Dzisiaj nie będzie o filmach. Dzisiaj będzie o moich
fangirlowych cierpieniach. W końcu to moje miejsce i tu mogę wylać swoje smutki
i żale z tym związane. Ostatnio usłyszałam, że bycie fangirl to ciągłe
polowanie. Tak się świetnie składa, że jestem Hunt (pozdrawiam!). Fangirl, żeby
poszerzać swój harem nie może zamykać się w jednym kręgu. Musi poszukiwać,
polować, zdobywać.
Ostatnio jakoś tak się stało, że mój fangirlowy pęd nabrał
jakiegoś niesamowitego tępa. Kiedyś jak się uwiesiłam jednego obiektu (no
dobrze, aktora) to potrafiłam szaleć za nim przez dwa lata i nikt inny mnie nie
interesował. Od półtora roku to się jakoś zmieniło. Co rusz nowe trofeum, nawet
nie jest w stanie powiedzieć kto się w ostatnim czasie najdłużej utrzymał.
Stwierdzam, że w tej kwestii „dorosłam”. Na pewno zmienił mi się punkt
widzenia. To już nie są szaleńcze miłości, że koniecznie, umrę jak nie dowiem
się gdzie mieszka i jak ma rozmiar buta. Teraz bardziej zaczynają mnie
interesować dokonania artystyczne (filmowo-serialowe) danego obiektu. Wolę
obejrzeć wieczorem jakiś film z tą osobą niż szukać po portalach plotkarskich z
kim jest czy na jakiej ostatnio imprezie bywał. Owszem, fajnie np. na Tumblrze
zobaczyć jakieś zdjęcia z gali czy rozdania nagród, ale wielki fanatyzm kona zanim
się jeszcze narodził.
Fakt, nie mogę powiedzieć, że jak tylko na kogoś zarzucę
sieci to nie sprawdzam na Wikipedii gdzie się urodził i ile ma lat. Robię to.
Do tego zawsze szukam koloru oczu (bo to wcale nie jest tak łatwo stwierdzić
kto jakie ma w dobie charakteryzacji i szkieł kontaktowych), bo to moje
skrzywienie. Na to zwracam uwagę. Pozostałe sprawy odchodzą w odstawkę. Chyba,
że czegoś dowiem się przez przypadek to wtedy tym nie pogardzę.
Z kolei nie wyzbyłam się, a wręcz przeciwnie ze zdwojoną
siłą korzystam z tego co YouTube nam w całości daje, czyli wszelkiego rodzaju
wywiady, making of, Q&A, wpadki i fragmenty nie publikowanych fragmentów
filmów. Czasem to jest bardzo pomocne w zrozumieniu danej produkcji czy samego
aktora/aktorki co nim/nią kierowało podczas przygotowań czy oddania uczuć u
swojego bohatera. Niektóre rzeczy potrafią naprawdę zszokować i to co aktorzy
potrafią zrobić ze sobą dla wiarygodnego odegrania roli. Szkoda, że za to nikt
nie przyznaje specjalnych nagród, bo czasem warto.
Jak powszechnie wiadomo, gdy zbliża się sesja wtedy student
robi wszystko, byle tylko się nie uczyć. U mnie to włączyło się na miesiąc
przed sesją. Wynajduje sobie filmy i seriale i namiętnie je tłukę, a potem
cierpię. I to bardzo. Tak właśnie dzieje się teraz. Znalazłam sobie genialny
serial „Hinterland” (przy okazji chyba po raz pierwszy nie oglądam serialu dla
aktora, chociaż lubię odtwórcę głównej roli, tylko dla naprawdę ciekawej fabuły
i klimatu panującego w produkcji). Wynalazłam w sieci, że są dwa sezony po
cztery odcinki (ach to BBC), do tego jeden epizod ma półtorej godziny i
planowana jest trzecia transza. Cała szczęśliwa zaczęłam oglądać i niestety już
wpadłam w depresję. Nigdzie nie ma literek do drugiego sezonu. Jest to na tyle
specyficzny serial, że żeby dobrze go zrozumieć potrzebne są napisy albo
lektor. I tak sobie siedzę w smutku i nie wiem co zrobić ze swoim życiem, gdy
znalazłam, że drugi sezon puszczają na „Ale kino”. Fakt, że tylko w sobotę i
niedzielę, ale to już dwa odcinki będą zaliczone, a mój fangirlizm chociaż
trochę zaspokojony. Resztą będę się martwić potem, byle dotrwać do soboty.
Jednak najbardziej ulubioną częścią bycia fangirl jest to,
że czasem uda się znaleźć kogoś, kogo zachęcisz do oglądania czegoś, co ciebie
samą interesuję. Tak też się stało kilka dni temu, gdy moja była współlokatorka
zza ściany została namówiona przeze mnie do oglądania „Poldark” (Marcia,
pozdrawiam Cię, drugi sezon już we wrześniu!). Wiecie jakie to świetne uczucie,
gdy wchodzisz na Messengera, a tam rozpacz albo radość, bo główny bohater
zrobił to czy tamto i ta druga osoba się dzieli tym z mną. „Poldark” jest o
tyle fajną produkcją, że u mnie w domu jest to zdecydowania najlepszy serial. I
dokładnie wiesz kogo kochamy, a kogo nienawidzimy. Gdy oglądałam to wspólnie z
rodzicami potrafiliśmy o tym dyskutować na długo po zakończeniu odcinka, co
wcześniej się nie zdarzało, bo my mamy odmienne gusta.
Proces bycia fangirl to także reakcja łańcuchowa. Zaczynasz
od jednego serialu. Tam znajdujesz tego jedynego aktora/tą jedyną aktorkę.
Potem sprawdzasz jej filmografię. Zaczynasz namiętnie oglądać wszystko co
wpadnie ci w ręce. Potem w tych produkcjach dostrzegasz innych aktorów/inne
aktorki. Przerzucasz się na nich, szpiegujesz w czym grali i zaczynasz to
oglądać. I tak w kółko. Aż nie padniesz, aż starczy ci sił. Kiedyś usłyszałam,
że „wyrosłam już z tego”. Z bycia fangirl lub fanboy (tak, tak, chłopców też to
dotyczy) się nie wyrasta. To zostaje w tobie do końca życia. To ewoluuje.
Zmienia się poziom fangirlizmu, ale nigdy nie umiera. Jeśli to
straciłaś/straciłeś to znaczy, że nigdy tak naprawdę nie byłaś, nie jesteś i
nie będziesz fangirl. To się w ciebie wygryza i nigdy nie wychodzi.
Jednak czasami bycie fangirl to nie łatwa sprawa i
stwierdzam, że za te wszystkie cierpienia powinno się nam płacić i to grube
pieniądze. Najbardziej boli, gdy zdążysz się przyzwyczaić do jakiegoś serialu,
bohaterów traktujesz jak dobrych znajomych i co tydzień z wypiekamy na twarzy
czekasz na kolejny odcinek, a tu nagle producenci albo lepiej, szefowie stacji,
która puszcza daną produkcję oznajmiają, że serial zostaje zdjęty z anteny i
już nigdy nie wróci. Tak też się stało wczoraj, gdy poinformowano mnie, że
kasują „Limitlees” po zaledwie jednym sezonie. Fakt, film był lepszy od
serialu, ale był w tym potencjał i śmiało można było pociągnąć chociaż jeszcze
jeden sezon. A tak, czas się pożegnać. Pamiętam jednak, że największą taką
rozpacz miałam, gdy po ośmiu sezonach skasowali „House’a”. Teraz jednak wiem,
że to była bardzo dobra decyzja.
O byciu fangirl można pisać i pisać. Niedługo prawdopodobnie
będę miała szansę się o tym powymądrzać przed większym gronem, ale o tym na
razie cisza. Fangirlizmu nie zamierzam porzucić, zamierzam to rozwinąć, ale
tylko w dobrym kierunku.
P.S. W sobotę bardzo możliwy kolejny wpis, bo jutro wybieram
się do kina.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz