W filmie poznajemy Samuela (genialny Omar Sy), który niczym się nie przejmuje, żyje z dnia na dzień, jest nieodpowiedzialny, lubi imprezować i generalnie jego życie to ciągłe wakacje. Pewnego poranka, po niezłej imprezie, na jego jachcie, na którym pracuje, pojawia się Kristin (Clemence Poesy), która na rękach trzyma niemowlę. Sposobem podrzuca mu dziecko, a sama ucieka. Zdezorientowany Samuel postanawia udać się do Londynu, gdzie pracuje matka dziecka i ją odszukać. Jak się okaże to nie będzie takie proste. Mężczyzna skazany sam na siebie (no i nowo poznanego kumpla-geja) musi wychować dziecko. Przez osiem lat Samuel zapewnił dziewczynce takie życie, o jakim marzy większość ludzi, gdy nagle pewnego dnia, otrzymuje wiadomość, że do Londynu przyjeżdża matka dziewczynki i chce się z nią zobaczyć. Od tego momentu już nic nie będzie takie jak dotychczas.
Ten film jest tak naprawdę o tym, że nie liczy się kto spłodził czy urodził dziecko, ale najważniejszy jest ten kto wychował. Kto wspierał w trudnych chwilach, kochał, rozumiał, pomagał, układał do snu, bawił się czy po prostu był. Założę się, że nie tylko ja na sali w duchu wyzywałam matkę dziewczynki od najgorszych za to, że wróciła jak gdyby nigdy nic i jeszcze zaczęła się domagać, żeby wszystko nagle było jak w normalnej rodzinie. Nie dziwię się, że Samuel zachowywał się jak się zachowywał. Za to postępowanie matki dziewczynki sprawiało, że gotowałam się w środku.
Oprócz tego główny bohater pokazał, że czasami trzeba nagle zmienić się z dnia na dzień i zapewnić niewinnej i bezbronnej istocie wszystko czego potrzebuje. Udowodnił, że dla swojego dziecka jest w stanie zrobić wszystko, nawet oszukać ją dla jej własnego dobra, byle tylko mogła żyć w spokoju i poniekąd w bajkowym, beztroskim świecie. Jak się potem okaże, nie robi nic dla byle fanaberii tylko jest w tym większy cel.
Oczywiście w filmie jest kilka niedociągnięć jak np. opuszczanie szkoły przez dziewczynkę (w Anglii z tego co wiem jest to bardzo pilnowane i gdyby naprawdę miała taka sytuacja to już na głowie mieli by opiekę społeczną) czy też że bohater przez 8 lat nie mógł się nauczyć ani słowa po angielsku. No dobra, znam takie przypadki, no ale żeby chociaż podstaw? Nie mówię o załatwianiu czegoś w banku, ale normalna, codzienna międzyludzka interakcja. Jednak to wszystko się wybacza, bo film jest tak pięknie opakowany i zbudowany, że wierzy się w bajkę jaką otrzymujemy. A kto by nie chciał żyć w bajce?
Zakończenie filmu było tak zaskakujące, że przez ostatnie piętnaście minut powstrzymywałam się od płaczu, ale jak usłyszałam, że koleżanka z fotela obok zaczyna ryczeć, to już puściłam hamulce i nie mogłam się uspokoić. Co zabawne, jak tylko zapaliły się światła na sali, było słychać dookoła otwieranie paczek chusteczek i pociągania nosami. Jestem święcie przekonana, że połowa widzów wychodziła równie zapłakana z kina co ja. Ale czasem potrzebne są takie filmy. Potrzebujemy usłyszeć/zobaczyć/zrozumieć pewne rzeczy. A takie filmy bardzo są pomocne w tej kwestii. Jeśli macie okazje to zobaczcie tę produkcję, bo naprawdę warto!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz