Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedict Cumberbatch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedict Cumberbatch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Wcale nie taki dziwny ten Doktor Strange

Na premierę Doktora Strange czekałam odkąd tylko pojawiła się informacja, że taki film powstanie. Z jednej strony koniecznie musiałam zobaczyć kolejną produkcję z Cumberbatchem, a z drugiej tak bardzo pokochałam filmy Marvela, że grzechem byłoby nie iść. Co do samego Benedicta to już nie mdleje z wrażenia przy każdym filmie (tylko przy co drugim), ale uważam, że dzięki temu, że stał się superbohaterem pomału może odklejać łatkę Sherlocka i być kojarzony nie tylko z produkcją BBC, ale z tworem Hollywood. Nie ukrywam, że jak pojawił się w smokingu to pomyślałam sobie, że ładny byłby z niego James Bond, ale niestety chłopak nie ma typowej urody i go raczej nie wybiorą.


I w tym miejscu pragnę napisać, że wpis może i będzie zawierał spoilery, a może nie. Obecnie wszystko o czym chcę tu napisać jest na granicy zdradzania zawartości filmu, więc ciąg dalszy każdy czyta na swoją odpowiedzialność i żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Doktor Strange to ten rodzaj filmu, gdzie dopiero poznajemy nowego bohatera. Jego życie przed i po tym, jak miało miejsce kluczowe dla jego życia zdarzenie. Na początku dostajemy genialnego neurochirurga, który jest w stanie nieomal umarłego przywrócić do życia i robi to bez drżenia rąk. Hop siup i pacjent jest wśród nas. Przez to, że jest prawie bogiem jest też przy okazji zarozumiałym dupkiem, którego ego jest większe niż cały świat. Gdy dochodzi do tragedii, która odbiera mu to co dla niego najcenniejsze, czyli władzę w rękach, jest tak zdesperowany, żeby to odzyskać, że udaje się za ostatnie pieniądze do świata, gdzie mało kto chciałby się znaleźć. 


Poznaje mistrzów kontroli świata, czasu i życia i sam się dokształca, by móc odzyskać to co utracił. Z czasem dowiaduje się, że musi stać się pokornym i wierzącym w duszę człowiekiem, by móc osiągnąć harmonię. Oczywiście jest to klasyczny film o superbohaterze, gdzie mamy mistrza nad mistrzami, pomocnika, drugoplanowca, bez którego brakowałoby tego czegoś no i oczywiście tego złego, który był dobry, ale zbłądził. Z villainem w "Doktorze..." mam ten problem, że czegoś tu zabrakło. To jest trochę ten sam przypadek jak w "Strażnikach galaktyki" z Ronanem. Zarówno Kaecilius (grany przez Madsa Mikkelsena) jak i Ronan Lee Pace'a to czarne charaktery, które miały potencjał, ale coś po drodze nie wyszło. Wizualnie Kaecilius przeraża dogłębnie, ale skoro ma możliwość używania złych mocy na wielką skalę to dlaczego tego nie wykorzystuje? Tak samo motyw panowania nad czasem przez Strange'a. Mógł od zapętlić dane wydarzenie albo cofnąć czas, to dlaczego nie cofnął się do momentu, gdy jego świat się zawalił? Wiem, że zapewne wtedy nie byłoby filmu, ale spróbować nie zaszkodzi. 


Bardzo pozytywną sprawą i wywołującą największe salwy śmiechu na pełnej kinowej sali wywoływały odwołania do popkultury i współczesności. Najczęściej oczywiście wychodziły one od samego Strange'a. Jednym z takich przykładów jest pierwsze spotkanie doktora i opiekuna biblioteki Wonga. Stephen był tak zdziwiony, że to tak zwyczajnie Wong, że dopytywał czy to tak jak z Adele i Bono. Gdy do Wonga rzucił coś w stylu "Hej, Beyonce", a tamten nie widział o co chodzi był trochę zdziwiony, jednak Wong nie pozostał w tyle i już w następnej scenie słuchał na odtwarzaczu "Single Ladies". Jednak mistrzowską sceną był fragment, gdy Strange "instaluje się" w swojej celi w czymś na wzór klasztoru, a jego opiekun Mordo, podaje mu kartkę z zapisanym jednym słowem. Kiedy ten się pyta co to takiego, Mordo odpowiada, że to hasło do WiFi, bo przecież w dziczy nie żyją. 


Jednak niewątpliwie największą niespodzianką całego filmu była ukryta scena i jej zawartość. Mam na myśli pierwszą ukrytą scenę, po wstępnych napisach. W owym fragmencie pojawił się... Thor. Z radością pił piwo, które wciąż i wciąż napełniał mu Stephen i opowiadał o tym, że ściągnął Lokiego, by razem odszukali ojca. Na co Doktor z radością odpowiedział, że im pomoże. A co to oznacza? Że prawdopodobnie możemy spodziewać się go w trzeciej części Thora razem z Hulkiem. Ale na bank jest pewne to, że Doktor Strange powróci, bo na napisach końcowych pojawiła się taka informacja. 


Nie można także pominąć efektów specjalnych, które w tym filmie robią ogromną robotę. Zaginanie czasoprzestrzeni, brylowanie między wymiarami i zmierzenie się z czymś co jest najpotężniejsze w całej galaktyce. Nie dziwię się, że większość kopii filmu w kinie jest w 3D, jednak nawet oglądając to w normalnej wersji człowieka może rozboleć głowa. No i broń Boże dubbing! Tylko oryginalna ścieżka. Ale każdy ma odmienny gust. 

Jak dla mnie film był mega petardą i zdecydowanie trafił do TOP3 moich ulubionych marvelowych produkcji. Oczywiście bez popsa Doktora się nie obejdzie i jako prezent pod choinkę będzie idealny. Jedyne czego mogło być więcej to nawiązań do wcześniejszego życia Strange'a. Bo wiemy tylko tyle, że był genialnym neurochirurgiem, miał mega wypasiony apartament i samochód, a także ukochaną, która z nim pracowała, a on palant tego nie potrafił docenić. 


Aktorstwo nic a nic nie rozczarowuje. Obsada na najwyższym poziomie. Ale wiadomo, że film będzie dobry jak grają w nim m.in. Benedict Cumberbatch, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen, Rachel McAdams i Chiwetel Ejiofor. 

Film koniecznie do obejrzenia. Bardzo szybko mija na nim czas, w ogóle się nie nudzi, a wręcz przeciwnie. Zaskakuje, bawi i co by się mogło wydawać dziwne ma przesłanie, że nie należy się poddawać i że jeśli jedno się kończy to nie jest to koniec świata tylko początek czegoś nowego i może nawet bardziej istotnego. 


Mi pozostaje tylko czekać na kolejne marvelowskie dziecko, czyli "Strażników galaktyki 2" i następny film, w którym pojawi się Doktor. Benedict, witamy w rodzinie Marvela i czekamy na więcej! 


P.S. Ta czerwona pelerynka jest bardzo fajna. Udusi jak trzeba, ale także sama z siebie otrze łzy. Serio, chcę taką! Kto mi kupi, kto mi kupi?! Będę bardzo wdzięczna, a bestia jest podobno wybredna co do ludzi.

P.S.2. Stan Lee jak zwykle przyczajony tygrys, ukryty smok. 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 3.1

Znacie to uczucie, gdy bardzo coś chcecie zobaczyć albo gdzieś pojechać i w końcu trafia się taka możliwość? No właśnie, w ostatni weekend spełniło się jedno z marzeń - byłam w Londynie. Stolica Wielkiej Brytanii była na mojej liście odwiedzin od kilku lat. W telewizji czy filmach pokazywali wielki, kolorowy świat. A ja chciałam sprawdzić czy tak jest rzeczywiście.

Wraz z moją towarzyszką wszystko zaplanowaliśmy, zarezerwowaliśmy i odliczaliśmy dni do wyjazdu. O 8:28 w sobotę wsiadłyśmy do pociągu, by po dwóch minutach postawić stopy na londyńskiej ziemi. Początkowo nie zobaczyłyśmy nic zaskakującego poza wielkim dworcem London Paddington. Miał chyba z 15 jak nie więcej peronów, ale zabawa zaczęła się dopiero, gdy przyszło nam wsiąść do metra. Za cholerę nie wiedziałyśmy do jakiej linii się udać i jaka jedzie do naszego hotelu. Zajęło nam to dłuższą chwilę, ale gdy już wszystko ogarnęłyśmy znalazłyśmy się na jednej z większych stacji, czyli Baker Street.


Od centrum do hotelu, w którym mieszkałyśmy miałyśmy ok. 45 minut drogi dwiema liniami metra. Gdy już wsiadłyśmy na właściwej stacji przyszło nam szukać hotelu, którego nie mogłyśmy znaleźć. Zajęło nam to dobre 20 minut, by w końcu przekroczyć jego próg i zorientować się, że menadżerem jest Polka, a my nie pierwszy raz będziemy słyszeć więcej polskiego niż angielskiego. Pokój był uroczy, z dwoma łóżkami, tv, małą lodówką i łazienką, która była w... szafie. Jak siedziało się na toalecie to głową można było przywalić w drzwi, a jak brało się prysznic to trzeba było ubierać się w kabinie (która nie miała połowy zamknięcia), bo inaczej nie można było założyć piżamy.


Po szybkim zostawienie rzeczy w hotelu znowu leciałyśmy na metro, bo na 13:30 musiałyśmy być znowu na Baker Street, bo czekała nas wizyta w muzeum figur woskowych. Dzięki temu, że miałyśmy bilety kupione przez Internet nie musiałyśmy stać w ogromnej kolejce. Za to, gdy znalazłyśmy się w środku trafiłam do nieba (jak się okaże, nie ostatni raz podczas tego weekendu). Od razu rzuciłam się do robienia zdjęć. A najbardziej oczy zaświeciły mi się jak zobaczyłam mojego byłego niedoszłego męża, czyli Benedicta Cumberbatcha. Udało mi się dopchać do jego figury i poczułam jak miękną mi kolana. To takie dziwne uczucie, bo niby on nie prawdziwy, a jednak stał koło swojej podobizny (polecam filmik na YT jak tworzyli jego postać i program Grahama Nortona, w którym pokazali światu to co powstało z ówczesnych przygotowań).


Następnie stopniowo przemieszczałyśmy się po kolejnych pomieszczeniach z figurami m.in. z muzykami, przywódcami światowymi, rodziną królewską, sportowcami czy postaciami z filmów. Figury zrobione są naprawdę dobrze. Wszystko bardzo realistyczne, czasami nawet wydaje się, że to żywe postacie. Jedna z figur oddychała i zaczęłam się zastanawiać czy mam zwidy czy jednak nie.


Po obejrzeniu figur trafiliśmy na małe przedstawienie związane z Sherlockiem Holmesem. W podziemiach budynku zrobiono dekorację a'la wiktoriański Londyn i powiedziano nam, że Sherlock zaginął i trzeba go odnaleźć. Aktorzy przeprowadzili to bardzo sprawnie, a potem poszliśmy do sali, w której wsiadało się do angielskich taksówek i ruszało w podróż po historii Londynu. A na sam koniec trafiłam do fangirlowego raju. Pokazano nam film w 4D o Avengersach. Najlepszy moment, gdy podczas oglądania, gdy Spider Man wypuszczał pajęczynę, my po twarzy dostawaliśmy mgiełką wypuszczaną z fotela, a kiedy Wolverin prezentował swoje pazury, widzowie w oparciach fotela czuli jak jakiś bolec wbija im się w plecy.


Była jeszcze wystawa Star Wars, ale stwierdziłyśmy, że nas to nie interesuje i postanowiłyśmy iść kupić kilka pamiątek. Cóż, miałyśmy iść do jednego sklepu, a skończyło się na czterech z czego w jednym był kalendarz na przyszły rok z Benedictem, ale pech tak chciał, że wszystkie zdjęcia jakie w nim jego były, były tymi które podobają mi się najmniej i sobie opuściłam. Następnie zdecydowałyśmy, że przydałoby się wpaść na Baker Street 221B, ale jak tylko zobaczyłyśmy tamtejszą kolejkę to stwierdziłyśmy, że wrócimy jutro. Przeszłyśmy spacerkiem aż pod Tamizę, by tam wsiąść na London Eye. I tu zaczynają się przeboje... Nie dość, że to co dostałyśmy w muzeum to był tylko voucher na odbiór biletu to jeszcze dwa razy nas odsyłali w inną kolejkę, bo stanęłyśmy nie tu gdzie trzeba. Ostatecznie wylądowałyśmy w sznurku, w którym spedziłyśmy 50 minut. Szczerze to myślałam, że nie dotrwam. A jeszcze tak strasznie chciało nam się pić i jeść. Ale dla widoku jaki nas czekał na gorze było warto, oj było.



Po przejażdżce udałyśmy się pod Big Bena i przypomniał mi się zabawny cytat z jakiegoś filmu czy serialu: "A co ja dobie będę robił zdjęcie pod zegarem? U nas w Ameryce też mamy zegary". Po Big Brnie nadszedł czas na spotkanie z budkami telefonicznymi. Wiadomo, zdjęcia w takim miejscu muszą być, bo inaczej ci nie uwierzą, że byłaś w Londynie. I tak, właśnie tam sobie uświadomiłam, że nie umiem robić selfie, ale nie rozwijamy tego.



Nasz głód był coraz silniejszy, więc zdecydowałyśmy, że idziemy na pizzę. Moja towarzyszka miała na sobie tego dnia koszulkę z napisem "Warszawska lala", więc jak tylko podeszłyśmy do kelnerki ta od razu zaczęła gadać z nami po polsku. Dostałyśmy stolik, zamówiłyśmy pizzę i drinka i pomału mijał czas. Pizza pośladków nie urwała, bo pożałowali dodatków, za to moje mojito było pyszne. W przeciwieństwie do Margarity koleżanki, ale tak to jest jak się eksperymentuje i nie wybiera sprawdzonych klasyków. Na koniec udałyśmy się spokojnie do metra i wróciłyśmy do hotelu, do którego ówcześnie kupilyśmy kilka Desperadosów. I tu zaczyna się zabawa, bo jak otworzyć piwo w butelce, gdy się nie ma otwieracza? Na necie znalazłam filmik z 21 sposobami, jednak w naszym wykonaniu to była porażka. Nie dało się otworzyć butelką o butelkę, kluczem, łyżeczką, zębami, o próg łazienki i o parapet. Dopiero, gdy zorientowałyśmy się, że ramy naszych łóżek są metalowe, towarzyszce się udało dokonać otwarcia. Dzień zakończył się dwoma Desperami i paczką chipsów. A ostatnie co pamiętam, bo sen mnie zmożył to trzeci sezon CSI NY w tv o 2:40 w nocy...


P.S. Jakby ktoś nie wiedział jak wyglądam to na tym zdjęciu z Cumberbatchem to ja. Rudy Hunt :D

P.S.2. Cześć druga podróży w najbliższym czasie, możliwe, że jutro.

piątek, 8 stycznia 2016

To wszystko jest w twoim Mind Palace

To aż nie wypada się przyznawać, ale tyle razy próbowałam zabrać się do napisania wpisu o Sherlocku. Jednak za każdym razem mi nie wychodziło. A to nie mogłam zebrać myśli o czym konkretnie miałam pisać, a to nie chciało mi się szukać jakiś tam informacji, no zawsze coś. Ale dziś natrafiła się idealna okazja. Wczoraj miałam przyjemność znaleźć się w kinie na seansie specjalnego odcinka. A skoro jest okazja to i wpis musi być.


Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie jaki serial kocham najbardziej to bez wahania odpowiem, że jest to Sherlock. Mój poziom fangirlizmu w tej dziedzinie przekracza wszelkie granice. Gdyby nie My Darling to prawdopodobnie tkwiłabym w niewiedzy, że takie coś istnieje (serial BBC oczywiście). No dobra, może bym jakoś do tego dotarła, ale pewnie pod długim czasie. Uwielbiam opowiadania Conan Doyle'a, nawet mam takie wielkie wydanie ze wszystkimi opowiadaniami o Sherlocku, które najpierw otrzymałam na przetrzymanie, a potem usłyszałam: "Zatrzymaj. Ja tego nigdy nie przeczytam, a tobie na pewno się przyda". Jestem w tej kwestii takim świrem, że pisałam pracę zaliczeniową na jeden z przedmiotów o "Studium w szkarłacie" (dziś był termin jej oddania), czyli pierwszym opowiadaniu o Holmesie i robiłam prezentację na angielskim o serialu. Nawet o słynnym detektywie mówiłam podczas mojej prezentacji maturalnej. A jeśli chodzi o sam serial to z gadżetów fanowskich mam koszulki (dziś zamówiłam kolejną), kubek, skórkę na telefon, wszystkie sezony na DVD, plakaty, a także szalik, który wyglądem jest zbliżony do tego, który nosi Sherlock. Nie wspomnę już o mojej tapecie na komputerze, gdzie pośród 190 zdjęć puszczonych jako pokaz slajdów, to połowa dotyczy albo Sherlocka albo aktorów grających głównych bohaterów. Nadal wielką miłością darzę zarówno Benedict Cumberbatcha (czyli Holmesa) i Martina Freemana (Watson). Po prostu bez tej produkcji moje życie byłoby smutniejsze. Udało mi się także wkręcić trochę mojego tatę, co uważam za osobisty sukces.

Naprawdę potrafię o tym gadać godzinami i uwierzcie mi, to się nigdy nie nudzi. Ale jak pisałam wcześniej, wczoraj w kinach był odcinek specjalny. Na dobrą sprawę mogłam zdobyć odcinek na dzień po premierze z nielegalnych źródeł, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam sobie psuć elementu zaskoczenia, na który wybierałam się do kina. Nawet poświęciłam się tak bardzo, że przez 10 dni nie logowałam się na Tumblrze, żeby nie oglądać gifów, screenów i zdjęć z planu. I całe szczęście, że tego nie uczyniłam, bo wchodząc tam wczoraj wieczorem dashboard był tak bardzo zawalony, że już nie odróżniałam czy to reblogowałam czy nie. To co w takim razie musiało się dziać dzień albo dwa po premierze w Anglii? Wolę nie wiedzieć...


Wczorajszy seans był na 20. Kulturalnie, jak to ja, biegłam na SKM w przekonaniu, że jestem spóźniona, a się okazało, że moja kolejka przyjeżdża dopiero za 12 minut. Gdy już zapakowałam się do tego uroczego środka transportu, przejechałam trzy przystanki i wysiadłam w pobliżu kina. Nie sądziłam, że tuż za mną wysypie się armia sherlockowych fanów. Takie tłumy jakie ruszyły na kino, to ostatnio widziałam na Środach z Orange. Chociaż możliwe, że te były nawet większe. Wchodząc do środka odnalazłam w tłumie mojego Wilsonka (to jest złoty człowiek, bo już tyle lat znosi moje obsesje i nigdy się nie skarżyła, że aż mi czasem głupio), który już na mnie czekał. W międzyczasie spotkałam także nie dawno poznaną znajomą, która również zameldowała się na specjalnym pokazie. Gdy już zajęłyśmy swoje miejsca na jednej z większych (o ile nie największej) sal, to zaprezentowano nam zwiastun nowego Pitbulla (swoją drogą to może być naprawdę dobry film). A potem to już było z górki. Steven Moffat, współtwórca i scenarzysta serialu, oprowadził widzów po mieszkaniu Sherlocka, które ze swojej współczesnej wersji, zostało w pewnym stopniu przekształcone na takie, by pasowało do XIX wieku. Później otrzymaliśmy komunikat, że po projekcji odcinka zostaną pokazane wywiady, z aktorami i proszą nas o pozostanie. No mi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zgasły światła i zaczęła się zabawa...

Pomysł z XIX - wiecznym Sherlockiem, jako odcinkiem specjalnym, początkowo trochę mnie zaskoczył i nie bardzo wiedziałam co mam na ten temat myśleć. Przecież to współczesność przyciągnęła wielu widzów do tego serialu. Jednak z każdym kolejnym dniem i następną pojawiającą się informacją zaczęłam się przekonywać. Przecież trzeba brać co dają, skoro kolejny sezon ma się pojawić dopiero w 2017 roku. Kto to widział, żeby na trzy nowe odcinki sezonu serialu czekać trzy lata?


Od tego momentu mogą pojawić się możliwe spoilery, więc jeśli nie chcesz wiedzieć co było bezpośrednio w odcinku, Drogi Czytelniku, to opuść to miejsce właśnie w tym momencie! 

Dostaliśmy bardzo uroczy, trochę mroczny, ale pełen specyficznego dla Sherlocka humoru, odcinek, który przez pierwsze trzydzieści minut śmieszył tak bardzo, że cała sala ryczała ze śmiechu. Potem już zrobiło się nieco poważniej, ale nadal miało się wrażenie, że wciąż jest dobrze. Pierwsze dwie lub trzy sceny z nowego odcinka były skondensowanym kąskiem, który dostaliśmy bardzo dawno temu, gd nasi bohaterowie poznali się w pierwszym epizodzie. Z każdą kolejną minutą było coraz więcej nawiązań do poprzednich odcinków i sezonów. W pewnym momencie zorientowałam się, a raczej w mojej głowie zaczęły krążyć takie myśli, że może to wszystko co właśnie widzimy, to po prostu sen Sherlocka, który będąc na wygnaniu przysnął sobie w samolocie. Szybko odgoniłam te myśli i... Kaboom! Pojawia się współczesny Sherlock, który drzemie sobie w samolocie (właściwie to był w swoim Mind Palace). Otrzymujemy do tego obraz Watsona w zwykłej kurtce i Mary w ciąży. Potem szybko znowu trafiamy do XIX wieku i za chwilę raz jeszcze wracamy do współczesności. Miałam wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie i nie bardzo wiem co się dzieje, bo na ekranie ponownie pojawia się Holmes nie z naszej epoki, który leży zaćpany na dywanie i mówi Johnowi o odrzutowcach i telefonach komórkowych (nie pamiętam czy dobrze zapamiętałam). Człowiek już miał wrażenie, że nie wie czy XXI wiek i to wszystko co było do tej pory, to był po prostu narkotyczny sen detektywa czy może po prostu poprzez sen Sherlock przeniósł się z teraźniejszości  w czasy wiktoriańskie.


Jeśli chodzi o zagadkę, którą rozwiązywał Sherlock wraz z Watsonem, to no cóż... Już po czterdziestu minutach seansu zorientowałam się, że Panną Młodą jest Moriarty i to co męczy Holmesa od tak dawna: Jak to możliwe, że jego arcywróg powrócił? Tylko czekałam aż odsłoni się twarz truposzki i zobaczę tam Jima. Długo się naczekałam, ale się doczekałam. Bardzo dobrą sceną było pojawienie się Moriarty'ego u Sherlocka w mieszkaniu. Był tu ewidentnie duch wcześniejszych scen pomiędzy bohaterami. No i plus wielka dziura w głowie złoczyńcy, która rozwaliła czaszkę na pół. Piękny widok!

Jeśli chodzi o samych bohaterów w tym odcinku to zdecydowanie na plus i z wieloma zaskoczeniami. Po pierwsze John i jego "nowa" błyskotliwość. Wydawał się być mądrzejszy. No i te jego rozmowy z Sherlockiem. Warte wszystkiego. No i mistrzowską sceną była rozmowa Watsona na migi. Zdecydowanie powinien poprawić swoje umiejętności w tej kwestii. Sam Sherlock, czyli Benedict, bez kręconych włosów jeszcze parę miesięcy temu nie miał prawa bytu w moim wyobrażeniu. No cóż, jednak można. Przez te ulizane włosy Cumberbatch wydawał się być wyższy. Generalnie, fajka i szlafroczek idealnie do niego pasowały. Bardzo dobrze pokazali wątek walki o prawa kobiet i Molly Hooper, która w kostnicy była całkiem przystojnym, choć bardzo chłopięcym mężczyzną. Na dokładkę mieliśmy Lestrade'a z bokobrodami i Mycrofta tak grubego, że ledwo co się mieścił w fotelu.


Pięknym podsumowaniem całego specjalnego odcinka była ostatnia scena, w której przy oknie stoi wiktoriański Sherlock, wypowiadający słowa, że zdecydowanie wyprzedza on swoje czasy, a za oknem mamy Londyn z XXI wieku, po którym poruszają się samochody i autobusy, a nie dorożki.


Jeśli chodzi o wywiady z aktorami, które mogliśmy obejrzeć po odcinku, to to była idealna wisienka na torcie. Zdecydowanie moje serce skradł Andrew Scott, czyli Moriarty, który w przeciągu kilku sekund z siebie samego potrafi się zmienić w swojego bohatera. W życiu nie słyszałam, żeby ktoś w taki niesamowity sposób wypowiedział swój adres mailowy.


Czy uważam odcinek za udany? Jak najbardziej. Rozrywka doskonała, a fandom nie powinien narzekać. Dostaliśmy wspaniałą przystawkę przed daniem głównym, które prawdopodobnie pojawi się już, a może raczej aż za rok.


P.S. Bardzo możliwe, że jutro pojawi się kolejny wpis, bo dziś przede mną po raz kolejny wizyta w kinie. Zbankrutuje...

wtorek, 1 grudnia 2015

Two be(ers) or not to be(ers), czyli krew, pot i dużo łez...

Wczoraj miałam niesamowitą przyjemność zobaczyć transmisję National Theatre Live i spektakl "Hamlet". Nie powiem, oczekiwałam na ten dzień odkąd tylko pojawiła się informacja, że można już rezerwować bilety, ale im bliżej godziny zero, tym bardziej uchodziło ze mnie ciśnienie. A już w ogóle zwątpiłam w całe przedsięwzięcie, gdy dowiedziałam się, że spektakl potrwa cztery godziny (przedwczoraj informacja została zweryfikowana, że to jednak będzie 210 minut) i po prostu zasnę tam z nudów. Otóż... BŁĄD!

Po wejściu do kina poczułam jakąś dziwną fangirlową moc i zdałam sobie sprawę, że ja tu przecież nie jestem za karę tylko z miłości. Tytułowego Hamleta gra Benedict Cumberbatch i jakże by mogło to być torturą? Mimo iż kino było puste (w porównaniu ze Środami z Orange, oczywiście) to wszędzie widziałam tych oczekujących w napięciu ludzi. Na salę zaczęli wpuszczać na pięć minut przed rozpoczęciem transmisji. Gdy tłum zaczął zajmować miejsca, na naszych fotelach zauważyliśmy dwie kartki: ankietę dotyczącą naszych wrażeń odnośnie spektaklu i kupon konkursowy Fiata 500. Takie tam, lokowanie produktu. Przeurocza pani udzieliła nam kilku wskazówek dotyczących trwania pokazu i przerwy jaka miała się dobyć, a także co należy zrobić z ankietami. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca zabawa się zaczęła.

Zanim dostaliśmy to po co przyszliśmy, mieliśmy okazję obejrzeć krótki wywiad z Benedictem Cumberbatchem oraz jego wizytę w jednej ze szkół, w których grupa teatralna przedstawiła własną interpretację sztuki. Niestety jestem tak bardzo spaczoną fangirl, że wiedziałam o czym Ben będzie mówił w wywiadzie, bo widziałam gify na Tumblrze. Tak to jest jak połowa blogów, które obserwujesz dotyczą właśnie Cumberbatcha.

Po takim krótkim wprowadzeniu otrzymaliśmy piękny pokaz, który wywoływał wszelkie możliwe emocje. Cumberbatchowi można zarzucić brak urody (przynajmniej tej szytej pod kanon typowego piękna), ale nie beztalencie. Aktorem jest obłędnym i sposób w jaki potrafi żonglować emocjami jest niesamowity. W jednej chwili potrafi wylewać morze łez, by za chwilę robić z siebie błazna i zachowywać się jak pięcioletnie dziecko. Komizm i dramatyzm przeplatają się w takim tempie, że nie można się choć przez chwilę nudzić. Do tego kto by się spodziewał, że Hamlet może biegać po scenie w jeansach, adidasach i koszulce z Davidem Bowiem? Otóż tak, to się właśnie wydarzyło. Ubiorem, wyglądem i zachowaniem główny bohater przypominał typowego 17-latka, który żyje w bogactwie, tylko trochę jest nieszczęśliwy. No dobra, trochę bardzo. A na dokładkę ma kumpla hipstera, który jest cały wytatuowany i chodzi w koszulach w kratę. W jednej ze scen, gdy grabarz kopał dół, a Hamlet i Horatio mu się przyglądają, panowie wyglądają jakby wybrali się na nocne zwiady dzielni. Jeszcze Ofelia ubiorem zahaczała o współczesność. Nosiła duży, rozciągnięty sweter albo piękną czarną suknię. Miało się wrażenie, że młodzi bohaterowie sztuki są nawiązaniem do współczesności. Z kolei "starszyzna" była odziana klasycznie, epokowo. Do tego pojawiały się rekwizyty naszych czasów. Ofelia biegała z aparatem i robiła zdjęcia, grabarz miał radio i termos.

O ciarki na całym ciele przyprawiała scenografia i muzyka. Każdy element dekoracji był bardzo realistyczny, co sprawiało, że widz czuł się jakby był w jakimś prawdziwym zamku i przyglądał się wszystkiemu z boku. Pięknym momentem był fragment, który kończył część pierwszą spektaklu. Na całej scenie panowała ciemność, a tylko z bocznych drzwi wydobywały się błyski i grzmoty jakby za rogiem czaiła się burza.

Moim wyznacznikiem znudzenia w kinie/teatrze jest częstotliwość spoglądania na zegarek. Podczas spektaklu zrobiłam to tylko dwa razy. Pierwszy taki incydent miał miejsce na czterdzieści minut przed przerwą i to tylko dlatego, że moje pośladki zaczęły drętwieć. Drugi raz stało się tak na dziesięć minut przed przerwą i gdy spojrzałam na zegarek to byłam w szoku, że już jest tak późna pora i że ten czas tak szybko zleciał.

Jak wszyscy wiedzą (albo i nie, ale spoilera nie zrobię, bo książka istnieje już parę lat) prawie wszyscy bohaterowie na końcu sztuki umierają i leżą na scenie. Zabawną sytuacją było jak Cumberbatch padł martwy, ale tak ciężko oddychał ze zmęczenia (w wywiadzie powiedział, że jest ciągle głodny i bez życia), że jego całe ciało się ruszało. Czyli był martwy, ale jednak nie. Oczywiście, to tylko taka zabawna dygresja z mojej strony i wybaczam mu wszystko, bo to naprawdę był kawał dobrej roboty. Widać było, że przygotowania zabrały mu dużo czasu i pochłonęły wiele energii, bo zrobił się taki chudy, że mocniejszy powiew wiatru mógłby go zdmuchnąć ze sceny.

Oczywiście moje czujne fangirlowskie oko nie odpoczywało ani trochę i w jednej ze scen z Hamleta wychodził tak bardzo Sherlock. Tutaj znowu żartuję, ale tempo wymawianych słów w jednej z rozmów/monologu (w sumie ciężko określić) było tak zawrotne jak podczas wywodów myślowych u Sherlocka, w którego Cumberbatch się wciela.

Jeśli ktoś by był zainteresowany udaniem się na spektakl to gorąco polecam. I nie ważne czy jest się fanem Cumberbatcha, londyńskiego teatru, Szekspira czy genialnych przedstawień, pod każdym względem warto. Tym bardziej, że cena biletu do Multikina to 30 zł (jak na trzy i pół godzinny spektakl to chyba nie tak dużo), a gdyby przyszło nam iść do teatru w Londynie to w Funtach by się człowiek nie wypłacił. Wiadomo, co na żywo to na żywo, ale emocje zbliżone. Cóż, muszę się przyznać, że rozważam ponowne udanie się na "Hamleta", ale ciii...


P.S. Na spektaklu byłam z nieocenionym Wilsonem, który mimo swojego ogromnego zmęczenia wysiedział tam ze mną i chyba nawet dobrze się bawił. Mam rację, moja droga? Gdy zajmowaliśmy miejsca powiedziała zdanie, które zdecydowanie potwierdza, że jestem fangirl: "Widzisz te dwudziestki? *wskazuje na dziewczyny wchodzące na sale* One tu zdecydowanie są dla Cumberbatcha." No właśnie, ja też tam po to byłam, ale nie tylko. Dostałam przecudowną rozrywkę w dniu jakże ważnym dla mnie.

P.S. 2. Właśnie się zorientowałam, że aktor, który grał najlepszego kumpla Hamleta jest mi znany, bo widziałam wcześniej trzy filmy z nim. Oczywiście nie byłam tego świadoma. A wystarczyło sprawdzić czy tatuaże, które miał na sobie to jego własność czy tylko charakteryzacja...


czwartek, 22 października 2015

Halo, Panie Diabeł, jest Pan?

Powód, dla którego poszłam na "Pakt z diabłem" (Boże, kto tłumaczy te tytuły? Oryginalny to "Black Mass") jest jedyny i oczywisty. Nazywa się Benedict Cumberbatch. A moja miłość do niego jest tak silna, że zdecydowałam się na seans pomimo, że główną rolę gra Johnny Depp, którego szczerze nie lubię. Tak, wiem, zjedzcie mnie za to, no ale nie. Po prostu nie mogę na niego patrzeć. Nawet moje szanowne koleżanki z grupy usilnie próbowały ze mną negocjować, że to technicznie niemożliwe, żebym go nie uwielbiała. Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Jednak odkąd szaleję za Cumberbatchem (to już będzie jakiś czas) to chodzę na wszystkie filmy w jakich gra. Tak też stało się i tym razem.
Na film wyciągnęłam mojego niezawodnego i kochanego Wilsonka. Zgodziła się tak jak poprzednio, gdy razem byłyśmy na "Grze tajemnic". I dodam jeszcze tylko, że przez najbliższy miesiąc udamy się do kina w swoim towarzystwie dwa razy. Chciałabym dorzucić jeszcze jeden film do tej listy, ale to musimy przedyskutować. Mam nadzieję, że się zgodzi.

Nasze spotkanie rozpoczęło się uroczym obiadem połączonym z kolacją, a potem udałyśmy się na krótkie przeczekanie na jej apartamenty. Z tej okazji, że do kina od jej miejsca zamieszkania mamy jakieś siedem minut z buta to wyszłyśmy sobie o 19:55 (seans zaczynał się o 20:20). I ku naszemu zaskoczeniu w kinie był tłum ludzi. Do każdej kasy była kilometrowa kolejka. Ustawiłyśmy się w jednej z nich i czekałyśmy na swoją kolej. Zaznaczę, że wczoraj były środy z Orange i dwa bilety były w cenie jednego. To mówi samo za siebie. A podobno ludzie nie chodzą do kina.
Nasze bilety kupiłyśmy o 20:25 i udałyśmy się na salę, gdzie już trwały reklamy. Większość miejsc była zajęta, ale nam udało się usiąść w trzecim rzędzie od końca (nie mogę zbyt blisko ekranu siedzieć, bo mam traumę). Oczywiście podczas reklam trafiło się kilka interesujących zwiastunów zbliżających się produkcji i zaczynam się głęboko zastanawiać czy nie wybrać się na "Ugotowanego" z Bradley'em Cooperem. Jaki on jest tam przyyyyystojny. Generalnie jest przystojny, ale tu to już wybitnie. Po 25 minutach reklam zaczęła się zabawa...

O czym film? A no mamy sobie gangstera (Johnny Depp), który trzęsie Bostonem. Do tego jest jego młodszy brat (Benedict Cumberbatch) piastujący stanowisko senatora i najważniejszej osoby w stanie. Pojawia się także agent FBI (Joel Edgerton), który jest kolegą z dzieciństwa dwóch braci. Ich drogi się krzyżują, a mafiozo i policjant zawierają przymierze, które ma im obojgu pomóc. Z minuty na minutę dochodzi do kolejnych morderstw (nie chciało mi się ich liczyć, ale z piętnaście na pewno było), bohater Deppa było coraz bardziej sfrustrowany i brutalny, a detektyw brnął w kłamstwa. Można by powiedzieć, że dużo się działo, czasem nawet za dużo, ale czegoś brakowało. Nudą nie wiało, ale były momenty, że patrzyłam na zegarek i liczyłam czas do końca.

W filmie przewinęło się wiele osób, które gdzieś już kiedyś widziałam (pomijając tych wymienionych powyżej) m.in. Kevin Bacon, Dakota Johnson (jak już napisałam na fanpage'u, nie była nawet bardzo drewniana), Corey Stoll czy Julianne Nicholson. Obsada niby dobra, ale sam film pośladów nie urywał. Do tego wygląd Deppa, który wyglądał jak Gollum z Hobbita. Szkła kontaktowe w nienaturalnie niebieskim kolorze, sterta silikonu na twarzy i dziwne blond włosy, których więcej nie było niż były. Gdzieś tam w środku próbowałam sobie wmówić, że ten film ma mnie do niego przekonać, jednak stało się zupełnie inaczej. Nie lubię go jeszcze bardziej.

Co do Cumberbatcha, to tuż przed seansem założyłam się (to chyba za dużo powiedziane) z moim Wilsonkiem ile dostanie czasu antenowego. Ona obstawiała pięć minut, ja koło dwudziestu pięciu. Starałam się liczyć sceny, w których się pojawiał, ale zgubiłam się przy siódmej, co oznacza, że ja byłam bliżej wygranej. Fajnie, że jego bohater był pozytywny i tak naprawdę nie miał bezpośredniego związku ze swoim bratem (poza więzami krwi oczywiście). Pan senator nie wtrącał się do brudnych interesów starszego braciszka,a ten drugi nie prosił polityka o przysługi. Jedyne co mi przeszkadzało to sposób w jaki mówił Benedict. Wiadomo, że do roli był potrzebny bostoński akcent, ale to jak mówił przypominało człowieka, który wpakował sobie pół bułki do ust i próbował coś tłumaczyć.

Jak na film gangsterski to całkiem nieźle, ale bez szału. To produkcja z kategorii tych raz obejrzanych i raczej do niech więcej nie wracamy.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

7 filmów, które mogłabym ogladać przez cały czas

I tak oto rusza Wesoły Fandomowy Autobus (w skrócie FWA). Długo się wczoraj zastanawiałam jaki post napiszę jako pierwszy o "remoncie" i wymyśliłam. :)

Każdy ma zestaw swoich ulubionych i znienawidzonych filmów, a także takich, które bardzo by chciał obejrzeć, ale albo ludzie odradzają albo nie da się przez nie przebrnąć. Postanowiłam zająć się tymi, które uwielbiam i mogę oglądać przez cały dzień i całą noc, z malutkimi przerwami na wypad do toilet albo do lodówki. A teraz przedstawiam swoje zestawienie (kolejność numeryczna chyba nie ma znaczenia :P):

1. Mamma Mia! (2008 r, reż. Phyllida Lloyd):

Większość powie, że to najgorszy film jaki przyszło im oglądać i nie rozumieją jego fenomenu. Cóż, to nie ja. Ja kocham ten film całym sercem i nie obchodzi mnie, że zgarnął Złotą Mailnę (w sumie tylko Pierce Brosnan, ale to zawsze). Fabuła filmu jest bardzo prosta. Mamy piękną, młoda dziewczynę (w tej roli Amanda Seyfried), która mieszka wraz z matką (Meryl Streep!) na greckiej wyspie. Szykuje się do ślubu i chciałaby z tej okazji zaprosić na uroczystość swojego ojca, którego nigdy nie poznała. Dzięki pamiętnikowi matki odkrywa, że może mieć trzech potęcjalnych tatusiów i żeby było lepiej zaprasza ich wszystkich. Jak można się domyśleć dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.

Film nie jest zwykłym filmem. To musical. 90% ludzkości nie znosi tego gatunku. Niestety nie ja. Ja uwielbiam jak śpiewają i tańczą, bo wtedy wszystko jeszcze bardziej jest kolorowe i radosne. Pewnie w ogóle bym nie zwróciła uwagi na ten film, gdyby nie to, że wszstkie piosenki jakie można usłyszeć pochodzą z repertuaru Abby. Czyli żyć, nie umierać. Uwielbiam Abbę i nie wstydzę się tego. :) A już w ogólę jestem w raju, jeśli połowę tych piosenek śpiewa Meryl Streep, która jest moją mistrzynią w kategorii: Najlepsza aktorka filmowa EVER! A na dokładkę jako potencjalnych protoplastów mamy Pierce'a Brosnana, Colina Firth'a i Stellana Skarsgårda.



Więc jeśli macie doła, jest wam smutno, pada deszcz albo cokolwiek innego ciąży wam na sercu i duszy to odpalcie "Mamma Mia!" i radujcie się greckimi krajobrazami połączonymi ze szwedzką muzyką.

2. Nietykalni (2011 r, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano)

Pierwszy raz przyszło mi ten film oglądać w szkole i od razu się zakochałam. Zaczynał się niepozornie, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Poznajemy historię sparaliżowanego milionera, który do opieki nad sobą zatrudnia ciemnoskórego młodzieńca, który szuka pracy. Z początku chłopak jest żółtodziobem i nie ma zielonego pojęcia o swoich obowiązkach, jednak z czasem przywiązuje się do swojego pracodawcy i rodzi się miedzy nimi wielka przyjaźń. Film jest oparty na faktach i pokazuje zderzenie dwóch różnych światów, które z czasem stopniowo się łączą.

Z każdą minutą filmu są przedstawione nie tylko zabawne sytuacje, ale i trudne wybory jakich muszą dokonywać bohaterowie. Codzienna walka z przeciwnościami losu i przywiązanie do drugiego człowieka sprawiają, że mamy ochotę przenieść się na druga stronę ekranu i zostać częścią tego pięknego obrazu.


Jeśli nie widzieliście tego filmu to czas to nadrobić. Dziś jest do tego idealna okazja, bo "Nietykalni" są do zobaczenia zaraz na TVP1.

3. Dziewczyna z tatuażem (2011 r, reż. David Fincher)

Jeżeli kochacie Daniela Craiga to powinniście zobaczyć ten film. Amerykańska produkcja jest ekranizacją głośniej powieści, a właściwie Trylogii autostwa Stiega Larssona. Mamy doczynienia z dziennikarzem śledczym, który zostaje oskarżony o zniesławienie i otrzymuje zlecenie rozwiązania mrocznego zaginięcia młodej dziewczyny. Sprawa miała miejsce 40 lat temu, jednak krewnemu nastolatki, bogatemu przedsiębiorcy Henrikowi Vagnerowi mocno na tym zależy. Zagadkę pomaga rozwiązać Mikaelowi Blomkvistowi aspołeczna i wycofana Lisabeth Salander, która jest genialną hakerką. 

Miałam przyjemności przeczytać całą Trylogię (bo film to ekranizajca tylko pierwszej książki) i dodatkowo opowiedzieć o jej fenomenie na zajęcia z WOKu. Film niestety trochę mnie rozczarowywuje pod względem idealnego odwzorowania treści, ale jak na prawie trzygodzinny film to dobrze się ogląda. Trzyma w napięciu, bohaterowie są dobrze zbudowani, a relacja jaka pojawia się między dziennikarzem, a hakerką nie jest jak wyjęta z komedii romantycznej. W gruncie rzeczy to trudna relacja, ale oboje potrafią sobie zaufać i współpracować.


"Dziewczynę..." widziałam już chyba z czterdzieści razy i mogłabym to obejrzeć znowu i znowu, bo za każdym razem odkrywam coś nowego. No i można do woli patrzeć na pięknego Daniela. 

4. Skyfall (2012 r, reż. Sam Mendes)

Skoro już jesteśmy przy Craigu to nie mogę nie wspomnieć o Bondzie. Jak wiadomo kolejny film o przygodach 007 pojawi się już jesienią, a póki co można podziwiać Skyfall. W tej części lojalność Bonda zostanie wystawiona na próbę przez M, kiedy z MI6 znikną najważniejsze informacje o największych w Wielkiej Brytanii. Jamesowi przyjdzie się zmierzyć z nieprzewidywalnym i groźnym przeciwnikiem (w tej roli Javier Bardem). 

Ta część to powrót do przeszłości Bonda. Mamy okazję poznać miejsce, w którym przebywał zanim trafił pod skrzydła M i co sprawiło, że jego życie potoczyło się jak się potoczyło. Uwielbiam tą część ze względu na dwie rzeczy (no bo o Craigu chyba nie musze mówić). Po pierwsze cudowna czołówka i genialna piosenka Adele, która wywołuje u mnie ciarki za każdym razem, gdy ją słyszę. A po drugie w roli Q możemy oglądać Bena Whishawa. Uroczy i utalentowany młody brytyjski aktor, którego karierę i role warto śledzić. 


Warto też zauważyć, że Bond w tej części nie tylko pije "wstrząśnięte, niezmieszane", ale także zwykłe piwo. Idzie ku nowoczesności.

5. Forrest Gump (1994 r, reż. Robert Zemeckis)

No któż nie zna tego filmu? Przepiękna opowieść o życiu pełnym przygód trochę przygłupiego Forresta Gumpa. Początkowo jest zagubionym chłopcem, który ledwo kończy szkołę, by potem stać się miliarderem i bohaterem wojny w Wietnamie. W filmie mamy okazję zobaczyć wizytę Forresta u prezydenta, spotkanie z Elvisem, szalone lata Hipisów, a także (co wydaje mi się najważniejsze) piękną historię przyjaźni i miłości, która miała początek w latach dzieciństwa i przetrwała wiele lat, nie zależnie czy bohaterowie byli blisko siebie czy nie.

Za każdym razem, gdy film leci w telewizji, robię z siebie człowieka burrito, parzę najlepszą herbatę jaką mam w domu i przez dwie i pół godziny oglądam śliczną historię trudnego życia. A miłość do tego filmu zaczęła się, gdy namiętnie oglądałam CSI:NY i byłam ciekawa, gdzie jeszcze gra Gary Sinise, który wcielał się w postać detektywa Maca Taylora. Ku mojemu zdziwieniu w obu tych produkcjach grał bohaterów z tym samym nazwiskiem (w "Forreście..." był porucznikiem Danem Taylorem). Ale żeby nie było, Toma Hanksa też uwielbiam, czy to w tym filmie czy przykładowo w "Filadelifii". Gra aktorska genialna i widać nie na darmo film otrzymał sześć Oscarów, trzy Złote Globy oraz inne nagrody. 


Aha i dzięki temu filmowi mogliśmy się dowiedzieć czym tak naprawdę jest koncern Apple. :) 

6. Sierpień w hrabstwie Osage (2013 r, reż. John Wells)

Jak to mówią: z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu i ten film potwierdza to w stu procentach. Tajemnicze zniknięcie ojca staje się początkiem odkrywania przez jego córki i chorej na raka żonę rodzinnych sekretów. Wydawać by się mogło, że rodznna uroczystość zaciśni więzi między pokoleniami, ale pewnych sytuacji nie da się przebaczyć, zrozumieć i wytłumaczyć. Coś co początkowo wydawać by się mogło, że to tylko niewinna sytuacja, staje się kluczem do rozwiązania problemów.

Dlaczego obejrzałam ten film? Cóż, wydawać by się mogło, że dla Meryl Streep, która gra tu jedną z głównych ról. Otóż nie... Przyczyna jest inna. Dwa słowa: Benedict Cumberbatch. Odkąd zobaczyłam Sherlocka BBC (o tym będzie osobny wpis) włączyła mi się spirala poszukiwania innych filmów. Dobrze, nie oszukujmy się, jestem Cumberbitch (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a pozostałym wyjaśnie to jednym słowem: psychofanka). A że akurat film wchodził do kin to zaciągnęłam moją przyjaciółkę na seans (i nadal nie wiem dlaczego się zgodziła iść, bo ona go szczerze nie znosi i nie może na niego patrzeć, na Benedicta oczywiście). Po obejrzeniu filmu byłam wniebowzięta mimo, że Benedict nie gościł na ekranie nadzwyczaj często. Ale żeby nie było, że tylko jednego aktora dostrzegłam, to w filmie wystąpili również Julia Roberts, Ewan McGregor oraz Chris Cooper. 


Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła tutaj drugiego gifu (no po prostu muszę, jako Cumberbitch)


Scenariusz filmu to adaptacja sztuki teatralnej. Marzy mi się, żeby móc to zobaczyć jako spektakl. A w ogóle byłoby cudownie, gdyby Polacy się za to zabrali, bo teatr to my umiemy robić.

7. Kogel-Mogel (1988 r, reż. Roman Załuski)

I teraz coś z polskiego podwórka. Jeden, jedyny polski film, który mogę oglądać codziennie w telewizji i nigdy mi się nie znudzi. Młoda dziewczyna Kasia, dostaje się na studia i sprzeciwiając się rodzicom, którzy organizują dla niej wesele z bogatym sąsiadem, ucieka do Warszawy. Tam przez przypadek zostaje zatrudniona jako niania dla niesfornego Piotrusia. Przezabawne zdarzenia prowadzą do kłopotliwych sytuacji.

Dla mnie era filmów komediowych w Polsce skończyła się wraz z "Komedią małżeńską". Wszystko co powstało potem to nie jest to co bym chciała oglądać. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki. "Kogel-mogel" to zdecydowanie najlepszy film. Nie jest to może jakieś górnolotne kino, ale jak na tamte czasy i możlwości film jest całkiem przyjemny. Dodatkowo film jest kopalnią cytatów, które mogłabym wypowiadać obudzona w środku nocy. 


I bardzo żałuję, że w te święta nie pojawił się ten film na żadnym kanale. Chyba trzeba będzie obejrzeć gdzieś w Internecie. :)

A Wy macie swoje ulubione filmy, które moglibyście oglądać przez cały czas? :)

P.S. Właśnie obejrzałam po raz drugi "Bogów". Chyba ten film też będzie należał do kategorii "mogę oglądać to cały czas". 

piątek, 26 grudnia 2014

Jak się dowiedzieć, by się dowiedzieć i nie być bezczelnym? Czyli coś o biografii idola...

Wiem, że tegoroczne Święta Bożego Narodzenia dobiegają już do końca, ale chciałabym złożyć Wam spóźnione życzenia. Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności i spełnienia marzeń w nadchodzącym 2015 roku! A jako prezent mam dla Was parę słów o pewnej książce, którą skończyłam wczoraj czytać...

Z biografiami, bo o tym dziś mowa, mam pewien problem. Jak można się brać za napisanie biografii osoby, która jeszcze żyje i dodatkowo nadal jest aktywna zawodowo (mam tu na myśli aktorów, piosenkarzy, pisarzy, sportowców, itp.)? A jeszcze większą porażką jest tworzenie takiej książki, gdy artysta nawet nie osiągnął pełnoletności (patrz: Justin Bieber)? Cóż, na usta się ciśnie tylko jedno: kasa, kasa, kasa... Generalnie rzadko sięgam po biografie (mam na tu na myśli te naprawdę dobre i wartościowe) i sama nie wiem czemu. W końcu lubimy się zagłębiać w życie innych osób. Ale odkąd mam obsesję na punkcie pewnych osób to dorobiłam się dwóch, a właściwie trzech takich książek i na pewno kiedyś o nich coś napiszę.

Gdy we wrześniu na stronie Empiku dowiedziałam się, że w Polce ukaże się biografia Benedicta Cumberbatcha (to ten pan grający Sherlocka w serialu BBC) stwierdziłam, że co by się nie działo i jak bardzo bym nie miała pieniędzy muszę kupić tą książkę. Gdy zbliżał się dzień premiery, postanowiłam zamówić książkę (w paczce znalazły się jeszcze trzy sezony Sherlocka na DVD i jednocześnie moja świnka skarbonka straciła swoja całą zawartość) i w spokoju oczekiwałam na nadejście paczki. Zakupy odebrałam po trzech dniach i od tej pory książka wędrowała ze mną wszędzie. Czytałam w każdym możliwym miejscu z samochodem włącznie. Jednak po dwóch dniach musiałam książkę odłożyć na półkę na całe trzy miesiące ze względu na studia. I tak stała sobie na półce w akademiku i czekała aż do niej powrócę. W końcu na dzień przed wyjazdem do domu na święta bardzo mi się nudziło i wróciłam do lektury. Kiedy kończyłam sobie jeden z rozdziałów pomyślałam: "Po jaką cholerę ktoś napisał tą książkę? Żeby kasę trzepać?". Najwyraźniej tak. Otóż z początkiem listopada książka straciła na aktualności, gdyż Benedict Cumberbatch ogłosił swoje zaręczyny. Dodatkowo pojawiły się informacje o nowych filmach w jakich aktor weźmie udział. Fakt, na końcu książki jest kilkadziesiąt stron o jego dotychczasowej filmografii i pojawiają się tam zapowiedzi, ale nie są one całkiem aktualne. Rozumiem, że książka powstała jakiś czas temu i nie o wszystkim autor wiedział lub został poinformowany, ale jaki jest wtedy sens pisać taką książkę?

Za to jeśli chodzi o informacje zawarte w tej pozycji to autor nie odkrył niczego nowego. Oczywiście, jeśli nikt wcześniej nie miał do czynienia z Cumberbatchem to dla niego będzie to nowość i zapewne interesująca lektura, jednak ja się przyznaję do tego, że jestem Cumberbitch (obsesyjna fanka, pozdrawiam) albo Cumbercollective (to określenie dla swoich fanów woli sam Benedict) i wszystko co zostało opisane było mi wcześniej znane. Czasami miałam wrażenie, że autor po prostu przeczytał jakieś notki na Wikipedii albo stronach, gdzie opisuje się sylwetki aktorów, do tego zagłębił się w wywiady, które udzielił aktor i twórcy filmów, przy których pracował, a na koniec skopiował to wszystko do Worda i zaniósł do wydawcy. Ale jeśli ktoś jest zwykłym laikiem w tej kwestii to książka jest godna polecenia.

Jest też druga książka o Cumberbatchu, ale jeszcze się jej nie dorobiłam i nie wiem czy się dorobię, bo jeśli ma ona wyglądać tak samo i ma zawierać te same informacje co ta to raczej sobie podaruję. Wygląda na to, że w dobie Internetu pisanie i kupowanie tego typu książek nie ma sensu. Chyba, że zostałaby ona stworzona przez jakiegoś bliskiego biografa artysty, który przebywał z nim przez większość każdego dnia. Taką osobą mogłaby być np. żona, matka, ojciec albo siostra.


Generalnie w książce nie zabrakło niczego co możemy znaleźć w Internecie, jednak ja myślałam, że skoro ktoś zabiera się za pisanie takiego utworu to zdradzi czytelnikowi coś więcej niż jest wiadomo. Ale to nie jest nawet autoryzowane, więc nie ma na co liczyć. A książka została dokończona przeze mnie wczoraj i postawię ja na półce na regale w honorowym miejscu, ale tylko z jednego powodu... Na okładce jest Benedict.