Nie pisałam cały miesiąc i jest mi smutno z tego powodu. No ale tyle się działo przez ten czas, że zupełnie nie było mi z tym po drodze. Ale teraz już wracam... Wracam i to z filmem, na który czekałam odkąd tylko się dowiedziałam, że powstanie. Czasami jest tak, że czeka się i czeka, ale wie się, dokładnie się wie, że jak już się wejdzie na kinową salę to nie będzie to stracony czas. "Twój Vincent" zachwyca. Zachwyca do tego stopnia, że przez całe moje ciało przechodziły ciarki. I to nie jednokrotnie.
Film opowiada o tajemniczej śmierci Van Gogha i momentach, które poprzedzają ten tragiczny dzień. Jednak głównym bohaterem nie jest malarz. Mamy tu opowieść o młodym chłopaku, Armandzie Roulinie (Douglas Booth), który otrzymuje od swojego ojca list, który został napisany przez Van Gogha, by ten dostarczył go bratu artysty, Theo. Akcja filmu dzieje się już po śmierci Van Gogha. Dla wszystkich motyw śmierci malarza był zagadką i każdy z kim rozmawiał Armand przedstawiał mu jego własną wersję i domysły.
"Twój Vincent" to koprodukcja polsko-brytyjska. Film składa się z 65000 klatek, które są ręcznie malowanymi obrazami, które przetworzono na animację. Aktorzy zostali doskonale odwzorowani na obrazach. Czasami ma się wrażenie, że ogląda się normalny film, a nie animację. W Polsce produkcja głownie jest pokazywana z dubbingiem. Szczerze mówiąc, w tym wypadku wolałabym obejrzeć z napisami (mimo że to animacja), bo nie ukrywam, że chciałam posłuchać głosu Aidana Turnera czy Eleanor Tomlinson, który pojawili się w tym filmie. I mimo, że bohater Turnera w polskim dubbingu otrzymał głos Macieja Stuhra i to zagrało, tak w przypadku Tomlinson było już trochę gorzej. Tutaj głosu użyczyła Olga Frycz i to bardzo drażniło. Nie wiem czy to moja kwestia przyzwyczajenia do głosu Eleanor, ale jak dla mnie w polskim dubbingu jej bohaterka otrzymała zbyt piskliwy głos, przez co wyszło zbyt cukierkowo i mizdrząco.
Oprócz dubbingu miałam problem z jeszcze jedną rzeczą, ale zrzucę to na mój nie do końca sprawny wzrok. Otóż, gdy kadry były w miarę statyczne to nie miałam problemu, jednak gdy klatki bardzo szybko się zmieniały, obraz mi się rozmazywał co sprawiało, że wszystko się zlewało i nie mogłam dobrze skupić się na tym co jest na ekranie. Poza tym wizualnie było przepięknie. Cudowne kolory i podobieństwo do oryginalnych prac Van Gogha. Nie znam się na malarstwie, ale jako zwykłemu widzowi niesamowicie to się podobało. Może sama fabuła nie była przegenialna, ale artystycznie petarda.
Film wzruszający, dający do myślenia. Zresztą ja mam ten problem, że Van Gogh jakoś tak dziwnie na mnie działa. W szkole od zawsze w podręcznikach do plastyki najdłużej przyglądałam się jego pracom, a sama historia jego życia mnie ciekawiła. Nawet za jeden z najlepszych odcinków Doctora Who uważam właśnie ten, gdzie Doctor spotyka Vincenta. Pamiętam, że wtedy popłakałam się jak dziecko. Na filmie również oczy mi się zeszkliły i nawet stwierdziłam, że trzeba udać się do Amsterdamu, żeby pójść do muzeum, gdzie są obrazy Van Gogha. Dlatego warto iść do kina i przez półtorej godziny udać się w przepiękną podróż, z której powróci się z pięknymi obrazami w głowie.
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 października 2017
wtorek, 15 listopada 2016
Może być słodko i radośnie, czyli Trolle atakują!
Wydawać by się mogło, że jestem dorosłym człowiekiem i idąc na bajkę do kina mam idealną harmonie sama ze sobą. Nie mam się czego bać, nie mam ze sobą chusteczek higienicznych, a jedyne o czym myślę to śmiać się najgłośniej ze wszystkich. Otóż... Cały misterny plan poszedł w... No właśnie. Do tej pory w swoim życiu płakałam na bajkach trzy razy (jeden z razów uświadomiła mi moja mama i trzeba to sprostować). Pierwszy raz, gdy miałam jakieś 4 lata i dostałam na kasecie VHS "Króla Lwa". Tata mi go puścił i poszedł coś robić przy naszym nowiutkim komputerze (tak, to chyba wtedy było, tak mi się wydaje, czy prehistoria). Gdy tylko na ekranie zobaczyłam pamiętną scenę, gdzie umiera Mufasa, wpadłam w taką histerię, że kazałam tacie natychmiast to wyłączyć i nigdy więcej w swoim życiu nie wróciłam do tego filmu. Drugim razem miałam jakieś 7 lat i będąc u babci, wybrałam się z tatą do kina na "Prosiaczka i przyjaciele". Wtedy pierwszy raz się popłakałam w kinie (potem płakałam jeszcze parę razy, ale już na innych filmach i o dziwo, za każdym razem działo się tak, gdy byłam w kinie z tatą). A trzecie moje uronienie łez miało miejsce... w sobotę. Kurczę, co musi być ze mną nie tak, gdy na sali pełnej dzieciaków, siedzę ja, 21-letnia dziewczyna i ryczę jak bóbr, nie umiejąc sobie poradzić z własnymi emocjami. Istotne jest to, że popłakałam się dwa razy.
Mamy tutaj do czynienia z cukierkowym światem Trolli, które tańczą, śpiewają, przytulają się i są szczęśliwe. Król ich "rodu" uratował ich przed okropnymi Bergenami, którzy sami są nieszczęśliwi, a jedynym sposobem, żeby zaznać odrobiny radości jest zjedzenie trolla. Dlatego Bergeni polują na Trolle i pragną, by one wszystkie znalazły się na ich stołach. Ale z okazji świętowania wydarzenia jakim było uratowanie Trolli przed złym gatunkiem, księżniczka Poppy postanawia zorganizować największą i najwspanialszą imprezę na świecie. Jednak nie zdoła przewidzieć tego, że przez swój czyn zdradzi kryjówkę swoich braci i Bergeni w końcu odnajdą cudowne stworzonka...
Trolle to piękna bajka, która na pozór może wydawać się, że jest o niczym. Że to tylko radość, śpiew i wszędzie obecne szczęście. Nie, to tak naprawdę film o tym, że najważniejsze jest to, by zawsze umieć odnaleźć radość życia, że pomimo tragedii i porażek nie wolno się poddawać i należy polegać na tych osobach, dla których jesteśmy ważni. Nie można się zamykać w sobie, trzeba przyjmować otwarte ramiona, a nie przed nimi uciekać. Oczywiście mamy tutaj także przyjaźń, przedstawienie nam tego, że trzeba działać w grupie i jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. Ten film to taki balans pomiędzy słodkimi a gorzkimi uczuciami, który każdy ma w sobie. Myślę, że mój wybuch emocji był spowodowany tym, że człowiek dorosły o pewnych rzeczach myśli inaczej niż dziecko i z czasem zaczyna doceniać to czego obecnie może już nie mieć, a w przeszłości wydawało mu się to tak oczywiste, że to nie miało prawa nigdy się skończyć.
Mamy także miłość i potwierdzenie tezy, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Przez to wkradły się tu motywy Kopciuszka, bo przecież brzydka Bergenka też ma prawo się zakochać i to w swoim ideale. Przypominała mi trochę taką fangirl, której marzenie się spełniło i jej bóstwo na nią spojrzało. Jednak dla mnie numerem jeden w tym filmie była ścieżka dźwiękowa. Owszem, to taki animowany musical dla dzieci, ale młodzi widzowie rozpoznawali piosenki. Chłopiec, który siedział obok mnie zapytał swojej mamy jaki tytuł oryginalnie ma ta ("Can't stop the feeling") piosenka, bo tu jest po polsku, a on woli wersję angielską. Ale mistrzostwem świata dla mnie było wykonanie "Sound of silence" i "September". Piękne utwory, które przyprawiły mnie o salwę śmiechu.
Szczerze, to nie sądziłam, że we współczesnych animacjach da się wymyślić coś nowego. Myślałam, że wszystko się skończyło po "Shreku" czy "Madagaskarze". Otóż się pomyliłam. A najlepsze jest to, że mnóstwo nowych bajek wchodzi do kina i one będą naprawdę ciekawe. Chociaż denerwuje/martwi mnie to, że w każdej z nich będzie albo sierota albo dziecię/stworzenie, któremu umrze ktoś bliski. To takie przygnębiające. Pozwólmy choć raz nie myśleć o tym dzieciom i nacieszyć się im ich beztroską. A może jestem w błędzie? Może czas na beztroskę już minął i teraz trzeba dzieciakom sprzedawać wszystko prosto z mostu?
Tak czy inaczej na film warto iść nawet jak się nie ma tych kilkudziesięciu lat, a trochę więcej. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. A i ciekawą sprawą byłoby obejrzenie bajki w oryginalnej wersji językowej, a nie z dubbingiem. W amerykańskiej ścieżce dźwiękowej mamy same doskonałe głosy, z Justinem Timberlakem na czele. Ale do kina marsz! Polecam ja, ta co wyła jak bóbr i starała się wyjść z kina z twarzą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








