czwartek, 4 maja 2017

Od tajemnicy do morderstwa, czyli Wielkie Kłamstewka

Niektóre seriale jeszcze zanim trafią na antenę są skazane na sukces. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Doskonała reklama, produkcja napakowana gwiazdami, scenariusz na podstawie książki, która na świecie jest bestsellerem. Cudownie? Oczywiście. Tylko czy ktoś, kto już wcześniej w podobnym gatunku siedział nie będzie niezaskoczony? No właśnie. "Big little lies" albo jak ktoś woli polski tytuł "Wielkie kłamstewka" to serial, który zawiera w sobie te wszystkie składniki wyżej wymienione. Tylko co się stało, że mi czegoś zabrakło?


Serial opowiada losach kilku kobiet. Każda jest ze sobą w jakiś sposób powiązana i każda skrywa swoje tajemnice, jedne większe, a drugie mniejsze. W miasteczku pojawia się Jane (Shailene Woodley), która jako nowa w mieście trafia pod skrzydła Madeline (Reese Witherspoon) oraz Celeste (Nicole Kidman). Kiedy dochodzi w szkole do bezpodstawnego oskarżenia syna Jane o atakowanie jednej z dziewczynek, kobiety postanawiają połączyć siły i starają się wyjaśnić co tak naprawdę się dzieje. Do tego w mieście dochodzi do morderstwa...


Cała historia jest retrospekcją. Na samym początku otrzymujemy jakieś dziwne urywki z balu, na którym doszło do morderstwa, przesłuchania mieszkańców miasta (a raczej najbogatszej śmietanki), ale poza tym nie wiemy nic więcej. Dopiero z każdą kolejną sceną i kolejnym odcinkiem kolejne karty zostają odsłonięte. Wszystko wydawać by się mogło, że jest jakąś ogromną zagadką i tajemnicą, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś jest uważnym widzem i zna się trochę na gatunku to nie będzie miał problemu z rozszyfrowaniem całej intrygi. Ja już przy trzecim odcinku zorientowałam się o co chodzi, kto, z kim, dlaczego, na co i po co. Jedyne co mnie zaskoczyło przy rozwiązaniu sprawy to sposób morderstwa. No i może trochę kto przypadkowo się do tego przyłożył. 


W serialu bardzo dobrze pokazano, że świat dzieci i dorosłych to dwie zupełnie różne kwestie. Dzieciaki po prostu kierują się tym kto z kim się dobrze bawi i dogaduje, kto potrafi dochować wzajemnych tajemnic i sojuszy. A dorośli nie zwracają uwagi czy dzieci się dobrze czują w swoim towarzystwie tylko ślepo wierzą w jakieś przypadkowe osądy, które nie zawsze są dobre i bardzo często prowadzą do okropnych, a nawet tragicznych rzeczy. Dzieci biją się dla żartów, a dorośli walą po pyskach nie zwracając uwagi na nic. Niestety taka jest prawda i nie trzeba oglądać filmów i seriali żeby to zobaczyć. 


Jednym z głównych problemów jakie ludzie ukrywają przed światem jest przemoc domowa. Ten wątek był tak dobry, że czasami miałam wrażenie, że od samego patrzenia na maltretowaną bohaterkę można stracić przytomność. Tutaj wszystko szło klasycznym schematem: nie, nic się nie dzieje, on się zmieni, ja wierzę w niego, pomogę mu, on się musi przecież jakoś rozładować, on to robi z miłości. Tylko w pewnym momencie jakaś granica zostaje przekroczona i później może nie być ratunku. Owszem, jest terapia, próba ucieczki, ale i tak wszystko jakoś staje w miejscu i wraca do punktu wyjścia, bo przecież są dzieci, tyle nas łączy, kochamy się. Potrzeba ogromnej siły, żeby się z tym wszystkim zmierzyć, a w pojedynkę jest to praktycznie niemożliwe. 


Nie da się ukryć, że w serialu ktoś się bardzo postarał z castingiem i obsadą aktorską. Dawno nie było pod tym względem tak dobrej produkcji. Poza trójką głównych bohaterek na ekranie pojawili się m.in. Alexander Skarsgard, Zoe Kravitz, Adam Scott, Laura Dern czy James Tupper. Każdy zbudował swoją postać w taki sposób, że oczywiste było komu kibicujemy, a komu nie. Kogo chociaż trochę lubimy, a kogo by się chciało utopić nad brzegiem morza. 


Jednak mnie najbardziej w całej produkcji urzekła ścieżka dźwiękowa. Na szczęście na Spotify jest cały soundtrack i można słuchać do woli. Jest przepiękny przekrój od Elvisa po Sade. Za serduszko chwycił mnie najmocniej cover "You can't always get what you want". Od zawsze ta piosenka kojarzyła mi się z Hugh Lauriem i jego wykonaniem, które w gimnazjum maltretowałam tygodniami. Tutaj z tego utworu zrobili bardzo nastrojowy kawałek, który w pewien sposób podsumowuje całą historię serialu (dlatego pewnie nie na darmo jest to ostatnia piosenka w ostatnim odcinku). 


Generalnie produkcja nie jest zła. Jak na coś co powstało na podstawie książki (chyba jednak książki nie przeczytam, bo ostatnio nie mam szczęścia do książek, z których zrobiono ekranizacje) to tragedii nie ma. Dla mnie to jest ten rodzaj produkcji, którą możesz sobie obejrzeć podczas prasowania, jeśli jesteś panią domu, która ogląda coś lepszego niż polskie tasiemce. Owszem, oglądało się lekko (poza epizodami z przemocą domową), ale nic więcej. Szczególnego zaskoczenia nie było, ale pewnie tak miało być. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz