Do kina praktycznie chodzę dla aktorów. Tak mi się zrobiło i
już. Odnoszę wtedy wrażenie, że nie będę się na pewno nudzić, bo będzie na co
popatrzeć i na czym się skupić. W przypadku „Nienasyconych” właśnie tak było.
Dostałam obsesji na punkcie Matthiasa Schoenaertsa i staram się oglądać
wszystkie możliwe produkcje z jego udziałem. A że świat kina zaczyna go
odkrywać to pojawia się wiele okazji wyjścia do kina. „Nienasyconych” chciałam
koniecznie obejrzeć odkąd po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun. Dodatkowo
ucieszyłam się, że występuje tam także Ralph Fiennes.
Gwiazda rocka Marianne Lane (Tilda Swinton) razem z
ukochanym Paulem De Smedtem (Matthias Schoenaerts) przebywają na wakacjach we Włoszech. Kobieta
odpoczywa i nabiera sił po trasie koncertowej, która odbiła się na jej zdrowiu.
Niespodziewanie wypoczynek przerywa pojawienie się byłego partnera Marianee,
Harry’ego Hawkes’a (Ralph Fiennes), który przyleciał na wyspę wraz ze swoją
niedawno odnalezioną córką Penelope (Dakota Johnson). Przyjazd gości zaczyna
burzyć spokój i harmonię jaka panuje dookoła.
Film pokazuje, że każdy z bohaterów ma jakiś problem.
Marianne traci głos i nie wiadomo czy go odzyska. Do tego pojawienie się
Harry’ego przywraca jej dawne wspomnienia i uczucia jakie między nimi były.
Mimo iż jest zakochana w Paulu i mówi Hawkesowi wprost, że nie zostawi swojego
obecnego partnera, widać, że ma wątpliwości. Sam Harry jest specyficznym
człowiekiem. Ciągle gada. Twarz mu się nie zamyka. A do tego w swoich
wypowiedziach jest bardzo wylewny i szczery. Czasami wręcz przekraczający
granicę. Z kolei jego relacja z córką wygląda dość dwuznacznie. Niby dopiero
niedawno nawiązali kontakt i się poznają, to jednak ich zażyłość jest zbyt
bliska. Sama Marianne pyta go co go tak naprawdę łączy z dziewczyną. Ten w
gniewie na ulicy oznajmia kobiecie, że „nie pieprzy własnej córki”. Penelope to
postać tajemnicza, o której tak naprawdę nic nie wiadomo. Jak się potem okaże
nawet jej dane osobowe nie są do końca prawdziwe. Za to jest bardzo wyzywająca
i naładowana erotycznym napięciem. Natomiast Paul, który został przedstawiony
jako opiekuńczy i kochający partner sam miał problemy. Wyszedł z nałogu
alkoholowego i przeszedł nieudaną próbę samobójczą.
Akcja filmu jest przeplatana scenami z retrospekcji z życia
Marianne, Harry’ego i Paula. Pokazano w nich wzajemne relacje jakie parę lat
temu łączyły bohaterów, m.in. moment poznania Marianne i Paula czy szalone
imprezy Lane i Hawkes’a. W tym miejscu zabrakło mi czegoś o Penelope. Jakiegoś
elementu pokazującego jej poznanie z ojcem.
Denerwujące (a może ekscytujące, trudno mi powiedzieć) było
zawieszenie pewnych scen. Niedopowiedzenia pewnych sytuacji były na porządku
dziennym. Chyba największym był moment, gdzie Penelope i Paul idą na spacer nad
jezioro, dziewczyna się rozbiera i kładzie na kamieniach, a Paul znajduje się
po drugiej stronie akwenu i patrzy, nie do końca wiedząc co ma zrobić. Potem
kamera znika i pojawia się w domu, gdzie Harry i Marianne ich szukają. Z kolei
po powrocie wszyscy na siebie patrzą podejrzliwie. Gdy w końcu Harry zaczyna
się kłócić z Paulem, ten pyta go otwarcie czy doszło do czegoś między nimi, a
De Smedt odpowiada mu pytaniem na pytanie. Do końca to nie zostało wytłumaczone
i widz może się tylko domyślać czy coś było czy jednak nie.
Czytając ostatnio wywiad z reżyserem, ten opowiedział o
scenie otwierającej film. Na ekranie pojawia się Marianne, która wychodzi na
scenę i tłum ludzi na jej koncercie skanduje jej imię. Reżyser przyznał, że koncert
miał miejsce naprawdę. Jego znajomy muzyk był właśnie w trasie koncertowej i zapytał
go czy mogliby „pożyczyć” scenę do nakręcenia ujęcia. Ten powiedział, że daje
im dwadzieścia minut i przez ten czas mogą sobie tam robić co tylko im się podoba.
Do tego „fani” Marianne to byli prawdziwi słuchacze koncertu, na który przyszli
tamtego dnia. A to że krzyczeli jej imię wyszło podobno spontanicznie i bardzo
realistycznie.
Na film byłam pozytywnie nastawiona, jednak w pewnym
momencie seansu najzwyczajniej zaczęło mi się trochę nudzić i dłużyć. Niektórzy
widzowie chyba byli zbytnio znudzeni, bo zaczęli wychodzić. A może miało to też
wpływ, że nie musieli płacić za bilety, bo nie dość, że był to pokaz
przedpremierowy, to jeszcze darmowy. Moim największym problemem oprócz wkradającej
się nudy była Dakota Johnson. Widziałam z nią już kilka filmów i naprawdę, z produkcji
na produkcję, coraz bardziej się przekonuję, że w każdym filmie jest właściwie taka
sama i nie wprowadza to niczego nowego. Bardzo możliwe, że jest to spowodowane
faktem, że każda rola jest taka sama lub podobna. A może po prostu jest średnią
aktorką z jednym i tym samym wyrazem twarzy.
Produkcja nie porwała. Gdybym zapłaciła za bilet za swoje
własne pieniądze byłabym rozczarowana. Nie ma szału. Jedyne co może zachwycać
to piękne krajobrazy i najazdy kamery na widoki jakie są dookoła wyspy. A reszta
to poprawie skonstruowany film, z dobrą obsadą, któremu czegoś zabrakło.
P.S.
Film jest remake'iem produkcji z 1969 r. pod tytułem "Basen". Ciekawe
czy pierwowzór jest lepszy?
P.S.2. Nie polecam iść na film
z dziećmi. Sceny erotyczne i nagość pojawiały się regularnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz