Ja się wcale nie dziwię, że po tym filmie państwo aktorzy zostali parą w prywatnym życiu. Oni są tacy piękni i bije od nich taka chemia, że wydawać by się mogło, że oni tego nie zagrali, a byli po prostu sobą. Z drugiej strony bohaterowie, których zagrali byli tak bardzo nie z obecnych czasów. Jak obserwowałam bohatera granego przez Fassbendera, gdzieś z tyłu głowy miałam obraz mojego dziadka. Małomówny, powściągliwy, zgadzający się na wszystko (trochę dla świętego spokoju), do tego przystojny, ze swego rodzaju mądrością życiową i czymś takim w zachowaniu i wychowaniu czego w obecnych czasach u mężczyzn się nie uraczy.
W końcu akcja filmu toczy się w latach 20. XX wieku. Bohater wojenny Tom Sherbourne decyduje się przyjąć posadę latarnika na bezludnej wyspie. W międzyczasie poznaje piękną Isabel, z którą bierze ślub i razem zamieszkują w domu niedaleko latarni. Ich miłość kwitnie, a największym pragnieniem staje się dziecko. Po dwóch poronieniach Isabel się załamuje i niczym grom z jasnego nieba pojawia się okazja, by zdobyć upragnione szczęście. Do wyspy dobija łódka z martwym mężczyzną i płaczącym niemowlęciem. Isabel namawia męża, by zatrzymali dziecko, jednocześnie zmuszając go do złamania zasad, by nie zgłaszał tego w raporcie. Jednak ich szczęście nie trwa długo. Podczas chrzcin dziecka, Tom dowiaduje się, że od miesięcy matka niemowlaka bezskutecznie próbuje je odszukać. Od tego momentu rozpoczyna się walka z własną psychiką i sumieniem.
Nie ukrywam, że zakończenie filmu, można by było rozszyfrować trochę wcześniej niż w połowie, ale jak się potem okaże to nie będzie taka oczywista sprawa. Początkowo obstawiałam coś zupełnie innego i jakież było moje zdziwienie, gdy twórcy wynaleźli zupełnie inne rozwiązanie. Oczywiście poryczałam się jak bóbr (ostatnio coś jest ze mną nie tak pod tym względem). Wyłam ja i wszystkie babcie emerytki obecne na sali kinowej. Nikt inny. Ech...
Jestem bardzo ciekawa w jak dużym stopniu film pokrywa się z treścią książki, bo ostatnio jakoś nie mam szczęścia do zgodności tych obu wytworów. Trzeba się jakoś w książkę zaopatrzyć, ale to w swoim czasie.
Poza doskonałą grą aktorską w tym filmie urzekła mnie jeszcze jedna rzecz. Widoki, widoki, widoki. Nie jestem pewna czy to zasługa montażu, dobrego oka operatora czy po prostu piękna australijsko-nowozelandzkich wybrzeży, ale po prostu się zakochałam. Przepiękne pejzaże, szalejący albo spokojny ocean, rybackie miasteczko, a nawet domy tamtego czasu. Wszystko proste, ale w ciepłych barwach, pokazujące, że nie tylko aktorzy grają tutaj pierwsze skrzypce. Aż zapragnęłam pojechać do Australii albo Nowej Zelandii. Może kiedyś się uda, jak już pojawi się ten bogaty mąż z Holiłudu.
Film przepiękny, pokazujący siłę uczucia, a także to, że zdesperowany człowiek jest w stanie zrobić wiele. Do tego połączenie bezgranicznego szczęścia oraz nieszczęścia. Walki o siebie samego jak i o osoby, które się kocha najbardziej na świecie. Warto iść do kina. Jak nie dla fabuły to dla aktorstwa, a nawet żeby tylko popodziwiać widoki jakie serwuje nam operator. Aha i pamiętajcie o chusteczkach higienicznych, mogą się przydać.
P.S. A jutro jest szansa, że pochwalę się czymś związanym z filmem na fanpage'u na Facebooku. :)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz