poniedziałek, 9 maja 2016

I kto tutaj rządzi?!

W sobotę w pewien sposób zrobiłam to co chciałabym zrobić. Kiedyś pisałam, że marzy mi się iść do kina na cały dzień i oglądać wszystkie filmy jakie mnie interesują. Przedwczoraj spędziłam w kinie praktycznie cały wieczór i byłam na dwóch filmach. Pierwszy to Kapitan Ameryka, o którym pisałam wczoraj. A drugim była Szefowa.

Michelle Darnell (Melisa McCarthy) jest posidaczką wielkiej fortuny, na biznesie zna się jak nikt inny, a tłumy podążają za nią jak za boginią. Pławi się w luksusie, nie patrzy na nikogo i jest królową, ale do czasu. Pewnego dnia wychodzą na wierzch jej machlojki finansowe i trafia na pięć miesięcy do więzienia. W między czasie traci wszystkie pieniądze i jedyne co jej zostaje to torba i kufer od Louis Vuitton oraz pudło, które zabiera po niej z firmy jej ówczesna asystentka Claire (Kristen Bell). Gdy Michelle przychodzi do mieszkania kobiety, córka Claire, Rachel (Ella Anderson) prosi matkę by pozwoliła swojej byłej szefowej zostać u nich przez jakiś czas. Ta się niechętnie zgadza, ale w zamian za to Darnell ma iść z Rachel do szkoły na spotkanie odnośnie sprzedaży ciastek. To popycha byłą królową do rozkręcenia biznesu, w którym dziewczynki ze szkoły będą mogły zarobić pieniądze, a nie tylko działać charytatywnie. Do doprowadza do serii komicznych przypadków.

Można by powiedzieć, że to typowa amerykańska komedia. Trochę śmiechu, trochę chamskich i niesmacznych żartów, do tego pokazanie, że większość Amerykanów to jednak idioci, a najważniejsze co się liczy do góra pieniędzy i dojście na sam szczyt w swojej karierze.

Z drugiej strony pokazane zmagania samotnej matki, która ma mądre i rezolutne dziecko, które jeśli się w coś zaangażuje to brnie do samego końca. Dopóki ktoś go nie zrani. Wtedy jest tylko smutnym, skrzywdzonym dzieckiem. I nawet pocieszenie kochającej matki nic nie da.

Rola Melisy McCarthy dobra. Zresztą jak zawsze. Specyficzne dla niej poczucie humoru się pojawiło, a także bezpośredniość. Jak coś już mówić to z grubej rury i bez owijania w bawełnę.

Na początku filmu pojawia się flashback do przeszłości głównej bohaterki. Dowiadujemy się, że jest z domu dziecka, którym zajmują się siostry zakonne. Michelle była w trzech rodzinach zastępczych i za każdym razem wracała do sierocińca. Dwa pierwsze powroty były dla niej trudne, ale przy trzecim była już nastolatką, która zdecydowała, że rodzina jest jej nie potrzebna i aby osiągnąć to co chce, da sobie radę sama.

W filmie najbardziej podobały mi się dwa momenty. Pierwszy, gdy Michelle, po tym jak zatrzymała się u Claire, zadomawia się w jej salonie i otrzymuje do spania starą kanapę. Początkowo wszystko wydaje być się w porządku, dopóki bohaterka nie siada na sofę, a ta się składa pod ciężarem jej ciała i uderza nią o ścianę. Wiem, to okropne, ale to przecież tylko film. W drugim momencie obudził się mój fangirlizm. W scenie, gdy Michelle przychodzi do nowej pracy Claire i poznaje jej szefową, która pełnymi garściami bierze nauki Darnell, i słyszy, że to niesamowite, że kobieta ma okazję (ta szefowa) stać przed jedną z swoich dwóch idoli. Na co Michelle pyta kto jest tą drugą osobą i w odpowiedzi dostaje: Benedict Cumberbatch. High five, Cumberbitch!


Generalnie film w porządku, ale pewnej części ciała nie urywał. Dobra komedia na odstresowanie się w piątkowy lub sobotni wieczór. No i obowiązkowa pozycja dla fanów Melisy McCarthy.


P.S. Mama namawia mnie, żeby iść do kina na #WszystkoGra, bo wczoraj była i jej się podobało. Ale ja jakoś nie mogę się przekonać. Chyba nie wierzę w to, że Polacy potrafią robić musicale. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz