Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tilda swinton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tilda swinton. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Wcale nie taki dziwny ten Doktor Strange

Na premierę Doktora Strange czekałam odkąd tylko pojawiła się informacja, że taki film powstanie. Z jednej strony koniecznie musiałam zobaczyć kolejną produkcję z Cumberbatchem, a z drugiej tak bardzo pokochałam filmy Marvela, że grzechem byłoby nie iść. Co do samego Benedicta to już nie mdleje z wrażenia przy każdym filmie (tylko przy co drugim), ale uważam, że dzięki temu, że stał się superbohaterem pomału może odklejać łatkę Sherlocka i być kojarzony nie tylko z produkcją BBC, ale z tworem Hollywood. Nie ukrywam, że jak pojawił się w smokingu to pomyślałam sobie, że ładny byłby z niego James Bond, ale niestety chłopak nie ma typowej urody i go raczej nie wybiorą.


I w tym miejscu pragnę napisać, że wpis może i będzie zawierał spoilery, a może nie. Obecnie wszystko o czym chcę tu napisać jest na granicy zdradzania zawartości filmu, więc ciąg dalszy każdy czyta na swoją odpowiedzialność i żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Doktor Strange to ten rodzaj filmu, gdzie dopiero poznajemy nowego bohatera. Jego życie przed i po tym, jak miało miejsce kluczowe dla jego życia zdarzenie. Na początku dostajemy genialnego neurochirurga, który jest w stanie nieomal umarłego przywrócić do życia i robi to bez drżenia rąk. Hop siup i pacjent jest wśród nas. Przez to, że jest prawie bogiem jest też przy okazji zarozumiałym dupkiem, którego ego jest większe niż cały świat. Gdy dochodzi do tragedii, która odbiera mu to co dla niego najcenniejsze, czyli władzę w rękach, jest tak zdesperowany, żeby to odzyskać, że udaje się za ostatnie pieniądze do świata, gdzie mało kto chciałby się znaleźć. 


Poznaje mistrzów kontroli świata, czasu i życia i sam się dokształca, by móc odzyskać to co utracił. Z czasem dowiaduje się, że musi stać się pokornym i wierzącym w duszę człowiekiem, by móc osiągnąć harmonię. Oczywiście jest to klasyczny film o superbohaterze, gdzie mamy mistrza nad mistrzami, pomocnika, drugoplanowca, bez którego brakowałoby tego czegoś no i oczywiście tego złego, który był dobry, ale zbłądził. Z villainem w "Doktorze..." mam ten problem, że czegoś tu zabrakło. To jest trochę ten sam przypadek jak w "Strażnikach galaktyki" z Ronanem. Zarówno Kaecilius (grany przez Madsa Mikkelsena) jak i Ronan Lee Pace'a to czarne charaktery, które miały potencjał, ale coś po drodze nie wyszło. Wizualnie Kaecilius przeraża dogłębnie, ale skoro ma możliwość używania złych mocy na wielką skalę to dlaczego tego nie wykorzystuje? Tak samo motyw panowania nad czasem przez Strange'a. Mógł od zapętlić dane wydarzenie albo cofnąć czas, to dlaczego nie cofnął się do momentu, gdy jego świat się zawalił? Wiem, że zapewne wtedy nie byłoby filmu, ale spróbować nie zaszkodzi. 


Bardzo pozytywną sprawą i wywołującą największe salwy śmiechu na pełnej kinowej sali wywoływały odwołania do popkultury i współczesności. Najczęściej oczywiście wychodziły one od samego Strange'a. Jednym z takich przykładów jest pierwsze spotkanie doktora i opiekuna biblioteki Wonga. Stephen był tak zdziwiony, że to tak zwyczajnie Wong, że dopytywał czy to tak jak z Adele i Bono. Gdy do Wonga rzucił coś w stylu "Hej, Beyonce", a tamten nie widział o co chodzi był trochę zdziwiony, jednak Wong nie pozostał w tyle i już w następnej scenie słuchał na odtwarzaczu "Single Ladies". Jednak mistrzowską sceną był fragment, gdy Strange "instaluje się" w swojej celi w czymś na wzór klasztoru, a jego opiekun Mordo, podaje mu kartkę z zapisanym jednym słowem. Kiedy ten się pyta co to takiego, Mordo odpowiada, że to hasło do WiFi, bo przecież w dziczy nie żyją. 


Jednak niewątpliwie największą niespodzianką całego filmu była ukryta scena i jej zawartość. Mam na myśli pierwszą ukrytą scenę, po wstępnych napisach. W owym fragmencie pojawił się... Thor. Z radością pił piwo, które wciąż i wciąż napełniał mu Stephen i opowiadał o tym, że ściągnął Lokiego, by razem odszukali ojca. Na co Doktor z radością odpowiedział, że im pomoże. A co to oznacza? Że prawdopodobnie możemy spodziewać się go w trzeciej części Thora razem z Hulkiem. Ale na bank jest pewne to, że Doktor Strange powróci, bo na napisach końcowych pojawiła się taka informacja. 


Nie można także pominąć efektów specjalnych, które w tym filmie robią ogromną robotę. Zaginanie czasoprzestrzeni, brylowanie między wymiarami i zmierzenie się z czymś co jest najpotężniejsze w całej galaktyce. Nie dziwię się, że większość kopii filmu w kinie jest w 3D, jednak nawet oglądając to w normalnej wersji człowieka może rozboleć głowa. No i broń Boże dubbing! Tylko oryginalna ścieżka. Ale każdy ma odmienny gust. 

Jak dla mnie film był mega petardą i zdecydowanie trafił do TOP3 moich ulubionych marvelowych produkcji. Oczywiście bez popsa Doktora się nie obejdzie i jako prezent pod choinkę będzie idealny. Jedyne czego mogło być więcej to nawiązań do wcześniejszego życia Strange'a. Bo wiemy tylko tyle, że był genialnym neurochirurgiem, miał mega wypasiony apartament i samochód, a także ukochaną, która z nim pracowała, a on palant tego nie potrafił docenić. 


Aktorstwo nic a nic nie rozczarowuje. Obsada na najwyższym poziomie. Ale wiadomo, że film będzie dobry jak grają w nim m.in. Benedict Cumberbatch, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen, Rachel McAdams i Chiwetel Ejiofor. 

Film koniecznie do obejrzenia. Bardzo szybko mija na nim czas, w ogóle się nie nudzi, a wręcz przeciwnie. Zaskakuje, bawi i co by się mogło wydawać dziwne ma przesłanie, że nie należy się poddawać i że jeśli jedno się kończy to nie jest to koniec świata tylko początek czegoś nowego i może nawet bardziej istotnego. 


Mi pozostaje tylko czekać na kolejne marvelowskie dziecko, czyli "Strażników galaktyki 2" i następny film, w którym pojawi się Doktor. Benedict, witamy w rodzinie Marvela i czekamy na więcej! 


P.S. Ta czerwona pelerynka jest bardzo fajna. Udusi jak trzeba, ale także sama z siebie otrze łzy. Serio, chcę taką! Kto mi kupi, kto mi kupi?! Będę bardzo wdzięczna, a bestia jest podobno wybredna co do ludzi.

P.S.2. Stan Lee jak zwykle przyczajony tygrys, ukryty smok. 

wtorek, 17 maja 2016

Czworokąt po włosku

Do kina praktycznie chodzę dla aktorów. Tak mi się zrobiło i już. Odnoszę wtedy wrażenie, że nie będę się na pewno nudzić, bo będzie na co popatrzeć i na czym się skupić. W przypadku „Nienasyconych” właśnie tak było. Dostałam obsesji na punkcie Matthiasa Schoenaertsa i staram się oglądać wszystkie możliwe produkcje z jego udziałem. A że świat kina zaczyna go odkrywać to pojawia się wiele okazji wyjścia do kina. „Nienasyconych” chciałam koniecznie obejrzeć odkąd po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun. Dodatkowo ucieszyłam się, że występuje tam także Ralph Fiennes.


Gwiazda rocka Marianne Lane (Tilda Swinton) razem z ukochanym Paulem De Smedtem (Matthias Schoenaerts) przebywają na wakacjach we Włoszech. Kobieta odpoczywa i nabiera sił po trasie koncertowej, która odbiła się na jej zdrowiu. Niespodziewanie wypoczynek przerywa pojawienie się byłego partnera Marianee, Harry’ego Hawkes’a (Ralph Fiennes), który przyleciał na wyspę wraz ze swoją niedawno odnalezioną córką Penelope (Dakota Johnson). Przyjazd gości zaczyna burzyć spokój i harmonię jaka panuje dookoła.


Film pokazuje, że każdy z bohaterów ma jakiś problem. Marianne traci głos i nie wiadomo czy go odzyska. Do tego pojawienie się Harry’ego przywraca jej dawne wspomnienia i uczucia jakie między nimi były. Mimo iż jest zakochana w Paulu i mówi Hawkesowi wprost, że nie zostawi swojego obecnego partnera, widać, że ma wątpliwości. Sam Harry jest specyficznym człowiekiem. Ciągle gada. Twarz mu się nie zamyka. A do tego w swoich wypowiedziach jest bardzo wylewny i szczery. Czasami wręcz przekraczający granicę. Z kolei jego relacja z córką wygląda dość dwuznacznie. Niby dopiero niedawno nawiązali kontakt i się poznają, to jednak ich zażyłość jest zbyt bliska. Sama Marianne pyta go co go tak naprawdę łączy z dziewczyną. Ten w gniewie na ulicy oznajmia kobiecie, że „nie pieprzy własnej córki”. Penelope to postać tajemnicza, o której tak naprawdę nic nie wiadomo. Jak się potem okaże nawet jej dane osobowe nie są do końca prawdziwe. Za to jest bardzo wyzywająca i naładowana erotycznym napięciem. Natomiast Paul, który został przedstawiony jako opiekuńczy i kochający partner sam miał problemy. Wyszedł z nałogu alkoholowego i przeszedł nieudaną próbę samobójczą.


Akcja filmu jest przeplatana scenami z retrospekcji z życia Marianne, Harry’ego i Paula. Pokazano w nich wzajemne relacje jakie parę lat temu łączyły bohaterów, m.in. moment poznania Marianne i Paula czy szalone imprezy Lane i Hawkes’a. W tym miejscu zabrakło mi czegoś o Penelope. Jakiegoś elementu pokazującego jej poznanie z ojcem.


Denerwujące (a może ekscytujące, trudno mi powiedzieć) było zawieszenie pewnych scen. Niedopowiedzenia pewnych sytuacji były na porządku dziennym. Chyba największym był moment, gdzie Penelope i Paul idą na spacer nad jezioro, dziewczyna się rozbiera i kładzie na kamieniach, a Paul znajduje się po drugiej stronie akwenu i patrzy, nie do końca wiedząc co ma zrobić. Potem kamera znika i pojawia się w domu, gdzie Harry i Marianne ich szukają. Z kolei po powrocie wszyscy na siebie patrzą podejrzliwie. Gdy w końcu Harry zaczyna się kłócić z Paulem, ten pyta go otwarcie czy doszło do czegoś między nimi, a De Smedt odpowiada mu pytaniem na pytanie. Do końca to nie zostało wytłumaczone i widz może się tylko domyślać czy coś było czy jednak nie.


Czytając ostatnio wywiad z reżyserem, ten opowiedział o scenie otwierającej film. Na ekranie pojawia się Marianne, która wychodzi na scenę i tłum ludzi na jej koncercie skanduje jej imię. Reżyser przyznał, że koncert miał miejsce naprawdę. Jego znajomy muzyk był właśnie w trasie koncertowej i zapytał go czy mogliby „pożyczyć” scenę do nakręcenia ujęcia. Ten powiedział, że daje im dwadzieścia minut i przez ten czas mogą sobie tam robić co tylko im się podoba. Do tego „fani” Marianne to byli prawdziwi słuchacze koncertu, na który przyszli tamtego dnia. A to że krzyczeli jej imię wyszło podobno spontanicznie i bardzo realistycznie.


Na film byłam pozytywnie nastawiona, jednak w pewnym momencie seansu najzwyczajniej zaczęło mi się trochę nudzić i dłużyć. Niektórzy widzowie chyba byli zbytnio znudzeni, bo zaczęli wychodzić. A może miało to też wpływ, że nie musieli płacić za bilety, bo nie dość, że był to pokaz przedpremierowy, to jeszcze darmowy. Moim największym problemem oprócz wkradającej się nudy była Dakota Johnson. Widziałam z nią już kilka filmów i naprawdę, z produkcji na produkcję, coraz bardziej się przekonuję, że w każdym filmie jest właściwie taka sama i nie wprowadza to niczego nowego. Bardzo możliwe, że jest to spowodowane faktem, że każda rola jest taka sama lub podobna. A może po prostu jest średnią aktorką z jednym i tym samym wyrazem twarzy.


Produkcja nie porwała. Gdybym zapłaciła za bilet za swoje własne pieniądze byłabym rozczarowana. Nie ma szału. Jedyne co może zachwycać to piękne krajobrazy i najazdy kamery na widoki jakie są dookoła wyspy. A reszta to poprawie skonstruowany film, z dobrą obsadą, któremu czegoś zabrakło.



P.S. Film jest remake'iem produkcji z 1969 r. pod tytułem "Basen". Ciekawe czy pierwowzór jest lepszy?

P.S.2. Nie polecam iść na film z dziećmi. Sceny erotyczne i nagość pojawiały się regularnie.