co się dla nich liczy to ich własne zadowolenie i zaspokojenie. Są dwie strony tego jakże szalonego czasu. Klienci, którzy dążą po trupach do celu, byle tylko zdobyć wymarzone prezenty i my - sprzedawcy. Ci, którzy muszą wszystkich uszczęśliwić, być niesamowicie uprzejmi, a do tego chcąc czy też nie, ostatni tydzień przed świętami siedzieć w sklepach/galeriach do 22 (wiecie, w Wigilię też pracujemy, na szczęście tylko do 14, ale niektórzy chcieliby, żebyśmy siedzieli za ladami do 18). Nie to, że marudzę, bo uwielbiam swoją pracę i bardzo często dostarcza mi wiele radości, jednak szanowni klienci, nie dajmy się zwariować.

Chciałabym (ku przestrodze) napisać tutaj kilka obserwacji, zarówno swoich jak i koleżanek z księgarni (pracuję w miejscu, gdzie książki mieszkają zanim trafią do naszych domów), które dotyczą tego, jak irracjonalnie zachowują się klienci. Głównie przed świętami, ale czasami także na co dzień.

1. Klient pyta o książkę, kulturalnie, po sprawdzeniu, odpowiadasz, że nie ma, na co słyszysz: "Ale na pewno? Nie ma pani tego gdzieś pod ladą?"

Nie, nie mam. Jeśli system mi pokazuje, że czegoś nie ma to znaczy, że tego nie ma. Wszystko co trafia na półki zostaje zeskanowane i wprowadzone do systemu, żeby potem bez problemu móc to odnaleźć i przekazać w ręce osoby, która jest zainteresowana kupnem. Jedyny problem jaki może się pojawić to taki, że system pokazuje, że coś jest, a tego fizycznie nie ma. Wtedy albo jest to gdzieś na zapleczu zasypane stertą innych produktów i ciężko się do tego dostać albo po prostu ktoś się do tego przytulił i wyniósł niepostrzeżenie z księgarni, nie informując nas o tym. Czyli po prostu to ukradł. 

2. Dwie najwyższe półki na regale to zapas, a mimo to klienci wspinają się na nie i biorą książki jak leci, zrzucając wszystko dookoła.

Ja rozumiem, że wiele osób woli szukać samemu, nie chcą naszej pomocy, gdy pytamy czy czegoś nie potrzebują, ale czy tak trudno dokładnie się rozejrzeć po półkach, które są centralnie na wysokości naszej twarzy? Uwierzcie mi, że praktycznie wszystkie pozycje, które są na samej górze, znajdują się dokładnie w zasięgu waszej ręki i nie ma potrzeby wspinać się po regale i zrzucać wszystkiego co jest obok. A jeśli czegoś nie ma na głównym regale to prawdopodobnie tylko dlatego, że właśnie ktoś kupił daną pozycję, a my nie zdążyliśmy jej uzupełnić. Wtedy wystarczy podejść i poprosić o ściągnięcie jej. Mamy do tego podręczne drabinki, a także dużą drabinę, która niższym pracownikom umożliwia bezpieczną pomoc klientom. 

3. Księgarnia to nie informacja turystyczna.

Lubimy pomagać klientom, szczególnie gdy ci są mili i kulturalni. Możemy też wskazać, gdzie jest spore prawdopodobieństwo otrzymania produktu, którego u nas nie ma. Ale nie jest fajną sprawą, gdy mamy pełen sklep, każdy z pracowników zajmuje się swoimi obowiązkami, aż nagle podchodzi klient i pyta: "przepraszam, gdzie ja tu znajdę aptekę albo fryzjera?". Niestety nie wiem, proszę pani/pana. A może wiem, ale w danej chwili nie jestem w stanie tego pani/panu powiedzieć, bo obok stoi matka z dwójką dzieci, które krzyczą i domagają się bajek, a ty musisz szukać takich, które będą odpowiednie zarówno dla siedmio jak i dwulatka. Nie wiemy (a przynajmniej nie zawsze), gdzie możecie kupić spinacze, pióra wieczne czy też gumę do żucia. My tego w swoim asortymencie nie posiadamy i nie zawsze mamy czas, żeby sprawdzić asortyment każdego sklepu w galerii. I dlatego na każdym piętrze jest informacja dla klientów co i gdzie można mniej więcej zakupić.

4. "Jaka jest tego cena?"

Przykro mi, ale nie jestem w stanie znać ceny każdego z dwudziestu jeden tysięcy produktów dostępnych na stanie. Jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich ma tę informację umieszczoną na odwrocie. A jeżeli nie ma to możemy to sprawdzić w systemie, ale to wymaga podejścia do nas i poproszenia o to. A nie darcia się na pół sklepu "pani, jaką to ma cenę, bo tu nie ma?". I uprasza się także o to, że jak z marszu nie potrafimy podać takiej informacji, bo jesteśmy zajęci obsługą innej osoby, to nie należy robić min lub wypowiadać nieodpowiednich komentarzy. My zazwyczaj to wszystko słyszymy i widzimy, a wtedy zupełnie zmienia się nasze podejście do was, do naszych klientów.

5. "Ooo, drogo tu u was. Pójdę jeszcze do (tu wstaw odpowiedni sklep z tymi samymi artykułami), może tam mają taniej, a jak nie to wrócę.

Nie, nie mają taniej. Nie, nie wrócisz. Każdy sieciówkowy sklep ma takie same ceny, bo są to ceny tzw. "okładkowe". Jest to wymóg wydawcy, producenta, szefostwa firmy. Czasami, od wielkiego dzwonu zdarzają się promocje, ale umówmy się: mają je tylko osoby z kartami stałego klienta albo z przypadkowymi kuponami promocyjnymi. Ewentualnie niższe ceny mają sklepy internetowe. Ale stacjonarne bardzo rzadko. Więc jak już pójdziesz do konkurencji i zobaczysz, że mają w tej samej cenie co my, to czego szukasz to już do nas nie wrócisz, bo nie będzie ci się chciało pokonywać tej samej trasy, żeby się cofnąć po coś co tu też możesz kupić. 

6. "Nie ma tego? Ale jak to? Dlaczego tego nie macie?!"

Nie mamy, bo albo przestali wydawać dany tytuł albo w magazynie tego nie ma. A jak magazyn czegoś nie ma to i my nie będziemy mieć tego na stanie, bo przecież skądś to do nas dociera. I nie dopytujcie czy wiemy dlaczego tak jest, że magazyn tego nie ma. My nie posiadamy takiej wiedzy. Przecież nie jesteśmy ludźmi, którzy mają na to wpływ. Jak tylko się pojawi w magazynie to na pewno do nas trafi, bez obaw.

7. "A może jakiś rabacik?"

Nie. To nie jest turecki czy egipski targ, na którym licytujesz się o cenę produktu. My mamy odgórnie narzucone co jest w jakiej cenie. Do tego firma, w której pracuję jest nowa na rynku i dopiero raczkujemy w kwestii promocji, obniżek i rabatów. Oprócz tego co jest przecenione na stołach czy regałach innej obniżki nie otrzymacie. Choćbyście bardzo chcieli. Nawet my pracownicy jeszcze nie mamy bonifikart upoważniających nas do zakupu po niższej cenie. Dlatego nie proście nas o to, nawet w żartach, bo po pewnym czasie i po setnym pytaniu o to samo, zaczynamy reagować alergicznie na ten magiczny zwrot.

8. Klient ze słuchawkami w uszach to zło wcielone.

Nie, on nam nic nie robi. Zazwyczaj nie sprawia problemu. Jednak przyprawia nas o zakłopotanie i czasami o zażenowanie. Gdy wchodzi do księgarni to nie wiesz czy masz mu powiedzieć "dzień dobry" czy po prostu sobie odpuścić (wymogiem firmy jest witanie klienta, gdy tylko przekroczy próg salonu, a także gdy po krótkim rozeznaniu przez klienta masz obowiązek podejść i zapytać czy nie potrzebuje pomocy w poszukiwaniach jakiegoś produktu). Potem gdy przychodzi druga część interakcji z klientem bardzo często zderzasz się ze ścianą. Dosłownie. Pochodzisz, pytasz i nic. A dlaczego? Bo klient słucha muzyki na full i ma cię głęboko w poważaniu. A ty odchodzisz ze spuszczoną głową, patrzysz z politowaniem w kierunku koleżanek księgarzy i zastanawiasz się czy iść poprawiać książki, zająć się innym klientem czy zatłuc tego co ma cię gdzieś rzucając w niego najgrubszą książką. Niby nic nie znaczącego, ale dla nas przykra sprawa.

9. Czy "dzień dobry" jest takie trudne do wypowiedzenia?

Jak pisałam w punkcie wyżej musimy witać klientów. Owszem, klienci bardzo często nie słyszą naszego powitania, gdy stoimy na drugim końcu salonu i zajmujemy się kimś innym. Ale czy tak ciężko odpowiedzieć, gdy przechodzi się obok nas i patrzy się nam w oczy? Ok, rozumiem, możesz być obcokrajowcem, ale no błagam... To świadczy tylko o wychowaniu albo o tym jak inni traktują tych co pracują w usługach. Ludziom się wydaje, że w handlu pracują osoby bez wykształcenia czy też bez jakiejkolwiek wiedzy. Ogrom z nas to ludzie, który prawdopodobnie kończą drugi kierunek studiów, piszą trzy prace i nie chcą żyć na utrzymaniu rodziców. Tak naprawdę większość z nas jest lepiej wykształcona od tych, którym się wydaje, że są nie wiadomo kim, że przychodzą do nas i dają nam zarobić. 

10. "A płyt z filmami i muzyką to tu nie ma?"

Nie, bo to jest KSIĘGARNIA! Owszem, w obecnych czasach zdarzają się sklepy, w których jest wszystko, ale generalnie w księgarniach są tylko książki. Ewentualnie audiobooki, produkty do pakowania (torebki ozdobne, papiery) i niewielkie artykuły papiernicze takie jak zeszyty, taśma klejąca czy długopisy. Ale nie, nie mamy muzyki, gier komputerowych, papierosów, prezerwatyw czy folii aluminiowej. 

11. "Bo ja mam pytanie. Nie pamiętam autora ani tytułu, ale czy jest może taka książka z niebieską okładką?"

Szanowni Państwo, książek z niebieską okładką są tysiące. Co mi po tym, że mi pan/pani powie, że ona ma ok. czterystu stron i jest ciemnoniebieska. Aby odnaleźć jakąś książkę potrzebne mi jest minimum jedno z dwóch kryteriów. Albo autor albo tytuł. Ewentualnie jeśli jest to nowość to temat jakiego dotyczy. Ale nie jestem w stanie na podstawie koloru okładki zlokalizować książki sprzed piętnastu lat. 

12. "Fajna ta książka? Co mi pani o niej powie?"

Ja naprawdę nie znam wszystkich książek. Staram się jak mogę wiedzieć mniej więcej coś o jak największej ilości pozycji, ale wszystkiego nie da się znać. Nie potrafię powiedzieć o czym jest książka wykopana z samego końca regału z historią, bo po pierwsze nie jest to mój ulubiony dział literatury, a po drugie, powtórzę po raz kolejny, w księgarni są tysiące tytułów. Dlatego z tyłu okładki jest jej krótki opis. To pomaga, naprawdę. A jak nie, to można zajrzeć do środka i ją przejrzeć albo poczytać co nieco o niej w Internecie. 

13. "Nie dość, że robię u was zakupy to jeszcze mam płacić za reklamówkę?!"

Bardzo chętnie rozdawałabym je za darmo i to po pięć do zakupu, ale to nie ode mnie zależy. Z tego co wiem to obecna partia rządząca wprowadziła obowiązek poboru opłat za reklamówki, bo chodzi tu o ochronę środowiska. Dlatego błagam, nie miejcie do nas pretensji, nie krzyczcie na nas, że to złodziejstwo, bo to nie nasza wina. Jeśli nie chcesz reklamówki to albo noś swoją albo grzecznie odpowiedź, że dziękujesz, ale nie chcesz, bo cię nie stać/nie chcesz wyrzucać pieniędzy w błoto. My to zrozumiemy i o nic nie będziemy pytać.

14. "A karta rabatowa z (tu wpisz każdy inny sklep jaki przyjdzie ci do głowy) albo podarunkowa to u was jest przyjmowana?"

Nie. Każda sieć ma swoje systemy kart rabatowych czy podarunkowych. Jedna nie jest do wszystkich sklepów. Ja wiem, że każdy ma stosy takich kart w portfelu, ale nie, my jeszcze swojej nie mamy.

15. Nie stójcie w progu sklepu albo ciągle nie wchodźcie i nie wychodźcie.

Wiele sklepów ma liczniki wejść i wyjść w okolicy kraty zamykającej sklep. Dziewięćdziesiąt pięć procent klientów nie ma o tym pojęcia. Dlatego nie urządzajcie sobie pogaduszek z dawno niewidzianą koleżanką w progu naszego sklepu. Licznik wtedy wariuje, a my mamy pustą statystykę. Góra się dopytuje jak to możliwe, że było tak wielu klientów, a utarg jest tak niski. To samo się tyczy dwugodzinnego stania z przyjaciółmi na środku sklepu i opowiadania sobie ostatnich ośmiu lat swojego życia. Idźcie na kawę, tam przynajmniej usiądziecie. 

16. "A pakujecie na prezent?"

Mogę zapakować w naszą firmową reklamówkę albo w torebkę, którą wybierze pan/pani z regału. To nie jest punkt pakowania prezentów. Nie zawijamy w papier, nie oklejamy taśmą i nie piszemy imiennych bilecików. Nie mamy na to czasu. Poza tym większość z nas nie ma takich zdolności manualnych (nie chcieliby państwo, żebym to właśnie ja pakowała wasz prezent, naprawdę).

17. *wisi kartka z informacją, że zwrotów nie przyjmujemy* "A będzie to można zwrócić w razie czego?"

Nie, nie będzie można. Sklepy nie mają obowiązku przyjmowania zwrotów bądź dokonywania wymian. Jest to tylko i wyłącznie dobra wola kierownictwa firmy. I nie mówię tutaj o towarze uszkodzonym, ale o pełnowartościowym. O takim, który wam się znudzi czy też jest zdublowanym prezentem. Trzeba dobrze przemyśleć to co chce się zakupić. 

18. "Ja za to zapłacę, bo muszę rozmienić tę stówę".

Mam świadomość, że bankomat nie pluje drobnymi, ale jeśli pięć osób z rzędu ma do zapłaty dwadzieścia złotych i płaci banknotem stuzłotowym to myślicie, że skąd ja wezmę drobne? Nie zawsze jest tak, że w kasie mamy mniejsze nominały. Przecież jakoś musimy je zdobyć, a w jaki inny sposób niż poprzez zapłatę od klientów? Dlatego nie bądźcie dla nas niemili, gdy prosimy was chociaż o końcówkę kwoty do zapłaty w drobnych. Albo nie miejcie pretensji, gdy czterdzieści złotych wydamy wam w złotówkach. Jak wy nam, tak my wam.

19. "To ja się jeszcze zastanowię".

Wiem, że wielu z was ma ogromny problem co komuś kupić, bo albo dobrze nie znacie tej osoby albo ma już mnóstwo książek, ale proszę was, nie sprawiajcie, że mamy ochotę was rozerwać na strzępy, gdy pokazujemy wam piętnaście różnych książek, stajemy na głowie, by wam dogodzić, staramy się, żebyście byli w miarę możliwości dobrze poinformowani co wam oferujemy, a wy mówicie, że to niewystarczające i sobie idziecie. Czasami warto nas posłuchać, bo naprawdę znamy się na swojej robocie, wiemy co jest dobre, a co omijać szerokim łukiem. To jest kwestia doświadczenia jak w każdej innej dziedzinie.


Doceniłam te wszystkie rzeczy, dopiero gdy sama stanęłam po drugiej stronie barykady. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć, że wszyscy klienci są tacy sami. Zdecydowana większość to cudowni ludzie, którzy potrafią nam zaufać, pożartują, wypytają o nasz gust literacki czy nawet wrócą za jakiś czas, podziękują i kupią coś ponownie. Proszę Was wszystkich, trochę empatii, zrozumienia i cierpliwości. Jesteśmy tylko ludźmi, kochamy to co robimy i staramy się wszystkim pomóc. Ale co może dwóch księgarzy, gdy na sklepie pojawia się tłum dziesięciu osób, a trzy z nich oczekują od nas natychmiastowej pomocy?


P.S. Dziś bez obrazków. Tym razem słowa ważniejsze...

poniedziałek, 12 października 2015

Ale że hę?

Właśnie na pewnej stronie zobaczyłam interesujący wpis: Dostaniesz dwa miliony dolarów jak zamieszkasz w domu na odludziu przez dwa lata bez telefonu, Internetu, rodziny i przyjaciół. Oczywiście to żart, ale jakby się nad tym głębiej zastanowić...

Bez telefonu i Internetu może i by dało radę, chociaż coraz bardziej te dwie rzeczy oddziałują na nasze życie. Niby z nimi fajnie, ale czasem bez nich jeszcze lepiej. Z kolei jeśli chodzi o rodzinę i przyjaciół... Bez przyjaciół da się wytrzymać (nie miejcie mnie za kogoś okropnego i bez serca, ale czasem są takie dni, że nie ma się ochoty ich widzieć), ale bez rodziny? Przynajmniej ja bym nie mogła. Bo kto mi da gwarancję, że przez te dwa lata nic się im nie stanie? Że nie zachorują albo co gorsza znikną z ziemskiego padołu? Miałabym wyrzuty sumienia, że przez moją głupotę i pogoń za pieniędzmi straciłam coś istotnego. Ale z drugiej strony, niektórzy nie mają rodziny i jakoś sobie radzą.

Nasuwa się też inne pytanie. Co robić w takiej dziczy bez Internetu, telefonu i wszelkiego "okna na świat". Za bym prawdopodobnie zapakowała do TIR-a książki i tak bym sobie spędzała miło czas. Do tego znalazłabym sobie jakiś las i chodziła na długie spacery. Albo całymi dniami robiła to na co obecnie brakuje mi czasu: napisałabym w końcu książkę. Co prawda już coś jest tam napisane, ale daleka droga do ideału.

Co jeszcze bym mogła tam robić? Obejrzeć wszystkie seriale świata. To by było coś. Może nie rzucałabym się na "Modę na sukces", ale zdecydowanie zabrałabym się za brytyjskie produkcje, które przecież są świetne.

Do książek dorzuciłabym miliardy świetnych piosenek, które już dawno powstały, a ja jeszcze nigdy w życiu ich nie słyszałam. Ciekawe czy przesłuchanie wszystkich piosenek na świecie zajęłoby mi więcej niż dwa lata czy może jednak bym się zmieściła w tym czasie?

Ale może jednak dobrze jest jak jest? Może jednak wolę mieć to co mam niż te miliony na koncie? Przecież podobno pieniądze szczęścia nie dają, a w życiu liczą się te chwile, które możemy z kimś dzielić.

P.S. A co z miłością? Bez niej można żyć?

P.S.2. Dziś krótko, ale obiecuję, że niedługo postaram się napisać coś więcej. Na pewno w najbliższym czasie pojawią się cztery wpisy, ale o czym i o kim to na razie tajemnica. ;)

P.S.3. Dzisiaj usłyszałam najpiękniejsze zdanie od mojej współlokatorki: "Jeśli skończą ci się wszystkie twoje wesołe fandomowe autobusy...". Czy to nie urocze? I czy to możliwe, że one kiedykolwiek się skończą? :D

piątek, 31 lipca 2015

Proszę, zabierz nas do domu...

Wczoraj obudzona o 5 nad ranem i poinformowana, że fabryka matka mnie nie potrzebuje zagwarantowałam sobie dzień wolny. Korzystając z okazji wyspałam się, pozmywałam i chciałam się po prostu poobijać, ale zostałam wysłana po syrop dla mojego kuzyna do apteki (przy okazji farmaceutka myślała, że mam dziesięcioletnie dziecko i zrobiła minę jakbym zabiła jej matkę kapciem). Niestety zanim kupiłam to po co przyszłam to zostałam poinformowana, że lekarstwo mogę nabyć dopiero za pół godziny, bo pani z apteki poszła na lunch. Zrezygnowana wycofałam się z pomieszczenia i poszłam do sklepu z odzieżą. Ale po chwili się zorientowałam, że przecież w tym budynku znajduje się sklep, do którego zawsze chciałam iść, ale nigdy nie miałam czasu. Mam na myśli księgarnie.

Nieco speszona weszłam do środka i od razu wiedziałam, że nie powinnam przekraczać progu tej cudownej świątyni. Zaczęłam przeglądać regał po regale i byłam coraz bardziej zafascynowana. Trafiłam na książki moich ulubionych autorów i zaczęłam się zastanawiać czy byłabym w stanie przeczytać chociaż rozdział jakiejś książki. Doszłam do wniosku, że byłoby mi trudno i postanowiłam, że czas zabrać się za dokladniejszą naukę angielskiego, żebym mogła w przyszłym roku tam wrócić i kupić sobie co dusza zapragnie. A dusza dużo zapragnęła.

Trafiłam na kilka kryminałów, które bardzo chętnie bym przeczytała. Ale największą radość, a zarazem smutek przyniosło mi główne znalezisko, o którym myślałam kilka dnia. Mam tu na myśli "Poldark". Wiadomo, że serial powstał na podstawie książki, więc chciałam tą książkę poznać. I się udało. Radość sprawiło mi to, że w ogóle była dostępna na półce, a uczucie zostało spotęgowane w momencie, gdy zajrzałam do środka i przeczytałam, że jest około siedmiu części tej serii. Niestety po kilku sekundach dotarł do mnie smutek i postanowił mi przypomnieć, że nie znam bardzo biegle angielskiego i swobodnie sobie nie poczytam. A jak wiadomo, w Polsce zanim przetłumaczą to miną lata świetlne. Chyba jednak przyłożę się do tego angielskiego...

Nie zrobiłam nawet pół kroku, a moim oczom ukazały się trzy najpiękniejsze półki jakie można było sobie wymarzyć. Po brzegi były wypchane komiksami Marvela. Stałam przed nimi z rozdziawioną paszczą i dobrze, że zdałam sobie sprawę, że wyglądam jak idiota, bo w pobliżu pojawili się ludzie. Paszczę natychmiast zamknęłam i zaczęłam przeglądać komiksy. Już postanowiłam, że na pewno kupię sobie jakieś i trudno, będę czytać je ze słownikiem. Ale, ale... Natrafiłam też na coś co sobie kupię obowiązkowo i to za najbliższą wypłatę (ale nie za dzisiejszą). Mianowicie jest to leksykon wszystkich bohaterów Marvela. Od Thora, po Iron Mana, przez Kapitana Amerykę, Hulka i na Groocie kończąc. To nic, że muszę za to wybulić £10, ale zrobię toooooo!

Byłam za to zdziwiona faktem, że w księgarni było niewiele książek Christie czy Conan Doyle'a. Myślałam, że Anglicy trochę tego na stanie mają, a tu się jednak okazuje, że jestem w błędzie. Cóż, my też mamy mało Mickiewicza i Reymonta w księgarniach.

Później szybko się przebiegłam po literaturze dziecięcej, historycznej i faktu, ale nic ciekawego nie znalazłam. Na biografiach za to trafiłam na książkę, która opisywała życie mojej wielkiej, pierwszej i jedynej miłości pilkarskiej, Thierry'ego Henry'ego. Ciekawe kiedy w Polsce na nią trafię? Bo ładne były w niej zdjęcia, a i tekst zapewne interesujący.

Na koniec zatrzymałam się przy niewielkim stoliku, na którym leżały kolorowanki antystresowe dla dorosłych. Przejrzałam wszystkie i doszłam do wniosku, że straszne zdzierstwo i się nie opłaca tutaj kupować. Najtańsze wydanie, kieszonkowe kosztowało £6, a najdroższe £15. A w Sainsburym pod domem mam ładne wzorki do kupienia za £4.

Księgarnie opuściłam po 35 minutach, a to i tak krótko jak na mnie. Doszłam do wniosku, że żeby być w pełni szczęśliwą musiałabym tam zostawić jakieś £45. Generalnie to nie stać mnie, żeby coś takiego zrobić, ale może chociaż komiksy sobie kupię? Jeszcze o tym pomyślę...

P.S. Na polski akcent również trafiłam. Znalazłam Wiedźmina, ale na razie na angielski zostały przetłumaczone tylko trzy części. Z czego w księgarni była tylko jedna.



piątek, 9 stycznia 2015

Little man in Gdańsk - Czyli historia pewnej miłości...

Moja metryka w urzędzie w jednej z rubryk ogłasza: "Miejsce urodzenia - Gdańsk". Czy się z tego cieszę? Owszem. Czy jestem z tego dumna? Jak najbardziej. Od zawsze miałam miłe skojarzenia z tym miastem, a w moim sercu są piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to człowiek przyjeżdżał do dziadków przy każdej możliwej okazji. Dzielnica, którą najlepiej znam to zdecydowanie Przymorze. Narobiło się tam mnóstwo kilometrów spacerując, jeżdżąc na rowerze, bawiąc się na placu zabaw. Za każdym razem, gdy przejeżdżam tam tramwajem lub samochodem to łezka się kręci w oku, więc naturalnym wyborem uczelni do studiowania był Gdańsk. Ale tak naprawdę w tym mieście zakochałam się dzisiaj i to dzięki banalnym doświadczeniom. Zajęcia na uniwersytecie skończyłam dziś o 9:15 (pan doktor wypuścił nas szybciej) i radośnie stwierdziłam, że do pociągu do domu zostało mi prawie dwie godziny. Wsiadłam w najbliższy tramwaj i udałam się do centrum po ciepłe pączki, które są przepyszne. Tym samym chciałam zrobić rodzince niespodziankę i przywieść coś na osłodę po całym trudnym tygodniu. A gdy miałam już pączki w plecaku i czekałam na przystanku na tramwaj, który miał mnie zabrać na dworzec w Gdańsku Wrzeszczu, doznałam olśnienia. Dookoła mnie ludzie się spieszyli, samochody pędziły, a ja po prostu stałam i gapiłam się na drzewa, przez które przebijało się słońce. Poczułam się jakby była wiosna. Odpłynęłam gdzieś myślami. W uszach sączyło się ukochane The Police, a potem sam Sting, już solo. Wsiadłam do tramwaju, przejechałam z pięć przystanków i ruszyłam dzielnie w stronę dworca. Przez cały czas rozglądałam się.  Niby byłam tu już wcześniej, ale wszystko wydawało mi się jakieś inne, nowe. Mijali mnie dziwni ludzie, a ja mijałam dziwne budynki. W głowie zakiełkowała mi myśl: "A może by tak opisać to miasto? Wymyślić bohatera, umieścić go w tych ulicach i pozwolić mu ożyć?". Jednak potem mi się przypomniało: "Po co? Przecież to już jest. Czytałaś to". No właśnie czytałam...

Otóż, Moi Drodzy, mam niezwykłe szczęście, że znam osobiście (no dobra, widziałam ją tylko raz i zamieniłam z nią dwa zdania) pewną gdańską pisarkę, Katarzynę Rogińską. Ale największym szczęściem jest to, że jest ona koleżanką z podstawówki (z klasy) mojego taty. 26 maja 2011 roku dostaliśmy zaproszenie do oliwskiej biblioteki na spotkanie autorskie. Cieszyłam się jak dziecko. Ale wróćmy do początku. Pierwsza książka, a raczej opowiadanie pani Kasi wpadło w moje ręce latem 2009 roku, gdy tata przywiózł do domu malutki tomik "Tajemnica Neptuna", który otrzymał od współautorki książeczki podczas spotkania po latach. Podprowadziłam książkę i zatopiłam się w opowiadanie pt.: "Kocim szlakiem". Nawet nie wiedziałam kiedy, a skończyłam lekturę. I wtedy pomyślałam: "Ja chyba też bym chciała pisać". Akcja opowiadania rozpoczyna się od uroczego opisu nawiązującego do kotów (autorka uwielbia koty i w każdej książce jest o nich bardzo dużo), jednak potem mamy do czynienia z obciętą głową znalezioną na pętli w Oliwie. I wtedy zaczyna się zabawa...

Rok później w 2010 roku ukazała się książka "Jeśli czegoś pragnę" i tym razem pani Kasia jest jedyną autorką. W tej powieści mamy do czynienia z tajemniczymi zgonami w domach pomocy społecznej. Wszędzie niby jest ta sama przyczyna zgonu, ale to tylko napędza coraz więcej podejrzeń. Rozpoczyna się śledztwo, a my poznajemy biegłą sądową Grażynę Król i sierżanta Szolca, który jej pomaga. Jak dla mnie jest to dobry, zaskakujący kryminał. Jeśli ktoś lubi ten gatunek to będzie się świetnie bawił.

Ale wróćmy do 26 maja 2011 roku. Wraz z rodzicami zajęłam miejsce w bibliotece i słuchałam co autorka ma do powiedzenia na temat swojej najnowszej książki "Wieża sokoła". Po zapoznaniu z fragmentami powieści można było zakupić przedmiot owego spotkania i porozmawiać chwilę z autorką oraz zdobyć autograf. Byłam nieco zawstydzona, ale tata zgarnął mnie z krzesła i poszliśmy do pani Kasi. Zostałam przedstawiona jako córka mojego taty i porozmawiałyśmy trochę, ale z tego stresu niestety nie pamiętam o czym. Poprosiłam o autografy na książkach (mam imienne i do tego przy każdym podpisie jest pyszczek kotka) i pożegnaliśmy się. Zadowolona, że będę miała nową książkę do czytania, wróciłam do domu. Tylko, że pojawił się mały problem. Zaczęłam czytać i... się rozczarowałam. Wiem, że jest napisane na okładce, że to mroczny thriller, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W książce poznajemy młodą Greczynkę o imieniu Dymitra, która na swojej drodze spotyka przystojnego Edwarda i jego matkę, Polaków. Zakochana dziewczyna przyjeżdża z nim do Polski i zaczyna się dla niej prawdziwe piekło. Facet jest tak obrzydliwy, zboczony i nienormalny, że wymiękłam. Książka ma 296 stron, a ja ją porzuciłam już na 102. Po prostu dalej nie mogłam i póki co nie mogę się zmusić do lektury. Wierzę, że to się kiedyś zmieni, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.

Jednak ktoś lubi koty, greckie krajobrazy i dreszczyk emocji to gorąco polecam książki pani Kasi. Za "Wieżę..." nie ręczę, ale dwie pozostałe to świetna zabawa. Ale głównym powodem, dla których warto sięgnąć po te powieści (i opowiadanie) to dokładne i piękne opisy Gdańska, a szczególnie Oliwy.



czwartek, 1 stycznia 2015

Cwaniaczku, chodź tu do mnie! - Czyli miło być ciągle dzieckiem.

Mamy Nowy Rok (najlepszego, Kochani!), a ja właśnie piję herbatę i jem kruche ciasteczka, które upiekła mama przed Bożym Narodzeniem. W zasadzie to powinnam czytać jakąś filozofię albo lektury na kolokwium, ale mi się nie chce. Pewnie potem będę tego żałować, ale trudno. Nie chce mi się o tym myśleć. Wolę patrzeć na regał z książkami, które już przeczytałam albo dopiero przeczytam, ale dla przyjemności. Zastanawiam się o czym mogłabym napisać tym razem. Podczas świąt siedziałam do trzeciej albo do czwartej nad ranem i czytałam kolejną książkę Moniki Szwai, ale o tym nie będę już pisać, bo kiedyś to zrobiłam. Zdecydowałam się na coś innego...

Zapewne każdy z nas miał kiedyś w swoich rękach albo komiks albo pamiętnik, o ile sam go nie pisał. A co jeśli połączymy te formy? Cóż, powstaje coś uroczego i zabawnego. A zatem przedstawiam Wam... "Dziennik Cwaniaczka". Pierwszy raz spotkałam się z tą serią w gimnazjum. Byliśmy wtedy na jakiejś wycieczce szkolnej w Gdańsku i podczas czasu wolnego poleciałam do Empiku (w moim wspaniałym mieście jeszcze tego cudownego sklepu nie było). Koniecznie chciałam kupić jakąś książkę, którą mogłabym zacząć czytać w pociągu do domu. Długo wahałam się między "Dziennikiem Cwaniaczka", a pierwszą częścią książki "Bracia Hardy". Padło na Cwaniaczka, jednak był mały problem. Na półce była tylko druga część, a pierwszej brak. Stwierdziłam, że trudno, ale biorę to. Wydałam całe 24,90 zł i zadowolona wróciłam do domu. Książka była tak wciągająca i zabawna, że przeczytałam ją w 30 minut.

A teraz najlepsze... Tej cudownej serii nie przeczytałam w odpowiedniej kolejności, jednak jej zaletą jest to, że od obojętnie jakiej części by się zaczęło lekturę, człowiek zawsze odnajdzie wątek. Na chwilę obecną seria w Polsce doczekała się ośmiu części i jednego tworu, który jest czymś w stylu Do It Yourself, czyli płacisz 25 zł za coś po czym samemu możesz sobie pobazgrać i stworzyć to. Egzemplarz DIY sobie podarowałam, ale reszta gości na moim regale. Jak mówiłam, rozpoczęłam czytanie od części drugiej. Potem sięgnęłam po trzecią, czwartą, pierwszą, siódmą, piątą, szóstą i ósmą. Trochę to pokręcone, ale zależało to od dostępności serii w sklepie. Przykładowo cześć siódmą kupiłam w Lidlu za 17,99 zł. Ucieszyło mnie to bardzo.

Sama książka to forma pamiętnika, który pisze główny bohater Greg Heffley. W każdym tomie opisuje on swoje zabawne przygody, w których pojawia się jego zwariowana rodzina, najlepszy przyjaciel i ludzie ze szkoły, których nie darzy zbyt wielką sympatią. Do każdej strony pamiętnika są dołączone urocze obrazki stworzone prze Grega.

Seria jest generalnie przeznaczona dla dzieci, którym się nie chce czytać. Podkreślam, przeznaczona dla dzieci, ale ja się z tym nie zgodzę. W książce jestem zakochana od jakiś 6 lat. Ale śmieszniejszą rzeczą jest to, że moja kuzynka, która jest ode mnie starsza o osiem lat również uwielbia Grega i jego zapiski. Dlatego uważam, że książek nie powinno się kategoryzować ze względu na wiek. Tę książkę będę polecać zarówno ośmioletnim dzieciakom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze światem literatury, jaki i trzydziestoletniej dziewczynie, która ma po prostu ochotę się pośmiać i zrelaksować.


Dodam jeszcze tylko to, że czekam na kolejną część przygód Cwaniaczka, bo jedną książkę połyka się dosłownie w trzydzieści minut. Siadasz, otwierasz "Dziennik..." na pierwszej stronie i nim się zorientujesz dolatujesz do końca i z ogromną niecierpliwością czekasz aż na półce w sklepie pojawi się kolejny tom. Jeśli macie pod ręką wolne 24, 90 zł (na empik.com jak zawsze będzie trochę tańsze) i nie wiecie na co je wydać to śmiało zdecydujcie się na zakup. 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Poskromić smoka! - Czyli poznajmy Hobbita...

Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata. Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za ekranizację.

W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam, że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się na ten temat  wypowiadać, bo drugiej części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem, wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.

Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało mi plany…

Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód. Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie, wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.

Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!), że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!

A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też). Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…


P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania zmian? 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wróćmy do czasów, gdy wszyscy byliśmy dziećmi! Czyli idealny prezent na Mikołajki!

Z czym nam się kojarzy Francja? Z Wieżą Eiffla? Z Champs-Élysées? A może z jadalnymi kasztanami i bagietką? Otóż, Moi Drodzy, w moim przypadku jest zupełnie inaczej. Z tej okazji, że w sobotę obchodziliśmy Mikołajki mi przychodzi do głowy tylko jedno: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé, czyli ojcowie pewnego uroczego chłopca o imieniu Mikołaj. Moje dzieciństwo bez tego uroczego rozrabiaki byłoby bardzo nudne. Pierwszą książkę zatytułowaną po prostu „Mikołajek” poleciła mi pani z biblioteki w podstawówce, a potem to już się zakochałam i samo poszło. Kolejne tomy chłonęłam jak gąbka. A najgorszą rzeczą wtedy było dla mnie to, że na całą szkołę był tylko jeden egzemplarz „Wakacji Mikołajka” i trzeba było czekać w długiej kolejce, żeby móc ją przeczytać. Mi na szczęście posiadanie jej przypadło na ferie zimowe, więc byłam bardzo szczęśliwa, bo nie zostałam skazana na nudę.

Pamiętam, gdy pojawiły się w księgarniach „Nowe przygody Mikołajka”. Potężny tom, który zawierał w sobie jeszcze więcej interesujących historyjek. Spędziłam cały tydzień nad jeziorem czytając i czytając. Wolałam siedzieć w namiocie i wertować książkę niż iść popływać albo łowić ryby (tak, tak, swego czasu uwielbiałam to robić!). Jednak jest najstraszniejsze wspomnienie związane z Mikołajkiem. Drugi tom „Nowych Przygód Mikołajka” wychodził właśnie na Mikołajki, gdy byłam w szóstej klasie podstawówki. Od miesiąca prosiłam Mikołaja, a właściwie rodziców o tą książkę na 6 grudnia. Niestety moi rodzice nie spełnili mojej prośby i byłam mocno rozczarowana. Dodatkowo zrobiło mi się przykro, gdy okazało się, że moja najlepsza przyjaciółka ową książkę dostała właśnie w prezencie. Szczerze mówiąc popłakałam się wtedy. Ale że miałam (i nadal mam!) wspaniałą przyjaciółkę oznajmiła mi, że podzieli się nią ze mną i będziemy ją razem czytać. Poszłyśmy do pana od historii i poprosiłyśmy go o zgodę na czytanie na jego lekcji. Zgodził się pod warunkiem, że będziemy cicho. Rozradowane usiadłyśmy w ostatniej ławce i czytałyśmy całe czterdzieści pięć minut. Za to moi rodzice zrehabilitowali się i dostałam książkę pod choinkę.

A o czym jest sama książka? Jak sugeruje tytuł o Mikołajku, który jest jednocześnie narratorem wszystkich opowiadań. To uroczy chłopiec, który mieszka wraz z rodzicami we Francji. Chodzi do jednej z męskich szkół i ma mnóstwo przygód. Jego najlepszym przyjacielem jest Alcest, który ciągle je i jest gruby, a ukochaną, do której wzdycha (oczywiście nie przyznaje się do tego publicznie) jest jego sąsiadka Jadwinia. Ma też kilku kolegów, m.in. Kleofasa, który jest najgorszym uczniem w klasie, ale jako jedyny ma telewizor w domu, Euzebiusza, który jest najsilniejszy i lubi dawać fangi w nos, Gotfryda, którego tata jest bardzo bogaty, dzięki czemu chłopiec ma wszystko czego tylko zapragnie. Jest także Rufus, którego tata jest policjantem, Maksencjusz, który szybko biega i ma ciągle brudne kolana oraz Joachim, który świetnie gra w kulki. W klasie jest również Ananiasz, którego nikt nie lubi, bo jest pupilkiem wychowawczyni i ma najlepsze oceny w klasie, a do tego nosi okulary i nie można go bić. W opowiadaniach pojawia się jeszcze kilku innych bohaterów np. Rosół (opiekun w szkole), Bunia (babcia Mikołaja), Pan Blédurt (sąsiad chłopca, który lubi się przekomarzać z jego tatą).

Kilka lat temu (niestety dokładnie nie pamiętam kiedy, ale to chyba było na początku mojej edukacji w liceum) została wydana książka pt.: „Nieznane przygody Mikołajka”. Jest to zbiór dziesięciu opowiadań opatrzonych kolorowymi akwarelami (o ile się nie mylę). Niestety ze smutkiem muszę stwierdzić, że przedstawienie obrazków z książki w kolorze nie trafiło do mnie. Wolałam, gdy były one klasyczne, czarno-białe poprowadzone jakby jedną, grubą, czarną kreską. Może i jestem starodawna, ale wolę to co klasyczne i sprawdzone.

Ostatnio byłam w Empiku i w dziale z prezentami znalazłam cudowne wydanie wszystkich opowiadań z tomu pierwszego i drugiego „Nowych przygód Mikołajka” i gdyby nie to, że mam każdy tom osobno to nie wahałabym się i zakupiłabym tą książkę. Ale mam zamiar w najbliższym czasie zarazić mojego młodszego kuzyna opowiadaniami o Mikołajku, to może będę miała gest i kupię mu to wielkie tomisko. A co mi tam!

Na dowód tego, że Mikołajek stał się kultowy można obejrzeć przygody małego bohatera na ekranach kinowych. Powstały już dwa filmy o francuskim łobuziaku. Na pierwszym filmie byłam w kinie i przytrafiła mi się zabawna sytuacja, bo na seans wybrałam się sama, ja człowiek 16-letni (to było parę lat temu), a dookoła mnie same 11-latki i młodsze dzieci. Cóż, taki tam komizm. Ale śmiałam się równie głośno co oni. A drugą część niestety nie było mi dane iść do kina, bo wyszła ona w tym roku w wakacje, a ja w tym czasie pracowałam, a do najbliższego kina, w którym grano film miałam ok. 40 km. Ale od czego jest wydanie DVD? Obiecuję nadrobić.


Ja ze swojej strony gorąco polecam historyjki o Mikołajku i to nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. Każdy w nich znajdzie coś dla siebie i będzie się śmiał z czegoś innego. Książki jak najbardziej idealne na prezent pod choinkę albo na Mikołajki. 

wtorek, 23 września 2014

A może podróż na północ?

Z czym może kojarzyć się Szwecja? Z Ikeą? Ze szwedzkimi klopsikami? Z koroną szwedzką? Możliwe. Mi się kojarzy z małym, drewnianym domkiem w ciemnym lesie zasypanym śniegiem po sam dach. Ale w ostatnich latach na świecie skojarzenie jest jedno: świetne kryminały. Każdy z nas, interesujących się chociaż trochę literaturą jest w stanie wymienić minimum jednego autora. Tym moim jednym autorem będzie Stieg Larsson, a to znaczy, że skupię się na Trylogii Millennium.

Pierwszy raz usłyszałam o tej książce (a raczej książkach) w telewizji i będąc kiedyś z tatą na zakupach powiedziałam mu, że chcę to sobie kupić. Jednak 99,99 zł do wydania dla mnie jednorazowo (w tamtym czasie, bo teraz to nie problem) było niezbyt optymistyczną perspektywą i na jakiś czas zapomniałam o tym zakupie. Dopiero w 2012 roku zaczęła mi się obsesja na punkcie Daniela Craiga i zachciało mi się oglądać filmy z jego udziałem. W moje ręce wpadła produkcja o dziwnie znanym tytule "Dziewczyna z tatuażem" (w sumie kiedy film był w kinach mieliśmy jechać na to z klasą, ale naszej wychowawczyni nie spodobało się to, że tam jest scena gwałtu). Kulturalnie obejrzałam sobie trwający prawie trzy godziny obraz i od razu tego pożałowałam. Sam film był fajny i dzięki niemu pokochałam Rooney Marę, ale popełniłam typowy błąd. Nigdy najpierw nie oglądaj filmu tylko w pierwszej kolejności przeczytaj książkę o ile to pierwsze powstało na kanwie tego drugiego. Nie dość, że obcięto niektóre wątki to jeszcze pozmieniano pewne fakty. Ale, ale, tu nie o film chodzi. Ostatecznie Święty Mikołaj stwierdził, że byłam wystarczająco grzeczna przez cały rok, zrobił na Allegro zakupy, za które zapłacił o 30 złotych mniej niż w księgarni i zostawił mi box z książkami pod choinką. Trylogia Millennium to trzy wspaniałe tomy naprawdę dobrego kryminału i jedyne do czego można się przyczepić to kilka rozlazłych opisów, które są zbędne i dotyczą one przeważnie polityki.

W pierwszym tomie pt.: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" poznajemy dziennikarza Mikaela Blomkvista, który zostaje poproszony o napisanie biografii pewnego szwedzkiego przedsiębiorcy, który w latach swojej świetlności miał pod swoją władzą pół kraju. Jednak to tylko przykrywka. Mężczyźnie tak naprawdę zależy na tym by Mikael rozwiązał zagadkę zaginięcia jego bratanicy sprzed czterdziestu lat. Równocześnie zostaje nam przedstawiona genialna, choć całkowicie aspołeczna i dziwna hakerka Lisbeth Salander. Dziewczyna całe życie miała pod górkę i jedyną osobą, która poświęcała jej należną uwagę był jej kurator. Jednak odkąd mężczyzna zachorował zaczęła przeżywać prawdziwe piekło. Ale splot pewnych wydarzeń połączył ją z dziennikarzem i wspólnie zajęli się odkryciem mrocznej, rodzinnej tajemnicy bogatego Szweda.

W drugiej części pt.: "Dziewczyna, która igrała z ogniem" poznajemy więcej faktów z życia Lisabeth. Odkrywamy co tak naprawdę wydarzyło się, gdy była dzieckiem i jakie to miało konsekwencje w jej dorosłym życiu. Dodatkowo jest podejrzana o popełnienie poważnego przestępstwa. Blomkvist oczywiście nie wierzy w jej winę i będzie próbował jej pomóc. Z kolei w trzeciej części pt.: "Zamek z piasku, który runął" dochodzi do całkowitego odkrycia prawdy o przeszłości Salander co nawet szokuje samą bohaterkę. Dodatkowo w ostatnim tomie zostają poruszone kwestie polityczne, które nawet w obecnych czasach mogą mieć w sobie zawarte trochę obecnych sytuacji na świecie.

W trylogii pojawia lekki wątek miłosny między głównymi bohaterami. Z komentarzy, które kiedyś przeczytałam w Internecie wynika, że fani są podzieleni w tej kwestii. Część uważa, że bohaterowie powinni być razem, a pozostali, że to zdecydowanie niemożliwe i Lisabeth nie mogłaby być stateczną żoną Mikaela i matką gromadki ich dzieci. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy i według mnie oni lepiej pasują do siebie jako przyjaciele.

W 2004 roku autor zmarł nagle na atak serca. Jednak przed śmiercią Larsson rozpoczął pracę nad czwartym tomem. Niestety prawdopodobnie nie ujrzy ona światła dziennego. Są dwa powody, o których się mówi. Pierwszy to dlatego, że książka po prostu nie została dokończona, a drugim jest batalia o prawa autorskie i majątek autora, którą toczą ze sobą partnerka życiowa Larssona oraz jego brat i ojciec. Sprawa jest dość skomplikowana i nie będę się w to zagłębiać, a jeśli ktoś jest zainteresowany to odsyłam Internetu.

Co do tego ile zajęło mi przeczytanie książki to... No cóż... Ponad pół roku. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie miałam czasu, bo lektury szkolne były ważniejsze. A poza tym (może to głupie) nie chciałam się za szybko rozstawać z tą historią. Pierwszy tom przeczytałam w trzy dni, w Wigilię i Pierwsze oraz Drugie Święto Bożego Narodzenia. Drugi tom skończyłam czytać przed Sylwestrem. Z kolei ostatnia część to skomplikowana sprawa, bo zaczęłam czytać na początku stycznia, potem porzuciłam ją do ferii. W ferie trochę jej przerobiłam, ale z czasem nie było najlepiej i ostatecznie udało mi się do niej wrócić w lipcu. Ale ostatecznie skończyłam całość i zrobiło mi się smutno, że to koniec.

Osobiście gorąco Wam polecam tą trylogię i jeśli macie czas i pieniądze (pojedynczo książki kosztują 39,99 zł, 44,99 zł i 49,99 zł w kolejności od pierwszej do ostatniej) to śmiało po nią sięgnijcie. U mnie na regale ma honorowe miejsce i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do jej lektury.

poniedziałek, 8 września 2014

Jeździć każdy może...

A teraz wyjdzie ze mnie moja chłopczyca. Samochody to coś co uwielbiam i odkąd pamiętam zawsze wiedziałam, że będę mieć prawo jazdy. Gdy w wieku szesnastu lat tata zabrał mnie na pierwszą nieoficjalną lekcję trochę zwątpiłam w swoje umiejętności. W międzyczasie Bóg tak chciał (a raczej tata), że tatuś został instruktorem prawa jazdy i wtedy zaczęła się zabawa. Każda trasa autem w gronie rodzinnym, która dystansem przekraczała pięć kilometrów była egzaminem wiedzy o ruchu drogowym. Niestety ofiarą tych testów padłam ja. Tatunio pytał (i nadal pyta) o każdy znak przy drodze i każdą namalowaną linię na jezdni. Na szczęście, gdy ruszaliśmy w dłuższe trasy miałam zwyczaj (i wciąż mam) zakładania słuchawek na uszy i całkowitej izolacji. Jednak prawdziwy huragan uderzył, gdy rok temu poszłam na prawo jazdy (oczywiście do szkoły, w której pracuje tata) i pod czujnym okiem tatki przyszło mi robić kurs. Niby wszystko pięknie, ładnie, ale bywały dni, że wracałam do domu i trzaskałam drzwiami ze złości, że mi nie wychodzi, a ojciec się na mnie wydzierał. Ostatecznie po kilku interesujących przygodach (m.in. po tym jak jakiś dziadek wjechał mi w tył auta na skrzyżowaniu) udało mi się zdać egzamin i grasuję na publicznych drogach.

Będąc któregoś dnia w Empiku rzuciły mi się w oczy książki pana, który nazywa się Jeremy Clarkson. Pewnie osobą, które nie interesują się motoryzacją to nazwisko nic nie mówi. Jest to sympatyczny Brytyjczyk, który w BBC prowadzi program "Top Gear". Osobiście jestem wielką fanką tego programu odkąd zobaczyła w nim gościnne występy Benedicta Cumberbatcha i Toma Hiddlestona (dzięki, chłopaki!). A potem już samo poszło...

Oglądałam, oglądałam i oglądałam, zalewając się przy tym łzami ze śmiechu. Ci, którzy oglądali kiedykolwiek jakikolwiek odcinek wiedzą o czym mówię, a pozostałych zapraszam na seans. Po kilkunastu obejrzanych odcinkach postanowiłam nabyć książkę pana Clarksona. I zrobiłam to ostatnio podczas podróży, w której składałam podanie o akademik. Między jednym, a drugim pociągiem poszłam na zakupy i natrafiłam na promocję jednej z jego książek. Obszerny, granatowy tom pod tytułem "Clarkson. Moje lata w Top Gear" to zbiór felietonów, które autor przez prawie dwadzieścia lat pisał do czasopisma o tym samym tytule co program. Zgrabnie przeplata opinie o samochodach i jego życiowe doświadczenia. Podczas lektury da się zauważyć, że większość aut jest przez niego krytykowanych, ale kto bogatemu zabroni, gdy przez cały czas jest mowa o Ferrari, Porsche i Jaguarach oraz pozostałych dwuśladach z górnej półki? Szkoda mi trochę, że nie omawia samochodów bardziej przyziemnych takich jak Skoda, VW czy Fiat, ale przecież "Top Gear" czymś takim się nie zajmuje. A może się mylę?

Ale jeśli chcecie poczytać o luksusie, na który nigdy nie będzie stać przeciętnego Kowalskiego w Polsce to proszę bardzo, macie moje błogosławieństwo. Ja się jednak trochę rozczarowałam, bo myślałam, że będzie bardziej przyziemnie, ale mam nadzieję, że w innych jego książkach będzie trochę inaczej.

piątek, 5 września 2014

Do zakochania jedna książka...

W ostatnim czasie dużo czytam książek Moniki Szwai, która stała się moją ukochaną autorką. Pierwszą książkę kupiłam przez przypadek (a właściwie zrobił to za mnie mój kolega), bo strasznie nudziło mi się w pracy, a w portfelu miałam ostatnie 7 zł i wolałam je wydać na książkę niż na zapychające jelita frytki. Na moje szczęście książka kosztowa 6,99 zł. Dostałam ją w swoje ręce i w jedno popołudnie w pracy przeczytałam pół pierwszego tomu. Początkowo książka wydawała się trochę zbyt "babska", ale wciągnęłam się. Okazała się świetną lekturą i powinien mi zasugerować sam fakt, że autorka (a właściwie główna bohaterka, bo książka jest napisana w pierwszej osobie) porównuje nowo poznanego mężczyznę do Liama Neesona. To już o czymś świadczy. Na drugi tom musiałam poczekać dwa tygodnie, ale opłaciło się. Druga książka okazała się jeszcze lepsza, a dodatkowo została podzielona na dwie części, więc automatycznie tom trzeci stawał się kontynuacją "dwójki". W międzyczasie do mnie na urlop przyjechała mama i przyprawiła mnie o moje własne Paranormal Activity (czy co to tam jest).

Któregoś dnia po powrocie z pracy późnym wieczorem weszłam do pokoju, spojrzałam na stół, a tam leżała zupełnie inna, wcześniej mi nie znana książka... Moniki Szwai. Pomyślałam, że jakieś dziwne rzeczy się tu dzieją, bo właśnie chciałam się pochwalić, że odkryłam nową pisarkę, a tu leży jej książka. Pół nocy zastanawiałam się skąd ona się tam wzięła, ale nic nie wymyśliłam. Niestety rano zapomniałam o tym zupełnie i w niewiedzy pojechałam do pracy. Gdy wróciłam od razu zapytałam mamę czyja to książka, na co mi odpisała, że pożyczyła od znajomej (bardzo dobrze znam tą panią) i dodała, że to jej ulubiona autorka (tej znajomej), co potem potwierdził mi mój kolega (ten sam, który kupił mi pierwszy tom). Oczywiście podprowadziłam mamie książkę, którą przeczytałam w kilka godzin i grzecznie oddałam na drugi dzień. Mamcia oczywiście nie zajrzała nawet do książki jak to ma w zwyczaju, bo należy do tej grupy, która nie ma czasu na czytanie.

Niedawno skończyłam czytać czwarty tom. Znowu jestem oczarowana. Przeczytałam go w czwartkowy poranek, a dokończyłam w piątkowe popołudnie, ale doskonale wiem, że warto czekać jeszcze tydzień na kolejną część. Tym bardziej, że będzie ona zawierała w sobie wątek kryminalny, a wszelkiego rodzaju dobre kryminały są moim ulubionym gatunkiem, ale tylko te DOBRE.

I możecie sobie mówić, że to tanie romansidła dla znudzonych kur domowych bądź emerytek, jednak pokochałam je całym sercem. Lekkie i zabawne pióro pani Szwai może rozbawić do łez i przyprawić o prawdziwe wzruszenie. Każda jej książka, jakąkolwiek byście wybrali, jest idealna na jesienne wieczory przy kubku herbaty jak i na gorące letnie dni na plaży.