W sobotę w pewien sposób zrobiłam to co chciałabym zrobić.
Kiedyś pisałam, że marzy mi się iść do kina na cały dzień i oglądać wszystkie
filmy jakie mnie interesują. Przedwczoraj spędziłam w kinie praktycznie cały
wieczór i byłam na dwóch filmach. Pierwszy to Kapitan Ameryka, o którym pisałam
wczoraj. A drugim była Szefowa.
Michelle Darnell (Melisa McCarthy) jest posidaczką wielkiej
fortuny, na biznesie zna się jak nikt inny, a tłumy podążają za nią jak za
boginią. Pławi się w luksusie, nie patrzy na nikogo i jest królową, ale do
czasu. Pewnego dnia wychodzą na wierzch jej machlojki finansowe i trafia na
pięć miesięcy do więzienia. W między czasie traci wszystkie pieniądze i jedyne
co jej zostaje to torba i kufer od Louis Vuitton oraz pudło, które zabiera po
niej z firmy jej ówczesna asystentka Claire (Kristen Bell). Gdy Michelle
przychodzi do mieszkania kobiety, córka Claire, Rachel (Ella Anderson) prosi
matkę by pozwoliła swojej byłej szefowej zostać u nich przez jakiś czas. Ta się
niechętnie zgadza, ale w zamian za to Darnell ma iść z Rachel do szkoły na
spotkanie odnośnie sprzedaży ciastek. To popycha byłą królową do rozkręcenia
biznesu, w którym dziewczynki ze szkoły będą mogły zarobić pieniądze, a nie
tylko działać charytatywnie. Do doprowadza do serii komicznych przypadków.
Można by powiedzieć, że to typowa amerykańska komedia.
Trochę śmiechu, trochę chamskich i niesmacznych żartów, do tego pokazanie, że
większość Amerykanów to jednak idioci, a najważniejsze co się liczy do góra
pieniędzy i dojście na sam szczyt w swojej karierze.
Z drugiej strony pokazane zmagania samotnej matki, która ma
mądre i rezolutne dziecko, które jeśli się w coś zaangażuje to brnie do samego
końca. Dopóki ktoś go nie zrani. Wtedy jest tylko smutnym, skrzywdzonym
dzieckiem. I nawet pocieszenie kochającej matki nic nie da.
Rola Melisy McCarthy dobra. Zresztą jak zawsze. Specyficzne
dla niej poczucie humoru się pojawiło, a także bezpośredniość. Jak coś już
mówić to z grubej rury i bez owijania w bawełnę.
Na początku filmu pojawia się flashback do przeszłości
głównej bohaterki. Dowiadujemy się, że jest z domu dziecka, którym zajmują się
siostry zakonne. Michelle była w trzech rodzinach zastępczych i za każdym razem
wracała do sierocińca. Dwa pierwsze powroty były dla niej trudne, ale przy
trzecim była już nastolatką, która zdecydowała, że rodzina jest jej nie
potrzebna i aby osiągnąć to co chce, da sobie radę sama.
W filmie najbardziej podobały mi się dwa momenty. Pierwszy,
gdy Michelle, po tym jak zatrzymała się u Claire, zadomawia się w jej salonie i
otrzymuje do spania starą kanapę. Początkowo wszystko wydaje być się w
porządku, dopóki bohaterka nie siada na sofę, a ta się składa pod ciężarem jej
ciała i uderza nią o ścianę. Wiem, to okropne, ale to przecież tylko film. W
drugim momencie obudził się mój fangirlizm. W scenie, gdy Michelle przychodzi
do nowej pracy Claire i poznaje jej szefową, która pełnymi garściami bierze
nauki Darnell, i słyszy, że to niesamowite, że kobieta ma okazję (ta szefowa)
stać przed jedną z swoich dwóch idoli. Na co Michelle pyta kto jest tą drugą
osobą i w odpowiedzi dostaje: Benedict Cumberbatch. High five, Cumberbitch!
Generalnie film w porządku, ale pewnej części ciała nie urywał.
Dobra komedia na odstresowanie się w piątkowy lub sobotni wieczór. No i
obowiązkowa pozycja dla fanów Melisy McCarthy.
P.S. Mama namawia mnie, żeby iść do kina na #WszystkoGra, bo wczoraj była i jej się podobało. Ale ja jakoś nie mogę się przekonać. Chyba nie wierzę w to, że Polacy potrafią robić musicale.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz