Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smaug. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smaug. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Maaaaaaaaamo, chcę zostać królową elfów! Albo panią hobbitową! Albo chcę wędrować z krasnoludami!

Poziom fangirlu w tym wpisie osiągnie najwyższy poziom i szczyt wszystkiego. Dlatego jeśli ktoś z Was stwierdzi, po przeczytaniu tego wpisu, że wymagam terapii u psychiatry to prawdopodobnie ma rację (chętnie przyjmę taki prezent, terapię oczywiście). No chyba, że kupicie mi wszystkie trzy części Hobbita na DVD (miło by było, gdyby to były wersje z dziewięciogodzinnymi dodatkami do każdej części) to wtedy się zamknę i będę całymi dniami i nocami siedziała przed komputerem i oglądała. Dość informacji wstępnej, czas zacząć zabawę.

To był mój drugi maraton z Hobbitem w kinie. Pierwszy odbył się w połowie grudnia i wtedy nie byłam tak bardzo świadoma mojego fangirlizmu jak miało to miejsce dzisiaj w nocy. Ale od początku. Na pierwszym maratonie byłam z moim Wilsonem i miałyśmy to dzisiaj powtórzyć, jednak wystąpiły małe komplikacje. Wilson mi się pochorował (ZDROWIEJ!) i musiała odpuścić wyjście. Niestety bilety zostały kupione tydzień temu i nie było opcji, żeby z tego zrezygnować. Więc na dziesięć godzin przed seansem szukałam jakiejś dobrej duszy, która przejęłaby wilsonowy bilet. Dopiero za czwartym zapytaniem się udało. I alleluja! Bo już byłam gotowa stanąć pod kinem i wręczyć komuś wejściówkę jako spóźniony prezent na Mikołaja. Na szczęście na moją propozycję przystała Daria (zapytałam pod jakim pseudonimem ma widnieć na wpisie i odpowiedziała, że może być po imieniu). Na początku w jej oczach zobaczyłam obawę, że nie da rady wysiedzieć w kinie prawie dziewięcu godzin, ale potem stwierdziła, że w sumie zawsze chciała obejrzeć Hobbita i najwyżej zaśnie.

Zaczęłyśmy się organizować do wyjścia. Oczywiście Polak Cebulak musi być i zamiast kupić popcorn w kinie zrobiłam go sama w mikrofali. Przynajmniej wyszło taniej (i nie tylko my miałyśmy swój popcorn). Pod Multikinem znalazłysmy się o 21:20 i weszłyśmy do środka. Ale najpierw postanowiłyśmy poszukać na zwenątrz plakatu reklamującego owy maraton. Niestety nic takiego nie było i musiałyśmy obejść się smakiem. Za to w środku usiadłyśmy sobie na tle ślicznej fototapety z Casablanki i musiałyśmy zrobić obowiązkowe selfie. Czekałyśmy na wejście do sali ok. trzydziestu minut, a gdy już otworzyli sale to ustawiła się taka kolejka, że ostatnio chyba na promocji w Lidlu taką widziałam. Kulturalnie czekałam na swoje okazanie biletu, a za mną była Daria. Ja wręczyłam kontrolerowi swoją wejściówkę i przeszłam dalej, a po chwili usłyszałam za swoimi plecami: "A zgoda od rodziców jest?". Spojrzałam na Darię, a ona zrobiła klasyczną minę "Are you fucking kidding me?" i podała wraz z biletem legitymację studencką. Dziewczyna od biletów wyraźnie się zmieszała i przepuściła ją dalej. Z kolei przy drzwiach stali dwaj ochroniarze (jeden młody, a drugi to uroczy starszy pan) i sprawdzali zawartość toreb i plecaków. Poszedłam do staszego pana i pytam: "Też mam otworzyć?", na co pan: "Tak, tak nam kazali to muszę sprawdzać". Wykonałam polecenie, pan zajrzał do plecaka, a z niego wysypało sie pięć batonów w paku, woda smakowa oraz 7Days. Uśmiechnęłam się szeroko na co pan mi powiedział: "Smacznego!". Ja podziękowałam i śmiejąc sie z tego z Darią weszłyśmy do sali.

Tym razem miałam szczęście, bo siedziałam w trzecim rzędzie od góry, a nie od dołu tak jak to miało miejsce za pierwszym razem. Przynajmniej nie dostałam skrętu szyi. Zajęłysmy swoje miejsca i czekałyśmy na seans. Pierwszym razem nie było żadnych zwiastunów, ale dziś organizatorzy postanowili nas zaskoczyć i puścili dziecięciominutowy (naprawdę tyle miał!) trailer Mad Maxa. Myślałam, że tego nie przezyję. Na pewno nie pójdę na ten film, bo to co tam zobaczyłam mnie nie zachwyciło. Ale szybko zapomniałam o tym epizodzie i z radością powitałam na ekranie wyczekiwany film.

Cóż, muszę się przyznać, że zdarzyło mi się raz zasnąć. Ale to i tak lepiej niż ostatnio, bo poprzednio przysnęłam cztery razy. Daria sobie spała, ale miała prawo, na ósmą rano była na zajęciach. Obie stwierdziłyśmy, że najładniejsza była pierwsza część. Ładne kolorki i dobrze połączona akcja. Jak to Daria stwierdziła: "Nie było czasu na spanie, bo zawsze coś się działo". Z kolei trzecia część była dla nas przepełniona walkami (dobra, tytuł sugeruje, że będzie bitwa, ale za duuuużo). Nasza maraton zakończył się w McDonald's na kawie i toście. A dla rozrywki rozwiązywałyśmy testy z serii "jakim bohaterem z Hobbita jesteś?". Generalnie wyszło, że jesteśmy Bilbo Bagginsem. Ale zdarzyła się też elfka i krasnolud. Ja jestem bardzo zadowolona z dzisiejszego wyjścia i mam nadzieję, że moja towarzyszka również.


A teraz druga część wpisu, która będzie zawierała moje fangirlowe przemyślenia. Możliwe spoilery, więc jeśli ktoś nie chce wiedzieć co było w filmie to niech w tym momencie wyłączy bloga i dziękuję za uwagę. :)

Podczas każdej przerwy między filmami zapisywałam momenty, o których chciałam napisać. Oczywiście o bohaterach nie zapomniałam i w tej kwestii bardzo popłynę.

1. Język starokrasnoludzki

Jako studentki filologii polskiej mamy przedmiot zwany literaturą staropolską i jak tylko usłyszałyśmy, że w filmie padła nazwa język staropolski to wybuchnęłysmy śmiechem. W sumie to fajnie byłoby się nauczyć starokrasnoludzkiego. Siedzisz sobie w tramwaju i nagle ktoś do ciebie dzwoni, a ty nawijasz w nikomu nie znanym języku. Jestem ZA!


2. Hobbit jako smark

Jakkolwiek to brzmi scena była fajna. Kompani Krasnoludów złe trolle ukradły konie i Bilbo został wypchnięty przez Kiliego i Filiego na ratunek zwierzętom. A że trolle były ślepe to nie zauważyły co łapią. Niestety Bilbo się podłożył, bo chciał ukraść trollowi nóż do odcięcia liny, na której uwiązane były wierzchowce. Troll dostał w swoje ręce hobbita i kichnął, po czym z przerażeniem stwierdził, że wykichał takie coś i to na dodatek się rusza. A biedny pan Baggins był cały ubrudzony wydzieliną z nosa wielkoluda.


3. Rozmowa z Gollumem

W pierwszej części filmu Bilbo trafia do przeuroczego Golluma (nie wiem dlaczego lubie mówia, że on jest okropny jak ma takie sliczne oczka), któremu kradnie magiczny pierścień i aby się uwolnić z groty potworka zaczynają grać w zgadywanki. Stwierdziłyśmy z Darią, że tak właśnie będzie wyglądał nasz egzamin ustny ze staropolskiej. Tylko w pewnym momencie już przestałam rozróżniać kim będę podczas egzaminu. Czy Gollumem, który zadawał ładne zagadki, ale ostatecznie przegrał z Bilbem czy może jednak Bagginsem, który dzielnie walczył i jakoś wywalczył to co chciał. Cóż, przekonam sie w czerwcu. Obie się przekonamy.


4. Orki to zło

Daria jednoznacznie stwierdziła, że orki to największe paskudztwa jakie istnieją. I nie dość, że są wredne i brzykie to jeszcze są w każdej części filmu. Zdecydowanie nie chciałybyśmy mieć z nimi doczynienia, szczególnie z takim jedneym ich przywódcą co to kiedyś stracił łapsko dzięki Thorinowi i teraz w jej miejsce nosi takie różne metalowe dźgacze. O dziwo, wymienne,


Jeśli Lee byłby orkiem to może bym się zastanowiła czy to najwieksze paskudztwo...

5. Thranduil

Skoro jestem już przy Lee, właściwie przy Thranduilu, to wybaczcie, ale jestem jeszcze bardziej zakochana niż przed dzisiejszym seansem. Pierwszym razem będąc na maratonie jakoś szczególnie nie zwracałam na niego uwagi, bo wtedy gapiłam się cały czas na Bilbo i na Kiliego. Uwielbiam Lee w innych filmach czy serialach, ale jako król elfów po prostu wymiata. Stwierdzam oficjalnie, że chcę zostać królową elfów i mieszkać sobie z Thranduilem w jego zamku. Do tego moglibyśmy farbować włosy tą samą farbą i spełniłabym swoje największe marzenie, czyli jeździłabym na jeleniu. Powiedziałam dzis Darii, że zamiast samochodu wolałabym jazdę na jeleniu. Ekologiczniej i taniej. No i mój facet byłby zawsze dobrze ubrany, bo te wdzianka w jakich on chodzi to chyba są od jakichś najlepszych elfowych projektantów. Jeśli chodzi o jego charakter to przynajmniej zawsze wszyscy by sie jego słuchali i nie ma sprzeciwu (dobra, Legolas się wyłamał, ale dzieci zawsze się sprzeciwiają rodzicom). No i te oczy i to jak mówi po elficku. Bo on generalnie ładnie mówi i mogę go słuchać godzinami, ale mowa elficka... Ech, jestem zakochana, wybaczcie. 


6. Legolas

Z kolei Daria stwierdziła, że ona jest totalnie Legolas, bo Orlando. Najpierw jej się nie podobały jego niebieskie oczy, ale później widziałam, że już tylko na niego czekała. No i na napisach końcowych też wyczekiwała nazwiska Orlando. No cóż, muszę przyznać, że jaki ojciec taki syn (w tym przypadku chodzi mi o wygląd) idealnie pasuje. Obaj sa przeuroczy. I pochwalę się, ale nad łóżkiem mam plakat Legolasa. Z nim też mogłabym dzielić farbę do włosów i chciałabym, żeby nauczył mnie strzelać z łuku. Całkiem fajne zajęcie. Tylko szkoda mi, bo on biedny zakochany, a elfka trzyma go w friendzone i musi patrzeć na to jak do niej startuje, a jej się to podoba. 


7. Bilbo Baggins

Tak naprawdę to od tego powinnam zacząć, bo to o niego w tej historii chodzi. Uwielbiam Hobbita za to, że gra go Martin Freeman, który idealnie pasuje do tej roli. Jego mimika, ruch i zachowania rozwalają na łopatki praktycznie w każdej scenie. I gdyby nie to, że on jest Bilbem to chyba bym w ogóle fimu nie obejrzała. Bilbio w sumie jest jak ja. Lubi odpoczywać, jeść, czytać książki i przebywać w samotności. Do tego ładnie się ubiera i ważne są dla niego pamiątki rodzine. Znaczy ja się tak średnio ubieram, ale lubię pozostałe rzeczy z wyżej wymienionych. No i ten jego piękny domek w Shire. Marzy mi się taka wioska i taka norka. 


8. Smaug

Dowiedziałam się, że mam dziwny gust (żadna nowość), bo podoba mi się smok. Ale jak słyszę jego głos (podziękujmy niebiosom i rodzicom Benedicta Cumberbatcha, że istenieje) to mam ciarki na plecach. Do tego smok jest bardzo ładny pod względem wizualnym. Nie jest maszkarą tylko skrzydlatym stworem, którego da się lubić mimo iż jest mendą. No i nie powiem, było mi smutno jak go zabili. I trudno, że siał spustoszenie i niszczył wszystko co było na jego drodze. I tak go uwielbiam. 


9. Krasnoludy

W tej kategorii mam dwóch ulubieńców na trzynastu możliwych. Oczywiście Kili, który jest tak piękny, że no nie. Po prostu jest piękny. Nawet Daria przyznała, że jest. A jeszcze jak się uśmiechnie to już w ogóle, miękkie kolana. I człowiek ma serce złamane jak musi patrzeć na to jak on umiera. Nie powiem, łezka się w oku kręci. Drugim krasnoludem jest Thorin, o którym mozna by było napisać pracę magisterska z psychologii i zatytułować "jak zamek ze złotem sprawia, że odbija ci palma". Jego postać piękni ewoluuje przez całą trylogię i ma się momenty, że najpierw można się go bać, potem zaczyna się go lubić, by za chwilę go znienawidzić, a na końcu wybacza mu się wszystko i płacze, że podzielił los Kiliego. 

Taki piękny Kili

A to Thorin

10. Gandalf

Dziadek czarodziej, który jest całkiem sympatyczny, ale jak się wkurzy to uuuu... Potrafi strzelić focha i zniknąć nic nie mówiąc. Ale zawsze wierzy w Bilbo, w końcu sam go wybrał. I ma taki fajny kij, który może się świecic. Daria stwierdziła, że to taki starokrasnoludzki smartphone, bo przy aparatach są latarki i Gandalf też może sobie poświecić w razie potrzeby. A potrzeba była. 


11. Związek zakazany

Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku miłosnego i nasz piękny Kili zakochał się w ślicznej elfce Tauriel. Ona też zapałała uczuciem do niego i po prostu ciągnęło ich do siebie, ale jak to bywa wszelkie przeciwności losu sprawiły, że nie mogli ze sobą być. Dopiero gdy Kili zmarł Tauriel przyznała, że go kocha i skoro miłośc taka jest to ona jej nie chce. Ale Kiliego też bym w ciemno brała, więc ją rozumiem. 



12. "I see fire"

Jak to Daria stwierdziła "nie lubie tej piosenki, ale przyszłam jej posłuchać". Po czym przyznała, że odkąd obejrzała film i wie o co chodzi to znaczenie tekstu trochę się zmieniło. Ja piosenke uwielbiam od początku i mogę ją słuchać wciąż i wciąż. Nawet mój odtwarzacz dziś chyba się zorientował, że byłam na Hobbicie, bo aż trzy razy losował mi piosenkę do posłuchania. Ot, taka niespodzianka. 


A bonusem jest to, że we wiosce ludzi pojawiły się dwa, małe spacerujące buldożki. Buldożki są słodkie i jestem ciekawa czy Smaug jest spalił czy jakiśm cudem ocalały? 

Założę się, że jak trzeci raz się trafi maraton z Hobbitem w kinie to pójdę na niego, bo mimo że to ponad osiem godzin i sen czasem łapie to warto. To jest piękna historia, żeby się oderwać od rzeczywistości i popatrzeć na ładnych boahterów. 

A wracając do początku wpisu, teraz już zdecydowanie potwierdziłam, że potrzebuję psychiarty. Także jakby ktos chciał ta terapię dla mnie to dajcie znać. :)

P.S. Sorry za błędy, ale miałam iść spać, jednak tego nie zrobiłam (zapewne z emocji i po kawie). Chyba jeszcze jestem w fangirlowym amoku...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Poskromić smoka! - Czyli poznajmy Hobbita...

Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata. Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za ekranizację.

W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam, że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się na ten temat  wypowiadać, bo drugiej części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem, wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.

Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało mi plany…

Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód. Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie, wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.

Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!), że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!

A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też). Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…


P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania zmian?