Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alicia vikander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alicia vikander. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2016

Szczęście ponad wszystko, czyli Światło między oceanami

Są takie filmy, na które się długo czeka. Są też takie filmy, na które się idzie dla aktorów i są też takie filmy, na które warto iść, bo tak. "Światło między oceanami" łączy w sobie te trzy rzeczy. Do tego po raz pierwszy w życiu szłam do kina nie dla aktora, a dla aktorki. Żeby nie było, Michaela Fassbendera uwielbiam (szczególnie po roli we "Wstydzie"), ale tutaj chciałam iść patrzeć na Alicię Vikander. Chociaż muszę się przyznać, że jak pierwszy raz obejrzałam zwiastun to stwierdziłam, że chyba jej ten film nie wyjdzie i rola będzie katastrofą. Na moje szczęście grubo się pomyliłam.


Ja się wcale nie dziwię, że po tym filmie państwo aktorzy zostali parą w prywatnym życiu. Oni są tacy piękni i bije od nich taka chemia, że wydawać by się mogło, że oni tego nie zagrali, a byli po prostu sobą. Z drugiej strony bohaterowie, których zagrali byli tak bardzo nie z obecnych czasów. Jak obserwowałam bohatera granego przez Fassbendera, gdzieś z tyłu głowy miałam obraz mojego dziadka. Małomówny, powściągliwy, zgadzający się na wszystko (trochę dla świętego spokoju), do tego przystojny, ze swego rodzaju mądrością życiową i czymś takim w zachowaniu i wychowaniu czego w obecnych czasach u mężczyzn się nie uraczy. 

W końcu akcja filmu toczy się w latach 20. XX wieku. Bohater wojenny Tom Sherbourne decyduje się przyjąć posadę latarnika na bezludnej wyspie. W międzyczasie poznaje piękną Isabel, z którą bierze ślub i razem zamieszkują w domu niedaleko latarni. Ich miłość kwitnie, a największym pragnieniem staje się dziecko. Po dwóch poronieniach Isabel się załamuje i niczym grom z jasnego nieba pojawia się okazja, by zdobyć upragnione szczęście. Do wyspy dobija łódka z martwym mężczyzną i płaczącym niemowlęciem. Isabel namawia męża, by zatrzymali dziecko, jednocześnie zmuszając go do złamania zasad, by nie zgłaszał tego w raporcie. Jednak ich szczęście nie trwa długo. Podczas chrzcin dziecka, Tom dowiaduje się, że od miesięcy matka niemowlaka bezskutecznie próbuje je odszukać. Od tego momentu rozpoczyna się walka z własną psychiką i sumieniem.


Film można podzielić na dwie części. Pierwsza, trwa mniej więcej do połowy filmu, gdzie zatapiamy się w przepięknej sielance (no poza dwoma momentami). Śledzimy początek związku Isabel i Toma, potem kibicujemy im, aby spełniło się ich największe marzenie, a kiedy mają już upragnione dziecko przyglądamy się uroczej rodzinie, która jest pełna miłości i ciepła. Rozczulające są momenty, gdy bohater grany przez Fassbendera pokazuje swojej córce świat, bawi się z nią i najzwyczajniej w świecie sprawuje nad nią opiekę. Druga część filmu to patrzenie jak ludzkie szczęście znika, bo wyrzuty sumienia są silniejsze. W pewnym momencie siedziałam na kinowym fotelu i po prostu myślałam jakim idiotą jest główny bohater. Zresztą o Isabel też tak pomyślałam i to nie raz.


Nie ukrywam, że zakończenie filmu, można by było rozszyfrować trochę wcześniej niż w połowie, ale jak się potem okaże to nie będzie taka oczywista sprawa. Początkowo obstawiałam coś zupełnie innego i jakież było moje zdziwienie, gdy twórcy wynaleźli zupełnie inne rozwiązanie. Oczywiście poryczałam się jak bóbr (ostatnio coś jest ze mną nie tak pod tym względem). Wyłam ja i wszystkie babcie emerytki obecne na sali kinowej. Nikt inny. Ech...

Jestem bardzo ciekawa w jak dużym stopniu film pokrywa się z treścią książki, bo ostatnio jakoś nie mam szczęścia do zgodności tych obu wytworów. Trzeba się jakoś w książkę zaopatrzyć, ale to w swoim czasie.


Poza doskonałą grą aktorską w tym filmie urzekła mnie jeszcze jedna rzecz. Widoki, widoki, widoki. Nie jestem pewna czy to zasługa montażu, dobrego oka operatora czy po prostu piękna australijsko-nowozelandzkich wybrzeży, ale po prostu się zakochałam. Przepiękne pejzaże, szalejący albo spokojny ocean, rybackie miasteczko, a nawet domy tamtego czasu. Wszystko proste, ale w ciepłych barwach, pokazujące, że nie tylko aktorzy grają tutaj pierwsze skrzypce. Aż zapragnęłam pojechać do Australii albo Nowej Zelandii. Może kiedyś się uda, jak już pojawi się ten bogaty mąż z Holiłudu. 

Film przepiękny, pokazujący siłę uczucia, a także to, że zdesperowany człowiek jest w stanie zrobić wiele. Do tego połączenie bezgranicznego szczęścia oraz nieszczęścia. Walki o siebie samego jak i o osoby, które się kocha najbardziej na świecie. Warto iść do kina. Jak nie dla fabuły to dla aktorstwa, a nawet żeby tylko popodziwiać widoki jakie serwuje nam operator. Aha i pamiętajcie o chusteczkach higienicznych, mogą się przydać. 


P.S. A jutro jest szansa, że pochwalę się czymś związanym z filmem na fanpage'u na Facebooku. :) 

poniedziałek, 1 lutego 2016

I am (wo)man

Na "Dziewczynę z portretu" chciałam iść odkąd po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że ten film w jakiś znaczący sposób zmieni moje życie i postrzeganie osób transgenderowych (nie znam się na tym konkretnie, więc możliwe, że pomyliłam pojęcia). Co prawda w Internecie, nielegalnie, można było już wcześniej obejrzeć ten film, jednak zaparłam się, że pójdę na to do kina i koniec (tak samo jest z "Carol", już krąży w sieci, ale ja i tak wybiorę się do kina). Zebrałam ekipę i poszliśmy.

Przez pierwsze czterdzieści do pięćdziesięciu minut siedziałam i nie mogłam przestać się śmiać. I to nie dlatego, że były zabawne sceny, komedia, że idzie umrzeć ze śmiechu, ale jakoś tak to wszystko wydawało mi się bardzo komiczne. Kumpelka z sąsiedniego fotela miała chyba ten sam problem. Jednak z czasem przedziwne rozbawienie zaczęło znikać i pojawiło się coś co można nazwać pełnym zrozumieniem i swego rodzaju nostalgią. Ostatnie trzydzieści minut daje człowiekowi wiarę, że co by się nie działo to mając kogoś bliskiego przy sobie możesz zrobić wszystko i być kimkolwiek chcesz.

W filmie poznajemy małżeństwo. Oboje są malarzami, on tworzy pejzaże, a ona portrety. Pewnego dnia Gerda (w tej roli Alicia Vikander - po tym filmie jestem w niej zakochana i muszę nadrobić jej inne filmy) prosi swojego męża Einara (Eddie Redmayne) by w zastępstwie za modelkę, która ma pozować, przebrał się w pończochy i buty i umożliwił jej dokończenie pracy, bazując na nim. Mężczyzna początkowo nie jest przekonany czy to słuszne, jednak następuje w nim jakiś przełom i wyraźnie sprawia mu to przyjemność. W międzyczasie wpada do nich ich przyjaciółka (Amber Heard) i stwierdza, że alter ego Einara, które pozuje powinno mieć na imię Lili. Od tego momentu życie artystycznego małżeństwa zmienia się diametralnie i nigdy nie będzie już takie samo.

Jeśli chodzi o Eddiego Redmayne'a to mam z nim taki problem, że jest on o wiele bardziej atrakcyjną kobietą niż mężczyzną. Pewnie niektórym osobom podoba się jego specyficzna uroda (a ja coś przecież o tym powinnam wiedzieć), ale mi jest jakiś taki obojętny. Za to miłością zapałałam do Alicii Vikander. Jest niesamowicie piękną kobietą, a do tego naprawdę dobre potrafi grać. No i lubię ją jeszcze bardziej za to, że jest dziewczyną Fassbendera. W filmie pojawia się także Matthias Schoenaerts, który został tak ucharakteryzowany, że wygląda jak Putin i nie da się tego nie zauważyć. Jedyne co go różni od rosyjskiego przywódcy to wzrost. A tak to wypisz, wymaluj.

W weekend miałam przyjemność (lub nie) oglądać program na TVP Kultura, gdzie przy stole siedziało sobie kilku krytyków i wymieniało opinie o różnych filmach, książkach czy projektach kulturowych. Mówili m.in. o "Dziewczynie z portretu" i po raz pierwszy od dłuższego czasu zadałam sobie pytanie: "Jakie oni mają prawo krytykować wszystko co stoi na ich drodze?". Tak naprawdę przecież każdy ma swój gust i sam powinien oceniać czy coś jest dobre czy nie. Można ewentualnie komuś coś zaproponować lub zasugerować, ale nie brutalnie mówić, że to czy tamto to kompletne badziewie i nie, nie wolno pod żadnym pozorem tego oglądać. Chociaż z drugiej strony mamy też wszelkiego rodzaju komisje, które przyznają nagrody i oni też muszą się czymś kierować i podpierać. Jednak chodzi mi o to, że był tam sobie pan, którego nazwiska nie pamiętam (i twarz też bym wolała zapomnieć) i generalnie zrównał ten film z ziemią, podczas gdy inni mówili, że film ma coś w sobie, że pewne rzeczy zaskakują, inne mniej. A on po prostu od góry do dołu skrytykował wszystko jak leci i nawet nie dał się przekonać, że mogą być jakieś pozytywne aspekty. "Dziewczyna..." naprawdę miała dobre momenty i potrafiła wywołać odpowiednie emocje, jednak idealna do końca nie była. Ale tragedii też nie zastaliśmy na ekranie.

Zakończenie filmu wydaje się być tak bardzo niespodziewane, że gdy wychodzi się z kina, człowiek zaczyna się zastanawiać co tam tak naprawdę się stało i jak to możliwe, że zakończenie było jak było. Oczywiście jeśli zna się historię Lili Elbe (a jest ona prawdziwa) to nie ma żadnego zaskoczenia.

Film warty obejrzenia. Ma kilka momentów, których mogłoby nie być albo mogłyby zostać trochę inaczej poprowadzone, ale najwidoczniej taka była wizja reżysera.


P.S Dodatkowo było miło zobaczyć na ekranie Bena Whishawa, który czego by nie zagrał to i tak świetnie mu to wyjdzie.

P.S.2. Możliwe, że koło czwartku, piątku pojawi się kolejny wpis, ale wszystko będzie zależało od tego jak wielką będę mieć depresję życiową...