Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam
sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata.
Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej
adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale
przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę
film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za
ekranizację.
W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam,
że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni
później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła
się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni
siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej
książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie
dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału
można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się
na ten temat wypowiadać, bo drugiej
części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem,
wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć
zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser
i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.
Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście
czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest
jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z
owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już
koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój
własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko
we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało
mi plany…
Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A
dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o
której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś
kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam
już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i
oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód.
Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi
życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się
jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak
stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a
przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie,
wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie
wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie
Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.
Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo
Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie
przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka
czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami
podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma
Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się
zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie
została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w
telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie
oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak
psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od
razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się
seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie
tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również
będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!),
że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co
do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy
o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie
przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne
czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich
kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi
premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera
i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już
nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym.
Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!
A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też).
Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być
wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…
P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to
zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z
kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania
zmian?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz