Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Freeman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Freeman. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2016

To wszystko jest w twoim Mind Palace

To aż nie wypada się przyznawać, ale tyle razy próbowałam zabrać się do napisania wpisu o Sherlocku. Jednak za każdym razem mi nie wychodziło. A to nie mogłam zebrać myśli o czym konkretnie miałam pisać, a to nie chciało mi się szukać jakiś tam informacji, no zawsze coś. Ale dziś natrafiła się idealna okazja. Wczoraj miałam przyjemność znaleźć się w kinie na seansie specjalnego odcinka. A skoro jest okazja to i wpis musi być.


Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie jaki serial kocham najbardziej to bez wahania odpowiem, że jest to Sherlock. Mój poziom fangirlizmu w tej dziedzinie przekracza wszelkie granice. Gdyby nie My Darling to prawdopodobnie tkwiłabym w niewiedzy, że takie coś istnieje (serial BBC oczywiście). No dobra, może bym jakoś do tego dotarła, ale pewnie pod długim czasie. Uwielbiam opowiadania Conan Doyle'a, nawet mam takie wielkie wydanie ze wszystkimi opowiadaniami o Sherlocku, które najpierw otrzymałam na przetrzymanie, a potem usłyszałam: "Zatrzymaj. Ja tego nigdy nie przeczytam, a tobie na pewno się przyda". Jestem w tej kwestii takim świrem, że pisałam pracę zaliczeniową na jeden z przedmiotów o "Studium w szkarłacie" (dziś był termin jej oddania), czyli pierwszym opowiadaniu o Holmesie i robiłam prezentację na angielskim o serialu. Nawet o słynnym detektywie mówiłam podczas mojej prezentacji maturalnej. A jeśli chodzi o sam serial to z gadżetów fanowskich mam koszulki (dziś zamówiłam kolejną), kubek, skórkę na telefon, wszystkie sezony na DVD, plakaty, a także szalik, który wyglądem jest zbliżony do tego, który nosi Sherlock. Nie wspomnę już o mojej tapecie na komputerze, gdzie pośród 190 zdjęć puszczonych jako pokaz slajdów, to połowa dotyczy albo Sherlocka albo aktorów grających głównych bohaterów. Nadal wielką miłością darzę zarówno Benedict Cumberbatcha (czyli Holmesa) i Martina Freemana (Watson). Po prostu bez tej produkcji moje życie byłoby smutniejsze. Udało mi się także wkręcić trochę mojego tatę, co uważam za osobisty sukces.

Naprawdę potrafię o tym gadać godzinami i uwierzcie mi, to się nigdy nie nudzi. Ale jak pisałam wcześniej, wczoraj w kinach był odcinek specjalny. Na dobrą sprawę mogłam zdobyć odcinek na dzień po premierze z nielegalnych źródeł, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam sobie psuć elementu zaskoczenia, na który wybierałam się do kina. Nawet poświęciłam się tak bardzo, że przez 10 dni nie logowałam się na Tumblrze, żeby nie oglądać gifów, screenów i zdjęć z planu. I całe szczęście, że tego nie uczyniłam, bo wchodząc tam wczoraj wieczorem dashboard był tak bardzo zawalony, że już nie odróżniałam czy to reblogowałam czy nie. To co w takim razie musiało się dziać dzień albo dwa po premierze w Anglii? Wolę nie wiedzieć...


Wczorajszy seans był na 20. Kulturalnie, jak to ja, biegłam na SKM w przekonaniu, że jestem spóźniona, a się okazało, że moja kolejka przyjeżdża dopiero za 12 minut. Gdy już zapakowałam się do tego uroczego środka transportu, przejechałam trzy przystanki i wysiadłam w pobliżu kina. Nie sądziłam, że tuż za mną wysypie się armia sherlockowych fanów. Takie tłumy jakie ruszyły na kino, to ostatnio widziałam na Środach z Orange. Chociaż możliwe, że te były nawet większe. Wchodząc do środka odnalazłam w tłumie mojego Wilsonka (to jest złoty człowiek, bo już tyle lat znosi moje obsesje i nigdy się nie skarżyła, że aż mi czasem głupio), który już na mnie czekał. W międzyczasie spotkałam także nie dawno poznaną znajomą, która również zameldowała się na specjalnym pokazie. Gdy już zajęłyśmy swoje miejsca na jednej z większych (o ile nie największej) sal, to zaprezentowano nam zwiastun nowego Pitbulla (swoją drogą to może być naprawdę dobry film). A potem to już było z górki. Steven Moffat, współtwórca i scenarzysta serialu, oprowadził widzów po mieszkaniu Sherlocka, które ze swojej współczesnej wersji, zostało w pewnym stopniu przekształcone na takie, by pasowało do XIX wieku. Później otrzymaliśmy komunikat, że po projekcji odcinka zostaną pokazane wywiady, z aktorami i proszą nas o pozostanie. No mi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zgasły światła i zaczęła się zabawa...

Pomysł z XIX - wiecznym Sherlockiem, jako odcinkiem specjalnym, początkowo trochę mnie zaskoczył i nie bardzo wiedziałam co mam na ten temat myśleć. Przecież to współczesność przyciągnęła wielu widzów do tego serialu. Jednak z każdym kolejnym dniem i następną pojawiającą się informacją zaczęłam się przekonywać. Przecież trzeba brać co dają, skoro kolejny sezon ma się pojawić dopiero w 2017 roku. Kto to widział, żeby na trzy nowe odcinki sezonu serialu czekać trzy lata?


Od tego momentu mogą pojawić się możliwe spoilery, więc jeśli nie chcesz wiedzieć co było bezpośrednio w odcinku, Drogi Czytelniku, to opuść to miejsce właśnie w tym momencie! 

Dostaliśmy bardzo uroczy, trochę mroczny, ale pełen specyficznego dla Sherlocka humoru, odcinek, który przez pierwsze trzydzieści minut śmieszył tak bardzo, że cała sala ryczała ze śmiechu. Potem już zrobiło się nieco poważniej, ale nadal miało się wrażenie, że wciąż jest dobrze. Pierwsze dwie lub trzy sceny z nowego odcinka były skondensowanym kąskiem, który dostaliśmy bardzo dawno temu, gd nasi bohaterowie poznali się w pierwszym epizodzie. Z każdą kolejną minutą było coraz więcej nawiązań do poprzednich odcinków i sezonów. W pewnym momencie zorientowałam się, a raczej w mojej głowie zaczęły krążyć takie myśli, że może to wszystko co właśnie widzimy, to po prostu sen Sherlocka, który będąc na wygnaniu przysnął sobie w samolocie. Szybko odgoniłam te myśli i... Kaboom! Pojawia się współczesny Sherlock, który drzemie sobie w samolocie (właściwie to był w swoim Mind Palace). Otrzymujemy do tego obraz Watsona w zwykłej kurtce i Mary w ciąży. Potem szybko znowu trafiamy do XIX wieku i za chwilę raz jeszcze wracamy do współczesności. Miałam wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie i nie bardzo wiem co się dzieje, bo na ekranie ponownie pojawia się Holmes nie z naszej epoki, który leży zaćpany na dywanie i mówi Johnowi o odrzutowcach i telefonach komórkowych (nie pamiętam czy dobrze zapamiętałam). Człowiek już miał wrażenie, że nie wie czy XXI wiek i to wszystko co było do tej pory, to był po prostu narkotyczny sen detektywa czy może po prostu poprzez sen Sherlock przeniósł się z teraźniejszości  w czasy wiktoriańskie.


Jeśli chodzi o zagadkę, którą rozwiązywał Sherlock wraz z Watsonem, to no cóż... Już po czterdziestu minutach seansu zorientowałam się, że Panną Młodą jest Moriarty i to co męczy Holmesa od tak dawna: Jak to możliwe, że jego arcywróg powrócił? Tylko czekałam aż odsłoni się twarz truposzki i zobaczę tam Jima. Długo się naczekałam, ale się doczekałam. Bardzo dobrą sceną było pojawienie się Moriarty'ego u Sherlocka w mieszkaniu. Był tu ewidentnie duch wcześniejszych scen pomiędzy bohaterami. No i plus wielka dziura w głowie złoczyńcy, która rozwaliła czaszkę na pół. Piękny widok!

Jeśli chodzi o samych bohaterów w tym odcinku to zdecydowanie na plus i z wieloma zaskoczeniami. Po pierwsze John i jego "nowa" błyskotliwość. Wydawał się być mądrzejszy. No i te jego rozmowy z Sherlockiem. Warte wszystkiego. No i mistrzowską sceną była rozmowa Watsona na migi. Zdecydowanie powinien poprawić swoje umiejętności w tej kwestii. Sam Sherlock, czyli Benedict, bez kręconych włosów jeszcze parę miesięcy temu nie miał prawa bytu w moim wyobrażeniu. No cóż, jednak można. Przez te ulizane włosy Cumberbatch wydawał się być wyższy. Generalnie, fajka i szlafroczek idealnie do niego pasowały. Bardzo dobrze pokazali wątek walki o prawa kobiet i Molly Hooper, która w kostnicy była całkiem przystojnym, choć bardzo chłopięcym mężczyzną. Na dokładkę mieliśmy Lestrade'a z bokobrodami i Mycrofta tak grubego, że ledwo co się mieścił w fotelu.


Pięknym podsumowaniem całego specjalnego odcinka była ostatnia scena, w której przy oknie stoi wiktoriański Sherlock, wypowiadający słowa, że zdecydowanie wyprzedza on swoje czasy, a za oknem mamy Londyn z XXI wieku, po którym poruszają się samochody i autobusy, a nie dorożki.


Jeśli chodzi o wywiady z aktorami, które mogliśmy obejrzeć po odcinku, to to była idealna wisienka na torcie. Zdecydowanie moje serce skradł Andrew Scott, czyli Moriarty, który w przeciągu kilku sekund z siebie samego potrafi się zmienić w swojego bohatera. W życiu nie słyszałam, żeby ktoś w taki niesamowity sposób wypowiedział swój adres mailowy.


Czy uważam odcinek za udany? Jak najbardziej. Rozrywka doskonała, a fandom nie powinien narzekać. Dostaliśmy wspaniałą przystawkę przed daniem głównym, które prawdopodobnie pojawi się już, a może raczej aż za rok.


P.S. Bardzo możliwe, że jutro pojawi się kolejny wpis, bo dziś przede mną po raz kolejny wizyta w kinie. Zbankrutuje...

wtorek, 21 kwietnia 2015

12 znanych w teledyskach

Można by powiedzieć, że dzisiejszy wpis znowu należy do leniwych, ale to nie prawda. Za to będzie bardzo fandomowy, bo pojawi się dużo gwiazd, które lubię. No dobrze, to będzie bardziej oglądanie niż czytanie, ale myślę, że w niektórych przypadkach uda mi się Was zaskoczyć. W końcu przyjemnie słucha się muzyki i do tego ogląda się klipy, a jeszcze jak w nich pojawia się ktoś znany to już w ogóle czysta przyjemność. Przedstawiam dwunastu znanych, którzy pojawili się w muzycznych miniprodukcjach.

1. Martin Freeman

Cóż, mój ulubieniec pojawił się nawet w dwóch klipach i wygląda w nich całkiem uroczo (szczególnie w tym drugim na samym końcu :P). Jak dotarłam do tych teledysków? Jak ma się obsesję na czyimś punkcie to szuka się wszystkiego na jego temat, nawet w muzyce. A że You Tube jest taki wspaniały to są klipy.

Faith No More - I Started A Joke

















Ilya - Bellissimo


















2. Angelina Jolie

Angelina nie należy do jakiś szczególnie wielbionych aktorek przeze mnie, ale w klipach zawsze wygląda fajnie. Oczywiście zagrała w wielu takich produkcjach, ale mi najbardziej utkwił w pamięci jej występ u Rolling Stones'ów. Pamiętam jak kiedyś oglądałam VH1 i zachwycałam się piosenką (bo ją lubię). A potem przyjrzałam się dokładniej i pomyślałam: "Hej, to nie Jolie?". Tak, to była ona.

The Rolling Stones - Anybody Seen My Baby



















3. Bruce Willis

Pamiętam jak na wakacjach u babci oglądałam "Na wariackich papierach" i totalnie zakochałam się w tym serialu. Wtedy mi się przypomniało o istnieniu Bruce'a. A był to mniej więcej ten sam czas, gdy Gorillaz wydało nową płytę. Zawsze mi się podobała muzyka tego zespołu, a nowy teledysk był fajny.

Gorillaz - Stylo


















4. Kevin Spacey

Ostatnio zaczęłam oglądać House of Cards, w którym gra Spacey i polubiłam go jeszcze bardziej niż poprzednio. Ale tu chodzi o piosenkę. Usłyszałam ją kiedyś bardzo późną nocną porą na jakimś kanale muzycznym i od razu skapnęłam się, że to Kevin. A gdy później szukałam jej w Internecie, by posłuchać raz jeszcze to na You Tube, tuż obok teledysku wyskoczyła mi reklama pewnego banku, w której można było zobaczyć aktora. Cóż, wszechstronny.

Dave Stewart - Jealousy


















5. Rupert Grint 

Fani Harry'ego Pottera, którzy śledzą karierę aktora na pewno wiedzą, że ten uroczy rudzielec zagrał w klipie drugiego uroczego rudzielca Eda Sheerana. Ja się dowiedziałam o tym przypadkiem, będąc w Anglii. Siedziałam sobie w pubie (tak średnio powinnam tam wtedy być) i popijałam Coca-Colę, gdy zobaczyłam ten przeuroczy teledysk. I wtedy zaczęła się moja miłość do Eda, bo go jeszcze wtedy nie znałam, ale znałam już Ruperta i zastanawiałam się czy to bracia. Jednak nie.

Ed Sheeran - Lego House


















6. Tom Hanks

Toma uwielbiam i widziałam z nim chyba większość filmów. Ale nie wiedziałam, że zagrał w teledysku. Zostałam uświadomiona w tą sobotę, gdy na imprezie w tle leciało 4Fun TV, a ja zawiesiłam się na chwilę i zapatrzyłam na telewizor i zobaczyłam klip do piosenki I Really Like You, a tam wesoło hasającego Toma. Klip uroczy i nowy.

Carly Rea Jepsen - I Really Like You


















7. Hugh Laurie

Któż nie zna kochanego doktora House'a? Moja pierwsza serialowa miłość lekarska. Obsesje na punkcie serialu miałam tak dużą, że w moim pokoju wisiały plakaty, w kuchni był kubek, w szafie koszulka, a na regale książki. Wszystko co było z tym związane zostało poznane przeze mnie. Oczywiście Laurie był moim ulubieńcem w obsadzie i tu również zaczęłam oglądać wszystkie filmy i seriale, w których się pojawił. A że You Tube jest kochane to pokazało mi nawet teledyski. I tak oto są dwa.

Annie Lennox - Walking On A Broken Glass 

















Kate Bush - Experiment IV


















8. Obsada Friends

To kolejny serial, w którym jestem całkowicie zakochana i oglądam go za każdym razem, gdy leci w telewizji, a leci przez cały czas na Comedy Central. Piosenka z czołówki serialu jest wszędzie rozpoznawalna i łatwo wpadająca w ucho. Uwielbiam ją i swego czasu figurowała jako mój dzwonek na komórce. Ale od kiedy zobaczyłam teledysk to potrafiłam go oglądać po dziesięć razy dziennie na You Tube. Nie wiem czy to przez aktorów z serialu czy był inny powód...

The Rembrandts - I'll Be There For You


















9. Jesse Williams

Pewnie nie każdy zna tego pana, ale znajdzie się tutaj ze względu na trzy rzeczy. Po pierwsze, jest przystojny. Po drugie, gra w Grey's Anatomy. A po trzecie to ulubieniec mojej kumpeli to niech się raduje jego osobą, szczególnie, że ona nie lubi 90% mojego fandomu. Nie lubię Rihanny, ale piosenki czasem wychodzą jej ok. No i angażuje przystojnych aktorów.

Rihanna - Russian Roulette


















10. Chyler Leigh

A skoro już jesteśmy przy obsadzie Grey's Anatomy to nie może zbraknąć tej pani. Jej również szersze grono może nie znać, ale ja ją poznałam właśnie dzięki temu teledyskowi. Dopiero potem, podczas oglądania jednego z odcinków uświadomiłam sobie, że to ta mroczna dziewczyna z teledysku Pana Ciemności (czy kim ten Marilyn tam jest). Przez tą piosenkę zaczęłam słuchać Mansona. No dobra, słuchałam dwóch utworów i na tym się skończyło. Jeszcze oba to były covery.

Marilyn Manson - Tainted Love


















11. Agnieszka Dygant

A teraz czas na polskie podwórko. Zdecydowanie dwa ostatnie klipy zdominuje jeden z moich ulubionych zespołów, czyli Myslovitz (oczywiście tylko to z Rojkiem). A że wybierali oni dobrych aktorów do swoich teledysków to idealnie tu pasują. Na klip trafiłam zupełnie przypadkiem w telewizji, chyba na Kino Polska Muzyka, wiele lat później niż poznałam piosenkę. Jak widać wampiry stały się o wiele wcześniej popularne w popkulturze niż prezentował to Zmierzch. Nawet w Polsce.

Myslovitz - Dla Ciebie


















12. Andrzej Chyra

I ostatni na liście (która mogłaby być znacznie dłuższa, ale już nic mi nie przychodzi do głowy) jest znany i lubiany pan Andrzej. On również pojawił się w teledysku Myslovitz i to nawet przebrany za kobietę. Dodatkowo nie za byle jaką kobietę, bo Marilyn Monroe. Wychodzi mu to bardzo uroczo. A klip też poznałam dzięki stacji muzycznej, tylko nie pamiętam już jakiej.

Myslovitz - Z Twarzą Marilyn Monroe


















Jestem przekonana, że na pewno zapomniałam jeszcze o kilku teledyskach, ale zapewne przypomną mi się one jak będę już zasypiać. Mam nadzieję, że Wam też przychodzą jakieś klipy, które znacie, a ja ich tu nie umieściłam.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Poskromić smoka! - Czyli poznajmy Hobbita...

Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata. Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za ekranizację.

W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam, że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się na ten temat  wypowiadać, bo drugiej części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem, wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.

Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało mi plany…

Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód. Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie, wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.

Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!), że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!

A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też). Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…


P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania zmian?