Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2017

Ten Bałwan się roztopił, czyli Pierwszy śnieg

Nie ukrywam, że jak tylko odkryłam, że "Pierwszy śnieg" powstanie, to obiecałam sobie, że pójdę do kina i to w dniu premiery. Nawet chciałam do tego czasu przeczytać wszystkie książki z Harrym Holem. Przeczytać wszystkich nie zdążyłam, ale tą której film dotyczy, jak najbardziej. Do tego w dniu premiery znalazłam się w kinie i czego chcieć więcej? A no właśnie... Może dobrego filmu?


Generalnie "Pierwszy śnieg" przedstawia serię kilku makabrycznych zabójstw dokonanych na kobietach. W książce naprawdę nie było to takie łatwe rozpoznać kto za wszystkim stoi. Z kolei w filmie nie miałabym najmniejszego problemu z rozszyfrowaniem tej zagadki, ponieważ wszystko było podane jak na tacy. Zresztą już od pierwszej sceny pokazana była rozbieżność z oryginałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko "na podstawie", jednak wolę jak podstawa jest wierna oryginałowi w większym, a nie mniejszym stopniu. Nie chcę za bardzo zdradzać co od czego się różniło, bo książkę naprawdę warto przeczytać. No i dziwiło mnie to, że "Pierwszy śnieg" to 7 tom, w którym głównym bohaterem jest norweski detektyw. Zazwyczaj zaczyna się od początku, no ale widocznie ktoś miał taką wizję. Tylko, że i tak jest pewien problem i tak, przynajmniej dla mnie. Bo ja jako osoba po lekturze książki to co widziałam na ekranie porównywałam do tego co przeczytałam. Ale osoba, która nie czytała książki momentami miała problem, żeby ogarnąć niektóre wątki, bo najzwyczajniej w świecie pewne sytuacje i powiązania w filmie nie zostały wytłumaczone. A wszystko przez to, że nie da się w dwie godziny ekranizacji upchnąć ponad czterystustronnej książki.


Tak czy inaczej dla mnie książkowy Harry już zawsze będzie miał twarz Michaela Fassbendera, któremu wybaczam to, że tu coś nie wyszło. Dla Fassbendera jestem w stanie na wiele rzeczy przymknąć oko, więc i tu niech tak będzie. Za to niesamowicie w tym filmie drażnił mnie Val Kilmer. O matko, nie mogłam na niego patrzeć i go słuchać. Wyglądał jak bokser, który od pewnego czasu zaczął stale odwiedzać chirurga plastyka i ostrzykiwać się botoksem. Właściwie nigdy nie byłam jego fanką, ale tu mi tak bardzo przeszkadzał. 


Zabawne, ale montażyści też się nie popisali, ponieważ w zwiastunie zostały umieszczone dwie sceny, których w ogóle nie było w filmie. Nie wiem czy komuś się przysnęło czy co, ale mimo wszystko po zwiastunie miałam ogromny apetyt na ten film. Po książce urósł do ogromnych rozmiarów, a gdy już było po to poczułam spore rozczarowanie. Kurczę, ten film mógł mieć wszystko, a tak naprawdę nie miał nic. I to jest smutne. 


Generalnie zabrakło tego czegoś, tego magnetyzmu, który ma książka. Tutaj wszystko spłaszczyli, pociągnęli do minimum minimum i widz wyszedł z kina zawiedziony. Po prostu będę się trzymać tego, że po raz kolejny dostaliśmy pusty przekład do zarabiania pieniędzy dla Holiłudu. I chociaż bardzo bym chciała to mam nadzieję, że nie wezmą się za ekranizację kolejnego tomu...


wtorek, 31 stycznia 2017

Kochajmy się, czyli Sztuka kochania!

Są czasami takie filmy, które wiesz, że musisz obejrzeć. Jeszcze nie wiesz jak i z kim, ale po prostu musisz. I wtedy nie idziesz do kina dla obsady czy jednej konkretniej osoby, ale zwyczajnie dla samego filmu. Tak było w moim przypadku ze „Sztuką kochania”. Jeszcze kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia kim jest Michalina Wisłocka. Serio, tak było. Ale jak w „Maglu towarzyskim” na TVN Style usłyszałam to nazwisko i zdanie, że powstaje film, szczerze się zainteresowałam. Bo pomyślałam, że może w końcu ktoś w odpowiedni sposób ruszy temat seksualności Polaków.


A jak wiadomo ostatnio powstają naprawdę dobre polskie produkcje, zarówno filmowe jak i serialowe. Nie było wątpliwości, że trzeba ruszyć do kina (i pójdę jeszcze przynajmniej raz, bo już nowe zwiastuny się pojawiają). Jednak zaskoczenie było jeszcze jedno. Gdy powiedziałam mamie, że „Sztuka kochania” wchodzi do kina, stwierdziła, że możemy iść razem. No ok., w końcu jesteśmy dorośli. Jednak na tydzień przed seansem dodatkowo tata stwierdził, że też pójdzie. I tak oto wesołą, rodzinną gromadką poszliśmy wszyscy razem. Szczerze powiem, że nie pamiętam, żebyśmy poszli kiedykolwiek na cokolwiek razem do kina. Cóż, w końcu musiał być ten pierwszy raz, o ironio.


Czy przeżyłam to, że obok mnie na fotelu siedziała mama, a tata kawałek dalej? Owszem. Czy czułam się niezręcznie? Początkowo, do pierwszej sceny erotycznej, potem stwierdziłam, że kurczę, bez przesady. Z kapusty mnie nie wyjęli? Jak mówi sama Wisłocka: „Pan jest z waginy”. No i taka jest prawda. Dlatego pragnę powiedzieć wszystkim, którzy powiedzieli, że jestem nienormalna, że idę na to „ze starymi” albo że nie ma większego przypału: bujajcie się! Nie byłam jedyna w kinie. A było warto, bo potem przynajmniej mogliśmy porozmawiać o filmie i się pośmiać.


Co do samego filmu, to opowiada on historię polskiej ginekolog i seksuolog Michaliny Wisłockiej (w tej roli Magdalena Boczaska, która w końcu dostała dobrą rolę, a nie tylko jakieś słabe pseudokomedie). Co ciekawe, film wcale nie był taki oczywisty. Widz dostał interesujący podział. W jednym momencie byliśmy w 1947 roku, a w kolejnym już w 1972, by za chwilę cofnąć się do 1955. Było to o tyle dobre, że przynajmniej w moim przypadku, historia nie ciągnęła się jednostajnie i przeskoki gwarantowały świeżość, bo bywały momenty, że jeden wątek, czy jedna sytuacja zaczynała się nużyć i nagle od tak przeskok i widz ponownie zaczął się „interesować” tym co się dzieje. Oczywiście, zainteresowanie było ciągłe, jednak bywały momenty, że niektórych wątków i sytuacji chciało się więcej, chciało się ich rozwiązania. Jedyne czego w tym przypadku mi zabrakło to braku wyjaśnienia sytuacji z dalszymi losami dzieci głównej bohaterki.


Bardzo dobrze w filmie pokazano czasy PRL-u i tego, że ze wszystkim był problem, dosłownie. Sceny u cenzora naprawdę mistrzowskie. No i oczywiście wszystkim kierowali faceci. A jak wiadomo, gdyby nie kobiety to nic by nie było. I tak też było tym razem. Kobiety tupnęły nogą i panowie nie mieli wyjścia, musieli ulec.

Jeśli chodzi o obsadę aktorską to było naprawdę ciekawie. Piotr Adamczyk jako mąż Wisłockiej całkiem ok. Najbardziej w sumie podobał mi się moment, w którym po raz ostatni pojawił się na ekranie. Fajnie było zobaczyć Eryka Lubosa w innej roli niż kryminalista albo inny typ spod ciemnej gwiazdy. Że aktorem jest dobrym to wiem, bo miałam przyjemność oglądać go w teatrze, ale tutaj pokazał, że żadnej roli się nie boi. Z kolei dla mnie cichym bohaterem jest Tomasz Kot. Zagrał naprawdę epizodyczną rolę, bo jest chyba tylko raz podczas jakiegoś spotkania u naczelnego gazety i gra dziennikarza, ale jeśli jest się uważnym widzem to można go dostrzec w jeszcze jednym momencie, w innej roli, ale doskonale już znanej widzom. Za to trochę nie byłam zadowolona, gdy zobaczyłam, że w filmie pojawi się Borys Szyc. Należy on w moim przypadku, do tej kategorii aktorów, których nie toleruję, bo albo swego czasu było ich za dużo albo po prostu nie, bo nie. Tu, o dziwo, był znośny i nawet dobrze oglądało się sceny z jego udziałem.


W filmie pojawiła się też fantastyczna ścieżka dźwiękowa, za którą był odpowiedzialny Jimek, czyli Radzimir Dębski. Może też było usłyszeć utwory m.in. Czerwonych Gitar. Mam nadzieję, że w sklaepach pojawi się płyta z soundtrackiem, bo szczerze mi się podobała i chyba wejdę w jej posiadanie jak tylko będzie dostępna.

Jeśli chodzi o te okropne sceny seksu, co według niektórych hipokrytów, są przesączone golizną i okropnie gorszą widza. Ludzie! A przepraszam bardzo, w łóżku to ludzie mają siedzieć w habitach i być zakryci po szyję? Bez przesady, seks to rzecz ludzka i jak to było w filmie powiedziane, każdy to lubi i każdy to robi, więc w czym problem? A jak nie chce się na to patrzeć to się po prostu nie idzie do kina. Tyle, proste. Wiadomo, scen było sporo, no ale o to w tym filmie chodziło. O miłość, o seks, o kochanie drugiej osoby, i nie ważne czy to miłość jako uczucie czy jako czysta forma fizyczna. Skoro film o tym jest to to po prostu musi być.


Mam nadzieję, że ludzie naprawdę chociaż trochę zaczną otwarcie rozmawiać o tych sprawach, a nie tylko jakieś podśmiechujki albo głupie teksty. Nie ma się czego wstydzić, każdy z nas miał w szkole biologię i wie co i jak się nazywa i do czego służy. No chyba, że miał beznadziejnego nauczyciela, który nie umiał o tych tematach rozmawiać. Dlatego polecam zaopatrzyć się w poradnik Michaliny Wisłockiej „Sztuka kochania”. Sama go zakupiłam i można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy z tej książki. A z tego co wiem, to trzeba się spieszyć, żeby ją dostać, bo podobno nakład się już skończył i mają być dodruki.


Cały film jak najbardziej w porządku. Nic naciąganego. Wszystko przedstawione otwarcie, jak mi się wydaje, bez ukrywania czy retuszowania. Historia życia prywatnego Wisłockiej może szokować, ale przecież najwięksi tego świata zawsze szokowali i nie byli idealni. Nikt nie jest.

Mój własny prywatny plakat, z moją książką, biletem 
do kina i ręką :) 

czwartek, 13 października 2016

To chyba nie ta stacja, czyli Dziewczyna z pociągu

Wiele osób mówi, że książka zawsze jest lepsza od filmu. W wielu przypadkach się z tym zgadzam, ale mam też jeden naczelny przykład, gdzie to film zmiażdżył książkę (mam tu na myśli "Poradnik pozytywnego myślenia"). Kupując jakiś czas temu "Dziewczynę z pociągu" w ramach prezentu na święta, liczyłam, że to będzie naprawdę dobra lektura. Sami mistrzowie gatunku polecali, więc czemu by im nie zaufać? No właśnie, nie ufaj nikomu, szczególnie ukochanemu pisarzowi, parafrazując zdanie przyświecające "Zachowaj spokój" Cobena. Nie wiem czy "DzP" to zła książka czy to może ja się już tyle tego naczytałam, że mój szósty zmysł wyczuwający morderców obudził się już w okolicy setnej strony i zdradził mi, kto zabił jedną z bohaterek. Przez to, że wiedziałam już kto był sprawcą, po zakończeniu poczułam się jak oszukane dziecko, któremu w zamian za zrobienie zastrzyku obiecują duże lody, a ono zostaje potem tylko poklepane po ramieniu. Książka mnie nie porwała, wręcz przeciwnie, na jakiś czas przez nią porzuciłam kryminały i thrillery.

Kiedy czytając książkę dowiedziałam się, że ma powstać film miałam mieszane uczucia. Z jednej strony byłam ciekawa co z tego z robią, a z drugiej, gdzieś mnie to zaczęło uwierać, że co by się w księgarniach nie pokazało i było hitem, od razu zostaje przeniesione na ekran. Mimo wszystko obiecałam sobie, że pójdę do kina, żeby zweryfikować odczucia po lekturze. I w tym momencie mogłabym napisać, że film był taki sam jak książka, czyli beznadziejny, dziękuję, dobranoc. Jednak tego nie zrobię. Spróbuję wytłumaczyć jaki mam problem z "Dziewczyną z pociągu".


Podstawowym problemem zarówno w książce jak i w filmie jest dla mnie główna bohaterka. To takie cholernie męczące jak na każdej stronie czytasz, że Rachel jest albo nawalona albo właśnie pije, by po raz kolejny o czymś zapomnieć. Ja rozumiem, że kobieta ma problemy i sobie z nimi nie radzi, ale no bez przesady. Owszem, w filmie może było to mniej pokazane (była jakaś trzeźwiejsza), ale książka była tym naszpikowana po brzegi. Chociaż w ekranizacji bardzo mi się podobało, że popijała wódkę z takiego plastikowego pojemnika na wodę, a nie z oryginalnej butelki. Przyznaję, oryginalny pomysł, zaimponowali mi. 

Kolejnym dziwnym aspektem był fakt, że główna bohaterka stworzyła sobie historię, wokół której zaczęło kręcić się jej życie. W pewnym domu, obok którego kiedyś mieszkała, żyło sobie małżeństwo, któremu ułożyła "swoją" historię, wykreowała ich i zrobiła to tylko w oparciu o to, że przez kilkadziesiąt sekund dziennie na nich patrzyła. Ok, ludzie mają różne obsesje i zainteresowania, ale ona nie miała szesnastu lat, żeby się bawić w wyimaginowane historyjki. Ale nie można jej odebrać jednego, tworzyła piękne rysunki podróżując.


Trochę mnie zdziwiło i rozczarowało, że akcja filmu przeniosła się do Nowego Jorku, a nie toczyła się tak jak pierwotnie w książce w Londynie. Zaburzyło mi to pewny obraz, który widziałam czytając, ale skoro reżyser ze scenarzystą tak sobie zażyczyli to ich sprawa. 

Jeśli chodzi o obsadę to uważam, że casting się postarał. Czytając książkę, mniej więcej wiedziałam kto jest kim i kogo w danym momencie widzieć przed oczami, dlatego w kinie czułam się jakbym miała deja vu. Widziałam tą samą nudną i męczącą Rachel, wyuzdaną Megan, cichociemnego Toma, impulsywnego Scotta i tajemniczego Kamala. A to wszystko przyodziane w twarze Emily Blunt, Haley Bennett, Justina Therouxa, Luke'a Evansa i Edgara Ramireza (którego z każdym kolejnym filmem lubię coraz bardziej). Przemiłym zaskoczeniem była Lisa Kudrow, która zagrała żonę byłego szefa Toma. Po niej tak pięknie widać upływający czas i to, że ewidentnie nic w tym kierunku nie robi. Jest naturalna i zdecydowanie nie odwiedza chirurga plastyka. 


Właściwie prawie wszystko co znalazło się na kartach książki trafiło do filmu. Co to oznacza? Że jeśli ktoś czytał książkę i podziela moje zdanie, będzie się po prostu nudził. Miałam momenty, że zasypiałam. Akcja ciągnęła się niemiłosiernie. Ale jeśli ktoś nie miał do czynienia z książką to jest szansa, że będzie się dobrze bawił. Bo wątpię, żeby te osoby, które przeczytały książkę i im się podobała, w filmie otrzymały coś spektakularnego. Po prostu zobaczą coś co widzieli w swojej głowie, tyle że pewnie z trochę lepszym montażem i bez zbędnych odchyłów alkoholowych. 

Ale żeby nie było, że wszystko mi się nie podoba to pragnę zwrócić uwagę na sposób wykonania pewnego morderstwa. Zostało wykonane dokładnie tak samo jak w książce co mi się niesamowicie podobało. Użyto odpowiedniego narzędzia i sposobu, który w kinie został tak pięknie i realistycznie pokazany. Po sali aż się rozniosły szepty lekkiego wstrętu czy też obrzydzenia. Cóż, widziałam gorsze rzeczy.


Film sam w sobie do najgorszych nie należy, ale szału też nie było. Zdecydowanie do obejrzenia na raz. I w tym przypadku chyba lepiej najpierw obejrzeć film niż przeczytać książkę. A może nie? Zresztą od czego by się nie zaczęło to i tak w jedną i drugą stronę otrzymamy to samo.

środa, 11 maja 2016

Wieś, klify i zawiła historia miłosna, czyli "Z dala od zgiełku"

Ostatnio bardzo dużo oglądam filmów. Są to przeróżne produkcje, ale żadna dawno nie wywołała u mnie takich emocji jak „Z dala od zgiełku”. Ale zanim przejdę do owych emocji to muszę z dumą stwierdzić, że w końcu nauczyłam się wymawiać nazwisko przystojnego Pana Belga, czyli Matthiasa Schoenaertsa. Zajęło mi to trochę czasu, ale w tym miejscu należą się podziękowania YouTube’owi i wywiadom.

UWAGA! Zawiera spoilery.

A wracając do filmu. Mamy tu historię młodej dziewczyny, Bathsheby Everdene (Carey Mulligan), która odziedziczyła spadek po wuju i postanawia się nim zająć. W międzyczasie, gdy ona prowadzi rolę w jej życiu pojawia się trzech mężczyzn, który walczą o jej względy. Pierwszym z nich jest pasterz i rolnik Gabriel Oak (Matthias Schoenaerts), którego dziewczyna poznaje jeszcze zanim dowiedziała się o spadku, gdy pracowała na wsi. Drugim jest bogaty właściciel ziemski William Boldwood (Michael Sheen), a trzecim żołnierz i imprezowicz sierżant Francis Troy (Tom Sturridge).


Czasami w filmach czy książkach zdarza się tak, że główna bohaterka jest kompletną idiotką. Zacznę od tego, że już na początku Bathsheby łapie kontakt z Gabrielem, rozmawia z nim, spędza czas. A potem w jej drzwiach pojawia się ten przystojny pasterz, wręcza jej jagnię (licząc, że ona je odchowa, bo urodziło się za wcześnie) i po chwili się jej oświadcza, na co ta mówi... Nie. Pasterz smutny i odrzucony wychodzi, a bohaterka wyjeżdża do odziedziczonego majątku. Później na swojej drodze spotyka Williama, który zaleca się do niej, stara się by z nim spędzała czas, nawet przychodzi do niej na święta i w duecie przed wszystkimi (przed Gabrielem także, bo on po utracie swoich owiec opuszcza wieś i przypadkowo natrafia na palącą się stodołę, która okazuje się być owym spadkiem panny Everdene i ta w dług wdzięczności zatrudnia go u siebie) śpiewają piękną pieśń. Ten także pragnie się oświadczyć dziewczynie, ale ona początkowo trzyma go w niepewności, by potem ostatecznie odrzucić, ponieważ pojawia się Francis. Wystarcza by raz spojrzał jej w oczy, pomachał przed nią szablą, zmacał w lesie i w następnej scenie dowiadujemy się, że już są po ślubie. Mąż już na weselu okazuje się być kompletnym dupkiem i gdy Gabriel pyta Bathsheby czy może wziąć ludzi to zabezpieczenia plonów, bo nadchodzi burza, ten wtrąca się, że od dziś to jego ma o wszystko pytać, a że jest wesele to ma nic nie robić. Oak jako, że nie ma zamiaru słuchać żołnierza sam idzie zabezpieczyć zbiory, a pomaga mu w tym... Bathsheby.


Zabawne jest to, że mimo, już dystrybutor sugeruje nam plakatem filmowym z kim tak naprawdę na końcu będzie Bathsheby. Gabriel jest zawsze przy niej, ale tak często jak ona z nim rozmawia tak samo zwalnia go i mówi mu, że już nigdy więcej ma jej się nie pokazywać na oczy. A mimo to za każdym razem i tak go prosi, żeby wrócił. Francis przed poślubieniem panny Everdene ma narzeczoną, z którą zamierza wziąć ślub. Czekał na nią nawet w kościele, ale ta pomyliła świątynie i dotarła na miejsce, gdy jego już nie było. Potem odnalazł ją, gdy była na targu jako żebraczka. On obiecał jej pomoc, ale niestety, gdy ta miała się z nim spotkać na drugi dzień, dziewczyna umiera, a trumna z jej ciałem pojawia się w domu państwa Troy. Tam Francis otwiera wieko skrzyni z jej ciałem, całuje umarłą i mówi, że on nigdy nie kochał, nie kocha i nie będzie kochać tak mocno Bathsheby jak kochał denatkę. Dodaje, że żona jest dla niego nikim i wychodzi z domu. Udaje się na plażę, gdzie pozbywa się ubrań, wchodzi do morza i odpływa. Kobieta dowiaduje się, że mąż utonął i zostaje wdową.


Po śmierci Francisa, Bathsheby zostaje z ogromnymi długami po mężu i żeby nie stracić całej posiadłości, William proponuje jej małżeństwo. Ta początkowo nie jest chętna. Radzi się Gabriela co ma zrobić i w odpowiedzi słyszy, że to co jest najlepsze. Ostatecznie przyjmuje zaproszenie na przyjęcie do Boldwooda, na którym również pojawia się pasterz, który staje się sojusznikiem Williama. Tamten zachęca Oaka, by zatańczył z panią Troy przed ich zaręczynami. Kobieta przyjmuje propozycję, jednak w połowie tańca wybiega z domu, a przed nią staje jej zmarły mąż. Ten nakazuje jej wracać z nim do domu, jednak ona nie chce. Dochodzi między nimi do szarpaniny i krzyków. Z przyjęcia wybiega za dziewczyną Gabiel i William, który strzela śmiertelnie do Francisa. Bathsheby jest zrozpaczona, a William trafia do więzienia.


Po pewnym czasie Bathsheby i Gabriel spotykają się na cmentarzu, a ten informuję kobietę, że odchodzi z gospodarstwa i udaje się do Stanów Zjednoczonych. Nazajutrz ma prom odchodzący z Bristolu i bez większych pożegnań pragnie wyjechać. Oczywiście wdowie nie daje to spokoju i gdy pasterz jest już w drodze, jedzie za nim na koniu, by dowiedzieć się czy Gabriel nadal coś do niej czuje.


Tak naprawdę do ostatniej minuty nie wiadomo jako cała historia się zakończy. Po niby już po ślubie z Francisem wydawać by się mogło, że to koniec szans na jakąkolwiek zmianę. Bo nie oszukujmy się, tak naprawdę od pierwszego spotkania Bathsheby i Gabriela wiemy, że są oni sobie pisani. A przez serię niefortunnych zdarzeń i odczuć krążą koło siebie przez wiele lat i nic z tego nie ma.


Bo tak naprawdę Gabriela się kocha, Williama odrzuca, a Francisa nienawidzi odkąd pojawia się na ekranie. Bathsheby początkowo sprawia wrażenie silnej i niezależnej kobiety, której nie jest potrzebny mężczyzna, ale wystarczy, że pojawił się ładnie (w moim odczuciu to bardzo wątpliwe) wyglądający żołnierz, a ta już porzuca swoje ideały i leci za nim do kościoła, a gdy potem przytomnieje, zdaje sobie sprawę, że to prawdopodobnie jej największy błąd życiowy. Ale patrząc po Gabrielu wygląda na to, że trzeba być wiernym i czekać do samego końca na swoją okazję, bo można ją bardzo dobrze wykorzystać.


Nie ukrywam, że zabierając się za ten film miałam głęboka nadzieję, że Matthias Schoenaerts w końcu nie będzie grał jakiegoś psychopaty, popaprańca albo dziwnie przypominającego sobowtóra pewnego polityka człowieka. Chciałam, żeby był kimś uroczym, kogo by się chciało przytulić, a najlepiej to mieszkać z nim na tej wsi. Na szczęście „Z dala od zgiełku” mi to wynagrodziło i spełniło moje oczekiwania.


No i nie mogę nie wspomnieć o krajobrazie. Po „Poldarku” jestem totalnie zakochana w angielskiej wsi XVIII/XIX. Panuje tam spokój, harmonia i naturalne piękno. Do tego pola, łąki i klify. Klify są najpiękniejsze. Chociaż w filmie klify okazały się zabójcze. Scena jak spada z niego stado dwustu owiec jest naprawdę przygnębiająca.

Film powstał oczywiście na podstawie książki i mam zamiar ją zakupić i przeczytać. Film bardzo mi się podobał, polecam choćby dla pięknych angielskich krajobrazów. No i bo ładny Belg, ale to pewnie tylko dla mnie. 


P.S. Wiem, że pewnie po tym całym wywodzie mało osób obejrzy ten film, bo za dużo zdradziłam, ale trudno. Musiałam się pozbyć swoich myśli. 

środa, 27 stycznia 2016

Haters gonna hate

Jak każdy student, który ma nóż na gardle, w pośpiechu zabieram się do pracy. Tak i było przez ostatnie pięć dni, gdy we wtorek miałam kolokwium z literatury najnowszej. A że jestem leniwa i nie chciało mi się czytać książki z zadanej listy to zaległości musiałam nadrabiać w gorącym okresie.

Dwa tygodnie temu w piątek na zajęcia mieliśmy przeczytać książkę, która ma 360 stron. Na samym starcie porzuciłam tą myśl i poszłam na zajęcia. A że pan doktor, z którym to mamy nienawidzi ludzi (mam wrażenie, że mnie szczególnie) to postanowił zrobić rozeznanie co wiemy o przeczytanym utworze. Oczywiście musiał zapytać i mnie, jak za każdym razem, gdy mamy zajęcia. Niestety nic nie wiedziałam, więc oznajmił, że na kolokwium będą dodatkowe pytania (wyszło, że na całą grupę przeczytała tylko jedna osoba) odnośnie tej powieści. Jak powiedział, tak uczynił. A ja, żeby nie wyjść na kompletnego kretyna, zmusiłam się do przeczytania i... nie żałuję! "Trociny" Krzysztofa Vargi, bo o tym mowa, to naprawdę dobra książka.

Poznajemy Piotra, który jest narratorem całej powieści. To typowy pięćdziesięcioletni mężczyzna, który nienawidzi wszystkich i wszystkiego. Pracuje w korporacji, jeździ po polskich miastach, aby spotykać się z innymi przedstawicielami innych korporacji. Do tego jest po rozwodzie, rodziców nienawidzi całym sercem i generalnie najchętniej to by wysadził wszystkich w powietrze.

Varga w świetny sposób obnaża wszystkie polskie problemy. Naszą świętożkowość, chęć bycia popularnym i podążającym za modą, obłudę i wszystko co nam się wydaje fantastyczne i cudowne, on sprowadza do parteru i pokazuje jacy przez to naprawdę jesteśmy.

Opisuje również, że nawet jeśli weźmie się rozwód z żoną to ona i tak nie znika z życia. Czasami wręcz przeciwnie, pojawia się w nim i to ze zdwojoną siłą. Do tego mamy na co dzień do czynienia ze znajomymi z pracy (mój tata zawsze mówił, że to twarze z pracy). Główny bohater ma znienawidzonego, paskudnego (zarówno z wyglądu jak i sposobu bycia) "kolegę", który wybitnie działa mu na nerwy. Jest to naprawdę ciekawie poprowadzony wątek w książce, chociaż pewna okoliczność mogłaby być pokazana w zupełnie inny sposób.

Właściwie to zapomniałam jak powinno się opisywać książki. Nie chcę zdradzać za dużo motywów, które wystąpiły, ponieważ są one warte lektury. A co do kolokwium to mam nadzieję, że dobrze mi poszło, bo w sumie dostałam, cała grupa dostała, dwa dość obszerne pytania dotyczące powieści i tak wiele miałam do napisania, że odpowiedź zajęła mi ponad stronę A4. Teraz postaje tylko czekać na wyniki...


P.S. W piątek możliwy kolejny wpis, ponieważ jutro wybieram się do kina na "Dziewczynę z portretu". Oby gra była warta świeczki, bo tak długo już czekam na ten film.

środa, 20 stycznia 2016

Raz, dwa, trzy, umrzesz ty!

Jak napisałam na Facebooku na fanpage'u, Brytyjczyków należy kochać między innymi za dwie rzeczy: seriale BBC i książki Agathy Christie. A jak połączymy te dwa cudeńka to możemy otrzymać coś naprawdę przyjemnego. Tak też było i tym razem, kiedy to BBC postanowiło zrobić trzy odcinkowy miniserial na podstawie książki Christie, która w Polsce jest znana pod tytułem "I nie było już nikogo".

Nie będę ukrywać, że i tym razem wyłoniła się moja fangirlowska strona i chciałam obejrzeć to tylko dlatego, że gra tam Aidan Turner. Jednak gdy potem przeczytałam, że to nie będzie byle co, tylko produkcja na podstawie książki Christie, mój apetyt zaostrzył się jeszcze bardziej. Między innymi ta powieść przyczyniła się do tego, że ten blog (początkowo tylko w formie "recenzji" literackich) się narodził. "I nie było już nikogo" po raz pierwszy (i na razie jedyny, ale doskonale pamiętam tą historię) przeczytałam siedząc w mojej pierwszej, letniej pracy. Jadąc do miejsca mojego zarobku, wstąpiłam do kiosku, żeby kupić zdrapkę i w oczy rzuciły mi się dwie książki. Jedną z nich była właśnie wyżej wymieniona pozycja. Jako, że moja praca wymagała ode mnie głównie siedzenia i gapienia się w pustą przestrzeń (chociaż były dni, że nie wiedziałam jak się nazywam), miałam czas, żeby czytać. Powieść wciągnęła mnie na tyle, że przeczytałam ją w półtorej dnia i przez kolejne drugie tyle zastanawiałam się jak to się stało, że ta książka miała takie zakończenie. Urzekła mnie totalnie i tak oto zaczęła się moja miłość do Agathy Christie, która nadal trwa.

Nie miałam wątpliwości, że muszę obejrzeć ten serial, skoro to była moja pierwsza przeczytana książka brytyjskiej autorki. Ekranizacja została zrobiona w bardzo dobry i zbliżony sposób, do tego co znajdziemy na kartach powieści. A o czym jest książka/serial?

Na Wyspę Żołnierzyków/Murzynków (zależy jakie tłumaczenie spotkamy) przybywa dziesięć nieznanych sobie wcześniej osób, które zostały tam zaproszone przez U.N. Owena. Po przybyciu na wyspę nawet służba nie ma pojęcia kim jest gospodarz. W pewnym momencie słychać nagranie z gramofonu, z którego wszyscy się dowiadują, że wszyscy zostali postawieni przed sądem. Dziesięcioosobowe grono nie ma ze sobą nic wspólnego z wyjątkiem jednej rzeczy - każde z nich wcześniej zabiło jakąś inną osobę. Rozpoczynają się poszukiwania osoby, która stała za całym przedstawieniem, które rozegrało się na oczach zgromadzonych. Dreszczyku emocji dodaje dziecięcy wierszyk, który znajduje się w każdym pomieszczeniu w domu. A oto ten wierszyk:

                                                         Dziesięć małych Murzyniątek
Jadło obiad w Murzyniewie,
Wtem się jedno zakrztusiło -
I zostało tylko dziewięć.
Dziewięć małych Murzyniątek
Poszło spać o nocnej rosie,
Ale jedno z nich zaspało -
I zostało tylko osiem.
Rzekło osiem Murzyniątek:
Ach, ten Devon - to jest Eden,
Jedno z nich się osiedliło -
I zostało tylko siedem.
Siedem małych Murzyniątek
Chciało drwa do kuchni znieść;
Jedno się rąbnęło w głowę -
I zostało tylko sześć.
Sześć malutkich Murzyniątek
Na miód słodki miało chęć,
Jedno z nich ukłuła pszczółka -
I zostało tylko pięć.
Pięć malutkich Murzyniątek
Adwokackiej chce kariery.
Jedno się odziało w togę -
I zostały tylko cztery.
Cztery małe Murzyniątka
Brzegiem morza sobie szły,
Jedno połknął śledź czerwony.
I zostały tylko trzy.
Trzy malutkie Murzyniątka
Poszły w las pewnego dnia;
Jedno poturbował niedźwiedź -
I zostały tylko dwa.
Dwu malutkim Murzyniątkom
W słońcu minki coraz rzedną...
Jedno zmarło z porażenia -
I zostało tylko jedno.
Jedno małe Murzyniątko
Poszło teraz w cichy kątek,
Gdzie się z żalu powiesiło -
Ot, i koniec Murzyniątek.

Według schematu tej wyliczanki po kolei giną kolejni goście, którzy zaczynają między sobą snuć podejrzenia kto może być mordercą. Cała sprawa rozwiązuje się w dość zaskakujący sposób, jednak uważni widzowie (mam wrażenie, że w książce jest to mniej wyczuwalne) są w stanie rozwiązać zagadkę gdzieś pod koniec drugiego odcinka. Ja znając historię z powieści wiedziałam jak to się skończy i spokojnie mogłam podziwiać wszystko co działo się dookoła.

Jeśli chodzi o obsadę to nikt szerzej znany się tam nie pojawia. Jest to typowy serial BBC, który miejscami może być trochę dziwny dla typowego polskiego widza. Ja z przyjemnością oglądam ich produkcje i już kolejne czekają w kolejce, by je zobaczyć.

Jeżeli ktoś lubi dreszczyk emocji i napięcie związane z rozwiązywaniem intrygującej zagadki to jak najbardziej polecam. Znaczącym plusem jest to, że produkcję można potraktować jako jeden, trzygodzinny film, który można obejrzeć ciągiem (tak też uczyniłam ja) lub jako serial i dawkować sobie każdy odcinek w miarę ochoty i czasu jakim dysponujemy. Osobiście polecam wariant numer jeden, bo to jest tego naprawdę warte.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Bye 2015, welcome 2016!

Mamy już trzeci dzień nowego roku, a ja na razie całkiem dobrze go zaczęłam. Zdążyłam mieć dobry melanż, wypoczywać, dokończyć czytać "Poradnik pozytywnego myślenia", obejrzeć mój ulubiony film, napisać jedną z trzech prac, odbyć szaloną wycieczkę po mieście i po prostu zmulać. Z kolei w najbliższym czasie będę mogła się oddać fangirlizmowi, ale także wpaść w wir pracy. Najpierw powinnam zająć się tym drugim (co częściowo uczynię), ale do tego pierwszego bardziej mnie ciągnie. Obiecuję, że podzielę się tym wszystkim tutaj z Wami, ale to w odpowiednim czasie.

Skoro skończył się 2015 rok to czas przedstawić pewne statystyki, które też będą dotyczyły nowego roku:

Liczba przeczytanych książek: nieskończenie wiele.

Liczba książek do przeczytania w przyszłym roku: dwa razy tyle co w punkcie powyżej.

Liczba obejrzanych filmów: nieskończenie wiele.

Liczba filmów do obejrzenia w przyszłym roku: dwa razy tyle co w punkcie powyżej.

Wizyty w teatrze: 1.

Najlepszy wypad do kina: "Hamlet".

Sukces roku: znalezienie się na drugim roku studiów.

Porażka roku: perturbacje studenckie.

Nowe znajomości: co najmniej 5.

Szczególne znajomości: co najmniej 3.

Utrata znajomości: co najmniej 1.

Nowe fangirlowskie miłości: 2 (pewnie jest ich więcej, ale dwie są bardzo, bardzo mocne).

Inne miłości: co najmniej 1.

Podróż w cudowne miejsce: 2 razy.

Podróż za granice: 1 raz.

Internetowe nowości: pojawienie się na Instagramie i Snapchacie.

Zmiany mieszkaniowe: 2 razy.

Najlepsze fangirlowskie prezenty: sztuk 3 (tort na urodziny, czyli chatka Hobbita, mikołajkowy - Groot i Secret Santa - notes z The Police)

Piosenka roku: Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.

Film roku: Ugotowany.

Najczęściej oglądany film w tym roku: Hobbit. Niezwykła Podróż.

Serial roku: drugi sezon Halt and Catch Fire.

Książka roku: Klub mało używanych dziewic (chociaż nie powstała w 2015 roku).

Coś z czego jestem dumna: rozpoczęcie nowego opowiadania, które jest oceniane przez profesjonalistę.

Zmiana wyglądu: blond włosy.

Żart roku: marzenie o zwierzaku.

Zakup roku: New Balance na Black Friday.

Dół roku: ciągłe oczekiwanie na nowy sezon Sherlocka.

Zawał roku: awaryjne lądowanie samolotu w Londynie.

Koncert roku: Luxtorpeda.

Ominęty koncert: Coma.

Szaleństwo roku: Minionki.

Najbardziej popularny wpis na blogu: Two be(ers) or not two be(ers), czyli krew, pot i dużo łez...

Zapewne zapomniałam o wielu rzeczach, które miały miejsce w tym roku, ale pamięć ludzka jest zawodna i nic się na to nie poradzi. Dziękuję Wam za to, że jesteście ze mną i czytacie to co tu wrzucam. Liczba tych wszystkich wyświetleń motywuje mnie do dalszego pisania. Obiecuję, że w tym nowym roku będę starała pisać się częściej i o ciekawszych rzeczach.






poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Hmm...

Na wstępie życzę wszystkim wszystkiego dobrego na święta! :) A z tej okazji, że mamy dwa leniwe dni i czas spędzamy głównie na jedzeniu albo na odpoczynku od jedzenia to w mojej głowie rodzą się różne dziwne myśli. No i właśnie taka dziś powstała.

Ze smutkiem musze stwierdzić, że nie mam odpowiedniej ilości czasu na to, by czytać książki, które bym chciała, a co za tym idzie to oto miejsce byłoby totalnie uśpione. I tak siedząc sobie dzisiaj przy herbacie i serniku postanowiłam, że na blogu zajdą pewne zmiany. Od tej pory nie tylko będą się pojawiały tutaj wpisy o książkach (kończę czytać coś genialnego i na pewno o tym napiszę), ale również o filmach, serialach i wszystkim tym co mnie interesuje, denerwuje, fascynuje i wywołuje miliony innych emocji. To miejsce zamieni się w "śmietnik" moich myśli.

Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe i nawet częściej i chętniej będziecie tu zaglądać. Jeśli dobrze pójdzie to jutro, a właściwie dziś po południu pojawi się wpis i tym razem będzie on na "nowe kopyto".

piątek, 9 stycznia 2015

Little man in Gdańsk - Czyli historia pewnej miłości...

Moja metryka w urzędzie w jednej z rubryk ogłasza: "Miejsce urodzenia - Gdańsk". Czy się z tego cieszę? Owszem. Czy jestem z tego dumna? Jak najbardziej. Od zawsze miałam miłe skojarzenia z tym miastem, a w moim sercu są piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to człowiek przyjeżdżał do dziadków przy każdej możliwej okazji. Dzielnica, którą najlepiej znam to zdecydowanie Przymorze. Narobiło się tam mnóstwo kilometrów spacerując, jeżdżąc na rowerze, bawiąc się na placu zabaw. Za każdym razem, gdy przejeżdżam tam tramwajem lub samochodem to łezka się kręci w oku, więc naturalnym wyborem uczelni do studiowania był Gdańsk. Ale tak naprawdę w tym mieście zakochałam się dzisiaj i to dzięki banalnym doświadczeniom. Zajęcia na uniwersytecie skończyłam dziś o 9:15 (pan doktor wypuścił nas szybciej) i radośnie stwierdziłam, że do pociągu do domu zostało mi prawie dwie godziny. Wsiadłam w najbliższy tramwaj i udałam się do centrum po ciepłe pączki, które są przepyszne. Tym samym chciałam zrobić rodzince niespodziankę i przywieść coś na osłodę po całym trudnym tygodniu. A gdy miałam już pączki w plecaku i czekałam na przystanku na tramwaj, który miał mnie zabrać na dworzec w Gdańsku Wrzeszczu, doznałam olśnienia. Dookoła mnie ludzie się spieszyli, samochody pędziły, a ja po prostu stałam i gapiłam się na drzewa, przez które przebijało się słońce. Poczułam się jakby była wiosna. Odpłynęłam gdzieś myślami. W uszach sączyło się ukochane The Police, a potem sam Sting, już solo. Wsiadłam do tramwaju, przejechałam z pięć przystanków i ruszyłam dzielnie w stronę dworca. Przez cały czas rozglądałam się.  Niby byłam tu już wcześniej, ale wszystko wydawało mi się jakieś inne, nowe. Mijali mnie dziwni ludzie, a ja mijałam dziwne budynki. W głowie zakiełkowała mi myśl: "A może by tak opisać to miasto? Wymyślić bohatera, umieścić go w tych ulicach i pozwolić mu ożyć?". Jednak potem mi się przypomniało: "Po co? Przecież to już jest. Czytałaś to". No właśnie czytałam...

Otóż, Moi Drodzy, mam niezwykłe szczęście, że znam osobiście (no dobra, widziałam ją tylko raz i zamieniłam z nią dwa zdania) pewną gdańską pisarkę, Katarzynę Rogińską. Ale największym szczęściem jest to, że jest ona koleżanką z podstawówki (z klasy) mojego taty. 26 maja 2011 roku dostaliśmy zaproszenie do oliwskiej biblioteki na spotkanie autorskie. Cieszyłam się jak dziecko. Ale wróćmy do początku. Pierwsza książka, a raczej opowiadanie pani Kasi wpadło w moje ręce latem 2009 roku, gdy tata przywiózł do domu malutki tomik "Tajemnica Neptuna", który otrzymał od współautorki książeczki podczas spotkania po latach. Podprowadziłam książkę i zatopiłam się w opowiadanie pt.: "Kocim szlakiem". Nawet nie wiedziałam kiedy, a skończyłam lekturę. I wtedy pomyślałam: "Ja chyba też bym chciała pisać". Akcja opowiadania rozpoczyna się od uroczego opisu nawiązującego do kotów (autorka uwielbia koty i w każdej książce jest o nich bardzo dużo), jednak potem mamy do czynienia z obciętą głową znalezioną na pętli w Oliwie. I wtedy zaczyna się zabawa...

Rok później w 2010 roku ukazała się książka "Jeśli czegoś pragnę" i tym razem pani Kasia jest jedyną autorką. W tej powieści mamy do czynienia z tajemniczymi zgonami w domach pomocy społecznej. Wszędzie niby jest ta sama przyczyna zgonu, ale to tylko napędza coraz więcej podejrzeń. Rozpoczyna się śledztwo, a my poznajemy biegłą sądową Grażynę Król i sierżanta Szolca, który jej pomaga. Jak dla mnie jest to dobry, zaskakujący kryminał. Jeśli ktoś lubi ten gatunek to będzie się świetnie bawił.

Ale wróćmy do 26 maja 2011 roku. Wraz z rodzicami zajęłam miejsce w bibliotece i słuchałam co autorka ma do powiedzenia na temat swojej najnowszej książki "Wieża sokoła". Po zapoznaniu z fragmentami powieści można było zakupić przedmiot owego spotkania i porozmawiać chwilę z autorką oraz zdobyć autograf. Byłam nieco zawstydzona, ale tata zgarnął mnie z krzesła i poszliśmy do pani Kasi. Zostałam przedstawiona jako córka mojego taty i porozmawiałyśmy trochę, ale z tego stresu niestety nie pamiętam o czym. Poprosiłam o autografy na książkach (mam imienne i do tego przy każdym podpisie jest pyszczek kotka) i pożegnaliśmy się. Zadowolona, że będę miała nową książkę do czytania, wróciłam do domu. Tylko, że pojawił się mały problem. Zaczęłam czytać i... się rozczarowałam. Wiem, że jest napisane na okładce, że to mroczny thriller, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W książce poznajemy młodą Greczynkę o imieniu Dymitra, która na swojej drodze spotyka przystojnego Edwarda i jego matkę, Polaków. Zakochana dziewczyna przyjeżdża z nim do Polski i zaczyna się dla niej prawdziwe piekło. Facet jest tak obrzydliwy, zboczony i nienormalny, że wymiękłam. Książka ma 296 stron, a ja ją porzuciłam już na 102. Po prostu dalej nie mogłam i póki co nie mogę się zmusić do lektury. Wierzę, że to się kiedyś zmieni, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.

Jednak ktoś lubi koty, greckie krajobrazy i dreszczyk emocji to gorąco polecam książki pani Kasi. Za "Wieżę..." nie ręczę, ale dwie pozostałe to świetna zabawa. Ale głównym powodem, dla których warto sięgnąć po te powieści (i opowiadanie) to dokładne i piękne opisy Gdańska, a szczególnie Oliwy.



czwartek, 1 stycznia 2015

Cwaniaczku, chodź tu do mnie! - Czyli miło być ciągle dzieckiem.

Mamy Nowy Rok (najlepszego, Kochani!), a ja właśnie piję herbatę i jem kruche ciasteczka, które upiekła mama przed Bożym Narodzeniem. W zasadzie to powinnam czytać jakąś filozofię albo lektury na kolokwium, ale mi się nie chce. Pewnie potem będę tego żałować, ale trudno. Nie chce mi się o tym myśleć. Wolę patrzeć na regał z książkami, które już przeczytałam albo dopiero przeczytam, ale dla przyjemności. Zastanawiam się o czym mogłabym napisać tym razem. Podczas świąt siedziałam do trzeciej albo do czwartej nad ranem i czytałam kolejną książkę Moniki Szwai, ale o tym nie będę już pisać, bo kiedyś to zrobiłam. Zdecydowałam się na coś innego...

Zapewne każdy z nas miał kiedyś w swoich rękach albo komiks albo pamiętnik, o ile sam go nie pisał. A co jeśli połączymy te formy? Cóż, powstaje coś uroczego i zabawnego. A zatem przedstawiam Wam... "Dziennik Cwaniaczka". Pierwszy raz spotkałam się z tą serią w gimnazjum. Byliśmy wtedy na jakiejś wycieczce szkolnej w Gdańsku i podczas czasu wolnego poleciałam do Empiku (w moim wspaniałym mieście jeszcze tego cudownego sklepu nie było). Koniecznie chciałam kupić jakąś książkę, którą mogłabym zacząć czytać w pociągu do domu. Długo wahałam się między "Dziennikiem Cwaniaczka", a pierwszą częścią książki "Bracia Hardy". Padło na Cwaniaczka, jednak był mały problem. Na półce była tylko druga część, a pierwszej brak. Stwierdziłam, że trudno, ale biorę to. Wydałam całe 24,90 zł i zadowolona wróciłam do domu. Książka była tak wciągająca i zabawna, że przeczytałam ją w 30 minut.

A teraz najlepsze... Tej cudownej serii nie przeczytałam w odpowiedniej kolejności, jednak jej zaletą jest to, że od obojętnie jakiej części by się zaczęło lekturę, człowiek zawsze odnajdzie wątek. Na chwilę obecną seria w Polsce doczekała się ośmiu części i jednego tworu, który jest czymś w stylu Do It Yourself, czyli płacisz 25 zł za coś po czym samemu możesz sobie pobazgrać i stworzyć to. Egzemplarz DIY sobie podarowałam, ale reszta gości na moim regale. Jak mówiłam, rozpoczęłam czytanie od części drugiej. Potem sięgnęłam po trzecią, czwartą, pierwszą, siódmą, piątą, szóstą i ósmą. Trochę to pokręcone, ale zależało to od dostępności serii w sklepie. Przykładowo cześć siódmą kupiłam w Lidlu za 17,99 zł. Ucieszyło mnie to bardzo.

Sama książka to forma pamiętnika, który pisze główny bohater Greg Heffley. W każdym tomie opisuje on swoje zabawne przygody, w których pojawia się jego zwariowana rodzina, najlepszy przyjaciel i ludzie ze szkoły, których nie darzy zbyt wielką sympatią. Do każdej strony pamiętnika są dołączone urocze obrazki stworzone prze Grega.

Seria jest generalnie przeznaczona dla dzieci, którym się nie chce czytać. Podkreślam, przeznaczona dla dzieci, ale ja się z tym nie zgodzę. W książce jestem zakochana od jakiś 6 lat. Ale śmieszniejszą rzeczą jest to, że moja kuzynka, która jest ode mnie starsza o osiem lat również uwielbia Grega i jego zapiski. Dlatego uważam, że książek nie powinno się kategoryzować ze względu na wiek. Tę książkę będę polecać zarówno ośmioletnim dzieciakom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze światem literatury, jaki i trzydziestoletniej dziewczynie, która ma po prostu ochotę się pośmiać i zrelaksować.


Dodam jeszcze tylko to, że czekam na kolejną część przygód Cwaniaczka, bo jedną książkę połyka się dosłownie w trzydzieści minut. Siadasz, otwierasz "Dziennik..." na pierwszej stronie i nim się zorientujesz dolatujesz do końca i z ogromną niecierpliwością czekasz aż na półce w sklepie pojawi się kolejny tom. Jeśli macie pod ręką wolne 24, 90 zł (na empik.com jak zawsze będzie trochę tańsze) i nie wiecie na co je wydać to śmiało zdecydujcie się na zakup. 

piątek, 26 grudnia 2014

Jak się dowiedzieć, by się dowiedzieć i nie być bezczelnym? Czyli coś o biografii idola...

Wiem, że tegoroczne Święta Bożego Narodzenia dobiegają już do końca, ale chciałabym złożyć Wam spóźnione życzenia. Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności i spełnienia marzeń w nadchodzącym 2015 roku! A jako prezent mam dla Was parę słów o pewnej książce, którą skończyłam wczoraj czytać...

Z biografiami, bo o tym dziś mowa, mam pewien problem. Jak można się brać za napisanie biografii osoby, która jeszcze żyje i dodatkowo nadal jest aktywna zawodowo (mam tu na myśli aktorów, piosenkarzy, pisarzy, sportowców, itp.)? A jeszcze większą porażką jest tworzenie takiej książki, gdy artysta nawet nie osiągnął pełnoletności (patrz: Justin Bieber)? Cóż, na usta się ciśnie tylko jedno: kasa, kasa, kasa... Generalnie rzadko sięgam po biografie (mam na tu na myśli te naprawdę dobre i wartościowe) i sama nie wiem czemu. W końcu lubimy się zagłębiać w życie innych osób. Ale odkąd mam obsesję na punkcie pewnych osób to dorobiłam się dwóch, a właściwie trzech takich książek i na pewno kiedyś o nich coś napiszę.

Gdy we wrześniu na stronie Empiku dowiedziałam się, że w Polce ukaże się biografia Benedicta Cumberbatcha (to ten pan grający Sherlocka w serialu BBC) stwierdziłam, że co by się nie działo i jak bardzo bym nie miała pieniędzy muszę kupić tą książkę. Gdy zbliżał się dzień premiery, postanowiłam zamówić książkę (w paczce znalazły się jeszcze trzy sezony Sherlocka na DVD i jednocześnie moja świnka skarbonka straciła swoja całą zawartość) i w spokoju oczekiwałam na nadejście paczki. Zakupy odebrałam po trzech dniach i od tej pory książka wędrowała ze mną wszędzie. Czytałam w każdym możliwym miejscu z samochodem włącznie. Jednak po dwóch dniach musiałam książkę odłożyć na półkę na całe trzy miesiące ze względu na studia. I tak stała sobie na półce w akademiku i czekała aż do niej powrócę. W końcu na dzień przed wyjazdem do domu na święta bardzo mi się nudziło i wróciłam do lektury. Kiedy kończyłam sobie jeden z rozdziałów pomyślałam: "Po jaką cholerę ktoś napisał tą książkę? Żeby kasę trzepać?". Najwyraźniej tak. Otóż z początkiem listopada książka straciła na aktualności, gdyż Benedict Cumberbatch ogłosił swoje zaręczyny. Dodatkowo pojawiły się informacje o nowych filmach w jakich aktor weźmie udział. Fakt, na końcu książki jest kilkadziesiąt stron o jego dotychczasowej filmografii i pojawiają się tam zapowiedzi, ale nie są one całkiem aktualne. Rozumiem, że książka powstała jakiś czas temu i nie o wszystkim autor wiedział lub został poinformowany, ale jaki jest wtedy sens pisać taką książkę?

Za to jeśli chodzi o informacje zawarte w tej pozycji to autor nie odkrył niczego nowego. Oczywiście, jeśli nikt wcześniej nie miał do czynienia z Cumberbatchem to dla niego będzie to nowość i zapewne interesująca lektura, jednak ja się przyznaję do tego, że jestem Cumberbitch (obsesyjna fanka, pozdrawiam) albo Cumbercollective (to określenie dla swoich fanów woli sam Benedict) i wszystko co zostało opisane było mi wcześniej znane. Czasami miałam wrażenie, że autor po prostu przeczytał jakieś notki na Wikipedii albo stronach, gdzie opisuje się sylwetki aktorów, do tego zagłębił się w wywiady, które udzielił aktor i twórcy filmów, przy których pracował, a na koniec skopiował to wszystko do Worda i zaniósł do wydawcy. Ale jeśli ktoś jest zwykłym laikiem w tej kwestii to książka jest godna polecenia.

Jest też druga książka o Cumberbatchu, ale jeszcze się jej nie dorobiłam i nie wiem czy się dorobię, bo jeśli ma ona wyglądać tak samo i ma zawierać te same informacje co ta to raczej sobie podaruję. Wygląda na to, że w dobie Internetu pisanie i kupowanie tego typu książek nie ma sensu. Chyba, że zostałaby ona stworzona przez jakiegoś bliskiego biografa artysty, który przebywał z nim przez większość każdego dnia. Taką osobą mogłaby być np. żona, matka, ojciec albo siostra.


Generalnie w książce nie zabrakło niczego co możemy znaleźć w Internecie, jednak ja myślałam, że skoro ktoś zabiera się za pisanie takiego utworu to zdradzi czytelnikowi coś więcej niż jest wiadomo. Ale to nie jest nawet autoryzowane, więc nie ma na co liczyć. A książka została dokończona przeze mnie wczoraj i postawię ja na półce na regale w honorowym miejscu, ale tylko z jednego powodu... Na okładce jest Benedict. 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Poskromić smoka! - Czyli poznajmy Hobbita...

Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata. Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za ekranizację.

W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam, że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się na ten temat  wypowiadać, bo drugiej części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem, wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.

Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało mi plany…

Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód. Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie, wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.

Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!), że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!

A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też). Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…


P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania zmian? 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wróćmy do czasów, gdy wszyscy byliśmy dziećmi! Czyli idealny prezent na Mikołajki!

Z czym nam się kojarzy Francja? Z Wieżą Eiffla? Z Champs-Élysées? A może z jadalnymi kasztanami i bagietką? Otóż, Moi Drodzy, w moim przypadku jest zupełnie inaczej. Z tej okazji, że w sobotę obchodziliśmy Mikołajki mi przychodzi do głowy tylko jedno: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé, czyli ojcowie pewnego uroczego chłopca o imieniu Mikołaj. Moje dzieciństwo bez tego uroczego rozrabiaki byłoby bardzo nudne. Pierwszą książkę zatytułowaną po prostu „Mikołajek” poleciła mi pani z biblioteki w podstawówce, a potem to już się zakochałam i samo poszło. Kolejne tomy chłonęłam jak gąbka. A najgorszą rzeczą wtedy było dla mnie to, że na całą szkołę był tylko jeden egzemplarz „Wakacji Mikołajka” i trzeba było czekać w długiej kolejce, żeby móc ją przeczytać. Mi na szczęście posiadanie jej przypadło na ferie zimowe, więc byłam bardzo szczęśliwa, bo nie zostałam skazana na nudę.

Pamiętam, gdy pojawiły się w księgarniach „Nowe przygody Mikołajka”. Potężny tom, który zawierał w sobie jeszcze więcej interesujących historyjek. Spędziłam cały tydzień nad jeziorem czytając i czytając. Wolałam siedzieć w namiocie i wertować książkę niż iść popływać albo łowić ryby (tak, tak, swego czasu uwielbiałam to robić!). Jednak jest najstraszniejsze wspomnienie związane z Mikołajkiem. Drugi tom „Nowych Przygód Mikołajka” wychodził właśnie na Mikołajki, gdy byłam w szóstej klasie podstawówki. Od miesiąca prosiłam Mikołaja, a właściwie rodziców o tą książkę na 6 grudnia. Niestety moi rodzice nie spełnili mojej prośby i byłam mocno rozczarowana. Dodatkowo zrobiło mi się przykro, gdy okazało się, że moja najlepsza przyjaciółka ową książkę dostała właśnie w prezencie. Szczerze mówiąc popłakałam się wtedy. Ale że miałam (i nadal mam!) wspaniałą przyjaciółkę oznajmiła mi, że podzieli się nią ze mną i będziemy ją razem czytać. Poszłyśmy do pana od historii i poprosiłyśmy go o zgodę na czytanie na jego lekcji. Zgodził się pod warunkiem, że będziemy cicho. Rozradowane usiadłyśmy w ostatniej ławce i czytałyśmy całe czterdzieści pięć minut. Za to moi rodzice zrehabilitowali się i dostałam książkę pod choinkę.

A o czym jest sama książka? Jak sugeruje tytuł o Mikołajku, który jest jednocześnie narratorem wszystkich opowiadań. To uroczy chłopiec, który mieszka wraz z rodzicami we Francji. Chodzi do jednej z męskich szkół i ma mnóstwo przygód. Jego najlepszym przyjacielem jest Alcest, który ciągle je i jest gruby, a ukochaną, do której wzdycha (oczywiście nie przyznaje się do tego publicznie) jest jego sąsiadka Jadwinia. Ma też kilku kolegów, m.in. Kleofasa, który jest najgorszym uczniem w klasie, ale jako jedyny ma telewizor w domu, Euzebiusza, który jest najsilniejszy i lubi dawać fangi w nos, Gotfryda, którego tata jest bardzo bogaty, dzięki czemu chłopiec ma wszystko czego tylko zapragnie. Jest także Rufus, którego tata jest policjantem, Maksencjusz, który szybko biega i ma ciągle brudne kolana oraz Joachim, który świetnie gra w kulki. W klasie jest również Ananiasz, którego nikt nie lubi, bo jest pupilkiem wychowawczyni i ma najlepsze oceny w klasie, a do tego nosi okulary i nie można go bić. W opowiadaniach pojawia się jeszcze kilku innych bohaterów np. Rosół (opiekun w szkole), Bunia (babcia Mikołaja), Pan Blédurt (sąsiad chłopca, który lubi się przekomarzać z jego tatą).

Kilka lat temu (niestety dokładnie nie pamiętam kiedy, ale to chyba było na początku mojej edukacji w liceum) została wydana książka pt.: „Nieznane przygody Mikołajka”. Jest to zbiór dziesięciu opowiadań opatrzonych kolorowymi akwarelami (o ile się nie mylę). Niestety ze smutkiem muszę stwierdzić, że przedstawienie obrazków z książki w kolorze nie trafiło do mnie. Wolałam, gdy były one klasyczne, czarno-białe poprowadzone jakby jedną, grubą, czarną kreską. Może i jestem starodawna, ale wolę to co klasyczne i sprawdzone.

Ostatnio byłam w Empiku i w dziale z prezentami znalazłam cudowne wydanie wszystkich opowiadań z tomu pierwszego i drugiego „Nowych przygód Mikołajka” i gdyby nie to, że mam każdy tom osobno to nie wahałabym się i zakupiłabym tą książkę. Ale mam zamiar w najbliższym czasie zarazić mojego młodszego kuzyna opowiadaniami o Mikołajku, to może będę miała gest i kupię mu to wielkie tomisko. A co mi tam!

Na dowód tego, że Mikołajek stał się kultowy można obejrzeć przygody małego bohatera na ekranach kinowych. Powstały już dwa filmy o francuskim łobuziaku. Na pierwszym filmie byłam w kinie i przytrafiła mi się zabawna sytuacja, bo na seans wybrałam się sama, ja człowiek 16-letni (to było parę lat temu), a dookoła mnie same 11-latki i młodsze dzieci. Cóż, taki tam komizm. Ale śmiałam się równie głośno co oni. A drugą część niestety nie było mi dane iść do kina, bo wyszła ona w tym roku w wakacje, a ja w tym czasie pracowałam, a do najbliższego kina, w którym grano film miałam ok. 40 km. Ale od czego jest wydanie DVD? Obiecuję nadrobić.


Ja ze swojej strony gorąco polecam historyjki o Mikołajku i to nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. Każdy w nich znajdzie coś dla siebie i będzie się śmiał z czegoś innego. Książki jak najbardziej idealne na prezent pod choinkę albo na Mikołajki. 

piątek, 3 października 2014

Gdzie z tym fanfickiem do ludzi?

Pisanie powieści to prawdziwa frajda, jednak co się dzieje, jeśli bohater bądź bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem poza kartami książki autora? Otóż wtedy to się zaczyna prawdziwy popis fanów. Powstaje coś co jest nazywane fanfickiem. Dla tych co nie do końca orientują się co to takiego to pokrótce wyjaśnie. Fanfick to opowiadanie, w którym fani wykorzystują bohaterów filmu, książki lub serialu do tego, by osadzić go w zupełnie innej rzeczywistości niż został stworzony. Bardzo często jest to spotykane na wszelkiego rodzaju forach lub blogach internetowych. Muszę się przyznać, ale również zdarzyło mi się popełnić kilka takich opowiadań. Z zasady nie można wydawać tego typu książek, ponieważ jest to nielegalne korzystanie z praw autorskich. Tak gdzieś kiedyś przeczytałam, ale skoro jest to blog o książkach, a takich książek się nie wydaję to czemu o tym piszę? A no właśnie...

Kilka tygodni temu w moje ręce (oczywiście będąc w Empiku, bo gdzie indziej?) wpadła pewna książka, która miała bardzo interesujący tytuł "Pusty dom Sherlocka". Podczas gdy powinnam pomóc mojej mamie szukać książki na prezent dla jej znajomej (a mama nie znosi tego sklepu) ruszyłam na mój ulubiony dział z sensacją i natrafiłam na ten projekt. Jak wskazuje tytuł wiąże się ona z wspaniałym detektywem-konsultantem, jednak nie jest to jakieś nieznane opowiadanie Sir Conan Doyle'a. Jest to zbiór najciekawszych opowiadań napisanych przez fanów. Gdy przeczytamy informacje z okładki to dowiemy się, że całe przedsięwzięcie powstało w bardzo ważnym celu. Fundusze ze sprzedaży książki zostają przeznaczone na rzecz domu, w którym mieszkał autor opowiadań o Sherlocku. W obecnym stanie dom jest ruiną i fundacja, która powstała, aby ratować posiadłość zdecydowała, żeby zaangażować fanów i stworzyć coś wspaniałego. Udało się powstrzymać pewnego dewelopera przed wyburzeniem budynki, ale potrzeba wsparcia finansowego jest ogromna do tego, bo odrestaurować dom. Jednym z najbardziej przejętych losem Undershaw jest Mark Gatiss, czyli pomysłodawca i scenarzysta serialu BBC "Sherlock", a także odtwórca roli brata detektywa, Mycrofta. Napisał on kilka słów przedmowy do "Pustego domu...". To samo uczyniły inne znane osobistości, które w jakiś sposób mają związek z Holmesem.

Opowiadania to zbiór przeróżnych pomysłów fanów z całego świata, zaczynając od Stanów Zjednoczonych, poprzez Australię, Rosję i Europę. Akcja fanficków toczy się za równo w XIX wieku jak i współcześnie, a także podczas wojny. Głównym narratorem zazwyczaj jest Watson, ale zdarzają się rozdziały, gdzie nigdy nie pada ani nazwisko Johna ani Sherlocka i musimy się domyślać o kogo może chodzić. Pod koniec książki jest również opowiadanie, w którym Holmes i Watson stają twarzą w twarz z... Sir Conan Doylem.

Szczerze mówiąc (a raczej pisząc) trudno mi by było wybrać jedno jedyne opowiadanie, które podoba mi się najbardziej. Wszystkie osoby, które przyczyniły się do powstania tej książki mają prawdziwy dar pisania. Czasami miałam wrażenie, że sam twórca Holmesa mógł napisać któreś z opowiadań. Muszę też wspomnieć o dwóch ważnych rzeczach w tej książce. Po pierwsze wciąga do tego stopnia, że czytałam ją w każdym możliwym miejscu i gdy tylko miałam czas. Potrafiłam ją czytać o trzeciej w nocy w samochodzie stojąc w kolejce do przejazdu, w łazience podczas kąpieli, a nawet teraz w akademiku, w którym egzystuję, gdy za drzwiami była impreza. Otwierając pierwszą stronę rozpoczyna się piękna i zupełnie nowa podróż, która trwa aż do ostatniego słowa. Drugą sprawą jest cena książki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki byłam przekonana, że będzie kosztować więcej niż 30 zł. Ku mojej radości jej wartość to 19,90, a na empik.com (mówiłam już, że kocham ten sklep? :D) tylko 16,49 zł, więc po powrocie z miasta szybko zamówiłam książkę i dwa dni później leżała już na moim biurku.

Także jeżeli macie wielką ochotę poznać trochę innego Sherlocka albo zobaczyć jak widzą go inni to śmiało szukajcie książki w sklepach lub Internecie. Ja się zakochałam na nowo po raz setny i na pewno wrócę jeszcze do tej książki nie raz. A może jeśli bardziej dorosnę to sama się skuszę na napisanie czegoś o Holmesie, bo póki co kryminały to nie moja dziedzina twórczości.


P.S. Przepraszam za tak długą zwłokę, ale cóż... Nie miałam czasu, a teraz będę mieć go jeszcze mniej, bo studia filologiczne to czytanie książek, ale zupełnie innych niż tutaj mogłabym opisać. ;) Jednak obiecuję, że w miarę możliwości będę wrzucać coś nowego. ;)