Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hobbit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hobbit. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2016

Od Dziewczyny Żołnierza po Króla Elfów, czyli Happy Birthday Lee Pace!

Marzec to taki interesujący miesiąc. Zaczyna się wiosna, są Święta Wielkanocne (chociaż nie zawsze), kilka osób ma urodziny (w tym moi rodzice!). No właśnie, urodziny. W dniu dzisiejszym mój fangirlizm może trochę bardziej poszaleć, a to dlatego, że kolejny rok życia ziemskiego mija jednemu z moich ulubionych aktorów.

Tak właściwie to co mnie to powinno obchodzić? Jakiś facet, którego nie znam (tym bardziej on nie zna mnie), żyje po drugiej stronie kuli ziemskiej i co z tego? A no właśnie... To jakieś takie dziwne coś. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to w racjonalny sposób. Ale o kogo właściwie chodzi?

Odpowiedź jest prosta: dziś swoje urodziny obchodzi Lee Pace. Jeśli ktoś nie jest zorientowany kto to jest, to już spieszę wytłumaczyć, że to amerykański aktor filmowy i serialowy (także teatralny), który nie tylko jest zdolny, ale także przystojny. Jakiś czas temu, gdy moja obsesja na jego punkcie sięgała zenitu, został on okrzyknięty przez jedną z moich kumpelek „moim mężem”. Wszystko by było pięknie i ładnie, gdyby po pierwsze: wiedział o moim istnieniu (zawsze sobie obiecuję, że napiszę do niego na Twietterze i poinformuj go o tym radosnym fakcie bycia moim wybrankiem serca), a po drugie: nie krążyła plotka, że jednak woli panów niż panie. Ale tak naprawdę życie osobiste to jego sprawa. Prawdziwy fan powinien skupiać się wyłącznie na jego dokonaniach artystycznych (chociaż uwielbiam kiedy wrzuca swoje selfie na Twittera). Dlatego z tej okazji chciałabym w tym wpisie skupić się na jego rolach filmowych i telewizyjnych, z którymi miałam styczność.

Zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób ułożyć przedstawiane produkcje. Czy w kolejności chronologicznej w jakich Pace brał udział czy może w jakim czasie za się za to zabrałam. Padło na to drugie.

Hobbit: Niezwykła Podróż, Pustkowie Smauga, Bitwa Pięciu Armii

To właśnie dzięki Hobbitowi uświadomiłam sobie, że taki człowiek istnieje. I żeby było śmieszniej, dopiero po miesiącu od obejrzenia maratonu w kinie naprawdę mocno mnie „ścięło” na jego punkcie. Było to 20 stycznia (zapamiętałam tą datę tylko dlatego, że równo rok wcześniej odbiło mi na punkcie Benedicta Cumberbatcha).


Lee w „Hobbicie” wciela się postać króla Elfów, Thranduila. Jest niezwykle dostojny, pogardliwy, świetnie ubrany i ma idealne blond włosy. Do tego nienawidzi krasnoludów i ma jakieś 6000 lat, a mimo to wygląda doskonale. Zabawną rzeczą jest także, że w filmie w rolę syna Thranduila, Legolasa, wciela się Orlando Bloom, który prywatnie jest starszy od Pace’a o dwa lata. Na YouTube są fragmenty wywiadów, gdy obaj panowie o tym wspominają i są tym faktem rozbawieni.


Potem zaczęłam węszyć i szukać co by tu jeszcze obejrzeć. Wystarczyło wejść na stronę Filmwebu i po zajęciach na uczelni marnować swój wolny czas na oglądanie nowych produkcji.

Uroczystość

Generalnie jest to jeden z tych głupich filmów, który w niektórych momentach śmieszy, ale w niektórych jest tak żenujący, że ma się ochotę go wyłączyć, zakopać i zapomnieć, że w ogóle istnieje (zresztą to nie jeden taki film w dorobku Lee). Jednak obiecałam sobie, że skoro już włączyłam go to wypadałoby obejrzeć do końca.

Tutaj Pace gra Whita Coutella, który jest filmowcem i bierze ślub ze swoją narzeczoną, która parę lat temu była związana z głównym bohaterem. Whit sprawia wrażenie kompletnego idioty, dla którego najważniejszy jest on sam i to on zawsze musi być w centrum uwagi. Poza tym, że ładnie tu wygląda i się uśmiecha, to chyba bym tego w ogóle nie obejrzała.


Marmaduke - pies na fali

Założyłam sobie, że najpierw obejrzę z nim wszystkie tzw. komediowe produkcje. Marmaduke się do nich zalicza. Film nie jest najwyższych lotów. Generalnie nie jest dobrych lotów, ale czasami się pośmiać można. Czasem ciszej, czasem głośniej.

Poznajemy tutaj Phila Winslowa, który jest głową rodziny, przykładnym mężem, ojcem trójki (!) dzieci i panem wielkiego psa, który się zwie Marmaduke. Oczywiście pies przysparza rodzinie samych kłopotów, ale mimo to Phil skoczy za psem nawet do rwącej rzeki i to dosłownie. Oczywiście bohater Lee jest tutaj znowu przystojny, idealny i generalnie och i ach. Szkoda mi go tylko było jak pies go przeciągnął parę razy po ziemi z turboprędkością. To musiało boleć.


Niezwykły dzień Panny Pettigrew

Film, którego się trochę naszukałam w sieci, a później jak już znalazłam to był problem z odpaleniem go na jednej ze stron, bo ciągle się pokazywało, że przekroczyłam limit (a wcale go nie przekroczyłam!). Może to był znak, żeby nie oglądać tego filmu. Chociaż byłby to błąd.

Lee gra tutaj Michaela, młodego muzyka, który jest zakochany w głównej bohaterce. Do tego broni ją przed okrutnym właścicielem klubu, Nickiem (przy okazji jedna z ładniejszych scen, gdy Pace dostaje po twarzy od Marka Stronga, a potem mu oddaje). Lee znowu jest tu ładnym chłopcem. Nie dość, że dobrze wygląda w smokingu (gdyby nie to, że jest Amerykaninem to powinien zagrać Bonda) to jeszcze ładnie śpiewa. Raz jeszcze: ideał.


Zdecydowałam, że od filmów trzeba trochę odpocząć (głupia ja) i czas zabrać się za seriale.

Halt and Catch Fire

Wcześniej na blogu pojawił się wpis o tym serialu (zainteresowanych odsyłam w czeluści wpisów). W pierwszym sezonie było 10 odcinków, które pochłonęłam w dwa i pół dnia (gdyby nie to, że musiałam chodzić na zajęcia zrobiłabym to w jeden dzień). Serial spodobał mi się na tyle mocno, że na drugi sezon oczekiwałam jak małe dziecko na Gwiazdkę.

Poznajemy tutaj Joe MacMillana, który za cel życiowy stawia sobie zbudowanie pierwszego laptopa, który ma ważyć mniej niż 7 kilogramów. Dąży do tego po trupach, za wszelką cenę, wystawiając nawet do wiatru swoich współpracowników. Jest typową świnią, nie liczącą się z nikim. Wpływ na to ma m.in. jego przeszłość, która okazuje się nie być kolorowa. Moim skromnym zdaniem jest to jego najlepsza rola i niesamowicie się cieszę, że trzeci sezon wychodzi już niedługo (chociaż podobno premiera ma zostać przesunięta z początku czerwca na sierpień). I oby był lepszy niż druga transza.


Gdzie pachną stokrotki

Pamiętam, że kiedy byłam w gimnazjum siedziałam u mojej kumpelki w domu i oglądałyśmy telewizję. Usłyszałyśmy ten tytuł i wywiązał się taki dialog:

- Wiesz, gdzie pachną stokrotki?
- No gdzie?
- W kiblu.

Cóż, nie było to, jakby to nazwać, najwyższych lotów, ale utkwiło mi to w pamięci. Gdy przeglądałam po latach filmografię Lee i zobaczyłam, że grał w tym serialu, wybuchnęłam śmiechem i stwierdziłam, że koniecznie muszę to obejrzeć.

Generalnie myślałam, że produkcja ma ok. 6 sezonów, ale jak się potem okazało ma tylko dwa. Całość obejrzałam w tydzień i było mi niezwykle smutno, że to już koniec. Lee gra tutaj uroczego cukiernika, który ma dziwną, nadprzyrodzoną moc. Potrafi wskrzeszać ludzi, ale potem nigdy więcej nie może ich dotknąć, bo to spowodowałoby ich śmierć bez możliwości powrotu do życia. Trudno opowiedzieć o co tu chodzi, dlatego najlepiej samemu to obejrzeć. A naprawdę warto. Tym bardziej, że ostatnio pojawiła się informacja, że stacja ABC daje zielone światło na powrót tego serialu, jeśli tylko twórcy i aktorzy będą tego chcieli.


30 beats

Ten film to naprawdę dziwny twór. Składa się z kilkudziesięciu sekwencji, w której każdy z bohaterów łączy się w jakiś sposób z tymi z poprzednich fragmentów. Niestety produkcja jest bardzo męcząca i w sumie bezsensu.

Pace pojawia się tu jako Matt, który jest masażystą. Zaleca się do niego jedna z jego klientek, ale on woli inną, która ma na niego wyrąbane. Poza tym, że z wyglądu przypomina Ryana Gosilinga, stoi pod prysznicem i jedzie samochodem to nie ma tu nic ciekawego. Szczerze nie polecam, zakopać ten film.


Polarbearman

Filmik ma tylko pięć minut i przedstawia człowieka, który styka się z globalnym ociepleniem do tego stopnia, że Ziemia zostaje zalana przez wodę, a on swój żywot musi spędzić na dachu swojego domu. Do zobaczenia na YouTube jakby ktoś był zainteresowany. Całkiem ciekawa wizja przyszłego świata.


Opętany

Tutaj mamy do czynienia z całkiem dobrym thrillerem, przynajmniej według mnie (oglądałam ten filmu już chyba z sześć razy). Mamy tutaj dwóch braci. Jeden jest ułożony, wykształcony, ma żonę i jest generalnie szczęśliwy. A drugi to margines. Wychodzi z więzienia, mieszka pokątnie u swojego brata i ma wszystko gdzieś. Pewnego dnia dochodzi do kłótni między braćmi i jeden ucieka przed drugim. Dochodzi do wypadku, po którym obaj zapadają w śpiączkę. Po pewnym czasie ten zły budzi się i wydaje mu się, że jest swoim bratem.

Lee gra tutaj Romana, tego złego. Początkowo jest totalnym zerem, ale z czasem, gdy staje się swoim bratem zmienia się zupełnie. Zakończenie jest zaskakujące i co ciekawsze, jest jego alternatywna wersja na YouTube. Film można podsumować: od badassa do milusiego, troskliwego faceta.


Samotny mężczyzna

Pewnej niedzieli, późno wieczorem trafiłam na ten film w telewizji. Na drugi dzień miałam pociąg na 6.40 i wiedziałam, że nie mogę go obejrzeć całego. Stwierdziłam, że obejrzę do pierwszego momentu aż pojawi się Lee. Nastąpiło to po czterdziestu pięciu minutach. Szedł z głównym bohaterem (w tej roli fantastyczny Colin Firth) i krótko rozmawiali. Po tej scenie wyłączyłam tv i poszłam spać. Na drugi dzień po zajęciach dokończyłam oglądania i jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że to była jedyna scena, w której pojawił się Lee.

Zagrał profesora akademickiego, który pojawił się tylko raz. Ale nie ma tego złego, bo film naprawdę dobry i warty obejrzenia. Mam nadzieję, że będę też miała czas na przeczytanie książki, na podstawie której produkcja powstała. 


Rezydent 

Po tym filmie bałam się iść ciemnym korytarzem do łazienki w moim akademiku. Trochę strasznie, trochę obsesyjnie, ale możliwe, że to tylko moje dziwne odczucia, bo nie mam zwyczaju oglądać takich filmów. Poznajemy tutaj młodą lekarkę, która po zerwaniu ze swoim chłopakiem przeprowadza się do mieszkania, w którym po czasie ma wrażenie, że ktoś ją ciągle obserwuje.

Pace gra tu byłego chłopaka owej bohaterki, który stara się odbudować relację z ukochaną. No cóż, po raz kolejny jest ładny i to chyba na tyle. Film sam w sobie nie jest nie wiadomo jakim arcydziełem, ale jakby komuś się nudziło wieczorem to do poduszki może obejrzeć.


Strażnicy galaktyki

W obecnych czasach chyba nie ma aktora, który by nie zagrał albo nie miał w planach zagrania w produkcjach Marvela. Spotkało to też oczywiście Pace’a, któremy zagrał czarny charakter, czyli mrocznego Ronana. Wielki, niebieski stwór, który chce zabrać tajemniczy artefakt z rąk Petera Quilla, awanturnika i przywódcy grupy oudsiderów.

Obejrzałam ten film dla Lee i niestety muszę się przyznać, że nijaki Groot skradł moje serce i Ronan musiał pójść w odstawkę. Od tego też się zaczęła moja miłość do Marvela, która pomału powiększa się.


Magia uczuć

Obejrzałam ten film z kumpelką zza ściany z akademika. Początkowo nie mogłam w ogóle zrozumieć tego filmu. Nie wiedziałam o co w nim naprawdę chodzi. Zachwycały mnie tylko piękne kadry i widoki w tle. Jednak pod koniec zdałam sobie sprawę jakie jest przesłanie.

Lee gra tutaj Roy’a Walkera, który jest kaskaderem filmowym. W szpitalu do chodzi do zdrowia po wypadku i tam poznaje małą dziewczynkę, z którą się zaprzyjaźnia i postanawia jej opowiedzieć pewną historię. Produkcja wielopłaszczyznowa, inspirująca i godna polecenia.


Saga Zmierzch: Przed Świtem

No tak... No cóż... Rachunki za coś trzeba płacić. Nie muszę chyba nikomu przestawiać tego filmu. Wampiry, wilkołaki, drewniana Bella, blady Edward... Ale żeby nie być taką świętą to obejrzałam (właściwie przespałam w kinie) pierwszą cześć „Zmierzchu”, a właśnie tą ostatnią aż... trzy razy. I wszystkie trzy razy były w Anglii, w angielskiej telewizji, gdzie głos w tle opisuje wszystko co dzieje się na ekranie.

Lee gra tutaj najprzystojniejszego wampira Garretta, który się z nikim nie patyczkuje i jak go ktoś z denerwuje no to cóż... Nie będę ukrywać, że obejrzałam to tylko dla niego i chyba więcej tego nie zrobię. Trzy razy to i tak za dużo.


Strategia Mistrza

Na ten film czekałam odkąd się dowiedziałam, że Lee w nim będzie grał. Film opowiada historię Lance’a Armstronga, mistrza kolarskiego, który dzięki niedozwolonym środkom stał się maszyną do odnoszenia kolejnych sukcesów. Wybrałam się na to do kina z moim Wilsonkiem i szczerze tego nie żałowałam. Jednym z większych plusów tej produkcji jest ścieżka dźwiękowa, która jest naprawdę genialna.

Lee gra tutaj menagera Armstronga, który pilnuje za równo jego kontraktów jak i tego, by afera dopingowa nie wymknęła się spod kontroli. Lee pojawił się w około dziewięciu scenach w całym filmie. To i tak niezły rezultat. 


To nie są wszystkie filmy, które Lee Pace ma w swoim dorobku. Chociaż kiedyś obiecałam sobie, że obejrzę wszystkie, jednak niestety póki co tak się nie stało. Za to pozostał jeszcze jeden film, do którego podchodzę jak pies do jeża i jakoś dziwnie nie potrafię się do niego zabrać. Mam tu na myśli Dziewczynę żołnierza. Jest to debiut filmowy Lee, który jako młody aktor, tuż po szkole otrzymuje niesamowitą okazję zagrania głównej roli. Pace gra tam transwestytę, w którym zakochuje się żołnierz z pobliskiej dywizji, która stacjonuje w okolicy. Jakoś mam dziwną obawę przed tą produkcją i nie potrafię powiedzieć dlaczego. Może za bardzo przytłacza mnie myśl, że Lee jest o wiele ładniejszą dziewczyną niż połowa kobiet na ziemi w tym ja. 


Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak życzyć temu wielkoludowi (ma prawie dwa metry wzrostu) wszystkiego najlepszego, świetnych ról filmowych i większej ilość filmów z jego udziałem w naszych kinach, żebym miała na co chodzić w Środy z Orange! :)


niedziela, 23 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. III

Właśnie leżę na mojej nowiutkiej kanapie i rozmyślam o tym co się wydarzyło przez ostatnie dwa miesiące. Myślę o tym, że najpierw jarałam się jak głupia, tym że zmieniłam otoczenie, potem miałam doła jak stąd do Berlina i modliłam się, żeby jak najszybciej wracać, a teraz nie miałam w ogóle ochoty, by spakować walizki i wracać do szarej rzeczywistości. A czemu tak się działo? Do tej pory nie mam pojęcia.

Przez ostatni miesiąc pojawili się ludzie, którzy przyczynili się do tego, że nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Było dobrze. Można było pogadać, wyjść na piwo, zrobić głupie rzeczy. Im bliżej było wyjazdu tym trudniej było się pożegnać. Ogromnie się cieszę, że mogłam ich poznać i wierzę, że jeszcze się kiedyś z nimi spotkam. Póki co kontakt pozostał.

Czego mi będzie brakować do następnego razu oprócz ludzi? Wielu rzeczy. Jedzenia (nie wszystkiego, ale tego czego nie ma w Polsce), codziennego kimania w fotelu po obiedzie, poniedziałkowych seansów Sherlocka na BBC, siedmiu odcinków dziennie Top Gear, programów o gotowaniu, które ociekały tłuszczem i tym, że WiFi było wszędzie gdzie się pojawiałam (poza pracą, oczywiscie). Będzie mi brakować tego małego niedobrzelca, któremu jak się wkręcił jakiś temat to już nie gadał o niczym innym. Pewnie jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy...

Wczoraj, będąc na lotnisku wydarzyło się kilka rzeczy, które mógłby być odebrane za znaki, żeby nie wracać do Polski. Najpierw, żeby zdać duży bagaż naczekałam się 45 minut w kolejce, a potem gdy już dotarłam do samolotu to tuż po starcie samolot zaczął zawracać nad Londynem i kapitan poinformował nas, że mamy usterkę i musimy wracać na lotnisko. Nie mieliśmy żadnej informacji przez trzy godziny i siedzieliśmy jak te kołki na swoich miejscach. Także zamiast wylądować w Polsce o 23.20 byłam dopiero o 3 nad ranem. Wszyscy źli i zmęczeni opuszczali lotnisko w podskokach i dziękowali temu w kogo wierzą, że żyją i mogą się stąd wydostać. Jedyne co mi to wszystko wynagrodziło to przepiękny nocny widok na Londyn z wysokości kilku kilometrów. Coś cudownego. A do tego Ed Sheeran i The City w słuchawkach ("London calls me a stranger, a traveller...")... Cóż, same znaki. A może mi się tylko tak wydawało?

Za to w domu czekał na mnie najlepszy i najpiękniejszy tort jaki kiedykolwiek dostałam. Chatka Hobbita. Czeguż więcej może pragnąć fangirl? Mama wiedziała co mnie uszczęśliwi. I z tą myślą położyłam się spać o 7 nad ranem na tej samej wygodnej kanapie, na której teraz siedzę. Cóż, nadal chcę wracać, ale chyba trzeba wrócić na ziemię i zająć się swoim nudnym życiem. No i czasem pomyśleć o tym co i z kim się gdzieś tam przeżyło...

P.S. A oto zdjęcie mojego pięknego torta.

P.S.2. A od jutra nauka na poprawki... Życzcie mi powodzenia...

sobota, 25 kwietnia 2015

Maaaaaaaaamo, chcę zostać królową elfów! Albo panią hobbitową! Albo chcę wędrować z krasnoludami!

Poziom fangirlu w tym wpisie osiągnie najwyższy poziom i szczyt wszystkiego. Dlatego jeśli ktoś z Was stwierdzi, po przeczytaniu tego wpisu, że wymagam terapii u psychiatry to prawdopodobnie ma rację (chętnie przyjmę taki prezent, terapię oczywiście). No chyba, że kupicie mi wszystkie trzy części Hobbita na DVD (miło by było, gdyby to były wersje z dziewięciogodzinnymi dodatkami do każdej części) to wtedy się zamknę i będę całymi dniami i nocami siedziała przed komputerem i oglądała. Dość informacji wstępnej, czas zacząć zabawę.

To był mój drugi maraton z Hobbitem w kinie. Pierwszy odbył się w połowie grudnia i wtedy nie byłam tak bardzo świadoma mojego fangirlizmu jak miało to miejsce dzisiaj w nocy. Ale od początku. Na pierwszym maratonie byłam z moim Wilsonem i miałyśmy to dzisiaj powtórzyć, jednak wystąpiły małe komplikacje. Wilson mi się pochorował (ZDROWIEJ!) i musiała odpuścić wyjście. Niestety bilety zostały kupione tydzień temu i nie było opcji, żeby z tego zrezygnować. Więc na dziesięć godzin przed seansem szukałam jakiejś dobrej duszy, która przejęłaby wilsonowy bilet. Dopiero za czwartym zapytaniem się udało. I alleluja! Bo już byłam gotowa stanąć pod kinem i wręczyć komuś wejściówkę jako spóźniony prezent na Mikołaja. Na szczęście na moją propozycję przystała Daria (zapytałam pod jakim pseudonimem ma widnieć na wpisie i odpowiedziała, że może być po imieniu). Na początku w jej oczach zobaczyłam obawę, że nie da rady wysiedzieć w kinie prawie dziewięcu godzin, ale potem stwierdziła, że w sumie zawsze chciała obejrzeć Hobbita i najwyżej zaśnie.

Zaczęłyśmy się organizować do wyjścia. Oczywiście Polak Cebulak musi być i zamiast kupić popcorn w kinie zrobiłam go sama w mikrofali. Przynajmniej wyszło taniej (i nie tylko my miałyśmy swój popcorn). Pod Multikinem znalazłysmy się o 21:20 i weszłyśmy do środka. Ale najpierw postanowiłyśmy poszukać na zwenątrz plakatu reklamującego owy maraton. Niestety nic takiego nie było i musiałyśmy obejść się smakiem. Za to w środku usiadłyśmy sobie na tle ślicznej fototapety z Casablanki i musiałyśmy zrobić obowiązkowe selfie. Czekałyśmy na wejście do sali ok. trzydziestu minut, a gdy już otworzyli sale to ustawiła się taka kolejka, że ostatnio chyba na promocji w Lidlu taką widziałam. Kulturalnie czekałam na swoje okazanie biletu, a za mną była Daria. Ja wręczyłam kontrolerowi swoją wejściówkę i przeszłam dalej, a po chwili usłyszałam za swoimi plecami: "A zgoda od rodziców jest?". Spojrzałam na Darię, a ona zrobiła klasyczną minę "Are you fucking kidding me?" i podała wraz z biletem legitymację studencką. Dziewczyna od biletów wyraźnie się zmieszała i przepuściła ją dalej. Z kolei przy drzwiach stali dwaj ochroniarze (jeden młody, a drugi to uroczy starszy pan) i sprawdzali zawartość toreb i plecaków. Poszedłam do staszego pana i pytam: "Też mam otworzyć?", na co pan: "Tak, tak nam kazali to muszę sprawdzać". Wykonałam polecenie, pan zajrzał do plecaka, a z niego wysypało sie pięć batonów w paku, woda smakowa oraz 7Days. Uśmiechnęłam się szeroko na co pan mi powiedział: "Smacznego!". Ja podziękowałam i śmiejąc sie z tego z Darią weszłyśmy do sali.

Tym razem miałam szczęście, bo siedziałam w trzecim rzędzie od góry, a nie od dołu tak jak to miało miejsce za pierwszym razem. Przynajmniej nie dostałam skrętu szyi. Zajęłysmy swoje miejsca i czekałyśmy na seans. Pierwszym razem nie było żadnych zwiastunów, ale dziś organizatorzy postanowili nas zaskoczyć i puścili dziecięciominutowy (naprawdę tyle miał!) trailer Mad Maxa. Myślałam, że tego nie przezyję. Na pewno nie pójdę na ten film, bo to co tam zobaczyłam mnie nie zachwyciło. Ale szybko zapomniałam o tym epizodzie i z radością powitałam na ekranie wyczekiwany film.

Cóż, muszę się przyznać, że zdarzyło mi się raz zasnąć. Ale to i tak lepiej niż ostatnio, bo poprzednio przysnęłam cztery razy. Daria sobie spała, ale miała prawo, na ósmą rano była na zajęciach. Obie stwierdziłyśmy, że najładniejsza była pierwsza część. Ładne kolorki i dobrze połączona akcja. Jak to Daria stwierdziła: "Nie było czasu na spanie, bo zawsze coś się działo". Z kolei trzecia część była dla nas przepełniona walkami (dobra, tytuł sugeruje, że będzie bitwa, ale za duuuużo). Nasza maraton zakończył się w McDonald's na kawie i toście. A dla rozrywki rozwiązywałyśmy testy z serii "jakim bohaterem z Hobbita jesteś?". Generalnie wyszło, że jesteśmy Bilbo Bagginsem. Ale zdarzyła się też elfka i krasnolud. Ja jestem bardzo zadowolona z dzisiejszego wyjścia i mam nadzieję, że moja towarzyszka również.


A teraz druga część wpisu, która będzie zawierała moje fangirlowe przemyślenia. Możliwe spoilery, więc jeśli ktoś nie chce wiedzieć co było w filmie to niech w tym momencie wyłączy bloga i dziękuję za uwagę. :)

Podczas każdej przerwy między filmami zapisywałam momenty, o których chciałam napisać. Oczywiście o bohaterach nie zapomniałam i w tej kwestii bardzo popłynę.

1. Język starokrasnoludzki

Jako studentki filologii polskiej mamy przedmiot zwany literaturą staropolską i jak tylko usłyszałyśmy, że w filmie padła nazwa język staropolski to wybuchnęłysmy śmiechem. W sumie to fajnie byłoby się nauczyć starokrasnoludzkiego. Siedzisz sobie w tramwaju i nagle ktoś do ciebie dzwoni, a ty nawijasz w nikomu nie znanym języku. Jestem ZA!


2. Hobbit jako smark

Jakkolwiek to brzmi scena była fajna. Kompani Krasnoludów złe trolle ukradły konie i Bilbo został wypchnięty przez Kiliego i Filiego na ratunek zwierzętom. A że trolle były ślepe to nie zauważyły co łapią. Niestety Bilbo się podłożył, bo chciał ukraść trollowi nóż do odcięcia liny, na której uwiązane były wierzchowce. Troll dostał w swoje ręce hobbita i kichnął, po czym z przerażeniem stwierdził, że wykichał takie coś i to na dodatek się rusza. A biedny pan Baggins był cały ubrudzony wydzieliną z nosa wielkoluda.


3. Rozmowa z Gollumem

W pierwszej części filmu Bilbo trafia do przeuroczego Golluma (nie wiem dlaczego lubie mówia, że on jest okropny jak ma takie sliczne oczka), któremu kradnie magiczny pierścień i aby się uwolnić z groty potworka zaczynają grać w zgadywanki. Stwierdziłyśmy z Darią, że tak właśnie będzie wyglądał nasz egzamin ustny ze staropolskiej. Tylko w pewnym momencie już przestałam rozróżniać kim będę podczas egzaminu. Czy Gollumem, który zadawał ładne zagadki, ale ostatecznie przegrał z Bilbem czy może jednak Bagginsem, który dzielnie walczył i jakoś wywalczył to co chciał. Cóż, przekonam sie w czerwcu. Obie się przekonamy.


4. Orki to zło

Daria jednoznacznie stwierdziła, że orki to największe paskudztwa jakie istnieją. I nie dość, że są wredne i brzykie to jeszcze są w każdej części filmu. Zdecydowanie nie chciałybyśmy mieć z nimi doczynienia, szczególnie z takim jedneym ich przywódcą co to kiedyś stracił łapsko dzięki Thorinowi i teraz w jej miejsce nosi takie różne metalowe dźgacze. O dziwo, wymienne,


Jeśli Lee byłby orkiem to może bym się zastanowiła czy to najwieksze paskudztwo...

5. Thranduil

Skoro jestem już przy Lee, właściwie przy Thranduilu, to wybaczcie, ale jestem jeszcze bardziej zakochana niż przed dzisiejszym seansem. Pierwszym razem będąc na maratonie jakoś szczególnie nie zwracałam na niego uwagi, bo wtedy gapiłam się cały czas na Bilbo i na Kiliego. Uwielbiam Lee w innych filmach czy serialach, ale jako król elfów po prostu wymiata. Stwierdzam oficjalnie, że chcę zostać królową elfów i mieszkać sobie z Thranduilem w jego zamku. Do tego moglibyśmy farbować włosy tą samą farbą i spełniłabym swoje największe marzenie, czyli jeździłabym na jeleniu. Powiedziałam dzis Darii, że zamiast samochodu wolałabym jazdę na jeleniu. Ekologiczniej i taniej. No i mój facet byłby zawsze dobrze ubrany, bo te wdzianka w jakich on chodzi to chyba są od jakichś najlepszych elfowych projektantów. Jeśli chodzi o jego charakter to przynajmniej zawsze wszyscy by sie jego słuchali i nie ma sprzeciwu (dobra, Legolas się wyłamał, ale dzieci zawsze się sprzeciwiają rodzicom). No i te oczy i to jak mówi po elficku. Bo on generalnie ładnie mówi i mogę go słuchać godzinami, ale mowa elficka... Ech, jestem zakochana, wybaczcie. 


6. Legolas

Z kolei Daria stwierdziła, że ona jest totalnie Legolas, bo Orlando. Najpierw jej się nie podobały jego niebieskie oczy, ale później widziałam, że już tylko na niego czekała. No i na napisach końcowych też wyczekiwała nazwiska Orlando. No cóż, muszę przyznać, że jaki ojciec taki syn (w tym przypadku chodzi mi o wygląd) idealnie pasuje. Obaj sa przeuroczy. I pochwalę się, ale nad łóżkiem mam plakat Legolasa. Z nim też mogłabym dzielić farbę do włosów i chciałabym, żeby nauczył mnie strzelać z łuku. Całkiem fajne zajęcie. Tylko szkoda mi, bo on biedny zakochany, a elfka trzyma go w friendzone i musi patrzeć na to jak do niej startuje, a jej się to podoba. 


7. Bilbo Baggins

Tak naprawdę to od tego powinnam zacząć, bo to o niego w tej historii chodzi. Uwielbiam Hobbita za to, że gra go Martin Freeman, który idealnie pasuje do tej roli. Jego mimika, ruch i zachowania rozwalają na łopatki praktycznie w każdej scenie. I gdyby nie to, że on jest Bilbem to chyba bym w ogóle fimu nie obejrzała. Bilbio w sumie jest jak ja. Lubi odpoczywać, jeść, czytać książki i przebywać w samotności. Do tego ładnie się ubiera i ważne są dla niego pamiątki rodzine. Znaczy ja się tak średnio ubieram, ale lubię pozostałe rzeczy z wyżej wymienionych. No i ten jego piękny domek w Shire. Marzy mi się taka wioska i taka norka. 


8. Smaug

Dowiedziałam się, że mam dziwny gust (żadna nowość), bo podoba mi się smok. Ale jak słyszę jego głos (podziękujmy niebiosom i rodzicom Benedicta Cumberbatcha, że istenieje) to mam ciarki na plecach. Do tego smok jest bardzo ładny pod względem wizualnym. Nie jest maszkarą tylko skrzydlatym stworem, którego da się lubić mimo iż jest mendą. No i nie powiem, było mi smutno jak go zabili. I trudno, że siał spustoszenie i niszczył wszystko co było na jego drodze. I tak go uwielbiam. 


9. Krasnoludy

W tej kategorii mam dwóch ulubieńców na trzynastu możliwych. Oczywiście Kili, który jest tak piękny, że no nie. Po prostu jest piękny. Nawet Daria przyznała, że jest. A jeszcze jak się uśmiechnie to już w ogóle, miękkie kolana. I człowiek ma serce złamane jak musi patrzeć na to jak on umiera. Nie powiem, łezka się w oku kręci. Drugim krasnoludem jest Thorin, o którym mozna by było napisać pracę magisterska z psychologii i zatytułować "jak zamek ze złotem sprawia, że odbija ci palma". Jego postać piękni ewoluuje przez całą trylogię i ma się momenty, że najpierw można się go bać, potem zaczyna się go lubić, by za chwilę go znienawidzić, a na końcu wybacza mu się wszystko i płacze, że podzielił los Kiliego. 

Taki piękny Kili

A to Thorin

10. Gandalf

Dziadek czarodziej, który jest całkiem sympatyczny, ale jak się wkurzy to uuuu... Potrafi strzelić focha i zniknąć nic nie mówiąc. Ale zawsze wierzy w Bilbo, w końcu sam go wybrał. I ma taki fajny kij, który może się świecic. Daria stwierdziła, że to taki starokrasnoludzki smartphone, bo przy aparatach są latarki i Gandalf też może sobie poświecić w razie potrzeby. A potrzeba była. 


11. Związek zakazany

Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku miłosnego i nasz piękny Kili zakochał się w ślicznej elfce Tauriel. Ona też zapałała uczuciem do niego i po prostu ciągnęło ich do siebie, ale jak to bywa wszelkie przeciwności losu sprawiły, że nie mogli ze sobą być. Dopiero gdy Kili zmarł Tauriel przyznała, że go kocha i skoro miłośc taka jest to ona jej nie chce. Ale Kiliego też bym w ciemno brała, więc ją rozumiem. 



12. "I see fire"

Jak to Daria stwierdziła "nie lubie tej piosenki, ale przyszłam jej posłuchać". Po czym przyznała, że odkąd obejrzała film i wie o co chodzi to znaczenie tekstu trochę się zmieniło. Ja piosenke uwielbiam od początku i mogę ją słuchać wciąż i wciąż. Nawet mój odtwarzacz dziś chyba się zorientował, że byłam na Hobbicie, bo aż trzy razy losował mi piosenkę do posłuchania. Ot, taka niespodzianka. 


A bonusem jest to, że we wiosce ludzi pojawiły się dwa, małe spacerujące buldożki. Buldożki są słodkie i jestem ciekawa czy Smaug jest spalił czy jakiśm cudem ocalały? 

Założę się, że jak trzeci raz się trafi maraton z Hobbitem w kinie to pójdę na niego, bo mimo że to ponad osiem godzin i sen czasem łapie to warto. To jest piękna historia, żeby się oderwać od rzeczywistości i popatrzeć na ładnych boahterów. 

A wracając do początku wpisu, teraz już zdecydowanie potwierdziłam, że potrzebuję psychiarty. Także jakby ktos chciał ta terapię dla mnie to dajcie znać. :)

P.S. Sorry za błędy, ale miałam iść spać, jednak tego nie zrobiłam (zapewne z emocji i po kawie). Chyba jeszcze jestem w fangirlowym amoku...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Poskromić smoka! - Czyli poznajmy Hobbita...

Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata. Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za ekranizację.

W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam, że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się na ten temat  wypowiadać, bo drugiej części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem, wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.

Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało mi plany…

Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód. Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie, wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.

Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!), że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!

A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też). Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…


P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania zmian?