Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

Zakochani z urzędu, czyli Podatek od miłości

Wiecie, są takie filmy, na które długo się czeka. Czeka się, bo się dużo słyszało, bo mówią, że będzie dobre, bo sto tysięcy innych powodów. Otóż na "Podatek od miłości" czekałam do pewnego momentu, a mianowicie gdy zobaczyłam zwiastun po raz pierwszy, a raczej fragmenty filmu w teledysku do piosenki, którą wykonała Kayah. Przed tym momentem nie mogłam się doczekać aż będzie wiadomo coś więcej poza tym, że dwie główne role przypadły Aleksandrze Domańskiej i Grzegorzowi Damięckiemu. Potem czar prysł, bo w zwiastunie powiało typowo polską komedią romantyczną, czyli złem wcielonym. Jednak po pierwszym seansie zostałam zaczarowana.


„Podatek od miłości” nie jest (jakby się mogło wydawać) filmem o facecie, który jest prostytutką. Nic z tych rzeczy. Marian (Grzegorz Damięcki) jest trenerem osobistym, który po prostu doradza ludziom. Niestety pewna osobista sprawa zmusiła go do tego, by udawać, że jest panem do towarzystwa. Całe śledztwo przeprowadza w sprawie potwierdzenia tym kim jest prowadzi Klara (Aleksandra Domańska), która jest twardą babką i nie da sobie wejść na głowę. Co zresztą nie raz pokaże. Generalnie jest to słodko-pierdząca komedia romantyczna, w której dialogi są płaskie, a kadry kolorowe, radosne i generalnie miłość wali po oczach. Tutaj rodzące się uczucie idzie trochę drugim torem. Ważniejsze jest odkrycie prawdy kim tak naprawdę jest Marian.


 Genialne w tym filmie są dialogi. Sceny, w których pojawiają się dzieci są przekomiczne. Zresztą spotkanie z rodzicami Klary, a szczególnie z jej ojcem (w tej roli Zbigniew Zamachowski) to perełki. Jednak chyba ludzie na sali najgłośniej wybuchnęli śmiechem, gdy był monolog o „byciu słoikiem”. A bycie słoikiem jest super, pozdrawiam mamę ;)


Jedną z mądrzejszych rzeczy w tym filmie było rozpisanie ról drugoplanowych (pierwszymi się zaraz osobno zajmę). Wystarczyło, że ktoś pojawił się na jedną lub dwie sceny, ale w bardzo skondensowany sposób przekazał to, co miało pchnąć ciąg dalszy akcji. Nikt tu nie był nachalny, nie wpychali go na siłę, żeby tylko wypełnić czas na ekranie. Przyznam się szczerze, że filmy spokojnie mógłby być dłuższy o jakieś dwadzieścia minut, tym bardziej że zakończenie oczywiście poleciało sztampą. A zabrakło takiej jednej sceny, która pokazywała co dalej. Wiadomo, że żyli długo i szczęśliwie, ale aż się prosiło coś uroczego.


 Jeśli chodzi o głównych bohaterów. Ktoś od castingu pomyślał i świetnie, że nie zatrudnili po raz kolejny tych samych opatrzonych twarzy. Aleksandra Domańska w ostatnim czasie zaczęła się pojawiać w filmach (m.in. „Volta” czy „Po prostu przyjaźń”), ale także w serialach. Klara, którą zagrała oprócz tego, że jest dobra w tym co robi, czyli w ściganiu oszustów podatkowych to do tego świetnie boksuje, szybko biega i jest świetnym szpiegiem. Nie jest typową słodką idiotką, która najpierw się zakochała, potem coś jej się nie spodobało i się obraziła. Potrafiła podjąć kilka decyzji, które zdecydowanie zmieniły jej życie. A jeżeli macie konto na Instagramie to zacznijcie tam obserwować Olę. Jej relację, zdjęcia i filmiki to złoto. Humor poprawiony na cały dzień. Jeśli chodzi o Grzegorza Damięckiego to kto by pomyślał, że naczelny złol dobrych, polskich seriali, stanie się nagle pięknie patrzącym na kobiety uwodzicielem. Oczywiście z tym uwodzeniem to mam na myśli tabuny kobiet, które po prostu tłumnie ruszyły do kina. A jeśli któraś z pań miałaby za mało uroku osobistego pana Damięckiego to polecam obejrzeć Teatr Telewizji z 1992 roku „Moralność Pani Dulskiej”. Zakochanie gwarantowane z miejsca ;) 


Oczywiście przyznaję się, że na tydzień przed premierą zaczęłam oglądać (i słuchać) wszystkie możliwe wywiady promujące film. Głównie z Grzegorzem Damięckim, ale no jakoś inni byli mniej chętni. Przynajmniej dowiedziałam się, że piosenkę promującą film w duecie z Kayah miał właśnie zaśpiewać Damięcki, ale odmówił. Z jednej strony szkoda, bo ma naprawdę świetny głos (ma swój zespół, w którym jak to mówi „drze się, a nie śpiewa”), co można usłyszeć w filmie. Ale z kolei z drugiej strony patrząc po tym jak się stresował i czuł niekomfortowo podczas telewizyjnych wywiadów to może lepiej, że stało się jak się stało. Do tego był ten mini serial na TVN-ie, który miejscami zastanawiał mnie jaki w ogóle ma sens, no ale człowiek oglądał. I tu trzeba napisać, że Polacy nie potrafią w marketing. To zawsze już chyba będzie piętą Achillesa. Ja wiem, że w trailerach chce się umieszczać wszystko co najlepsze, ale zwiastun do „Podatku...” był tak zmontowany, że po prostu wiele osób zostało odstraszonych.


Mnie się tak film spodobał, że wylądowałam w kinie dwa razy. Na pewno jak wyjdzie na DVD albo trafi na VOD to sobie jeszcze nie raz obejrzę, bo to naprawdę ciepły i przyjazny film, który pokazuje, że nawet największy przegryw ma szansę wyjść na prostą albo przynajmniej znaleźć kogoś z kim będzie mógł wkroczyć na drogę, która prowadzi na tą prostą. Jak nudzi wam się w weekendowe popołudnie to po prostu zabierzcie do kina osobę, w której towarzystwie dobrze się bawicie i odpłyńcie od codzienności na niecałe dwie godziny.

 

środa, 17 stycznia 2018

Pomyliliśmy przyjęcia czyli Party

W styczniu byłam w kinie już sześć razy, a to jeszcze nie koniec. Czekają mnie jeszcze co najmniej trzy wizyty. Jakoś tak ostatnio mam twórczego lenia i doszłam do wniosku, że pod koniec miesiąca będzie jeden duży wpis o wszystkich filmach jakie widziałam w styczniu. Jednak w tym przypadku musiałam się wyłamać. "Party" miało być dobrym filmem, po którym wszyscy oczekiwali, że będzie miło i sympatycznie. Otóż, no właśnie...


Na tytułowym przyjęciu spotyka się grupa znajomych, którzy mają zamiar świętować zdobycie teki ministra przez jedną z bohaterek, Janet (Kristin Scott Thomas). W tym samym momencie jej mąż, Bill (Timothy Spall) postanawia oznajmić coś, co pociągnie za sobą lawinę oskarżeń, pomówień i wyjawień niewygodnej prawdy. Właściwie ten film byłby lepszy jako sztuka teatralna, bo tak naprawdę powierzchnia, na której odbywała się akcja nie wychodziła poza ramy domu Janet i Billa. A tak wyszło coś co nie do końca zagrało.


Fajnym pomysłem było to, że film jest czarno-biały. Jakoś tak przyczyniało się to do tego, że trochę bardziej można było się skupić na bohaterach i na ich problemach niż na tym co jest dookoła. Na korzyść była też długość filmu. Coraz rzadziej spotyka się filmy pełnometrażowe, które ledwo przekraczają sześćdziesiąt minut. Chociaż z drugiej strony przez to, że czas był tak skrócony możliwe, że nie było szansy na lepsze rozwinięcie problematyki produkcji.


Wszędzie reklamują ten film jako doskonałą czarną komedię z typowym brytyjskim humorem. Cóż, zawsze wydawało mi się, że bawi mnie owe poczucie humoru, bo uwielbiam Monty Pythona, Fry and Laurie czy nawet Benny'ego Hilla, ale tutaj miejscami miałam minę w stylu "serio, naprawdę to ma mnie bawić?". A szczególnie byłam nie tyle zażenowana co zdziwiona wręcz duszeniem się ze śmiechu ludzi, który byli ze mną na seansie. No kurczę, owszem były pewne ironiczne zbiegi okoliczności, ale (uwaga, możliwy spoiler!) śmierć na podłodze mieszkania jest śmieszna? Może to moja wina, może miałam gorszy dzień na takie poczucie humoru, sama nie wiem.


Do tego miejscami dialogi były tak płaskie i nienaturalne, że aż zaczęłam się zastanawiać czy ludzie na pewno tak między sobą rozmawiają. Może taki był zamysł, może to przerysowanie postaci i sytuacji właśnie takie miało być, jednak to zupełnie do mnie nie trafiło. Plusem była obsada, która była dobrze dobrana i tak naprawdę każdy z aktorów jest szerzej znany z jakiejś roli (przynajmniej dla mnie). Więcej nie ma się co rozpisywać, jeśli lubicie coś w stylu przerysowanego teatru telewizji to śmiało, jak nie to po prostu odpuście i poszukajcie czegoś przy czym naprawdę dobrze możecie się bawić.



sobota, 30 grudnia 2017

Możesz być sobą, czyli "Fernando"

Po ostatniej wycieczce do kina obiecałam sobie, że więcej na bajkę nie pójdę (byłam na "Coco" i tak strasznie to przeżywałam, że nawet wpisu nie rozbiłam, ale nie byłam w stanie). Jednak gdy tak wiele razy siedzisz w kinie i oglądasz zwiastuny nadchodzących produkcji to nie możesz się kilku z nich oprzeć. Tak też było i tym razem. No dobra, duże znaczenie miało, że główną rolę dubbingował Marcin Dorociński, a ja za bardzo lubię jego głos, żeby przepuścić taką okazję. Korzystając z dnia wolnego wybrałam się na "Fernando".


Ostatnio mam tak, że kinowe animacje bardziej mnie ciekawią i wzruszają. Na "Coco" poryczałam się już po pierwszych pięciu minutach i wyłam cały film. Serio, wyłam... W przypadku "Fernando" nie uroniłam ani jednej łzy i uważam to za swój osobisty sukces. Może dla tego, że nie było jakoś wybitnie "życiowo". Animacja opowiadała o losach przeuroczego byczka Fernando, który był bardzo wrażliwy i nie za bardzo w głowie były mu walki byków. Los jednak sprawił, że światowej sławy torreador postanowił wybrać go do swojej ostatniej walki w karierze. Jednak zanim dojdzie do korridy to Fernando będzie musiał radzić sobie z tym kim jest i jakie jest jego pochodzenie. Uwielbiam takie produkcje, które pod osłoną szalonej komediowej przygody przekazują bardzo ważne wartości, szczególnie młodemu widzowi, który nawet jeszcze do końca tego nie rozumie.


"Fernando" to tak naprawdę bajka o tym, że należy być sobą i robić to co się lubi, a nie zajmować się czymś, "bo tak trzeba" albo że taka jest tradycja czy nasz wygląd bądź warunki fizyczne. Przecież wielki byk może uwielbiać kwiaty. Nie ma sensu zmieniać kogoś na siłę, gdy ta osoba tego nie czuje. A bardzo często jest tak, że ktoś próbuje dopasować nas do siebie i nie zwraca uwagi na to kim jesteśmy.


Jak już wcześniej wspominałam, Dorociński mistrz w głównej roli, ale prawda jest taka, że ja to bym chciała obejrzeć w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo za jednego byczego jegomościa głos podkładał David Tennant. Jakież to musi być cudowne, gdy Tennant gada tym swoim szkockim akcentem jako rozczochrany byczek. Dlatego urządzę sobie jakieś polowanie na wersję angielską. Ogólnie wszystkie postaci w filmie były super, no może poza panem torreadorem, bo był taki trochę no, za długie i za chude nogi miał.


Tak czy inaczej miło by było mieć takiego swojego byczka, który najpierw były uroczym malcem, a potem nie zmieniłoby się w nim nic poza jego wielkim ciałkiem, przez które czasem miał kłopoty. Dlatego jeśli będziecie mieli okazję to śmiało wybierzcie się do kina, bo będziecie mieli gwarancję świetnej zabawy przez prawie dwie godziny.


P.S. Obiecuję, że od Nowego Roku będę się starała robić wpisy z każdego filmu. Naprawdę! ;)

niedziela, 15 października 2017

Ten Bałwan się roztopił, czyli Pierwszy śnieg

Nie ukrywam, że jak tylko odkryłam, że "Pierwszy śnieg" powstanie, to obiecałam sobie, że pójdę do kina i to w dniu premiery. Nawet chciałam do tego czasu przeczytać wszystkie książki z Harrym Holem. Przeczytać wszystkich nie zdążyłam, ale tą której film dotyczy, jak najbardziej. Do tego w dniu premiery znalazłam się w kinie i czego chcieć więcej? A no właśnie... Może dobrego filmu?


Generalnie "Pierwszy śnieg" przedstawia serię kilku makabrycznych zabójstw dokonanych na kobietach. W książce naprawdę nie było to takie łatwe rozpoznać kto za wszystkim stoi. Z kolei w filmie nie miałabym najmniejszego problemu z rozszyfrowaniem tej zagadki, ponieważ wszystko było podane jak na tacy. Zresztą już od pierwszej sceny pokazana była rozbieżność z oryginałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko "na podstawie", jednak wolę jak podstawa jest wierna oryginałowi w większym, a nie mniejszym stopniu. Nie chcę za bardzo zdradzać co od czego się różniło, bo książkę naprawdę warto przeczytać. No i dziwiło mnie to, że "Pierwszy śnieg" to 7 tom, w którym głównym bohaterem jest norweski detektyw. Zazwyczaj zaczyna się od początku, no ale widocznie ktoś miał taką wizję. Tylko, że i tak jest pewien problem i tak, przynajmniej dla mnie. Bo ja jako osoba po lekturze książki to co widziałam na ekranie porównywałam do tego co przeczytałam. Ale osoba, która nie czytała książki momentami miała problem, żeby ogarnąć niektóre wątki, bo najzwyczajniej w świecie pewne sytuacje i powiązania w filmie nie zostały wytłumaczone. A wszystko przez to, że nie da się w dwie godziny ekranizacji upchnąć ponad czterystustronnej książki.


Tak czy inaczej dla mnie książkowy Harry już zawsze będzie miał twarz Michaela Fassbendera, któremu wybaczam to, że tu coś nie wyszło. Dla Fassbendera jestem w stanie na wiele rzeczy przymknąć oko, więc i tu niech tak będzie. Za to niesamowicie w tym filmie drażnił mnie Val Kilmer. O matko, nie mogłam na niego patrzeć i go słuchać. Wyglądał jak bokser, który od pewnego czasu zaczął stale odwiedzać chirurga plastyka i ostrzykiwać się botoksem. Właściwie nigdy nie byłam jego fanką, ale tu mi tak bardzo przeszkadzał. 


Zabawne, ale montażyści też się nie popisali, ponieważ w zwiastunie zostały umieszczone dwie sceny, których w ogóle nie było w filmie. Nie wiem czy komuś się przysnęło czy co, ale mimo wszystko po zwiastunie miałam ogromny apetyt na ten film. Po książce urósł do ogromnych rozmiarów, a gdy już było po to poczułam spore rozczarowanie. Kurczę, ten film mógł mieć wszystko, a tak naprawdę nie miał nic. I to jest smutne. 


Generalnie zabrakło tego czegoś, tego magnetyzmu, który ma książka. Tutaj wszystko spłaszczyli, pociągnęli do minimum minimum i widz wyszedł z kina zawiedziony. Po prostu będę się trzymać tego, że po raz kolejny dostaliśmy pusty przekład do zarabiania pieniędzy dla Holiłudu. I chociaż bardzo bym chciała to mam nadzieję, że nie wezmą się za ekranizację kolejnego tomu...


czwartek, 5 października 2017

Kadry pędzlem malowane, czyli Twój Vincent

Nie pisałam cały miesiąc i jest mi smutno z tego powodu. No ale tyle się działo przez ten czas, że zupełnie nie było mi z tym po drodze. Ale teraz już wracam... Wracam i to z filmem, na który czekałam odkąd tylko się dowiedziałam, że powstanie. Czasami jest tak, że czeka się i czeka, ale wie się, dokładnie się wie, że jak już się wejdzie na kinową salę to nie będzie to stracony czas. "Twój Vincent" zachwyca. Zachwyca do tego stopnia, że przez całe moje ciało przechodziły ciarki. I to nie jednokrotnie.


Film opowiada o tajemniczej śmierci Van Gogha i momentach, które poprzedzają ten tragiczny dzień. Jednak głównym bohaterem nie jest malarz. Mamy tu opowieść o młodym chłopaku, Armandzie Roulinie (Douglas Booth), który otrzymuje od swojego ojca list, który został napisany przez Van Gogha, by ten dostarczył go bratu artysty, Theo. Akcja filmu dzieje się już po śmierci Van Gogha. Dla wszystkich motyw śmierci malarza był zagadką i każdy z kim rozmawiał Armand przedstawiał mu jego własną wersję i domysły.


"Twój Vincent" to koprodukcja polsko-brytyjska. Film składa się z 65000 klatek, które są ręcznie malowanymi obrazami, które przetworzono na animację. Aktorzy zostali doskonale odwzorowani na obrazach. Czasami ma się wrażenie, że ogląda się normalny film, a nie animację. W Polsce produkcja głownie jest pokazywana z dubbingiem. Szczerze mówiąc, w tym wypadku wolałabym obejrzeć z napisami (mimo że to animacja), bo nie ukrywam, że chciałam posłuchać głosu Aidana Turnera czy Eleanor Tomlinson, który pojawili się w tym filmie. I mimo, że bohater Turnera w polskim dubbingu otrzymał głos Macieja Stuhra i to zagrało, tak w przypadku Tomlinson było już trochę gorzej. Tutaj głosu użyczyła Olga Frycz i to bardzo drażniło. Nie wiem czy to moja kwestia przyzwyczajenia do głosu Eleanor, ale jak dla mnie w polskim dubbingu jej bohaterka otrzymała zbyt piskliwy głos, przez co wyszło zbyt cukierkowo i mizdrząco.


Oprócz dubbingu miałam problem z jeszcze jedną rzeczą, ale zrzucę to na mój nie do końca sprawny wzrok. Otóż, gdy kadry były w miarę statyczne to nie miałam problemu, jednak gdy klatki bardzo szybko się zmieniały, obraz mi się rozmazywał co sprawiało, że wszystko się zlewało i nie mogłam dobrze skupić się na tym co jest na ekranie. Poza tym wizualnie było przepięknie. Cudowne kolory i podobieństwo do oryginalnych prac Van Gogha. Nie znam się na malarstwie, ale jako zwykłemu widzowi niesamowicie to się podobało. Może sama fabuła nie była przegenialna, ale artystycznie petarda.


Film wzruszający, dający do myślenia. Zresztą ja mam ten problem, że Van Gogh jakoś tak dziwnie na mnie działa. W szkole od zawsze w podręcznikach do plastyki najdłużej przyglądałam się jego pracom, a sama historia jego życia mnie ciekawiła. Nawet za jeden z najlepszych odcinków Doctora Who uważam właśnie ten, gdzie Doctor spotyka Vincenta. Pamiętam, że wtedy popłakałam się jak dziecko. Na filmie również oczy mi się zeszkliły i nawet stwierdziłam, że trzeba udać się do Amsterdamu, żeby pójść do muzeum, gdzie są obrazy Van Gogha. Dlatego warto iść do kina i przez półtorej godziny udać się w przepiękną podróż, z której powróci się z pięknymi obrazami w głowie.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Emotikona jedzie w podróż między aplikacjami, czyli Emoji Movie

Ja wiem, ja wiem, sto lat nie pisałam, że ja po prostu nienawidzę robić wpisów na telefonie, a podczas ciężkich trudów zarobkowych nie miałam ze sobą laptopa. Tak więc teraz nazbierało mi się milion wpisów do zrobienia, ale obiecuję, że w miarę możliwości będę wszystko nadrabiać. W Anglii w kinie byłam dwa razy, raz na Spider-Manie, a później w sierpniu po raz drugi na "Emoji Movie". Poszłam, bo obiecałam, a jak się obiecuje to się dotrzymuje. No i poszłam i nie popełniajcie tego błędu, gdy film wejdzie już do kin w Polsce (premiera jakoś ma być na przełomie września i października).


Prawda jest taka, że wpis mógłby się opierać na jednym zdaniu. Naprawdę. W filmie poznajemy emotikonkę Gene, który powinien być po swoich rodzicach czymś w stylu "meh", ale niestety coś z nim jest nie tak. Potrafi okazywać emocje innych emotek i niestety jest to dla niego uciążliwe. Dlatego postanawia się wyrwać z komunikatora rozmowy i poszukać swojego szczęścia w innych aplikacjach. Niestety jego wycieczka przyczynia się do tego, że telefon zaczyna szwankować, a jego właściciel nie potrafi sobie z tym poradzić. W podróż z Gene udaje się Hi-5 i Jailbreak (musicie mi wybaczyć, że piszę to oryginalnymi nazwami, ale nie mam zielonego pojęcia jak oni to przetłumaczą w polskim dubbingu - oby nie "Cześć Piątka i Przerwa Więzienna czy coś). No i tak ta trójka sobie podróżuje, by przekonać się kim naprawdę są i jakie mają umiejętności.


Oczywiście wszystkie emotikony, które mamy w swoich komunikatorach pojawiły się w filmie, a największą furorę oczywiście zrobiła kupa. A przy okazji ta kupa mówiła głosem Sir Patricka Stewarta. Myślę, że dzieciak nie do końca wiedzą kto to, ale pominę to. Właśnie jeśli chodzi o dubbing to była to jedna z lepszych rzeczy. Za Hi-5 głos podkładał James Corden, a za Jailbreak Anna Faris. Do tego ścieżka dźwiękowa genialna. Ostatnio muzyka twórcom filmów wychodzi i chociaż uszy mogą się świetnie bawić na większości seansów. 


Sam film naprawdę nie miał w sobie głębszej historii, scenariusz leżał, za to na pewno wpływy pieniężne z gadżetów i promocji były obfite. Na pewno dzieciaki tłumnie będą chciały iść do kina, ale dorośli jeśli mają wybór to niech sobie odpuszczą. Na tym filmie po raz pierwszy zdarzyło mi się wyjść na moment z sali (duża kawa zrobiła swoje) i szczerze mówiąc nic mnie nie ominęło. Jedyne co się zmieniło to to, że emoty przeszły z Candy Crush do Spotify. Raz obejrzane i zdecydowanie wystarczy.


wtorek, 11 lipca 2017

Pajączku, uratuj świat! Czyli Spider-Man Homecoming

Prawda jest taka, że wpis miał być już w piątek, czyli wtedy kiedy byłam w kinie, ale jak zwykle mi nie wyszło. W każdym razie seans zaliczony i szczerze nie żałuję. Do każdego poprzedniego Spider-Mana podchodziłam z rezerwą i prawda jest taka, że widziałam maksymalnie dwa filmy i to te pierwsze z początku XXI wieku (nie jestem nawet w stanie podać dokładnego roku ich powstania). Ale z tej okazji, że tego Petera Parkera przygarnął Marvel i powitaliśmy gier po raz pierwszy w Wojnie Bohaterów to grzechem byłoby nie obejrzeć. Pech tak chciał, że premierę wymyślili sobie na lipiec, więc zmuszona byłam iść do angielskiego kina i bez wsparcia polskich napisów zagłębić się w nowej produkcji. I co zabawne, bez problemu wszystko zrozumiałam.


W filmie poznajemy młodego chłopaka, który jest uczniem amerykańskiej szkoły, jego konikiem są nauki ścisłe, a najlepszym przyjacielem miejscowy grubasek-nerd. Poza tym Peter wszystkim się chwali, że zna Iron Mana i generalnie tylko czeka, aż ten da mu znać, by mógł znowu się z nim spotkać. Oczywiście nikt nie wie, że to on jest Pajęczakiem, do czasu, gdy jego kumpel odkrywa jego tajemnice i za wszelką cenę namawia go zdradzenia prawdy o sobie. Dla zabicia czasu i byciu w ciągłej gotowości Parker sprawuje "opiekę" nad miastem. Pomaga staruszkom, ratuje miasto od napadów na bank, a także ucieka z lekcji. Jest też zwyczajnym nastolatkiem, który po cichu podkochuje się w jednej z najładniejszych dziewczyn w szkole. Krótko mówiąc, typowy nastolatek. Jednak gdy w mieście pojawia się pewien bardzo nieprzyjemny typ, Peter musi zdecydować czy woli siedzieć bezczynnie i czekać na telefon od Starka czy brać sprawy w swoje ręce...


A ten nieprzyjemny typ, no cóż, jakoś tak skradł moje serce i niestety, ale Loki musi mu ustąpić miejsce i wędrować na trzecie miejsce moich ulubionych typów spod ciemnej gwiazdy. Michael Keaton ostatnio w filmach mnie zaskakuje i nie ukrywam, że ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że to on pojawi się jako złol w Spider-Manie. W końcu mamy bohatera, który kierowany konkretnymi pobudkami stał się tym kim się stał. Nie ma żadnej mocy nadprzyrodzonej, jest po prostu inteligentnym człowiekiem, który potrafił wykorzystać to co mu zostało jako jego ostatnia deska ratunku. I uwierzcie mi, to on was będzie najbardziej zaskakiwał w tym filmie. Z kolei Tony Stark w tym filmie to taki trochę dobry wujek, a trochę zły tata. Szczerze to myślałam, że pojawi się w więcej niż pięciu scenach, no ale cóż, nie będę wybrzydzac. Trzeba będzie poczekać do kolejnych Avengersów na więcej Żelaznego Gościa.


Generalnie nie chcę pisać za dużo o samym filmie, bo nie warto psuć sobie zabawy. Peter został odmłodzony, wepchnięty w świat elektroniki jak na nastolatka przystało i dodano mu pewnej świeżości i lekkości, bo niby wcześniej już to było, ale teraz jest jakby inaczej. Wybierzcie się do kina, jeśli chcecie przez dwie godziny świetnie się bawić, a przez ostatnie czterdzieści minut siedzieć z rozdziawioną buzią. Przynajmniej ja tak miałam... Nie to co mój 10-letni kuzyn, który po pół godzinie powiedział, że się nudzi.


Za to zaciekawiły mnie jeszcze przed sensem dwa zwiastuny: Thora 3 i Defendersów. Ten drugi skłonił mnie do tego, żeby obejrzeć w końcu Daredevila, Luke'a Cage'a i dokończyć Iron Fista. Plan jest taki, żeby chociaż z dwiema z tych trzech produkcji wyrobić się do końca lipca. Także trzymajcie kciuki.


P.S. Ostatnio jestem bardzo leniwa jeśli chodzi o pisanie, w przeciwieństwie do oglądania. Obiecuję, że do piątku pojawi się jeszcze jeden wpis, tym razem o serialu.

piątek, 23 czerwca 2017

Przepraszam, co my oglądamy? Czyli Song To Song

Dobra, przyznaję się, jestem turbo leniwą bułą, której się ostatnio nic nie chce. Nawet robić wpisu. Jednak stwierdziłam, że plik na pulpicie kuje mnie w oczy i czas się zabrać do pracy. Od premiery "Song to song" minął ponad miesiąc. Nie ukrywam, że odkąd się dowiedziałam, że powstanie ten film to nie mogłam się doczekać, żeby go obejrzeć. Głównie przez wzgląd na obsadę. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy udało mi się zdobyć darmowe wejściówki i zgarnąć moją przyjaciółkę ze sobą do kina. Miało być miło. Ona miała się zachwycać Goslingiem, ja Fassbenderem i wszyscy mieli być szczęśliwi. Otóż nie...

Na samym początku pomyślałam sobie, że to nie będzie film akcji, nie będzie lania po mordzie, będzie stonowana akcja, pomału, spokojnie. Owszem, było za wolno i za spokojnie. I za patologicznie. Po pierwszych trzydziestu minutach salę opuściło 10 osób. Bez jakichkolwiek wątpliwości i zająknięć, wzięli swoje rzeczy i z radością opuszczali seans, mrucząc po nosem "co to za gówno". Myślałam, że ludzie powariowali, że nie no, po pół godzinie to przecież za szybko, bo akcja się jeszcze nie rozkręciła. Taaa, jak się drętwo zaczęło tak się skończyło. Jedyne co mnie trzymało w fotelu to ładny Fassbender.


O czym właściwie jest film? No właśnie, o niczym. Absolutnie o niczym. Prawda jest taka, że nawet w Internetach ciężko znaleźć jakiś sensowny opis o czym jest ta produkcja. Jest dwóch przystojnych panów, ładna pani, potem pojawia się druga. Panowie się kiedyś przyjaźnili, pierwsza pani kocha/kochała jednego, z drugim chodziła do łóżka, druga pani z kolei chyba kochała tego drugiego, a może bardziej jego pieniądze, a potem tragicznie się to dla niej skończyło. Panowie i panie bujali się pomiędzy różnymi romansami, ale nic ich nie uszczęśliwiało. I tak mijały ponad dwie godziny filmu, który się oglądało tak, jakbyśmy podglądali dziwnych ludzi. 


W sumie jedyną rzeczą, którą wyniosłam z tego filmu było to, że każdy człowiek w swoim życiu, za wszelką cenę stara się robić rzeczy by uszczęśliwić swoich rodziców. Czy to duchowo czy to materialnie. Tak naprawdę tylko to się liczy. Liczy się to by rodzice byli z nas dumni i mogli się nami chwalić. Bo kto będzie opowiadał o twoich życiowych porażkach? Prawda jest taka, że chcemy to ukryć w najciemniejszym kącie naszej szafy albo zamieść pod dywan. Ale potknięcia i wywrotki się zdarzają. 


Po wyjściu z kina określiłam ten film jako intrygujący. A zrobiłam to tylko dlatego, że zabrakło mi innego słowa na określenie go. Owszem, podobała mi się praca kamery, bo praktycznie były same zbliżenia na twarze, wszystko było takie artystyczne, trochę pokolorowane i czasem sprawiające wrażenie dokumentu, a nie filmu fabularnego. Co zabawne, wiele ludzi było rozczarowane faktem, że ten film tak bardzo się nie udał, a miał doskonałą obsadę: Ryan Gosling, Michael Fassbender, Rooney Mara, Natalie Portman, Cate Blanchett, Lykke Li (jak na taki film to świetnie zagrała, naprawdę!) i jednak nie wyszło. A do aktorskiego towarzystwa wprawne oko mogło dostrzec wiele gwiazd muzyki m.in. Patty Smith, Iggy'ego Popa czy chłopaków z Red Hot Chili Peppers.


I to właśnie muzyka była czymś genialnym w tym filmie. Polecam posłuchać soundtracku. Od muzyki klasycznej po doskonałego rocka w czystej postaci. I nie, to nie jest musical jak można przeczytać w niektórych opisach. To po prostu film z doskonałą ścieżką dźwiękową. Poza tym w "Song to song" znalazła się przepiękna scena, w której jest śpiewana modlitwa po polsku. I serio, możecie być wierzący bądź też nie, ale po wysłuchaniu i obejrzeniu tego fragmentu ma się ciary na całym ciele. Aż dłonie zacisnęłam w pięści w tamtym momencie. Oczywiście jest to wprowadzenie do pewnej sceny, po której można sobie uświadomić co film mógł pokazać w prostszy sposób, a nie w taki zawiły i artystyczny.


Film do obejrzenia zdecydowanie raz. Więcej nie potrzeba, bo nie wiem czy po drugim, piątym czy dziesiątym seansie da się ten film zrozumieć. Poza tym, że Gosling był ładny, Fassbender mega pokręcony i szurnięty, muzyka doskonała to nie ma nic. Nic a nic. Film do mnie nie trafił i szczerze mówiąc chyba trafi do czołówki filmów, podczas których najczęściej patrzyłam na zegarek. I bardzo się cieszę, że nie płaciłam sama za bilety, bo bym żałowała każdej złotówki. 


P.S. Jakbyście szukali zamiennika kwiatka bądź czekoladek dla ukochanej to polecam czerwoną żarówkę. I to jeszcze ukradzioną. Ot, takie fajne, niekonwencjonalne. Szczerze? Cieszyłabym się bardzo! ;)



czwartek, 25 maja 2017

Najważniejsze jest to kto wychował, czyli Jutro będziemy szczęśliwi

Czasami są takie filmy, po których nie spodziewamy się jakiś wielkich rzeczy. Uważamy, że pewnie będzie to zwykła obyczajówka, z elementami komedii albo odwrotnie. A potem wychodzimy z kina i nie możemy dojść do siebie. Na "Jutro będziemy szczęśliwi" wybrałam się z przekonaniem, że skoro to francuski film to będziemy zanosić się śmiechem. Owszem, na początku tak było, jednak do czasu...


W filmie poznajemy Samuela (genialny Omar Sy), który niczym się nie przejmuje, żyje z dnia na dzień, jest nieodpowiedzialny, lubi imprezować i generalnie jego życie to ciągłe wakacje. Pewnego poranka, po niezłej imprezie, na jego jachcie, na którym pracuje, pojawia się Kristin (Clemence Poesy), która na rękach trzyma niemowlę. Sposobem podrzuca mu dziecko, a sama ucieka. Zdezorientowany Samuel postanawia udać się do Londynu, gdzie pracuje matka dziecka i ją odszukać. Jak się okaże to nie będzie takie proste. Mężczyzna skazany sam na siebie (no i nowo poznanego kumpla-geja) musi wychować dziecko. Przez osiem lat Samuel zapewnił dziewczynce takie życie, o jakim marzy większość ludzi, gdy nagle pewnego dnia, otrzymuje wiadomość, że do Londynu przyjeżdża matka dziewczynki i chce się z nią zobaczyć. Od tego momentu już nic nie będzie takie jak dotychczas.


Ten film jest tak naprawdę o tym, że nie liczy się kto spłodził czy urodził dziecko, ale najważniejszy jest ten kto wychował. Kto wspierał w trudnych chwilach, kochał, rozumiał, pomagał, układał do snu, bawił się czy po prostu był. Założę się, że nie tylko ja na sali w duchu wyzywałam matkę dziewczynki od najgorszych za to, że wróciła jak gdyby nigdy nic i jeszcze zaczęła się domagać, żeby wszystko nagle było jak w normalnej rodzinie. Nie dziwię się, że Samuel zachowywał się jak się zachowywał. Za to postępowanie matki dziewczynki sprawiało, że gotowałam się w środku. 


Oprócz tego główny bohater pokazał, że czasami trzeba nagle zmienić się z dnia na dzień i zapewnić niewinnej i bezbronnej istocie wszystko czego potrzebuje. Udowodnił, że dla swojego dziecka jest w stanie zrobić wszystko, nawet oszukać ją dla jej własnego dobra, byle tylko mogła żyć w spokoju i poniekąd w bajkowym, beztroskim świecie. Jak się potem okaże, nie robi nic dla byle fanaberii tylko jest w tym większy cel. 


Oczywiście w filmie jest kilka niedociągnięć jak np. opuszczanie szkoły przez dziewczynkę (w Anglii z tego co wiem jest to bardzo pilnowane i gdyby naprawdę miała taka sytuacja to już na głowie mieli by opiekę społeczną) czy też że bohater przez 8 lat nie mógł się nauczyć ani słowa po angielsku. No dobra, znam takie przypadki, no ale żeby chociaż podstaw? Nie mówię o załatwianiu czegoś w banku, ale normalna, codzienna międzyludzka interakcja. Jednak to wszystko się wybacza, bo film jest tak pięknie opakowany i zbudowany, że wierzy się w bajkę jaką otrzymujemy. A kto by nie chciał żyć w bajce?


Zakończenie filmu było tak zaskakujące, że przez ostatnie piętnaście minut powstrzymywałam się od płaczu, ale jak usłyszałam, że koleżanka z fotela obok zaczyna ryczeć, to już puściłam hamulce i nie mogłam się uspokoić. Co zabawne, jak tylko zapaliły się światła na sali, było słychać dookoła otwieranie paczek chusteczek i pociągania nosami. Jestem święcie przekonana, że połowa widzów wychodziła równie zapłakana z kina co ja. Ale czasem potrzebne są takie filmy. Potrzebujemy usłyszeć/zobaczyć/zrozumieć pewne rzeczy. A takie filmy bardzo są pomocne w tej kwestii. Jeśli macie okazje to zobaczcie tę produkcję, bo naprawdę warto! 


wtorek, 9 maja 2017

Każdy jest inny, ale razem tworzymy rodzinę, czyli Strażnicy Galaktyki 2

Och, jak ja długo czekałam na drugą część "Strażników Galaktyki". Właściwie to odkąd zobaczyłam pierwszą odsłonę. No bo moje serce skradł Groot i nic na to nie poradzę, że potrzeba mi było więcej tego małego, słodkiego pieńka. Na szczęście dostałam wszystko co chciałam i byłam przeszczęśliwa.


Wiele osób krytykuje drugą część. Że nudne, że bez sensu, że gdyby to nie powstało to i tak by nic się nie zmieniło. Kurczę, a ja właśnie uważam, że druga część jest o wiele lepsza od pierwszej. Owszem w pierwszej części było więcej akcji, ale druga miała lepsze żarty i dialogi. Czasami nawet człowiek miał wrażenie, że niektóre nie powinni w filmie się pojawić, bo przecież młodsi widzowie też zobaczą tą produkcję. W każdym razie bawiłam się przednio. W sumie dawno nie śmiałam się tak bardzo na marvelowskim filmie i stwierdzam, że to jedna z najlepszych produkcji jaka im wyszła. Może dlatego, że tak bardzo kocham muzykę lat 80.


W tej części zdecydowanie nie chodziło o to, żeby rozpętać jakąś wielką wojnę. Owszem, była walka, ale tutaj twórcy skupili się na czymś innym. Na instytucji jaką jest rodzina, w każdym znaczeniu tego słowa. Czy to ta biologiczna czy, też ta z którą krew nas nie łączy. Po prostu liczy się to, że niektórzy ludzie zawsze z nami zostaną i zrobią dla nas wszystko. Co ciekawe, każdy z bohaterów okazywał swoje uczucia w zupełnie inny sposób. Niby zgryźliwość, docinki, ale jak przyjdzie co do czego, to są w stanie dla siebie nawzajem zabić.


Największa przemiana zaszła chyba w Rockecie, który w końcu odkrył kim tak naprawdę jest i zrozumiał (dzięki innemu bohaterowi), że niektóre sytuacje sprawiają, że stajemy się podobni do innych, a nie zawsze to jest dobre. Przez to w drugiej części bardziej polubiłam Rocketa, chociaż oczywiście nie brakowało mu tego specyficznego poczucia humoru. Szczególnie jedna scena mnie rozbroiła, ale to pewnie każdy kto obejrzał/obejrzy, będzie wiedział co mam na myśli. W dwójce nabrałam też uwielbienia dla Draxa. No się chłopak wyrobił. Jego śmiech, żarty i teksty do Mantis. Po prostu uwielbiam go. Jednak mam nadzieję, że w następnej części (o ile taka powstanie) będzie więcej nawiązań do jego przeszłości. 


W tej części także nie było oczywiste kto jest czarnym charakterem. Wiadomo, że jak pojawił się nagle ojciec Star Lorda to nie było szans, że będzie miłym, starszym panem, tylko jakąś mendą. Do tego była jeszcze Nebula i Yondu, który no cóż, jak wiadomo z jedynki, milutcy nie byli. Tutaj wszystko jest przewrotne i nie można wierzyć nikomu. No dobra, tylko Grootowi. 


Właśnie, no dobra... Prawda jest taka, że w 70% chciałam iść na ten film tylko dla Groota. Już początek filmu należał do niego, a potem było już tylko lepiej. Jego "I am Groot" wyraża więcej niż tysiąc słów i niezależnie czy w danym momencie jest zły, płacze czy się śmieje to i tak się go kocha najbardziej na świecie. Jest to zdecydowanie mój ulubiony bohater Marvela (sorry, chłopaki z mojego top 5, ale to Drzewko jest bardzo, bardzo przed wami xD ). Zresztą powinien świadczyć o tym fakt, że połowa mojej garderoby to koszulki z nim. Cóż, to nie ty wybierasz fandom, to fandom wybiera ciebie. 


I tak najlepszą rzeczą z całego flmu jest soundtrack. Jeśli nie lubisz takiej muzyki to ci się nie spodoba, ale jeśli wiesz z czym to się je, to będziesz zachwycony. Za każdym razem bujałam się w fotelu i sobie trochę śpiewałam (ale tak, żeby nikt nie słyszał). W każdym razie polecam przesłuchać na Spotify, zarówno muzykę z pierwszej, jak i drugiej części. Uczta dla uszu.


No i nie mogę zapomnieć o czymś co charakteryzuje filmy Marvela - sceny na napisach końcowych. Ach, ach, ach, otrzymaliśmy aż cztery piękne fragmenty w tym (SPOILER!) nastoletniego Groota, który miał bałagan w pokoju, grał na tablecie i przedrzeźniał Star Lorda. Takie to bardzo współczesne. A żeby tego było mało to przed chwilą otrzymałam zdjęcie popsa Groota jako nastolatka. Czyli chyba zbankrutuję. 


Jeśli komuś podobała się pierwsza część to zdecydowanie powinien się wybrać do kina na dwójkę. Muzyka, humor i Groot (wiem, przyczepiłam się do niego) robią cały klimat. Polecam, polecam, polecam. A tak w ogóle to poszłabym jeszcze raz do kina.