czwartek, 26 maja 2016

Jestem fangirl i nic tego nie zmieni

Dzisiaj nie będzie o filmach. Dzisiaj będzie o moich fangirlowych cierpieniach. W końcu to moje miejsce i tu mogę wylać swoje smutki i żale z tym związane. Ostatnio usłyszałam, że bycie fangirl to ciągłe polowanie. Tak się świetnie składa, że jestem Hunt (pozdrawiam!). Fangirl, żeby poszerzać swój harem nie może zamykać się w jednym kręgu. Musi poszukiwać, polować, zdobywać.


Ostatnio jakoś tak się stało, że mój fangirlowy pęd nabrał jakiegoś niesamowitego tępa. Kiedyś jak się uwiesiłam jednego obiektu (no dobrze, aktora) to potrafiłam szaleć za nim przez dwa lata i nikt inny mnie nie interesował. Od półtora roku to się jakoś zmieniło. Co rusz nowe trofeum, nawet nie jest w stanie powiedzieć kto się w ostatnim czasie najdłużej utrzymał. Stwierdzam, że w tej kwestii „dorosłam”. Na pewno zmienił mi się punkt widzenia. To już nie są szaleńcze miłości, że koniecznie, umrę jak nie dowiem się gdzie mieszka i jak ma rozmiar buta. Teraz bardziej zaczynają mnie interesować dokonania artystyczne (filmowo-serialowe) danego obiektu. Wolę obejrzeć wieczorem jakiś film z tą osobą niż szukać po portalach plotkarskich z kim jest czy na jakiej ostatnio imprezie bywał. Owszem, fajnie np. na Tumblrze zobaczyć jakieś zdjęcia z gali czy rozdania nagród, ale wielki fanatyzm kona zanim się jeszcze narodził.


Fakt, nie mogę powiedzieć, że jak tylko na kogoś zarzucę sieci to nie sprawdzam na Wikipedii gdzie się urodził i ile ma lat. Robię to. Do tego zawsze szukam koloru oczu (bo to wcale nie jest tak łatwo stwierdzić kto jakie ma w dobie charakteryzacji i szkieł kontaktowych), bo to moje skrzywienie. Na to zwracam uwagę. Pozostałe sprawy odchodzą w odstawkę. Chyba, że czegoś dowiem się przez przypadek to wtedy tym nie pogardzę.


Z kolei nie wyzbyłam się, a wręcz przeciwnie ze zdwojoną siłą korzystam z tego co YouTube nam w całości daje, czyli wszelkiego rodzaju wywiady, making of, Q&A, wpadki i fragmenty nie publikowanych fragmentów filmów. Czasem to jest bardzo pomocne w zrozumieniu danej produkcji czy samego aktora/aktorki co nim/nią kierowało podczas przygotowań czy oddania uczuć u swojego bohatera. Niektóre rzeczy potrafią naprawdę zszokować i to co aktorzy potrafią zrobić ze sobą dla wiarygodnego odegrania roli. Szkoda, że za to nikt nie przyznaje specjalnych nagród, bo czasem warto.


Jak powszechnie wiadomo, gdy zbliża się sesja wtedy student robi wszystko, byle tylko się nie uczyć. U mnie to włączyło się na miesiąc przed sesją. Wynajduje sobie filmy i seriale i namiętnie je tłukę, a potem cierpię. I to bardzo. Tak właśnie dzieje się teraz. Znalazłam sobie genialny serial „Hinterland” (przy okazji chyba po raz pierwszy nie oglądam serialu dla aktora, chociaż lubię odtwórcę głównej roli, tylko dla naprawdę ciekawej fabuły i klimatu panującego w produkcji). Wynalazłam w sieci, że są dwa sezony po cztery odcinki (ach to BBC), do tego jeden epizod ma półtorej godziny i planowana jest trzecia transza. Cała szczęśliwa zaczęłam oglądać i niestety już wpadłam w depresję. Nigdzie nie ma literek do drugiego sezonu. Jest to na tyle specyficzny serial, że żeby dobrze go zrozumieć potrzebne są napisy albo lektor. I tak sobie siedzę w smutku i nie wiem co zrobić ze swoim życiem, gdy znalazłam, że drugi sezon puszczają na „Ale kino”. Fakt, że tylko w sobotę i niedzielę, ale to już dwa odcinki będą zaliczone, a mój fangirlizm chociaż trochę zaspokojony. Resztą będę się martwić potem, byle dotrwać do soboty.


Jednak najbardziej ulubioną częścią bycia fangirl jest to, że czasem uda się znaleźć kogoś, kogo zachęcisz do oglądania czegoś, co ciebie samą interesuję. Tak też się stało kilka dni temu, gdy moja była współlokatorka zza ściany została namówiona przeze mnie do oglądania „Poldark” (Marcia, pozdrawiam Cię, drugi sezon już we wrześniu!). Wiecie jakie to świetne uczucie, gdy wchodzisz na Messengera, a tam rozpacz albo radość, bo główny bohater zrobił to czy tamto i ta druga osoba się dzieli tym z mną. „Poldark” jest o tyle fajną produkcją, że u mnie w domu jest to zdecydowania najlepszy serial. I dokładnie wiesz kogo kochamy, a kogo nienawidzimy. Gdy oglądałam to wspólnie z rodzicami potrafiliśmy o tym dyskutować na długo po zakończeniu odcinka, co wcześniej się nie zdarzało, bo my mamy odmienne gusta.


Proces bycia fangirl to także reakcja łańcuchowa. Zaczynasz od jednego serialu. Tam znajdujesz tego jedynego aktora/tą jedyną aktorkę. Potem sprawdzasz jej filmografię. Zaczynasz namiętnie oglądać wszystko co wpadnie ci w ręce. Potem w tych produkcjach dostrzegasz innych aktorów/inne aktorki. Przerzucasz się na nich, szpiegujesz w czym grali i zaczynasz to oglądać. I tak w kółko. Aż nie padniesz, aż starczy ci sił. Kiedyś usłyszałam, że „wyrosłam już z tego”. Z bycia fangirl lub fanboy (tak, tak, chłopców też to dotyczy) się nie wyrasta. To zostaje w tobie do końca życia. To ewoluuje. Zmienia się poziom fangirlizmu, ale nigdy nie umiera. Jeśli to straciłaś/straciłeś to znaczy, że nigdy tak naprawdę nie byłaś, nie jesteś i nie będziesz fangirl. To się w ciebie wygryza i nigdy nie wychodzi.


Jednak czasami bycie fangirl to nie łatwa sprawa i stwierdzam, że za te wszystkie cierpienia powinno się nam płacić i to grube pieniądze. Najbardziej boli, gdy zdążysz się przyzwyczaić do jakiegoś serialu, bohaterów traktujesz jak dobrych znajomych i co tydzień z wypiekamy na twarzy czekasz na kolejny odcinek, a tu nagle producenci albo lepiej, szefowie stacji, która puszcza daną produkcję oznajmiają, że serial zostaje zdjęty z anteny i już nigdy nie wróci. Tak też się stało wczoraj, gdy poinformowano mnie, że kasują „Limitlees” po zaledwie jednym sezonie. Fakt, film był lepszy od serialu, ale był w tym potencjał i śmiało można było pociągnąć chociaż jeszcze jeden sezon. A tak, czas się pożegnać. Pamiętam jednak, że największą taką rozpacz miałam, gdy po ośmiu sezonach skasowali „House’a”. Teraz jednak wiem, że to była bardzo dobra decyzja.


O byciu fangirl można pisać i pisać. Niedługo prawdopodobnie będę miała szansę się o tym powymądrzać przed większym gronem, ale o tym na razie cisza. Fangirlizmu nie zamierzam porzucić, zamierzam to rozwinąć, ale tylko w dobrym kierunku.


P.S. W sobotę bardzo możliwy kolejny wpis, bo jutro wybieram się do kina.

P.S.2. Wszystkim Mamom raz jeszcze wszystkiego najlepszego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz