Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michael fassbender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michael fassbender. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2017

Ten Bałwan się roztopił, czyli Pierwszy śnieg

Nie ukrywam, że jak tylko odkryłam, że "Pierwszy śnieg" powstanie, to obiecałam sobie, że pójdę do kina i to w dniu premiery. Nawet chciałam do tego czasu przeczytać wszystkie książki z Harrym Holem. Przeczytać wszystkich nie zdążyłam, ale tą której film dotyczy, jak najbardziej. Do tego w dniu premiery znalazłam się w kinie i czego chcieć więcej? A no właśnie... Może dobrego filmu?


Generalnie "Pierwszy śnieg" przedstawia serię kilku makabrycznych zabójstw dokonanych na kobietach. W książce naprawdę nie było to takie łatwe rozpoznać kto za wszystkim stoi. Z kolei w filmie nie miałabym najmniejszego problemu z rozszyfrowaniem tej zagadki, ponieważ wszystko było podane jak na tacy. Zresztą już od pierwszej sceny pokazana była rozbieżność z oryginałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko "na podstawie", jednak wolę jak podstawa jest wierna oryginałowi w większym, a nie mniejszym stopniu. Nie chcę za bardzo zdradzać co od czego się różniło, bo książkę naprawdę warto przeczytać. No i dziwiło mnie to, że "Pierwszy śnieg" to 7 tom, w którym głównym bohaterem jest norweski detektyw. Zazwyczaj zaczyna się od początku, no ale widocznie ktoś miał taką wizję. Tylko, że i tak jest pewien problem i tak, przynajmniej dla mnie. Bo ja jako osoba po lekturze książki to co widziałam na ekranie porównywałam do tego co przeczytałam. Ale osoba, która nie czytała książki momentami miała problem, żeby ogarnąć niektóre wątki, bo najzwyczajniej w świecie pewne sytuacje i powiązania w filmie nie zostały wytłumaczone. A wszystko przez to, że nie da się w dwie godziny ekranizacji upchnąć ponad czterystustronnej książki.


Tak czy inaczej dla mnie książkowy Harry już zawsze będzie miał twarz Michaela Fassbendera, któremu wybaczam to, że tu coś nie wyszło. Dla Fassbendera jestem w stanie na wiele rzeczy przymknąć oko, więc i tu niech tak będzie. Za to niesamowicie w tym filmie drażnił mnie Val Kilmer. O matko, nie mogłam na niego patrzeć i go słuchać. Wyglądał jak bokser, który od pewnego czasu zaczął stale odwiedzać chirurga plastyka i ostrzykiwać się botoksem. Właściwie nigdy nie byłam jego fanką, ale tu mi tak bardzo przeszkadzał. 


Zabawne, ale montażyści też się nie popisali, ponieważ w zwiastunie zostały umieszczone dwie sceny, których w ogóle nie było w filmie. Nie wiem czy komuś się przysnęło czy co, ale mimo wszystko po zwiastunie miałam ogromny apetyt na ten film. Po książce urósł do ogromnych rozmiarów, a gdy już było po to poczułam spore rozczarowanie. Kurczę, ten film mógł mieć wszystko, a tak naprawdę nie miał nic. I to jest smutne. 


Generalnie zabrakło tego czegoś, tego magnetyzmu, który ma książka. Tutaj wszystko spłaszczyli, pociągnęli do minimum minimum i widz wyszedł z kina zawiedziony. Po prostu będę się trzymać tego, że po raz kolejny dostaliśmy pusty przekład do zarabiania pieniędzy dla Holiłudu. I chociaż bardzo bym chciała to mam nadzieję, że nie wezmą się za ekranizację kolejnego tomu...


piątek, 23 czerwca 2017

Przepraszam, co my oglądamy? Czyli Song To Song

Dobra, przyznaję się, jestem turbo leniwą bułą, której się ostatnio nic nie chce. Nawet robić wpisu. Jednak stwierdziłam, że plik na pulpicie kuje mnie w oczy i czas się zabrać do pracy. Od premiery "Song to song" minął ponad miesiąc. Nie ukrywam, że odkąd się dowiedziałam, że powstanie ten film to nie mogłam się doczekać, żeby go obejrzeć. Głównie przez wzgląd na obsadę. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy udało mi się zdobyć darmowe wejściówki i zgarnąć moją przyjaciółkę ze sobą do kina. Miało być miło. Ona miała się zachwycać Goslingiem, ja Fassbenderem i wszyscy mieli być szczęśliwi. Otóż nie...

Na samym początku pomyślałam sobie, że to nie będzie film akcji, nie będzie lania po mordzie, będzie stonowana akcja, pomału, spokojnie. Owszem, było za wolno i za spokojnie. I za patologicznie. Po pierwszych trzydziestu minutach salę opuściło 10 osób. Bez jakichkolwiek wątpliwości i zająknięć, wzięli swoje rzeczy i z radością opuszczali seans, mrucząc po nosem "co to za gówno". Myślałam, że ludzie powariowali, że nie no, po pół godzinie to przecież za szybko, bo akcja się jeszcze nie rozkręciła. Taaa, jak się drętwo zaczęło tak się skończyło. Jedyne co mnie trzymało w fotelu to ładny Fassbender.


O czym właściwie jest film? No właśnie, o niczym. Absolutnie o niczym. Prawda jest taka, że nawet w Internetach ciężko znaleźć jakiś sensowny opis o czym jest ta produkcja. Jest dwóch przystojnych panów, ładna pani, potem pojawia się druga. Panowie się kiedyś przyjaźnili, pierwsza pani kocha/kochała jednego, z drugim chodziła do łóżka, druga pani z kolei chyba kochała tego drugiego, a może bardziej jego pieniądze, a potem tragicznie się to dla niej skończyło. Panowie i panie bujali się pomiędzy różnymi romansami, ale nic ich nie uszczęśliwiało. I tak mijały ponad dwie godziny filmu, który się oglądało tak, jakbyśmy podglądali dziwnych ludzi. 


W sumie jedyną rzeczą, którą wyniosłam z tego filmu było to, że każdy człowiek w swoim życiu, za wszelką cenę stara się robić rzeczy by uszczęśliwić swoich rodziców. Czy to duchowo czy to materialnie. Tak naprawdę tylko to się liczy. Liczy się to by rodzice byli z nas dumni i mogli się nami chwalić. Bo kto będzie opowiadał o twoich życiowych porażkach? Prawda jest taka, że chcemy to ukryć w najciemniejszym kącie naszej szafy albo zamieść pod dywan. Ale potknięcia i wywrotki się zdarzają. 


Po wyjściu z kina określiłam ten film jako intrygujący. A zrobiłam to tylko dlatego, że zabrakło mi innego słowa na określenie go. Owszem, podobała mi się praca kamery, bo praktycznie były same zbliżenia na twarze, wszystko było takie artystyczne, trochę pokolorowane i czasem sprawiające wrażenie dokumentu, a nie filmu fabularnego. Co zabawne, wiele ludzi było rozczarowane faktem, że ten film tak bardzo się nie udał, a miał doskonałą obsadę: Ryan Gosling, Michael Fassbender, Rooney Mara, Natalie Portman, Cate Blanchett, Lykke Li (jak na taki film to świetnie zagrała, naprawdę!) i jednak nie wyszło. A do aktorskiego towarzystwa wprawne oko mogło dostrzec wiele gwiazd muzyki m.in. Patty Smith, Iggy'ego Popa czy chłopaków z Red Hot Chili Peppers.


I to właśnie muzyka była czymś genialnym w tym filmie. Polecam posłuchać soundtracku. Od muzyki klasycznej po doskonałego rocka w czystej postaci. I nie, to nie jest musical jak można przeczytać w niektórych opisach. To po prostu film z doskonałą ścieżką dźwiękową. Poza tym w "Song to song" znalazła się przepiękna scena, w której jest śpiewana modlitwa po polsku. I serio, możecie być wierzący bądź też nie, ale po wysłuchaniu i obejrzeniu tego fragmentu ma się ciary na całym ciele. Aż dłonie zacisnęłam w pięści w tamtym momencie. Oczywiście jest to wprowadzenie do pewnej sceny, po której można sobie uświadomić co film mógł pokazać w prostszy sposób, a nie w taki zawiły i artystyczny.


Film do obejrzenia zdecydowanie raz. Więcej nie potrzeba, bo nie wiem czy po drugim, piątym czy dziesiątym seansie da się ten film zrozumieć. Poza tym, że Gosling był ładny, Fassbender mega pokręcony i szurnięty, muzyka doskonała to nie ma nic. Nic a nic. Film do mnie nie trafił i szczerze mówiąc chyba trafi do czołówki filmów, podczas których najczęściej patrzyłam na zegarek. I bardzo się cieszę, że nie płaciłam sama za bilety, bo bym żałowała każdej złotówki. 


P.S. Jakbyście szukali zamiennika kwiatka bądź czekoladek dla ukochanej to polecam czerwoną żarówkę. I to jeszcze ukradzioną. Ot, takie fajne, niekonwencjonalne. Szczerze? Cieszyłabym się bardzo! ;)



sobota, 28 stycznia 2017

Przenieśmy grę do kina, czyli Assassin's Creed Movie

Nie żebym była graczem, bo nie jestem. Jedyne w co gram to raz na sto lat Simsy i na Facebooku Candy Crush i Criminal Case. Mam kilka gier (ooo, może powinnam zrobić o tym wpis?), w które grałam dawno temu, ale to nie jest nic wysokich lotów. Jak to gdzieś przeczytałam: "Film Assassin's Creed zrozumieją tylko osoby, które w to grały". Wydaje mi się, że ja nie miałam z tym raczej problemu, ale po kolei.

Na Assassin's poszłam tylko dlatego, że główną rolę zagrał Michael Fassbender. To ten przypadek filmu, gdzie po prostu idziesz dla aktora, bo go lubisz i chcesz być na bieżąco z jego filmografią. W pierwszej opcji miałam iść na 3D, żeby podziwiać te spektakularne skoki i walki. Jednak, że godziny seansów były do luftu, trzeba było zrezygnować z tego pomysłu.


Na początku filmu poznajemy głównego bohatera jako małego chłopca. W tamtym czasie dochodzi do traumatycznego momentu w jego życiu, który potem jak się okaże, wpłynie na jego późniejsze życie. W następnej scenie akcja przenosi nam się trzydzieści lat później, gdy Cal Lynch (Michael Fassbender) przebywa w celi śmierci i oczekuje na egzekucję. 

Kiedy wydaje nam się, że zostanie za chwilę stracony, ten budzi się w tajnym ośrodku i dowiaduje się, że jako Lynch już nie istnieje, ale Sofia (Marion Cotillard), dzięki której nie został poddany egzekucji, oznajmiła mu że odkryli, że jest on jednym z ostatnich żyjących potomków Assasinów i dzięki niesamowitej technologii wcieli się on w swojego przodka. 


Nie będę tu się wymądrzać, że się znam na grze i jestem specjalista, bo nie jestem. Na pewno jeśli bym oglądała go w 3D to bardziej bym była pod wrażeniem scen walk czy skoków. Jednak tak czy inaczej mi się podobało. Zawsze lubiłam obserwować jak ktoś gra, a momentami film był jak gra, tyle, że zawierał w sobie prawdziwych aktorów. 

Film się po prostu dobrze oglądało. Ot, taka zwyczajna rozrywka w sobotnie popołudnie. Dobre w te dni, gdy poprzednia noc była zbyt intensywna, a ty jeszcze nie zdążyłeś/łaś jej odespać. Czas na seansie bardzo szybko leciał. Niby producenci podają, że trwa ok. 1h 50 minut, ale ja miałam wrażenie, że to było tylko półtorej godziny, a nawet trochę mniej.


Fajne było zakończenie, bo otwarcie zasugerowano, że będzie kolejna część. Wcale bym się nie zdziwiła jakby się pojawiła nie tylko jedna, ale dwie. W końcu Hollywood lubi robić dużo pieniędzy, więc z tym by nie było problemu. A ludzie i tak by poszli. Nie tylko gamerzy, ale też ci, którzy tak jak ja, mają swoich aktorów/aktorki i to dla nich chodzą do kina. 

Nie ma co się spinać, dobra rozrywka, chociaż specjaliści od gry, mówią, że było za mało typowych scen z gry. Nie wiem, nie mnie oceniać. Mi się w sumie podobało. 


P.S. Przepraszam, że ten wpis jest taki do luftu, ale powinnam go już zrobić w niedzielę, ale najzwyczajniej w świecie mi się nie chciało, a potem tak jakoś wyszło, że nie wyszło, bo zawsze coś się działo i nie było czasu. Wybaczcie!



niedziela, 27 listopada 2016

Szczęście ponad wszystko, czyli Światło między oceanami

Są takie filmy, na które się długo czeka. Są też takie filmy, na które się idzie dla aktorów i są też takie filmy, na które warto iść, bo tak. "Światło między oceanami" łączy w sobie te trzy rzeczy. Do tego po raz pierwszy w życiu szłam do kina nie dla aktora, a dla aktorki. Żeby nie było, Michaela Fassbendera uwielbiam (szczególnie po roli we "Wstydzie"), ale tutaj chciałam iść patrzeć na Alicię Vikander. Chociaż muszę się przyznać, że jak pierwszy raz obejrzałam zwiastun to stwierdziłam, że chyba jej ten film nie wyjdzie i rola będzie katastrofą. Na moje szczęście grubo się pomyliłam.


Ja się wcale nie dziwię, że po tym filmie państwo aktorzy zostali parą w prywatnym życiu. Oni są tacy piękni i bije od nich taka chemia, że wydawać by się mogło, że oni tego nie zagrali, a byli po prostu sobą. Z drugiej strony bohaterowie, których zagrali byli tak bardzo nie z obecnych czasów. Jak obserwowałam bohatera granego przez Fassbendera, gdzieś z tyłu głowy miałam obraz mojego dziadka. Małomówny, powściągliwy, zgadzający się na wszystko (trochę dla świętego spokoju), do tego przystojny, ze swego rodzaju mądrością życiową i czymś takim w zachowaniu i wychowaniu czego w obecnych czasach u mężczyzn się nie uraczy. 

W końcu akcja filmu toczy się w latach 20. XX wieku. Bohater wojenny Tom Sherbourne decyduje się przyjąć posadę latarnika na bezludnej wyspie. W międzyczasie poznaje piękną Isabel, z którą bierze ślub i razem zamieszkują w domu niedaleko latarni. Ich miłość kwitnie, a największym pragnieniem staje się dziecko. Po dwóch poronieniach Isabel się załamuje i niczym grom z jasnego nieba pojawia się okazja, by zdobyć upragnione szczęście. Do wyspy dobija łódka z martwym mężczyzną i płaczącym niemowlęciem. Isabel namawia męża, by zatrzymali dziecko, jednocześnie zmuszając go do złamania zasad, by nie zgłaszał tego w raporcie. Jednak ich szczęście nie trwa długo. Podczas chrzcin dziecka, Tom dowiaduje się, że od miesięcy matka niemowlaka bezskutecznie próbuje je odszukać. Od tego momentu rozpoczyna się walka z własną psychiką i sumieniem.


Film można podzielić na dwie części. Pierwsza, trwa mniej więcej do połowy filmu, gdzie zatapiamy się w przepięknej sielance (no poza dwoma momentami). Śledzimy początek związku Isabel i Toma, potem kibicujemy im, aby spełniło się ich największe marzenie, a kiedy mają już upragnione dziecko przyglądamy się uroczej rodzinie, która jest pełna miłości i ciepła. Rozczulające są momenty, gdy bohater grany przez Fassbendera pokazuje swojej córce świat, bawi się z nią i najzwyczajniej w świecie sprawuje nad nią opiekę. Druga część filmu to patrzenie jak ludzkie szczęście znika, bo wyrzuty sumienia są silniejsze. W pewnym momencie siedziałam na kinowym fotelu i po prostu myślałam jakim idiotą jest główny bohater. Zresztą o Isabel też tak pomyślałam i to nie raz.


Nie ukrywam, że zakończenie filmu, można by było rozszyfrować trochę wcześniej niż w połowie, ale jak się potem okaże to nie będzie taka oczywista sprawa. Początkowo obstawiałam coś zupełnie innego i jakież było moje zdziwienie, gdy twórcy wynaleźli zupełnie inne rozwiązanie. Oczywiście poryczałam się jak bóbr (ostatnio coś jest ze mną nie tak pod tym względem). Wyłam ja i wszystkie babcie emerytki obecne na sali kinowej. Nikt inny. Ech...

Jestem bardzo ciekawa w jak dużym stopniu film pokrywa się z treścią książki, bo ostatnio jakoś nie mam szczęścia do zgodności tych obu wytworów. Trzeba się jakoś w książkę zaopatrzyć, ale to w swoim czasie.


Poza doskonałą grą aktorską w tym filmie urzekła mnie jeszcze jedna rzecz. Widoki, widoki, widoki. Nie jestem pewna czy to zasługa montażu, dobrego oka operatora czy po prostu piękna australijsko-nowozelandzkich wybrzeży, ale po prostu się zakochałam. Przepiękne pejzaże, szalejący albo spokojny ocean, rybackie miasteczko, a nawet domy tamtego czasu. Wszystko proste, ale w ciepłych barwach, pokazujące, że nie tylko aktorzy grają tutaj pierwsze skrzypce. Aż zapragnęłam pojechać do Australii albo Nowej Zelandii. Może kiedyś się uda, jak już pojawi się ten bogaty mąż z Holiłudu. 

Film przepiękny, pokazujący siłę uczucia, a także to, że zdesperowany człowiek jest w stanie zrobić wiele. Do tego połączenie bezgranicznego szczęścia oraz nieszczęścia. Walki o siebie samego jak i o osoby, które się kocha najbardziej na świecie. Warto iść do kina. Jak nie dla fabuły to dla aktorstwa, a nawet żeby tylko popodziwiać widoki jakie serwuje nam operator. Aha i pamiętajcie o chusteczkach higienicznych, mogą się przydać. 


P.S. A jutro jest szansa, że pochwalę się czymś związanym z filmem na fanpage'u na Facebooku. :)