czwartek, 22 października 2015

Halo, Panie Diabeł, jest Pan?

Powód, dla którego poszłam na "Pakt z diabłem" (Boże, kto tłumaczy te tytuły? Oryginalny to "Black Mass") jest jedyny i oczywisty. Nazywa się Benedict Cumberbatch. A moja miłość do niego jest tak silna, że zdecydowałam się na seans pomimo, że główną rolę gra Johnny Depp, którego szczerze nie lubię. Tak, wiem, zjedzcie mnie za to, no ale nie. Po prostu nie mogę na niego patrzeć. Nawet moje szanowne koleżanki z grupy usilnie próbowały ze mną negocjować, że to technicznie niemożliwe, żebym go nie uwielbiała. Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Jednak odkąd szaleję za Cumberbatchem (to już będzie jakiś czas) to chodzę na wszystkie filmy w jakich gra. Tak też stało się i tym razem.
Na film wyciągnęłam mojego niezawodnego i kochanego Wilsonka. Zgodziła się tak jak poprzednio, gdy razem byłyśmy na "Grze tajemnic". I dodam jeszcze tylko, że przez najbliższy miesiąc udamy się do kina w swoim towarzystwie dwa razy. Chciałabym dorzucić jeszcze jeden film do tej listy, ale to musimy przedyskutować. Mam nadzieję, że się zgodzi.

Nasze spotkanie rozpoczęło się uroczym obiadem połączonym z kolacją, a potem udałyśmy się na krótkie przeczekanie na jej apartamenty. Z tej okazji, że do kina od jej miejsca zamieszkania mamy jakieś siedem minut z buta to wyszłyśmy sobie o 19:55 (seans zaczynał się o 20:20). I ku naszemu zaskoczeniu w kinie był tłum ludzi. Do każdej kasy była kilometrowa kolejka. Ustawiłyśmy się w jednej z nich i czekałyśmy na swoją kolej. Zaznaczę, że wczoraj były środy z Orange i dwa bilety były w cenie jednego. To mówi samo za siebie. A podobno ludzie nie chodzą do kina.
Nasze bilety kupiłyśmy o 20:25 i udałyśmy się na salę, gdzie już trwały reklamy. Większość miejsc była zajęta, ale nam udało się usiąść w trzecim rzędzie od końca (nie mogę zbyt blisko ekranu siedzieć, bo mam traumę). Oczywiście podczas reklam trafiło się kilka interesujących zwiastunów zbliżających się produkcji i zaczynam się głęboko zastanawiać czy nie wybrać się na "Ugotowanego" z Bradley'em Cooperem. Jaki on jest tam przyyyyystojny. Generalnie jest przystojny, ale tu to już wybitnie. Po 25 minutach reklam zaczęła się zabawa...

O czym film? A no mamy sobie gangstera (Johnny Depp), który trzęsie Bostonem. Do tego jest jego młodszy brat (Benedict Cumberbatch) piastujący stanowisko senatora i najważniejszej osoby w stanie. Pojawia się także agent FBI (Joel Edgerton), który jest kolegą z dzieciństwa dwóch braci. Ich drogi się krzyżują, a mafiozo i policjant zawierają przymierze, które ma im obojgu pomóc. Z minuty na minutę dochodzi do kolejnych morderstw (nie chciało mi się ich liczyć, ale z piętnaście na pewno było), bohater Deppa było coraz bardziej sfrustrowany i brutalny, a detektyw brnął w kłamstwa. Można by powiedzieć, że dużo się działo, czasem nawet za dużo, ale czegoś brakowało. Nudą nie wiało, ale były momenty, że patrzyłam na zegarek i liczyłam czas do końca.

W filmie przewinęło się wiele osób, które gdzieś już kiedyś widziałam (pomijając tych wymienionych powyżej) m.in. Kevin Bacon, Dakota Johnson (jak już napisałam na fanpage'u, nie była nawet bardzo drewniana), Corey Stoll czy Julianne Nicholson. Obsada niby dobra, ale sam film pośladów nie urywał. Do tego wygląd Deppa, który wyglądał jak Gollum z Hobbita. Szkła kontaktowe w nienaturalnie niebieskim kolorze, sterta silikonu na twarzy i dziwne blond włosy, których więcej nie było niż były. Gdzieś tam w środku próbowałam sobie wmówić, że ten film ma mnie do niego przekonać, jednak stało się zupełnie inaczej. Nie lubię go jeszcze bardziej.

Co do Cumberbatcha, to tuż przed seansem założyłam się (to chyba za dużo powiedziane) z moim Wilsonkiem ile dostanie czasu antenowego. Ona obstawiała pięć minut, ja koło dwudziestu pięciu. Starałam się liczyć sceny, w których się pojawiał, ale zgubiłam się przy siódmej, co oznacza, że ja byłam bliżej wygranej. Fajnie, że jego bohater był pozytywny i tak naprawdę nie miał bezpośredniego związku ze swoim bratem (poza więzami krwi oczywiście). Pan senator nie wtrącał się do brudnych interesów starszego braciszka,a ten drugi nie prosił polityka o przysługi. Jedyne co mi przeszkadzało to sposób w jaki mówił Benedict. Wiadomo, że do roli był potrzebny bostoński akcent, ale to jak mówił przypominało człowieka, który wpakował sobie pół bułki do ust i próbował coś tłumaczyć.

Jak na film gangsterski to całkiem nieźle, ale bez szału. To produkcja z kategorii tych raz obejrzanych i raczej do niech więcej nie wracamy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz