Ostatnio bardzo dużo oglądam
filmów. Są to przeróżne produkcje, ale żadna dawno nie wywołała u mnie takich
emocji jak „Z dala od zgiełku”. Ale zanim przejdę do owych emocji to muszę z
dumą stwierdzić, że w końcu nauczyłam się wymawiać nazwisko przystojnego Pana
Belga, czyli Matthiasa Schoenaertsa. Zajęło mi to trochę czasu, ale w tym
miejscu należą się podziękowania YouTube’owi i wywiadom.
UWAGA! Zawiera spoilery.
A wracając do filmu. Mamy tu
historię młodej dziewczyny, Bathsheby Everdene (Carey
Mulligan), która odziedziczyła spadek po wuju i postanawia się nim
zająć. W międzyczasie, gdy ona prowadzi rolę w jej życiu pojawia się trzech
mężczyzn, który walczą o jej względy. Pierwszym z nich jest pasterz i rolnik
Gabriel Oak (Matthias Schoenaerts), którego dziewczyna poznaje jeszcze zanim
dowiedziała się o spadku, gdy pracowała na wsi. Drugim jest bogaty właściciel
ziemski William Boldwood (Michael Sheen), a trzecim żołnierz i imprezowicz sierżant
Francis Troy (Tom Sturridge).
Czasami w filmach czy książkach
zdarza się tak, że główna bohaterka jest kompletną idiotką. Zacznę od tego, że
już na początku Bathsheby łapie kontakt z Gabrielem, rozmawia z nim, spędza
czas. A potem w jej drzwiach pojawia się ten przystojny pasterz, wręcza jej
jagnię (licząc, że ona je odchowa, bo urodziło się za wcześnie) i po chwili się
jej oświadcza, na co ta mówi... Nie. Pasterz smutny i odrzucony wychodzi, a
bohaterka wyjeżdża do odziedziczonego majątku. Później na swojej drodze spotyka
Williama, który zaleca się do niej, stara się by z nim spędzała czas, nawet
przychodzi do niej na święta i w duecie przed wszystkimi (przed Gabrielem
także, bo on po utracie swoich owiec opuszcza wieś i przypadkowo natrafia na
palącą się stodołę, która okazuje się być owym spadkiem panny Everdene i ta w
dług wdzięczności zatrudnia go u siebie) śpiewają piękną pieśń. Ten także
pragnie się oświadczyć dziewczynie, ale ona początkowo trzyma go w niepewności,
by potem ostatecznie odrzucić, ponieważ pojawia się Francis. Wystarcza by raz
spojrzał jej w oczy, pomachał przed nią szablą, zmacał w lesie i w następnej
scenie dowiadujemy się, że już są po ślubie. Mąż już na weselu okazuje się być
kompletnym dupkiem i gdy Gabriel pyta Bathsheby czy może wziąć ludzi to
zabezpieczenia plonów, bo nadchodzi burza, ten wtrąca się, że od dziś to jego
ma o wszystko pytać, a że jest wesele to ma nic nie robić. Oak jako, że nie ma
zamiaru słuchać żołnierza sam idzie zabezpieczyć zbiory, a pomaga mu w tym...
Bathsheby.
Zabawne jest to, że mimo, już
dystrybutor sugeruje nam plakatem filmowym z kim tak naprawdę na końcu będzie
Bathsheby. Gabriel jest zawsze przy niej, ale tak często jak ona z nim rozmawia
tak samo zwalnia go i mówi mu, że już nigdy więcej ma jej się nie pokazywać na
oczy. A mimo to za każdym razem i tak go prosi, żeby wrócił. Francis przed
poślubieniem panny Everdene ma narzeczoną, z którą zamierza wziąć ślub. Czekał
na nią nawet w kościele, ale ta pomyliła świątynie i dotarła na miejsce, gdy
jego już nie było. Potem odnalazł ją, gdy była na targu jako żebraczka. On
obiecał jej pomoc, ale niestety, gdy ta miała się z nim spotkać na drugi dzień,
dziewczyna umiera, a trumna z jej ciałem pojawia się w domu państwa Troy. Tam
Francis otwiera wieko skrzyni z jej ciałem, całuje umarłą i mówi, że on nigdy
nie kochał, nie kocha i nie będzie kochać tak mocno Bathsheby jak kochał
denatkę. Dodaje, że żona jest dla niego nikim i wychodzi z domu. Udaje się na
plażę, gdzie pozbywa się ubrań, wchodzi do morza i odpływa. Kobieta dowiaduje
się, że mąż utonął i zostaje wdową.
Po śmierci Francisa, Bathsheby
zostaje z ogromnymi długami po mężu i żeby nie stracić całej posiadłości,
William proponuje jej małżeństwo. Ta początkowo nie jest chętna. Radzi się Gabriela
co ma zrobić i w odpowiedzi słyszy, że to co jest najlepsze. Ostatecznie
przyjmuje zaproszenie na przyjęcie do Boldwooda, na którym również pojawia się
pasterz, który staje się sojusznikiem Williama. Tamten zachęca Oaka, by
zatańczył z panią Troy przed ich zaręczynami. Kobieta przyjmuje propozycję,
jednak w połowie tańca wybiega z domu, a przed nią staje jej zmarły mąż. Ten
nakazuje jej wracać z nim do domu, jednak ona nie chce. Dochodzi między nimi do
szarpaniny i krzyków. Z przyjęcia wybiega za dziewczyną Gabiel i William, który
strzela śmiertelnie do Francisa. Bathsheby jest zrozpaczona, a William trafia
do więzienia.
Po pewnym czasie Bathsheby i
Gabriel spotykają się na cmentarzu, a ten informuję kobietę, że odchodzi z
gospodarstwa i udaje się do Stanów Zjednoczonych. Nazajutrz ma prom odchodzący
z Bristolu i bez większych pożegnań pragnie wyjechać. Oczywiście wdowie nie
daje to spokoju i gdy pasterz jest już w drodze, jedzie za nim na koniu, by
dowiedzieć się czy Gabriel nadal coś do niej czuje.
Tak naprawdę do ostatniej minuty
nie wiadomo jako cała historia się zakończy. Po niby już po ślubie z Francisem
wydawać by się mogło, że to koniec szans na jakąkolwiek zmianę. Bo nie
oszukujmy się, tak naprawdę od pierwszego spotkania Bathsheby i Gabriela wiemy,
że są oni sobie pisani. A przez serię niefortunnych zdarzeń i odczuć krążą koło
siebie przez wiele lat i nic z tego nie ma.
Bo tak naprawdę Gabriela się
kocha, Williama odrzuca, a Francisa nienawidzi odkąd pojawia się na ekranie.
Bathsheby początkowo sprawia wrażenie silnej i niezależnej kobiety, której nie
jest potrzebny mężczyzna, ale wystarczy, że pojawił się ładnie (w moim odczuciu
to bardzo wątpliwe) wyglądający żołnierz, a ta już porzuca swoje ideały i leci
za nim do kościoła, a gdy potem przytomnieje, zdaje sobie sprawę, że to
prawdopodobnie jej największy błąd życiowy. Ale patrząc po Gabrielu wygląda na
to, że trzeba być wiernym i czekać do samego końca na swoją okazję, bo można ją
bardzo dobrze wykorzystać.
Nie ukrywam, że zabierając się za
ten film miałam głęboka nadzieję, że Matthias Schoenaerts w końcu nie będzie
grał jakiegoś psychopaty, popaprańca albo dziwnie przypominającego sobowtóra
pewnego polityka człowieka. Chciałam, żeby był kimś uroczym, kogo by się
chciało przytulić, a najlepiej to mieszkać z nim na tej wsi. Na szczęście „Z
dala od zgiełku” mi to wynagrodziło i spełniło moje oczekiwania.
No i nie mogę nie wspomnieć o
krajobrazie. Po „Poldarku” jestem totalnie zakochana w angielskiej wsi
XVIII/XIX. Panuje tam spokój, harmonia i naturalne piękno. Do tego pola, łąki i
klify. Klify są najpiękniejsze. Chociaż w filmie klify okazały się zabójcze.
Scena jak spada z niego stado dwustu owiec jest naprawdę przygnębiająca.
P.S. Wiem, że pewnie po tym całym wywodzie mało osób obejrzy ten film, bo za dużo zdradziłam, ale trudno. Musiałam się pozbyć swoich myśli.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz