Thor powrócił i to w najlepszym wydaniu. Pamiętam jak rok temu sprawdzałam kiedy mniej więcej pojawi się "Ragnarok" i tak strasznie nie mogłam się doczekać, kiedy zasiądę na fotelu w kinie i odpłynę. Od czwartku już wiem, że było warto czekać.
W nowej części Thor traci swoje piękne włosy oraz młot i musi zmierzyć się z Hulkiem w walce, a to wszystko na dziwnej planecie u dziwnego faceta, którego przyjacielem staje się Loki. A w tym samym czasie w Asgardzie pojawia się nowy władca, a właściwie władczyni, która chce zupełnie czegoś innego niż Thor. I tak zaczyna się zabawa, która zmieni wszystkich i wszystko.
Zawsze wydawało mi się, że Thor to jest ten najmniej zabawny, najbardziej mroczny, który ma tylko młotek i nic poza jego piękną urodą mu nie pomaga. Do tego ma brata, który jest cudownym złolem i jest lepszy od niego. "Ragnarok" udowodnił, że wcale tak nie jest. Thor stworzył przegenialny duet z Hulkiem i nawet dogadał się ze swoim kochanym braciszkiem. Cały film dostał lekkości, kolorów i nie było tego dziwnego, nudnego mroku, który mieliśmy w dwóch pierwszych częściach. Na szczęście zabrakło też wątku romantycznego, co było takim dobrym zabiegiem. Może dlatego to wszystko zadziałało. Na pewno jest to ogromna zasługa reżysera. Taika Waititi sprawił, że to była bardziej komedia z akcją niż akcja z komedią. Polecam obejrzeć "Co robimy w ukryciu", które również jest jego dziełem.
Niesamowicie się ucieszyłam, że w końcu na ekranie zagości Hulk. Jak się okazało to był chyba jego najlepszy występ w dotychczasowych filmach Marvela i tak bardzo nie mogę przeboleć, że nie dostanie swojej własnej części. Zresztą Loki zasługuje na to samo. Nie sądziłam, że z naczelnego złego może się tak zmienić. A jaka radość zagościła na mojej twarzy, że pojawił się w scenie razem z... Doctorem Strangem. Tak, tak, Ben i Tom w jednym filmie Marvela. Tyle pięknej brytyjskości w jednym momencie. Co do Doctora Strange'a to taki mały spoiler: pojawił się tylko raz, w jednej długiej scenie i na dobrą sprawę mogło go wcale nie być, no ale przynajmniej było ładne wprowadzenie do filmu.
Do tego Groot ze Strażników Galaktyki zaczyna mieć poważną konkurencję w postaci Korga (głosu użyczył mu Pan Reżyser, przez co nie mogłam się Taiki w filmie doszukać i dopiero potem się zorientowałam, że to on). Ta urocza Kupa Gruzu jest naprawdę przyjazna. Do tego dba o swoich przyjaciół i jest delikatny jeśli tylko chce. Już mi smutno, że nikt nie wpadł na pomysł stworzenia jego Popsa, bo z wielką przyjemnością bym go kupiła. Taki mały mój własny Korg.
Muzyczny motyw przewodni z filmu to mega petarda. Led Zeppelin to był doskonały wybór. Akurat w tym Marvel jest genialny. Ale i tak uważam, że Strażnicy Galaktyki i serial Luke Cage mają najlepszą ścieżkę dźwiękową. Tak czy inaczej polecam wybrać się do kina na trzecią część Thor, bo jest zupełnie inna niż poprzednie, co wyszło tylko na plus. Thor oczywiście powróci w przyszłym roku, wraz z nowym filmem o Avengersach. No ale tam mają się pojawić wszyscy (proszę, proszę, dajcie wspólną scenę Groota i Korga, błagam!). Tymczasem, biegnijcie do kina i bawcie się dobrze!
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
sobota, 28 października 2017
czwartek, 16 marca 2017
Sztuka opętania, czyli Jessica Jones
Przez bardzo długi okres zapierałam się raciczkami, kopytkami i wszystkimi moimi kończynami, że nie, nie ma opcji i nie będę oglądać seriali o komiksowych superbohaterach. Całkowicie wypierałam się produkcji Marvela, o DC już nawet nie wspominając. Ale nastał taki dzień w moim życiu, że postanowiłam to zmienić. Moim pierwszym obiektem stał się "Iron Fist", którego premiera dopiero przede mną (ale recenzje już nie są zbyt optymistyczne). Jednak ostatnio coś mi się stało w mózgu i moja fangirl upolowała sobie kolejny obiekt w postaci Davida Tennanta. Jak to ja mam w zwyczaju, każdą swoją ofiarę lustruję na Filmwebie i sprawdzam co mogę sobie obejrzeć z jego filmografii. A że słynę ze słabości do czarnych charakterów to nie było wyjścia, żeby nie obejrzeć "Jessici Jones", gdzie owy pan gra taką właśnie paskudę.
Serial opowiada o Jessice Jones (Krysten Ritter), która prowadzi swoje własne biuro detektywistyczne i dzięki swoim ponadprzeciętnym mocą jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim zleceniami, które otrzymuje. Jednak, gdy otrzymuje kolejne zlecenie, wraz z nim pojawiają się demony przeszłości, a właściwie jeden - Kilgrave (David Tennant). Jessica wraz ze swoimi przyjaciółmi będzie próbowała dopaść swojego największego wroga i udowodnić mu, że już dawno stracił nad nią kontrolę.
Jessica Jones, jak to mają w zwyczaju superbohaterowie, jest sierotą, która trafiła pod opiekę okropnej kobiety, gdzie była traktowana jak piąte koło u wozu. Jedyne co zyskała dzięki tej badziewnej sytuacji to przyjaźń (a nawet siostrzaną miłość) nijakiej Trish "Patsy" Walker (Rachel Taylor), która jako nastolatka była idolką wszystkich młodych ludzi, a obecnie jest dziennikarką i pracuje w radio. Wie o całej sprawie z Kilgravem i za wszelką cenę stara się pomóc Jessice. Nie chcę za bardzo zdradzac, bo to po prostu warto obejrzeć.
Jessica Jones jest dość specyficzną postacią. Dużo pije, chodzi cały czas w tych samych ciuchach, zna ludzi spod ciemnej gwiazdy, wiele rzeczy wymusza siłą albo tzw. "jesteś mi to dłużny/dłużna", a do tego pije jak rasowy alkoholik. Serio, non stop. I to nie byle co. Whisky albo bourbon. Po mieszkaniu, które wygląda jak melina, po której przeszło tornado, walają się butelki i prędzej znajdzie się tam szkło ze złocistym trunkiem niż normalny mebel albo coś do jedzenia. Ale przecież takich bohaterów kochamy najbardziej. Skomplikowanych, pokręconych, o nieoczywistej urodzie. Jaka właśnie jest Jessica. A do tego nienawidzi jak coś jej się narzuca, jak musi na coś czekać i musi wyznawać swoje uczucia.
Do tego otacza się dosyć specyficznymi ludźmi: znajomą prawnik-lesbijką, która często korzysta z pomocy Jessici, ciemnoskórego sąsiada narkomana czy zakochanego w niej po uszy ciamajdowatego sąsiada, który ma psychiczną siostrę bliźniaczkę. Co zabawne, jej przyjaciółka Trish także na swojej drodze spotyka niezbyt normalne osoby, m.in. matka-tyranka czy niskobudżetowy Chris Evans (uwielbiam porównania mojej kuzynki), który chce być jej chłopakiem, ale potem wychodzi jak zwykle.
Produkcja stała się także furtką do wprowadzenia kolejnego bohatera z rodziny Universum - Luke'a Cage'a. Owszem, dostanie (właściwie już można to obejrzeć) swój własny serial, ale tutaj mamy okazję go poznać. Spotykę Jessicę w dość przypadkowy sposób, ale jak się potem okaże nic nie dzieje się bez powodu. Między nimi wytworzy się pewna więź, która zostanie wystawiona na ogromną próbę. Cage nie jest zwyczajnym człowiekiem, on również jest "zmutowany" i szczerze, zazdroszczę mu tej jego mocy. Gościu ma megatwardą skórę, której nie jest w stanie przebić nawet najostrzejszy nóż. Jest zabawna scena, gdy w szpitalu próbują pobrać mu krew, a wszystkie igły zginają się w pół.
No i został jeszcze Kilgrave. Serio, gościu trafił na szczyt listy najlepszych złoczyńców. Loki przy nim to słodka cynamonowa bułeczka. Jego superokropna moc polega na tym, że to co powie ludziom oni po prostu robią. Powie, że mają się powiesić - robią to, powie, że mają wbić sobie nóż w serce - zrobią to, powie, że mają się nawzajem pozabijać - zrobią to. Ale zanim stał się okropną mendą, był po prostu zakochany w Jessice. Potrafił dać jej wszystko, byle tylko go kochała. Oczywiście wykorzystywał do tego swoje zdolności, jednak pewne wydarzenie sprawiło, że ona go porzuciła, a on zapragnął zemsty na niej.
Naturalnie jak to przystało na czarny charakter, jak bardzo chce to jest czarujący (cóż, dziewczyny na niego leciały i wcale się nie dziwie, he, he), ma dar przekonywania czy ludzie tego chcą czy nie, no i ma doskonały styl. Och, te jego garnitury, koszule i skarpetki. Bardzo łatwo zauważyć, że jego ulubionym kolorem jest fioletowy, w którym mu do twarzy. Ale przecież mendowatość nie bierze się powietrza. Wszystko ma swoje korzenie w dzieciństwie, które nie było kolorowe. Jak łatwo przypuścić pojawią się dwie wersje prawdy i dwie strony tego sporu, który obnaży psychopatyczną naturę Kilgrave'a. Aha i przy okazji, to nie jest jego prawdziwe imię.
Ale żeby nie było, że się tylko zachwycam. Prawda jest taka, że cały serial polega na ciągłej pogoni Jessici za Kilgravem i Kilgrave'a za Jessicą. Pierwszy raz spotykają się bardzo szybko i oboje w tym momencie mają szansę na zabicie tego drugiego. Jednak jak wiadomo, serial się musi jakoś kręcić przez te trzynaście odcinków i nie mogą się już powybijać przy szóstym. Dlatego otrzymujemy tu kilka rozciągniętych sytuacji, trochę udawania, że jest dobrze i uroczo, a także mylne zagrywki odnośnie tego kto jest z kim i przeciwko komu. Momentami ci okropni bohaterowie okazują serce i są milutcy, a ci kochani pokazują rogi i stają się bestiami. Ale dzięki temu nie ma nudy i z odcinka na odcinek rośnie napięcie. Oczywiście można się domyślać jak się skończy cała zabawa.
Bardzo się cieszę, że powstanie drugi sezon i jednocześnie ciekawi mnie co oni tam wymyślą i jaka będzie obsada. Pewne jest to, że powrócą trzy kluczowe żeńskie postacie. Tajemnicą też nie jest, że w komiksowej wersji Luke jest mężem Jessici, ale nie wiadomo czy w serialu to nastąpi. Pewne jest także to, że Jessica, Cage, Iron Fist i Daredevil pojawią się we wspólnym serialu "Defenders". Cóż, zapowiada się bardzo ciekawie i pozostaje cierpliwie czekać na to co otrzymamy. Ja serial gorąco polecam, choćby ze względu na genialne momenty, które można uchwycić w gifach. Tak, tak, kilka tu pozostawię:
P.S. Jutro lecę, pędzę do kina na Trainspotting 2. Zobaczymy co z tego będzie. Pierwszą, genialną część, oglądałam dawno temu, gdzieś na przełomie gimnazjum i liceum, książkę przeczytałam też gdzieś mniej więcej w tym czasie. Nie spodziewam się jakiegoś szaleństwa, ale wy spodziewajcie się wpisu.
P.S. 2. Zaspamiłam gifami, wiem. Ale uwielbiam te gify...
czwartek, 27 października 2016
Wcale nie taki dziwny ten Doktor Strange
Na premierę Doktora Strange czekałam odkąd tylko pojawiła się informacja, że taki film powstanie. Z jednej strony koniecznie musiałam zobaczyć kolejną produkcję z Cumberbatchem, a z drugiej tak bardzo pokochałam filmy Marvela, że grzechem byłoby nie iść. Co do samego Benedicta to już nie mdleje z wrażenia przy każdym filmie (tylko przy co drugim), ale uważam, że dzięki temu, że stał się superbohaterem pomału może odklejać łatkę Sherlocka i być kojarzony nie tylko z produkcją BBC, ale z tworem Hollywood. Nie ukrywam, że jak pojawił się w smokingu to pomyślałam sobie, że ładny byłby z niego James Bond, ale niestety chłopak nie ma typowej urody i go raczej nie wybiorą.
I w tym miejscu pragnę napisać, że wpis może i będzie zawierał spoilery, a może nie. Obecnie wszystko o czym chcę tu napisać jest na granicy zdradzania zawartości filmu, więc ciąg dalszy każdy czyta na swoją odpowiedzialność i żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Doktor Strange to ten rodzaj filmu, gdzie dopiero poznajemy nowego bohatera. Jego życie przed i po tym, jak miało miejsce kluczowe dla jego życia zdarzenie. Na początku dostajemy genialnego neurochirurga, który jest w stanie nieomal umarłego przywrócić do życia i robi to bez drżenia rąk. Hop siup i pacjent jest wśród nas. Przez to, że jest prawie bogiem jest też przy okazji zarozumiałym dupkiem, którego ego jest większe niż cały świat. Gdy dochodzi do tragedii, która odbiera mu to co dla niego najcenniejsze, czyli władzę w rękach, jest tak zdesperowany, żeby to odzyskać, że udaje się za ostatnie pieniądze do świata, gdzie mało kto chciałby się znaleźć.
Poznaje mistrzów kontroli świata, czasu i życia i sam się dokształca, by móc odzyskać to co utracił. Z czasem dowiaduje się, że musi stać się pokornym i wierzącym w duszę człowiekiem, by móc osiągnąć harmonię. Oczywiście jest to klasyczny film o superbohaterze, gdzie mamy mistrza nad mistrzami, pomocnika, drugoplanowca, bez którego brakowałoby tego czegoś no i oczywiście tego złego, który był dobry, ale zbłądził. Z villainem w "Doktorze..." mam ten problem, że czegoś tu zabrakło. To jest trochę ten sam przypadek jak w "Strażnikach galaktyki" z Ronanem. Zarówno Kaecilius (grany przez Madsa Mikkelsena) jak i Ronan Lee Pace'a to czarne charaktery, które miały potencjał, ale coś po drodze nie wyszło. Wizualnie Kaecilius przeraża dogłębnie, ale skoro ma możliwość używania złych mocy na wielką skalę to dlaczego tego nie wykorzystuje? Tak samo motyw panowania nad czasem przez Strange'a. Mógł od zapętlić dane wydarzenie albo cofnąć czas, to dlaczego nie cofnął się do momentu, gdy jego świat się zawalił? Wiem, że zapewne wtedy nie byłoby filmu, ale spróbować nie zaszkodzi.
Bardzo pozytywną sprawą i wywołującą największe salwy śmiechu na pełnej kinowej sali wywoływały odwołania do popkultury i współczesności. Najczęściej oczywiście wychodziły one od samego Strange'a. Jednym z takich przykładów jest pierwsze spotkanie doktora i opiekuna biblioteki Wonga. Stephen był tak zdziwiony, że to tak zwyczajnie Wong, że dopytywał czy to tak jak z Adele i Bono. Gdy do Wonga rzucił coś w stylu "Hej, Beyonce", a tamten nie widział o co chodzi był trochę zdziwiony, jednak Wong nie pozostał w tyle i już w następnej scenie słuchał na odtwarzaczu "Single Ladies". Jednak mistrzowską sceną był fragment, gdy Strange "instaluje się" w swojej celi w czymś na wzór klasztoru, a jego opiekun Mordo, podaje mu kartkę z zapisanym jednym słowem. Kiedy ten się pyta co to takiego, Mordo odpowiada, że to hasło do WiFi, bo przecież w dziczy nie żyją.
Jednak niewątpliwie największą niespodzianką całego filmu była ukryta scena i jej zawartość. Mam na myśli pierwszą ukrytą scenę, po wstępnych napisach. W owym fragmencie pojawił się... Thor. Z radością pił piwo, które wciąż i wciąż napełniał mu Stephen i opowiadał o tym, że ściągnął Lokiego, by razem odszukali ojca. Na co Doktor z radością odpowiedział, że im pomoże. A co to oznacza? Że prawdopodobnie możemy spodziewać się go w trzeciej części Thora razem z Hulkiem. Ale na bank jest pewne to, że Doktor Strange powróci, bo na napisach końcowych pojawiła się taka informacja.
Nie można także pominąć efektów specjalnych, które w tym filmie robią ogromną robotę. Zaginanie czasoprzestrzeni, brylowanie między wymiarami i zmierzenie się z czymś co jest najpotężniejsze w całej galaktyce. Nie dziwię się, że większość kopii filmu w kinie jest w 3D, jednak nawet oglądając to w normalnej wersji człowieka może rozboleć głowa. No i broń Boże dubbing! Tylko oryginalna ścieżka. Ale każdy ma odmienny gust.
Jak dla mnie film był mega petardą i zdecydowanie trafił do TOP3 moich ulubionych marvelowych produkcji. Oczywiście bez popsa Doktora się nie obejdzie i jako prezent pod choinkę będzie idealny. Jedyne czego mogło być więcej to nawiązań do wcześniejszego życia Strange'a. Bo wiemy tylko tyle, że był genialnym neurochirurgiem, miał mega wypasiony apartament i samochód, a także ukochaną, która z nim pracowała, a on palant tego nie potrafił docenić.
Aktorstwo nic a nic nie rozczarowuje. Obsada na najwyższym poziomie. Ale wiadomo, że film będzie dobry jak grają w nim m.in. Benedict Cumberbatch, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen, Rachel McAdams i Chiwetel Ejiofor.
Film koniecznie do obejrzenia. Bardzo szybko mija na nim czas, w ogóle się nie nudzi, a wręcz przeciwnie. Zaskakuje, bawi i co by się mogło wydawać dziwne ma przesłanie, że nie należy się poddawać i że jeśli jedno się kończy to nie jest to koniec świata tylko początek czegoś nowego i może nawet bardziej istotnego.
Mi pozostaje tylko czekać na kolejne marvelowskie dziecko, czyli "Strażników galaktyki 2" i następny film, w którym pojawi się Doktor. Benedict, witamy w rodzinie Marvela i czekamy na więcej!
P.S. Ta czerwona pelerynka jest bardzo fajna. Udusi jak trzeba, ale także sama z siebie otrze łzy. Serio, chcę taką! Kto mi kupi, kto mi kupi?! Będę bardzo wdzięczna, a bestia jest podobno wybredna co do ludzi.
P.S.2. Stan Lee jak zwykle przyczajony tygrys, ukryty smok.
Etykiety:
Benedict Cumberbatch,
blog,
bloger,
doktor strange,
dr strange,
film,
ja,
kino,
mads mikkelsen,
Marvel,
opinia,
rachel mcadams,
superbohater,
tilda swinton,
wpis
niedziela, 3 lipca 2016
Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 1
Od miesiąca nic nie pisałam i to jest straszne. Przez ten czas sporo się działo, ale ostatecznie wracam i jestem. Ponad tydzień temu zmieniłam strefę czasową i znalazłam się na Wyspach Brytyjskich. W tym roku postanowiłam trochę więcej pozwiedzać i zaczęłam już wczoraj. Udałam się do Swindon. Jak to kiedyś usłyszałam, to raj dla bab, bo tam jest sklep na sklepie. I to prawda. W pobliżu dworca autobusowego jest wielka ulica, na której sklep goni sklep. A niecałą milę dalej znajduje się świetne outletowe centrum handlowe. Ale wszystko po kolei...
Już w autobusie miałam ochotę zawołać: "Hej przygodo!". Siedziałam w piętrowym busie na górze przed samą szybą na początku pojazdu. Miało się wrażenie, że człowiek siedzi na przedzie kolejki górskiej. Miało się ochotę patrzeć tylko przed siebie i zapomnieć o wszystkim. Jedynym denerwującym akcentem był facet, który siedział obok i cały czas brzdąkał na gitarze. On nie grał, to nie była gra. Poza tym idealnie. Gdy już znalazłam się na miejscu to się okazało, że w sumie to wysiadłam o przystanek za daleko i trochę trzeba było drałować z buta. Jeszcze GPS poprowadził mnie w zupełnie przeciwnym kierunku. Ale sobie poradziłam. Gdy weszłam do środka, do outletowego centrum handlowego byłam w raju. Najpierw szybka kawa, a potem polowanie w sklepach.
Znacie to uczucie, gdy w wasze ręce wpada ciuch idealny, w którym czujecie się jak we własnej skórze i wtedy nawet cena nie gra roli? No właśnie... Przeżyłam ja to wczoraj. Wchodzę do Bencha, a na wieszak wisi bluza idealna. Oczami wyobraźni juz widziałam jak chodzę w niej na uczelnie albo jadę na weekend do domu. Przymierzam ją i jestem w niebie. Niepewnie spoglądam na metkę i widzę £21. Dobra, nieważne. Biorę, raz się żyje. Mierzę raz jeszcze i bum - na rękawie ma dziurę. No nieeeee... Z bólem serca porzucam zdobycz i opuszczam sklep. Ale na pocieszenie idę do Fabryki Cadbury i kupuję batony Daim. W centrum było wiele fajnych sklepów, ale większość asortymentu rozczarowywała. No bo jak człowiek słyszy outlet to myśli, że trafi na świetne promocje. Wiadro prawda. Ale o dziwo tłumy ludzi ogromne. I wszyscy wychodzili z wielkimi siatkami. W końcu ostatecznie wolałam się skupić na dekoracji budynku niż na sklepach. A tu kilka przykładów:
Już w autobusie miałam ochotę zawołać: "Hej przygodo!". Siedziałam w piętrowym busie na górze przed samą szybą na początku pojazdu. Miało się wrażenie, że człowiek siedzi na przedzie kolejki górskiej. Miało się ochotę patrzeć tylko przed siebie i zapomnieć o wszystkim. Jedynym denerwującym akcentem był facet, który siedział obok i cały czas brzdąkał na gitarze. On nie grał, to nie była gra. Poza tym idealnie. Gdy już znalazłam się na miejscu to się okazało, że w sumie to wysiadłam o przystanek za daleko i trochę trzeba było drałować z buta. Jeszcze GPS poprowadził mnie w zupełnie przeciwnym kierunku. Ale sobie poradziłam. Gdy weszłam do środka, do outletowego centrum handlowego byłam w raju. Najpierw szybka kawa, a potem polowanie w sklepach.
Znacie to uczucie, gdy w wasze ręce wpada ciuch idealny, w którym czujecie się jak we własnej skórze i wtedy nawet cena nie gra roli? No właśnie... Przeżyłam ja to wczoraj. Wchodzę do Bencha, a na wieszak wisi bluza idealna. Oczami wyobraźni juz widziałam jak chodzę w niej na uczelnie albo jadę na weekend do domu. Przymierzam ją i jestem w niebie. Niepewnie spoglądam na metkę i widzę £21. Dobra, nieważne. Biorę, raz się żyje. Mierzę raz jeszcze i bum - na rękawie ma dziurę. No nieeeee... Z bólem serca porzucam zdobycz i opuszczam sklep. Ale na pocieszenie idę do Fabryki Cadbury i kupuję batony Daim. W centrum było wiele fajnych sklepów, ale większość asortymentu rozczarowywała. No bo jak człowiek słyszy outlet to myśli, że trafi na świetne promocje. Wiadro prawda. Ale o dziwo tłumy ludzi ogromne. I wszyscy wychodzili z wielkimi siatkami. W końcu ostatecznie wolałam się skupić na dekoracji budynku niż na sklepach. A tu kilka przykładów:
Będąc w tym centrum moją uwagę przykuł pewien sklep z zabawkami. Niby nic szczególnego, ale jednak. Wszędzie na półkach siedziały 'sflaczałe' misie, które by mogły brać udział w teatrzyku dla dzieci. Dopiero, gdy weszło się w dalszą część sklepu człowiek odkrywał całą tajemnicę. Był to sklep, w którym na oczach klienta wypychano puchem owe misie. Przy wielkiej maszynie siedział facet, który wypychał zabawki, a potem je zszywał. Co ciekawe, misie nie były zwyczajne. Były poprzebierane np. za Minionki, Batmana, bohaterów Marvela czy Krainy Lodu. Jedyny mój błąd, że nie zapytałam o cenę.
Po ok. 3,5 godziny skończyły mi się sklepy do zwiedzania i stwierdziłam, że czas iść tam, gdzie tygryski lubią być najbardziej, czyli do Primarka. Musiałam się wrócić kolo dworca i trafić na tą piękną, długą ulicę, gdzie jest mnóstwo sklepów. Szłam, szłam i szłam, ale dotarłam. Początkowo nic mnie nie zainteresowało i poczułam rozczarowanie. Ale im głębiej w sklep tym więcej radości. Po pierwsze w końcu znalazłam idealne ogrodniczki, ale za to rozmiar nie znalazł mnie. Więc mam nadzieję, że w innym Primarku rozmiar juz będzie. Po drugie, stwierdziłam, że bez piżamy to ja stąd nie wychodzę. No i nie wyszłam. Piżama z Avengersami trafiła do koszyka. Potem niestety zostałam skazana na dział męski, bo jak zwykle na damskim dyskryminacja i brak czegokolwiek z Marvelem. Za to ze Star Wars od zarąbania. No to hop, hyc na męski i wpadłam do raju. Dwie koszulki, jedna z Marvelem, druga z Avengersami i bluza z Kapitanem Ameryką. Właściwie to chciałam coś z Hulkiem, ale jak zwykle no... Poza tym, że kupiłam ładne ubrania to byłam bliska omdlenia. Na ostatnim piętrze sklepu było z milion stopni, bo tego dnia słońce nieźle grzało, a w środku było mnóstwo ludzi.
A gdy już wsiadłam do autobusu w drogę powrotną to byłam bliska zaśnięcia, bo słońce tak fajnie grzało, a nogi chciały mi odpaść razem z butami. Ale nowe miasto odwiedzone. Jednak stwierdzam, że w Swindon nie chciałabym mieszkać. Póki co Bath forever in my heart. Pewnie za jakieś dwa tygodnie i tam trafię, ale na razie trzeba zarabiać na nowe zakupy.
A na koniec trochę zdjęć z trasy:
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































