wtorek, 17 maja 2016

Czworokąt po włosku

Do kina praktycznie chodzę dla aktorów. Tak mi się zrobiło i już. Odnoszę wtedy wrażenie, że nie będę się na pewno nudzić, bo będzie na co popatrzeć i na czym się skupić. W przypadku „Nienasyconych” właśnie tak było. Dostałam obsesji na punkcie Matthiasa Schoenaertsa i staram się oglądać wszystkie możliwe produkcje z jego udziałem. A że świat kina zaczyna go odkrywać to pojawia się wiele okazji wyjścia do kina. „Nienasyconych” chciałam koniecznie obejrzeć odkąd po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun. Dodatkowo ucieszyłam się, że występuje tam także Ralph Fiennes.


Gwiazda rocka Marianne Lane (Tilda Swinton) razem z ukochanym Paulem De Smedtem (Matthias Schoenaerts) przebywają na wakacjach we Włoszech. Kobieta odpoczywa i nabiera sił po trasie koncertowej, która odbiła się na jej zdrowiu. Niespodziewanie wypoczynek przerywa pojawienie się byłego partnera Marianee, Harry’ego Hawkes’a (Ralph Fiennes), który przyleciał na wyspę wraz ze swoją niedawno odnalezioną córką Penelope (Dakota Johnson). Przyjazd gości zaczyna burzyć spokój i harmonię jaka panuje dookoła.


Film pokazuje, że każdy z bohaterów ma jakiś problem. Marianne traci głos i nie wiadomo czy go odzyska. Do tego pojawienie się Harry’ego przywraca jej dawne wspomnienia i uczucia jakie między nimi były. Mimo iż jest zakochana w Paulu i mówi Hawkesowi wprost, że nie zostawi swojego obecnego partnera, widać, że ma wątpliwości. Sam Harry jest specyficznym człowiekiem. Ciągle gada. Twarz mu się nie zamyka. A do tego w swoich wypowiedziach jest bardzo wylewny i szczery. Czasami wręcz przekraczający granicę. Z kolei jego relacja z córką wygląda dość dwuznacznie. Niby dopiero niedawno nawiązali kontakt i się poznają, to jednak ich zażyłość jest zbyt bliska. Sama Marianne pyta go co go tak naprawdę łączy z dziewczyną. Ten w gniewie na ulicy oznajmia kobiecie, że „nie pieprzy własnej córki”. Penelope to postać tajemnicza, o której tak naprawdę nic nie wiadomo. Jak się potem okaże nawet jej dane osobowe nie są do końca prawdziwe. Za to jest bardzo wyzywająca i naładowana erotycznym napięciem. Natomiast Paul, który został przedstawiony jako opiekuńczy i kochający partner sam miał problemy. Wyszedł z nałogu alkoholowego i przeszedł nieudaną próbę samobójczą.


Akcja filmu jest przeplatana scenami z retrospekcji z życia Marianne, Harry’ego i Paula. Pokazano w nich wzajemne relacje jakie parę lat temu łączyły bohaterów, m.in. moment poznania Marianne i Paula czy szalone imprezy Lane i Hawkes’a. W tym miejscu zabrakło mi czegoś o Penelope. Jakiegoś elementu pokazującego jej poznanie z ojcem.


Denerwujące (a może ekscytujące, trudno mi powiedzieć) było zawieszenie pewnych scen. Niedopowiedzenia pewnych sytuacji były na porządku dziennym. Chyba największym był moment, gdzie Penelope i Paul idą na spacer nad jezioro, dziewczyna się rozbiera i kładzie na kamieniach, a Paul znajduje się po drugiej stronie akwenu i patrzy, nie do końca wiedząc co ma zrobić. Potem kamera znika i pojawia się w domu, gdzie Harry i Marianne ich szukają. Z kolei po powrocie wszyscy na siebie patrzą podejrzliwie. Gdy w końcu Harry zaczyna się kłócić z Paulem, ten pyta go otwarcie czy doszło do czegoś między nimi, a De Smedt odpowiada mu pytaniem na pytanie. Do końca to nie zostało wytłumaczone i widz może się tylko domyślać czy coś było czy jednak nie.


Czytając ostatnio wywiad z reżyserem, ten opowiedział o scenie otwierającej film. Na ekranie pojawia się Marianne, która wychodzi na scenę i tłum ludzi na jej koncercie skanduje jej imię. Reżyser przyznał, że koncert miał miejsce naprawdę. Jego znajomy muzyk był właśnie w trasie koncertowej i zapytał go czy mogliby „pożyczyć” scenę do nakręcenia ujęcia. Ten powiedział, że daje im dwadzieścia minut i przez ten czas mogą sobie tam robić co tylko im się podoba. Do tego „fani” Marianne to byli prawdziwi słuchacze koncertu, na który przyszli tamtego dnia. A to że krzyczeli jej imię wyszło podobno spontanicznie i bardzo realistycznie.


Na film byłam pozytywnie nastawiona, jednak w pewnym momencie seansu najzwyczajniej zaczęło mi się trochę nudzić i dłużyć. Niektórzy widzowie chyba byli zbytnio znudzeni, bo zaczęli wychodzić. A może miało to też wpływ, że nie musieli płacić za bilety, bo nie dość, że był to pokaz przedpremierowy, to jeszcze darmowy. Moim największym problemem oprócz wkradającej się nudy była Dakota Johnson. Widziałam z nią już kilka filmów i naprawdę, z produkcji na produkcję, coraz bardziej się przekonuję, że w każdym filmie jest właściwie taka sama i nie wprowadza to niczego nowego. Bardzo możliwe, że jest to spowodowane faktem, że każda rola jest taka sama lub podobna. A może po prostu jest średnią aktorką z jednym i tym samym wyrazem twarzy.


Produkcja nie porwała. Gdybym zapłaciła za bilet za swoje własne pieniądze byłabym rozczarowana. Nie ma szału. Jedyne co może zachwycać to piękne krajobrazy i najazdy kamery na widoki jakie są dookoła wyspy. A reszta to poprawie skonstruowany film, z dobrą obsadą, któremu czegoś zabrakło.



P.S. Film jest remake'iem produkcji z 1969 r. pod tytułem "Basen". Ciekawe czy pierwowzór jest lepszy?

P.S.2. Nie polecam iść na film z dziećmi. Sceny erotyczne i nagość pojawiały się regularnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz