Po ostatniej wycieczce do kina obiecałam sobie, że więcej na bajkę nie pójdę (byłam na "Coco" i tak strasznie to przeżywałam, że nawet wpisu nie rozbiłam, ale nie byłam w stanie). Jednak gdy tak wiele razy siedzisz w kinie i oglądasz zwiastuny nadchodzących produkcji to nie możesz się kilku z nich oprzeć. Tak też było i tym razem. No dobra, duże znaczenie miało, że główną rolę dubbingował Marcin Dorociński, a ja za bardzo lubię jego głos, żeby przepuścić taką okazję. Korzystając z dnia wolnego wybrałam się na "Fernando".
Ostatnio mam tak, że kinowe animacje bardziej mnie ciekawią i wzruszają. Na "Coco" poryczałam się już po pierwszych pięciu minutach i wyłam cały film. Serio, wyłam... W przypadku "Fernando" nie uroniłam ani jednej łzy i uważam to za swój osobisty sukces. Może dla tego, że nie było jakoś wybitnie "życiowo". Animacja opowiadała o losach przeuroczego byczka Fernando, który był bardzo wrażliwy i nie za bardzo w głowie były mu walki byków. Los jednak sprawił, że światowej sławy torreador postanowił wybrać go do swojej ostatniej walki w karierze. Jednak zanim dojdzie do korridy to Fernando będzie musiał radzić sobie z tym kim jest i jakie jest jego pochodzenie. Uwielbiam takie produkcje, które pod osłoną szalonej komediowej przygody przekazują bardzo ważne wartości, szczególnie młodemu widzowi, który nawet jeszcze do końca tego nie rozumie.
"Fernando" to tak naprawdę bajka o tym, że należy być sobą i robić to co się lubi, a nie zajmować się czymś, "bo tak trzeba" albo że taka jest tradycja czy nasz wygląd bądź warunki fizyczne. Przecież wielki byk może uwielbiać kwiaty. Nie ma sensu zmieniać kogoś na siłę, gdy ta osoba tego nie czuje. A bardzo często jest tak, że ktoś próbuje dopasować nas do siebie i nie zwraca uwagi na to kim jesteśmy.
Jak już wcześniej wspominałam, Dorociński mistrz w głównej roli, ale prawda jest taka, że ja to bym chciała obejrzeć w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo za jednego byczego jegomościa głos podkładał David Tennant. Jakież to musi być cudowne, gdy Tennant gada tym swoim szkockim akcentem jako rozczochrany byczek. Dlatego urządzę sobie jakieś polowanie na wersję angielską. Ogólnie wszystkie postaci w filmie były super, no może poza panem torreadorem, bo był taki trochę no, za długie i za chude nogi miał.
Tak czy inaczej miło by było mieć takiego swojego byczka, który najpierw były uroczym malcem, a potem nie zmieniłoby się w nim nic poza jego wielkim ciałkiem, przez które czasem miał kłopoty. Dlatego jeśli będziecie mieli okazję to śmiało wybierzcie się do kina, bo będziecie mieli gwarancję świetnej zabawy przez prawie dwie godziny.
P.S. Obiecuję, że od Nowego Roku będę się starała robić wpisy z każdego filmu. Naprawdę! ;)
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 30 grudnia 2017
czwartek, 31 sierpnia 2017
Emotikona jedzie w podróż między aplikacjami, czyli Emoji Movie
Ja wiem, ja wiem, sto lat nie pisałam, że ja po prostu nienawidzę robić wpisów na telefonie, a podczas ciężkich trudów zarobkowych nie miałam ze sobą laptopa. Tak więc teraz nazbierało mi się milion wpisów do zrobienia, ale obiecuję, że w miarę możliwości będę wszystko nadrabiać. W Anglii w kinie byłam dwa razy, raz na Spider-Manie, a później w sierpniu po raz drugi na "Emoji Movie". Poszłam, bo obiecałam, a jak się obiecuje to się dotrzymuje. No i poszłam i nie popełniajcie tego błędu, gdy film wejdzie już do kin w Polsce (premiera jakoś ma być na przełomie września i października).
Prawda jest taka, że wpis mógłby się opierać na jednym zdaniu. Naprawdę. W filmie poznajemy emotikonkę Gene, który powinien być po swoich rodzicach czymś w stylu "meh", ale niestety coś z nim jest nie tak. Potrafi okazywać emocje innych emotek i niestety jest to dla niego uciążliwe. Dlatego postanawia się wyrwać z komunikatora rozmowy i poszukać swojego szczęścia w innych aplikacjach. Niestety jego wycieczka przyczynia się do tego, że telefon zaczyna szwankować, a jego właściciel nie potrafi sobie z tym poradzić. W podróż z Gene udaje się Hi-5 i Jailbreak (musicie mi wybaczyć, że piszę to oryginalnymi nazwami, ale nie mam zielonego pojęcia jak oni to przetłumaczą w polskim dubbingu - oby nie "Cześć Piątka i Przerwa Więzienna czy coś). No i tak ta trójka sobie podróżuje, by przekonać się kim naprawdę są i jakie mają umiejętności.
Oczywiście wszystkie emotikony, które mamy w swoich komunikatorach pojawiły się w filmie, a największą furorę oczywiście zrobiła kupa. A przy okazji ta kupa mówiła głosem Sir Patricka Stewarta. Myślę, że dzieciak nie do końca wiedzą kto to, ale pominę to. Właśnie jeśli chodzi o dubbing to była to jedna z lepszych rzeczy. Za Hi-5 głos podkładał James Corden, a za Jailbreak Anna Faris. Do tego ścieżka dźwiękowa genialna. Ostatnio muzyka twórcom filmów wychodzi i chociaż uszy mogą się świetnie bawić na większości seansów.
Sam film naprawdę nie miał w sobie głębszej historii, scenariusz leżał, za to na pewno wpływy pieniężne z gadżetów i promocji były obfite. Na pewno dzieciaki tłumnie będą chciały iść do kina, ale dorośli jeśli mają wybór to niech sobie odpuszczą. Na tym filmie po raz pierwszy zdarzyło mi się wyjść na moment z sali (duża kawa zrobiła swoje) i szczerze mówiąc nic mnie nie ominęło. Jedyne co się zmieniło to to, że emoty przeszły z Candy Crush do Spotify. Raz obejrzane i zdecydowanie wystarczy.
wtorek, 15 listopada 2016
Może być słodko i radośnie, czyli Trolle atakują!
Wydawać by się mogło, że jestem dorosłym człowiekiem i idąc na bajkę do kina mam idealną harmonie sama ze sobą. Nie mam się czego bać, nie mam ze sobą chusteczek higienicznych, a jedyne o czym myślę to śmiać się najgłośniej ze wszystkich. Otóż... Cały misterny plan poszedł w... No właśnie. Do tej pory w swoim życiu płakałam na bajkach trzy razy (jeden z razów uświadomiła mi moja mama i trzeba to sprostować). Pierwszy raz, gdy miałam jakieś 4 lata i dostałam na kasecie VHS "Króla Lwa". Tata mi go puścił i poszedł coś robić przy naszym nowiutkim komputerze (tak, to chyba wtedy było, tak mi się wydaje, czy prehistoria). Gdy tylko na ekranie zobaczyłam pamiętną scenę, gdzie umiera Mufasa, wpadłam w taką histerię, że kazałam tacie natychmiast to wyłączyć i nigdy więcej w swoim życiu nie wróciłam do tego filmu. Drugim razem miałam jakieś 7 lat i będąc u babci, wybrałam się z tatą do kina na "Prosiaczka i przyjaciele". Wtedy pierwszy raz się popłakałam w kinie (potem płakałam jeszcze parę razy, ale już na innych filmach i o dziwo, za każdym razem działo się tak, gdy byłam w kinie z tatą). A trzecie moje uronienie łez miało miejsce... w sobotę. Kurczę, co musi być ze mną nie tak, gdy na sali pełnej dzieciaków, siedzę ja, 21-letnia dziewczyna i ryczę jak bóbr, nie umiejąc sobie poradzić z własnymi emocjami. Istotne jest to, że popłakałam się dwa razy.
Mamy tutaj do czynienia z cukierkowym światem Trolli, które tańczą, śpiewają, przytulają się i są szczęśliwe. Król ich "rodu" uratował ich przed okropnymi Bergenami, którzy sami są nieszczęśliwi, a jedynym sposobem, żeby zaznać odrobiny radości jest zjedzenie trolla. Dlatego Bergeni polują na Trolle i pragną, by one wszystkie znalazły się na ich stołach. Ale z okazji świętowania wydarzenia jakim było uratowanie Trolli przed złym gatunkiem, księżniczka Poppy postanawia zorganizować największą i najwspanialszą imprezę na świecie. Jednak nie zdoła przewidzieć tego, że przez swój czyn zdradzi kryjówkę swoich braci i Bergeni w końcu odnajdą cudowne stworzonka...
Trolle to piękna bajka, która na pozór może wydawać się, że jest o niczym. Że to tylko radość, śpiew i wszędzie obecne szczęście. Nie, to tak naprawdę film o tym, że najważniejsze jest to, by zawsze umieć odnaleźć radość życia, że pomimo tragedii i porażek nie wolno się poddawać i należy polegać na tych osobach, dla których jesteśmy ważni. Nie można się zamykać w sobie, trzeba przyjmować otwarte ramiona, a nie przed nimi uciekać. Oczywiście mamy tutaj także przyjaźń, przedstawienie nam tego, że trzeba działać w grupie i jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. Ten film to taki balans pomiędzy słodkimi a gorzkimi uczuciami, który każdy ma w sobie. Myślę, że mój wybuch emocji był spowodowany tym, że człowiek dorosły o pewnych rzeczach myśli inaczej niż dziecko i z czasem zaczyna doceniać to czego obecnie może już nie mieć, a w przeszłości wydawało mu się to tak oczywiste, że to nie miało prawa nigdy się skończyć.
Mamy także miłość i potwierdzenie tezy, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Przez to wkradły się tu motywy Kopciuszka, bo przecież brzydka Bergenka też ma prawo się zakochać i to w swoim ideale. Przypominała mi trochę taką fangirl, której marzenie się spełniło i jej bóstwo na nią spojrzało. Jednak dla mnie numerem jeden w tym filmie była ścieżka dźwiękowa. Owszem, to taki animowany musical dla dzieci, ale młodzi widzowie rozpoznawali piosenki. Chłopiec, który siedział obok mnie zapytał swojej mamy jaki tytuł oryginalnie ma ta ("Can't stop the feeling") piosenka, bo tu jest po polsku, a on woli wersję angielską. Ale mistrzostwem świata dla mnie było wykonanie "Sound of silence" i "September". Piękne utwory, które przyprawiły mnie o salwę śmiechu.
Szczerze, to nie sądziłam, że we współczesnych animacjach da się wymyślić coś nowego. Myślałam, że wszystko się skończyło po "Shreku" czy "Madagaskarze". Otóż się pomyliłam. A najlepsze jest to, że mnóstwo nowych bajek wchodzi do kina i one będą naprawdę ciekawe. Chociaż denerwuje/martwi mnie to, że w każdej z nich będzie albo sierota albo dziecię/stworzenie, któremu umrze ktoś bliski. To takie przygnębiające. Pozwólmy choć raz nie myśleć o tym dzieciom i nacieszyć się im ich beztroską. A może jestem w błędzie? Może czas na beztroskę już minął i teraz trzeba dzieciakom sprzedawać wszystko prosto z mostu?
Tak czy inaczej na film warto iść nawet jak się nie ma tych kilkudziesięciu lat, a trochę więcej. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. A i ciekawą sprawą byłoby obejrzenie bajki w oryginalnej wersji językowej, a nie z dubbingiem. W amerykańskiej ścieżce dźwiękowej mamy same doskonałe głosy, z Justinem Timberlakem na czele. Ale do kina marsz! Polecam ja, ta co wyła jak bóbr i starała się wyjść z kina z twarzą.
czwartek, 31 marca 2016
Zwierzę to też człowiek!
Przez dłuższy czas nie oglądałam bajek. Nie wiem w sumie
dlaczego. Dopiero w poprzednie wakacje jakoś się to ruszyło. Byłam w kinie na
„Minionkach”, a potem trafiłam na „W głowie się nie mieści”. Z kolei parę
miesięcy temu moja kuzynka podesłała mi zwiastun „Zwierzogrodu” i stwierdziła,
że musi obejrzeć tę bajkę. Ja niestety zapomniałam o tym na parę miesięcy, aż
do ostatniej niedzieli. Wtedy postanowiłam, że fajnie by było wybrać się na coś
do kina. Po drodze się okazało, że premiera „Mojego wielkiego greckiego wesela”
jest dopiero jutro, więc trzeba było szukać na szybko jakiegoś substytutu
dobrej rozrywki. No i padło na animację...
Kulturalnie zaproponowałam wypad do kina mojemu Wilsonkowi i
poszłyśmy poczuć się jak dzieci. Ale w kinie mój pogląd „dziecinności” został
mocno zweryfikowany. Okazało się, że na seans przyszło więcej osób powyżej 16.
roku życia. Od razu uświadomiłam sobie, że za mało do kina chodzę właśnie na
bajki. Pamiętam jak kiedyś poszłam na „Mikołajka” (miałam wtedy chyba z 17
lat), a na sali średnia wieku to było 11 lat i żadnego dorosłego w pobliżu.
Teraz już bym z tym nie miała problemu, ale wtedy poczułam się jakbym uciekła z
psychiatryka i trafiła do brutalnej rzeczywistości.
Jeszcze dobrze się nie zaczął film, a ja już zbierałam szczękę
z podłogi. A to za sprawą czołówki Walta Disney’a. Kiedyś to było zrobione
jedną, prostą kreską, bez zbędnych fajerwerków. To co zobaczyłam wczoraj było
małym arcydziełem. Piękny obraz, jakby malutki film krótkometrażowy, który
sprawił, że zapragnęłam znaleźć się w samym centrum tej animacji. Aż Wilson do
mnie szepnął, że chce pojechać do Disneylandu. JA TEŻ!
A potem ogarnął mnie nagły smutek, aż poczułam, że w
kącikach moich oczu mogą się pojawić łzy. Wszystko dzięki zwiastunowi „Gdzie
jest Dory?”. Uświadomiłam sobie, że gdy do kin wchodził „Gdzie jest Nemo?” ja
miałam 8 lat, a na drzwiach od mojego pokoju wisiały plakaty z bohaterami tego
filmu. Od tej pory mięło 13 lat. Wiele rzeczy się zmieniło, ale jedno jest
wciąż takie same: Na dobre rzeczy należy czekać latami.
Zainteresował nas jeszcze jeden zwiastun. „Księga dżungli”,
która przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Przepiękne zwierzęta naniesione na żywy
plan. Nie żadna bajka w 3D. Po prostu jakby National Geografic. Do tego polski
dubbing z najwyższej półki, dla którego chociażby warto iść na tę produkcję.
Potem zatarłam rączki i zaczął się film. A o czym
„Zwierzogród”? Poznajemy śliczną króliczkę (a może królika dziewczynę?), Judy
Hops, która odkąd pamięta postanowiła sobie, że choćby niewiadomo co zostanie
najlepszą policjantką. Poprzez pewny incydent w dzieciństwie zapragnęła tego
jeszcze bardziej i ze wszystkich swoich sił dążyła do upragnionego celu. Hops
przeprowadza się ze swojej rodzinnej wioski do dużego, pięknego miasta, który
zwie się Zwierzogrodem. Każde zwierze żyje tam ze sobą w symbiozie i harmonii i
nic tego nie zmieni. Jednak upragnione łapanie bandytów przez Judy nie będzie
takim szybkim zadaniem. Jej szef nie jest do końca milutki i sprawia, że jej
początki są trudne. Przez przypadek poznajemy też Nick’a Wilde’a, małego
cwanego lisa, który zna wszystkich i robi doskonałe lewe interesy. Splot
wydarzeń połączy naszych bohaterów i oboje będą musieli rozwiązać zagadkę
zaginięcia Pana Wydralskiego.
Zdecydowanie jest to bardziej bajka dla dorosłych niż dla
dzieci. Owszem, maluchy widzą piękne zwierzątka, przyjaźń i prostą rozrywkę, że
je rodzice zabrali do kina. Jednak starsza część publiczności bardziej doceni
to co autorzy nam podają. Mnóstwo odniesień do współczesnej popkultury m.in. do
„Ojca chrzestnego”, „Breaking bad” i poprzednich produkcji Disney’a. Chyba
byłam jedną z osób, które najgłośniej się śmiały i wcale się z tym nie kryłam.
Gdyby spojrzeć na film pod zupełnie innym kątem to
dostaliśmy piękną historię o dorastaniu, opuszczaniu domu rodzinnego, spełnianiu
marzeń, dążeniu do celu mimo przeciwności losu, a do tego że nie zawsze jest
kolorowo, ale jak się trafi odpowiednia szansa to należy ją wykorzystać i na
nikogo się nie oglądać. Po prostu robić to co serce podpowiada. Gdzie niegdzie
można dostrzec wątek walki o równouprawnienie i o tym, że trzeba być jakim się
jest i pod żadnym pozorem nie zmieniać. No i oczywista oczywistość (jak mówi
klasyk) z odpowiednim przyjacielem u swego boku można robić wszystko na co ma
się ochotę.
Bajka świetna. Powinna walczyć o przyszłoroczną nominację do
Oscara, o ile akademia o niej nie zapomni, a ja liczę, że tak się nie stanie.
Zdecydowanie polecam wybrać się do kina i nie zastanawiać się jakie cyferki ma
się wpisane w metrykę. Zabawa przednia i oby więcej takich filmów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











