Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 września 2017

Monarchia to nic fajnego, czyli The Crown

Za "The Crown" chciałam się zabrać odkąd założyłam sobie Netflixa, ale jakoś tak zawsze pierwszeństwo miało siedemdziesiąt innych seriali. Gdy tylko znalazłam się w Anglii z jedynym dostępem do seriali na telefonie, nie miałam wyjścia. Zabrałam się za oglądanie i to była jedna z lepszych decyzji. Ten serial to czyste złoto, a na drugi sezon trzeba jeszcze czekać prawie sto dni.


Ten serial albo się kocha albo nienawidzi. Albo się wciągasz albo porzucasz po jednym odcinku. To specyficzna produkcja, której akcja jest budowana w powolny sposób, wszystkie detale są dokładnie pokazane i każda scena ma znaczenie. Co ciekawe nie wszystko zawsze jest ułożone chronologicznie. Bo raz jesteśmy w przed wojną a za chwilę w 1953 roku. Miejscami odcinki mogą się dłużyć (miałam chyba tak przy trzecim odcinku, że oglądałam go prawie cztery godziny, bo po kilkudziesięciu minutach musiałam przerywać, żeby zebrać myśli).


"The Crown" to generalnie historia Królowej Elżbiety, która od najmłodszych lat jest przygotowywana do tego, że zasiądzie na tronie. Ona nie do końca tego chce, ale z czasem zaczyna przejmować obowiązki swojego ojca, który też na tronie zasiadł niezupełnie dzięki temu, które miejsce zajmował w kolejce (każdy kto choć trochę się interesuje Rodziną Królewską wie jaka była przyczyna). Elżbieta zaczyna układać sobie życie, wychodzi za mąż, wyjeżdża w podróż poślubną i... w Afryce dowiaduje się, że została królową. Jako młoda dziewczyna musi zacząć podejmować decyzje nie tylko zgodne z jej przekonaniami, ale dodatkowo musi się liczyć z Gabinetem, który siedzi jej na plecach. Z tego tytułu pojawią się konflikty, walki i problemy rodzinne.


Claire Foy została doskonale obsadzona w roli Elżbiety. Jest pięknie nieporadna, nieśmiała, a miejscami tak bardzo irytująca, że ma się ochotę przed nią stanąć, złapać ją za ramiona i potrząsnąć. Z każdym kolejnym odcinkiem zmienia się diametralnie, z delikatnej zmienia się w stanowczą, a z niezdecydowanej w umiejącą podjąć pewne decyzje. Doskonale partneruje jej Matt Smith w roli księcia Filipa. Poza tym, że uwielbiam Matta, to uważam, że tak naprawdę to on zrobił najlepszą robotę w serialu. Początkowo chłopiec, który ukradł kochaną córeczkę tatusia i bierze ją za swoją żonę, zmienia się w faceta, który ma dość bycia rządzonym przez żonę i musi stać w jej cieniu. Na dokładkę jest jeszcze Vanessa Kirby, która wciela się w postać księżniczki Małgorzaty, zupełnego przeciwieństwa Elżbiety. Odważna, posiadająca swoje zdanie, walcząca o ukochanego i o to, by mogła z nim być.


Generalnie historia Rodziny Królewskiej jest bardzo interesująca i zastanawia mnie czy np Królowa widziała serial. W końcu to o niej, a tak naprawdę to nie wiemy wszystkiego. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, bo jestem ciekawa rozwiązania kilku istotnych wątków. A z tej okazji, że do 8 grudnia daleka droga i ten kto jeszcze nie oglądał, to ma trochę czasu, by nadrobić. Idzie jesień, więc kocyk, wino/herbata i seans z Netflixem. Nic więcej nie będę zdradzać, bo nie warto psuć oglądania. Zostawię tylko Matta jako księcia Filipa...


niedziela, 23 lipca 2017

Wibbly Wobbly Timey Wimey... Stuff, czyli Doctor Who Experience

Znacie to uczucie, gdy po pewnym czasie wpadacie w fandom i wiecie, że już z niego nie wyjdziecie? Ja tak mam za każdym razem. Ostatnio wpadłam w wir Doctora Who i już tak zostało. Jako że w te wakacje nawymyślałam sobie wycieczki szlakiem seriali to nie mogło zabraknąć najnowszego nabytku. Dwa miesiące temu w internetach wynalazłam coś na kształt muzeum o Doctorze Who. Ku mojej radości okazało się, że to tylko godzina czterdzieści pociągiem od miejsca, w którym teraz mieszkam. Oznajmiłam towarzyszce moich podróży, że nie popuszczę i musimy jechać do Cardiff na wystawę. Z dnia na dzień coraz bardziej się nakręcałam, a gdy dotarłam na miejsce zmieniłam się w szalonego pięciolatka.


Niespodziankę mogłam już mieć przy zakupie biletów, ale niestety wszystko już było wykupione. Otóż można było nabyć bilety specjalne, które zawierały paczkę z fanowskimi gadżetami. Był tam m.in. klucz do Tardis, koszulka, torba czy certyfikat towarzysza. Cóż, musiałam się zadowolić zwykłym biletem, ale odbiłam to sobie w specjalnym sklepie z gadżetami. O 13 weszliśmy na pierwszą część wystawy. Był to specjalny pokaz/przedstawienie, w którym udział brali zwiedzający. Na ekranach wyświetlał się filmik z instrukcjami od Doctora (12 Doctor, oczywiście), by pomóc ocalić mu świat. Trafiliśmy do Tardis, lecieliśmy przez galaktykę, trafiliśmy na bitwę z Dalekami, szliśmy strasznym lasem z Weeping Angels i szukaliśmy specjalnych kryształów. Generalnie czułam się jak pięciolatek i chodziłam tam z otwartą paszczą.


Potem Doctor nam ładnie podziękował za pomoc w uratowaniu galaktyki czy tam czego i przeszliśmy do drugiej części, w której można było zobaczyć części scenografii (m.in. wnętrze Tardis 9 i 10 Doctora czy całe Tardis z klasycznych odcinków) oraz kostiumy czy kosmitów, którzy pojawiali się w odcinkach. Oczywiście jak to ja, na każdym kroku było foto, foto, bo przecież już nigdy tam więcej nie pojadę. Jako atrakcje dodatkowe, można było zrobić sobie zdjęcia na wybranych tłach z serialu czy też zrobić sobie makijaż a'la 11 Doctor z jednego z ostatnich odcinków.


Jedyne z czego nie byłam zadowolona to to, że nigdzie nie było Adipose i za mało było 10 Doctora. A tak wszystko było bardzo, bardzo fajne. Po zwiedzaniu wszystkich części poszłam do sklepu, który w całości zwiedzałam trzy razy, bo się nie mogłam zdecydować co tak naprawdę chciałabym kupić. Moja towarzyszka namawiała mnie na uroczy pulowerek, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. Za to kupiłam pocztówki, breloczki, bransoletki, naszyjnik, magnes na lodówkę, plakat na ścianę, torbę płócienną Tardis i chyba to wszystko. Szykowałam się, że będzie pełno popsów, a był tylko 4 Doctor. Tak czy inaczej zostawiłam tam mnóstwo kasy, a popsa Daleka kupiłam sobie już w Bristolu w geek stopie.


Szczerze mówiąc była to jedna z moich lepszych wycieczek na jakich byłam. Teraz została mi tylko Kornwalia i West Bay. Na koniec zostawiam kilka zdjęć z wystawy.






czwartek, 4 maja 2017

Od tajemnicy do morderstwa, czyli Wielkie Kłamstewka

Niektóre seriale jeszcze zanim trafią na antenę są skazane na sukces. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Doskonała reklama, produkcja napakowana gwiazdami, scenariusz na podstawie książki, która na świecie jest bestsellerem. Cudownie? Oczywiście. Tylko czy ktoś, kto już wcześniej w podobnym gatunku siedział nie będzie niezaskoczony? No właśnie. "Big little lies" albo jak ktoś woli polski tytuł "Wielkie kłamstewka" to serial, który zawiera w sobie te wszystkie składniki wyżej wymienione. Tylko co się stało, że mi czegoś zabrakło?


Serial opowiada losach kilku kobiet. Każda jest ze sobą w jakiś sposób powiązana i każda skrywa swoje tajemnice, jedne większe, a drugie mniejsze. W miasteczku pojawia się Jane (Shailene Woodley), która jako nowa w mieście trafia pod skrzydła Madeline (Reese Witherspoon) oraz Celeste (Nicole Kidman). Kiedy dochodzi w szkole do bezpodstawnego oskarżenia syna Jane o atakowanie jednej z dziewczynek, kobiety postanawiają połączyć siły i starają się wyjaśnić co tak naprawdę się dzieje. Do tego w mieście dochodzi do morderstwa...


Cała historia jest retrospekcją. Na samym początku otrzymujemy jakieś dziwne urywki z balu, na którym doszło do morderstwa, przesłuchania mieszkańców miasta (a raczej najbogatszej śmietanki), ale poza tym nie wiemy nic więcej. Dopiero z każdą kolejną sceną i kolejnym odcinkiem kolejne karty zostają odsłonięte. Wszystko wydawać by się mogło, że jest jakąś ogromną zagadką i tajemnicą, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś jest uważnym widzem i zna się trochę na gatunku to nie będzie miał problemu z rozszyfrowaniem całej intrygi. Ja już przy trzecim odcinku zorientowałam się o co chodzi, kto, z kim, dlaczego, na co i po co. Jedyne co mnie zaskoczyło przy rozwiązaniu sprawy to sposób morderstwa. No i może trochę kto przypadkowo się do tego przyłożył. 


W serialu bardzo dobrze pokazano, że świat dzieci i dorosłych to dwie zupełnie różne kwestie. Dzieciaki po prostu kierują się tym kto z kim się dobrze bawi i dogaduje, kto potrafi dochować wzajemnych tajemnic i sojuszy. A dorośli nie zwracają uwagi czy dzieci się dobrze czują w swoim towarzystwie tylko ślepo wierzą w jakieś przypadkowe osądy, które nie zawsze są dobre i bardzo często prowadzą do okropnych, a nawet tragicznych rzeczy. Dzieci biją się dla żartów, a dorośli walą po pyskach nie zwracając uwagi na nic. Niestety taka jest prawda i nie trzeba oglądać filmów i seriali żeby to zobaczyć. 


Jednym z głównych problemów jakie ludzie ukrywają przed światem jest przemoc domowa. Ten wątek był tak dobry, że czasami miałam wrażenie, że od samego patrzenia na maltretowaną bohaterkę można stracić przytomność. Tutaj wszystko szło klasycznym schematem: nie, nic się nie dzieje, on się zmieni, ja wierzę w niego, pomogę mu, on się musi przecież jakoś rozładować, on to robi z miłości. Tylko w pewnym momencie jakaś granica zostaje przekroczona i później może nie być ratunku. Owszem, jest terapia, próba ucieczki, ale i tak wszystko jakoś staje w miejscu i wraca do punktu wyjścia, bo przecież są dzieci, tyle nas łączy, kochamy się. Potrzeba ogromnej siły, żeby się z tym wszystkim zmierzyć, a w pojedynkę jest to praktycznie niemożliwe. 


Nie da się ukryć, że w serialu ktoś się bardzo postarał z castingiem i obsadą aktorską. Dawno nie było pod tym względem tak dobrej produkcji. Poza trójką głównych bohaterek na ekranie pojawili się m.in. Alexander Skarsgard, Zoe Kravitz, Adam Scott, Laura Dern czy James Tupper. Każdy zbudował swoją postać w taki sposób, że oczywiste było komu kibicujemy, a komu nie. Kogo chociaż trochę lubimy, a kogo by się chciało utopić nad brzegiem morza. 


Jednak mnie najbardziej w całej produkcji urzekła ścieżka dźwiękowa. Na szczęście na Spotify jest cały soundtrack i można słuchać do woli. Jest przepiękny przekrój od Elvisa po Sade. Za serduszko chwycił mnie najmocniej cover "You can't always get what you want". Od zawsze ta piosenka kojarzyła mi się z Hugh Lauriem i jego wykonaniem, które w gimnazjum maltretowałam tygodniami. Tutaj z tego utworu zrobili bardzo nastrojowy kawałek, który w pewien sposób podsumowuje całą historię serialu (dlatego pewnie nie na darmo jest to ostatnia piosenka w ostatnim odcinku). 


Generalnie produkcja nie jest zła. Jak na coś co powstało na podstawie książki (chyba jednak książki nie przeczytam, bo ostatnio nie mam szczęścia do książek, z których zrobiono ekranizacje) to tragedii nie ma. Dla mnie to jest ten rodzaj produkcji, którą możesz sobie obejrzeć podczas prasowania, jeśli jesteś panią domu, która ogląda coś lepszego niż polskie tasiemce. Owszem, oglądało się lekko (poza epizodami z przemocą domową), ale nic więcej. Szczególnego zaskoczenia nie było, ale pewnie tak miało być. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Morderstwo na klifie i grumpy detektyw, czyli Broadchurch

Znacie to uczucie, gdy z nudów albo w celu wypróbowania nowej strony (czytaj Netflix) włączacie serial, który wyświetla się w proponowanych i po pierwszym odcinku wpadacie po uszy do tego stopnia, że zarywacie noce? Oj tak, przeżyłam to ostatnio i nawet tego nie żałuję. "Broadchurch" było moim królikiem doświadczalnym na Netflixie i jestem zachwycona, że trafiłam na tą produkcję. Poza tym, że dostarczył mi doskonałej rozrywki, to jeszcze przyniósł mi nowe trofeum na mojej fangirlowej półeczce. Mam tu na myśli oczywiście Davida Tennanta (tak, tak, kolejny, który zrujnował mi życie).


Obejrzenie dwóch pierwszych sezonów zajęło mi trzy wieczory (a właściwie noce). A potem się okazało, że tydzień później premierę miał trzeci sezon i byłam skazana na co tygodniowe męki jakimi jest czekanie na kolejny odcinek. Wiecie, to ten rodzaj serialu, gdzie odcinek zawsze kończy się w takim miejscu, że ma się ochotę zabić twórców, że mają czelność coś takiego robić. Jednak jakoś potrafiłam im to wybaczyć, bo to co dostawałam podczas 45-minutowego seansu było warte wszystkiego. 


Sezon 1

W pierwszym sezonie poznajemy Aleca Hardy'ego (David Tennant), który przybywa do niewielkiego miasteczka Broadchurch, by rozwiązać sprawę zabójstwa 11-letniego chłopca. Przy okazji dowiadujemy się, że zgarnął sprzed nosa posadę miejscowej policjantce Ellie Miller (Olivia Colman), która po powrocie z urlopu miała otrzymać awans. Początki ich znajomości nie należą do najłatwiejszych. On jest zrzędliwym, ponurym gliniarzem, który wszędzie widzi podejrzanych, a wszyscy widzą w nim dupka. Ona to typowa "mamuśka", która wszystkich traktuje przyjaźnie i nie może pogodzić się z tym, że to w jej miasteczku doszło do tak okropnego czynu. I jak tych dwoje może ze sobą współpracować? No cóż, przeciwieństwa się przyciągają. 



Jeśli chodzi o samą sprawę, czyli zabójstwo, to nie ukrywam, że to chyba jedna z lepszych spraw i rozwiązanie jej jakie kiedykolwiek wymyślono. Chociaż ja jako już spaczony człowiek serialami, zorientowałam się kto zabił na przełomie piątego i szóstego odcinka, to w sumie dla laika w tym gatunku rozwiązanie sprawy może być wielkim szokiem. Po prostu geniusz to wymyślił. Jak to Hardy powtarzał od pierwszego odcinka: "Nie ufaj nikomu". Nie chcę za dużo zdradzać, bo to naprawdę warty obejrzenia serial, ale mogę powiedzieć, że lista podejrzanych do najkrótszej nie należy, a w pewnym momencie wszyscy zaczęli wpadać w taki obłęd, że każdy podejrzewał każdego. I jeśli chodzi o pierwszy sezon to polecam także książkę, która została napisana na podstawie właśnie pierwszego sezonu. Czyta się ją bardzo szybko (tak, kupiłam i przeczytałam), a dzięki opisom zostało przekazane to czego w serialu bohaterowie nie mówili. 



Sezon 2

W drugim sezonie mamy pokazany proces zabójcy. Oczywiście nic nie jest takie łatwe jakby mogło się wydawać i zabawa musi trwać. Równocześnie z procesem mamy nawiązanie do przeszłości Hardy'ego. Bo jak wiadomo, każdy szanujący się serial o policjantach/detektywach/lekarzach, musi mieć bohatera/bohaterów, którzy mają swoje mroczne tajemnice, ukrytą przeszłość i problemy, przed którymi uciekają. Naturalnie tym razem nie jest inaczej. Do Broadchurch trafił, ponieważ nie wyszło mu z poprzednią sprawą i musiał gdzieś uciec. Ale przeszłość wraca i musi stawić jej czoła. Będzie mu to wychodziło raz lepiej, a raz gorzej, ale przynajmniej pewne rzeczy zostaną wyjaśnione. 


Wracając jeszcze do procesu, to zabawne, ale część oskarżeń jakie padła były niesamowicie absurdalne. Do tego proces obnażył wiele tajemnic i zadawano bardzo niewygodne pytania. Genialnie pokazali psychikę bohaterów i to, kto z nich jest najsilniejszy. Bo jak wiadomo, najsilniejsi przetrwają. A może to tylko pozory? W każdym razie brytyjskie prawo funkcjonuje trochę inaczej niż u nas i tam o wyroku decyduje ława przysięgłych. A jak wiadomo, bardzo często to zwyczajni ludzie, którzy nie mają doświadczenia w sprawach karnych. Mówi się, że są bezstronni i kierują się tylko tym co otrzymają podczas rozpraw. Niezupełnie się z tym zgadzam, no ale cóż, to tylko serial w tym przypadku.


Sezon 3

W sezonie trzecim mamy pewien przeskok w czasie, proces został już dawno zamknięty, każdy żyje swoim życiem i... wraca Alec. I to nie sam. Pojawia się także kolejna sprawa. Tym razem nie jest to morderstwo, a gwałt. Momentami wydawało mi się to gorsze niż poprzednia sprawa. Mogę zdradzić, że przy ostatnim odcinku, gdy złapali sprawcę i go przesłuchiwali rozbiło mi się niedobrze i miałam ochotę wejść tam do serialu i zrobić mu krzywdę. Zresztą nie tylko ja... 


Trzeci sezon rozwija bardziej wątki spraw osobistych naszych głównych bohaterów. Dzieci dorastają, sprawiają coraz większe problemy i ładują się w okropne kłopoty. Niektórzy próbują ułożyć sobie życie w dziwny sposób, a inni staczają się na dno nie widząc dla siebie nadziei. Ktoś mógłby powiedzieć, że trzeci sezon jest zrobiony trochę na siłę, byle tylko jakoś domknąć nierozwiązane wątki. To nieprawda. Tego serialu po prostu chce się więcej i więcej. To smutne, że ten sezon był ostatni, ale mimo wszystko w głębi mojego fangirlowego serduszka wierzę, że może kiedyś powstanie ten czwarty sezon (i pięć kolejnych).



Oprócz tego, że ten serial dostarczył niesamowitych emocji związanych ze sprawami to jeszcze sprezentował najcudowniejszy bromance jaki w życiu widziałam. Ellie i Alec to mistrzostwo świata. Od nienawiści do przyjaźni. Może nie takiej oczywistej i prostej, ale widać, że to coś wyjątkowego. Co ciekawe fandom jest podzielony, bo część uważa, że oni powinni być parą, a część, że jednak nie. Naturalnie jestem w tej drugiej grupie, bo ja ich sobie razem po prostu nie wyobrażam. Zresztą sami zainteresowani uważają, że to by było dziwne (polecam obejrzeć jeden z odcinków Grahama Nortona z nimi). Chociaż odczuwam wielkie rozczarowanie, że z racji wielokrotnych okazji Alec nigdy nie przytulił Ellie (nie sugerujcie się tym gifem tam gdzieś u góry). A MÓGŁ TO ZROBIĆ! I nie chodzi tu o żadną relację romantyczną tylko po prostu po przyjacielsku. Wiecie, taki ludzki odruch, ale nie, bo to przecież grumpy cat... Ale wydaję mi się, że też trochę w tym winy Ellie. Zresztą każdy powinien ocenić sam, jak już obejrzy. 


Ale na przestrzeni trzech sezonów widać kolosalną różnicę w zmianie naszej uroczej pary detektywów. Ellie stała się policjantką z krwi i kości z naczelną dewizą "nie ufaj nikomu" (tak, tak, nauczyła się czegoś od Hardy'ego), poświęciła się pracy i nauczyła się rządzić Aleckiem. Z kolei on zrobił się trochę delikatniejszy, ale nadal w nim pełno sarkazmu i złośliwości. Do tego dopadły go pewne obowiązki, którym musiał stawić czoło i nie miał wyjścia, ale musiał się radzić w tej sprawie Ellie. To naprawdę uroczę, że oni tak doskonale się uzupełniają (są chyba nawet lepsi niż Sherlock i Watson xD ). 


Na pewno ten serial by nie był taki jaki jest, gdyby nie pewna rzecz: akcent, z jakim mówi Alec. Jakby ktoś nie wiedział to Tennant jest Szkotem i tutaj zdecydowanie to wykorzystano, nawet Ellie mu to kiedyś wypominała. On tu tak zabawnie fafluni, że niestety, ale bez napisów to ja go nie rozumiem. Trzy najzabawniejsze słowa jakie mówi z tym swoim uroczym akcentem to: Milla (Miller), bladi (bloody - w połączeniu z Twitterem otrzymujemy: bladi Tłita) oraz szori (sorry). Tak czy inaczej mogę go słuchać godzinami. Cóż, tak już mam...


W tym roku postanowiłam sobie, że będę sobie robić wycieczki szlakiem moich ulubionych seriali i "Broadchurch" ma to szczęście, że znalazło się na mojej mapie. To miasteczko oczywiście nie istnieje, ale zdjęcia do plenerów kręcono w West Bay w Dorset. Jest tam naprawdę przepięknie i aż żal tam nie pojechać. Na moje szczęście będę niedaleko tego miejsca, więc nie odpuszczę i pojadę, choćby miał być tam huragan czy inne tsunami. Muszę, po prostu muszę.



No i oczywiście jak to ja i moja obsesja, nie mogło się nie obejść bez innych zarażonych. Dzięki mnie i mojemu ciągłemu gadaniu o "Broadchurch" trzy kolejne osoby zaczęły to oglądać. Jedna dzieli ze mną smutek, żal i rozpacz, że to już koniec i lubi rozdrapywać moje rany ciągłym przypominaniem mi, że to już koniec. Dlatego jedyną nadzieją dla mnie jest ponowne obejrzenie tego. Ja z całego serduszka gorąco polecam. Chciałam napisać tutaj trochę więcej, ale nie chcę robić spoilerów, bo może ktoś się skusi na oglądanie. Jedyne co napiszę to OGLĄDAJCIE! xD



BONUS:

(nie, nie łudźcie się, nie zrobi tego) 

czwartek, 16 marca 2017

Sztuka opętania, czyli Jessica Jones

Przez bardzo długi okres zapierałam się raciczkami, kopytkami i wszystkimi moimi kończynami, że nie, nie ma opcji i nie będę oglądać seriali o komiksowych superbohaterach. Całkowicie wypierałam się produkcji Marvela, o DC już nawet nie wspominając. Ale nastał taki dzień w moim życiu, że postanowiłam to zmienić. Moim pierwszym obiektem stał się "Iron Fist", którego premiera dopiero przede mną (ale recenzje już nie są zbyt optymistyczne). Jednak ostatnio coś mi się stało w mózgu i moja fangirl upolowała sobie kolejny obiekt w postaci Davida Tennanta. Jak to ja mam w zwyczaju, każdą swoją ofiarę lustruję na Filmwebie i sprawdzam co mogę sobie obejrzeć z jego filmografii. A że słynę ze słabości do czarnych charakterów to nie było wyjścia, żeby nie obejrzeć "Jessici Jones", gdzie owy pan gra taką właśnie paskudę.


Serial opowiada o Jessice Jones (Krysten Ritter), która prowadzi swoje własne biuro detektywistyczne i dzięki swoim ponadprzeciętnym mocą jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim zleceniami, które otrzymuje. Jednak, gdy otrzymuje kolejne zlecenie, wraz z nim pojawiają się demony przeszłości, a właściwie jeden - Kilgrave (David Tennant). Jessica wraz ze swoimi przyjaciółmi będzie próbowała dopaść swojego największego wroga i udowodnić mu, że już dawno stracił nad nią kontrolę.


Jessica Jones, jak to mają w zwyczaju superbohaterowie, jest sierotą, która trafiła pod opiekę okropnej kobiety, gdzie była traktowana jak piąte koło u wozu. Jedyne co zyskała dzięki tej badziewnej sytuacji to przyjaźń (a nawet siostrzaną miłość) nijakiej Trish "Patsy" Walker (Rachel Taylor), która jako nastolatka była idolką wszystkich młodych ludzi, a obecnie jest dziennikarką i pracuje w radio. Wie o całej sprawie z Kilgravem i za wszelką cenę stara się pomóc Jessice. Nie chcę za bardzo zdradzac, bo to po prostu warto obejrzeć.


Jessica Jones jest dość specyficzną postacią. Dużo pije, chodzi cały czas w tych samych ciuchach, zna ludzi spod ciemnej gwiazdy, wiele rzeczy wymusza siłą albo tzw. "jesteś mi to dłużny/dłużna", a do tego pije jak rasowy alkoholik. Serio, non stop. I to nie byle co. Whisky albo bourbon. Po mieszkaniu, które wygląda jak melina, po której przeszło tornado, walają się butelki i prędzej znajdzie się tam szkło ze złocistym trunkiem niż normalny mebel albo coś do jedzenia. Ale przecież takich bohaterów kochamy najbardziej. Skomplikowanych, pokręconych, o nieoczywistej urodzie. Jaka właśnie jest Jessica. A do tego nienawidzi jak coś jej się narzuca, jak musi na coś czekać i musi wyznawać swoje uczucia. 


Do tego otacza się dosyć specyficznymi ludźmi: znajomą prawnik-lesbijką, która często korzysta z pomocy Jessici, ciemnoskórego sąsiada narkomana czy zakochanego w niej po uszy ciamajdowatego sąsiada, który ma psychiczną siostrę bliźniaczkę. Co zabawne, jej przyjaciółka Trish także na swojej drodze spotyka niezbyt normalne osoby, m.in. matka-tyranka czy niskobudżetowy Chris Evans (uwielbiam porównania mojej kuzynki), który chce być jej chłopakiem, ale potem wychodzi jak zwykle. 


Produkcja stała się także furtką do wprowadzenia kolejnego bohatera z rodziny Universum - Luke'a Cage'a. Owszem, dostanie (właściwie już można to obejrzeć) swój własny serial, ale tutaj mamy okazję go poznać. Spotykę Jessicę w dość przypadkowy sposób, ale jak się potem okaże nic nie dzieje się bez powodu. Między nimi wytworzy się pewna więź, która zostanie wystawiona na ogromną próbę. Cage nie jest zwyczajnym człowiekiem, on również jest "zmutowany" i szczerze, zazdroszczę mu tej jego mocy. Gościu ma megatwardą skórę, której nie jest w stanie przebić nawet najostrzejszy nóż. Jest zabawna scena, gdy w szpitalu próbują pobrać mu krew, a wszystkie igły zginają się w pół. 


No i został jeszcze Kilgrave. Serio, gościu trafił na szczyt listy najlepszych złoczyńców. Loki przy nim to słodka cynamonowa bułeczka. Jego superokropna moc polega na tym, że to co powie ludziom oni po prostu robią. Powie, że mają się powiesić - robią to, powie, że mają wbić sobie nóż w serce - zrobią to, powie, że mają się nawzajem pozabijać - zrobią to. Ale zanim stał się okropną mendą, był po prostu zakochany w Jessice. Potrafił dać jej wszystko, byle tylko go kochała. Oczywiście wykorzystywał do tego swoje zdolności, jednak pewne wydarzenie sprawiło, że ona go porzuciła, a on zapragnął zemsty na niej. 


Naturalnie jak to przystało na czarny charakter, jak bardzo chce to jest czarujący (cóż, dziewczyny na niego leciały i wcale się nie dziwie, he, he), ma dar przekonywania czy ludzie tego chcą czy nie, no i ma doskonały styl. Och, te jego garnitury, koszule i skarpetki. Bardzo łatwo zauważyć, że jego ulubionym kolorem jest fioletowy, w którym mu do twarzy. Ale przecież mendowatość nie bierze się  powietrza. Wszystko ma swoje korzenie w dzieciństwie, które nie było kolorowe. Jak łatwo przypuścić pojawią się dwie wersje prawdy i dwie strony tego sporu, który obnaży psychopatyczną naturę Kilgrave'a. Aha i przy okazji, to nie jest jego prawdziwe imię. 


Ale żeby nie było, że się tylko zachwycam. Prawda jest taka, że cały serial polega na ciągłej pogoni Jessici za Kilgravem i Kilgrave'a za Jessicą. Pierwszy raz spotykają się bardzo szybko i oboje w tym momencie mają szansę na zabicie tego drugiego. Jednak jak wiadomo, serial się musi jakoś kręcić przez te trzynaście odcinków i nie mogą się już powybijać przy szóstym. Dlatego otrzymujemy tu kilka rozciągniętych sytuacji, trochę udawania, że jest dobrze i uroczo, a także mylne zagrywki odnośnie tego kto jest z kim i przeciwko komu. Momentami ci okropni bohaterowie okazują serce i są milutcy, a ci kochani pokazują rogi i stają się bestiami. Ale dzięki temu nie ma nudy i z odcinka na odcinek rośnie napięcie. Oczywiście można się domyślać jak się skończy cała zabawa. 


Bardzo się cieszę, że powstanie drugi sezon i jednocześnie ciekawi mnie co oni tam wymyślą i jaka będzie obsada. Pewne jest to, że powrócą trzy kluczowe żeńskie postacie. Tajemnicą też nie jest, że w komiksowej wersji Luke jest mężem Jessici, ale nie wiadomo czy w serialu to nastąpi. Pewne jest także to, że Jessica, Cage, Iron Fist i Daredevil pojawią się we wspólnym serialu "Defenders". Cóż, zapowiada się bardzo ciekawie i pozostaje cierpliwie czekać na to co otrzymamy. Ja serial gorąco polecam, choćby ze względu na genialne momenty, które można uchwycić w gifach. Tak, tak, kilka tu pozostawię:







P.S. Jutro lecę, pędzę do kina na Trainspotting 2. Zobaczymy co z tego będzie. Pierwszą, genialną część, oglądałam dawno temu, gdzieś na przełomie gimnazjum i liceum, książkę przeczytałam też gdzieś mniej więcej w tym czasie. Nie spodziewam się jakiegoś szaleństwa, ale wy spodziewajcie się wpisu.

P.S. 2. Zaspamiłam gifami, wiem. Ale uwielbiam te gify...