sobota, 28 maja 2016

Jesteśmy mili, ale możemy ci przywalić

Mój fangirlizm naprawdę się zmienia. Chociaż przez ostatnie trzy odbywam na ten temat tak wiele rozmów, że zaczynam się zastanawiać czy ja jeszcze mam jakieś inne tematy do konwersacji, bo co bym nie powiedziała to zawsze wszystko sprowadza się do jednego. W sumie to się cieszę, że ludzie jeszcze ode mnie nie pouciekali. Wczoraj, po raz pierwszy od dłuższego czasu poszłam do kina na film, w którym nie było nikogo, kogo bym namiętnie uwielbiała. Wraz z moi Wilsonkiem pojechałyśmy na „Nice Guys. Równi Goście.” Tym razem to nie ja byłam tym na widok kogo emocje zaczynają szaleć.


Już zabawnym faktem po dotarciu do kina było to, że jako jedyne szłyśmy na ten film. Cała sala tylko dla nas. Już dawno mi się tak nie zdarzyło, ale to było świetne. Nie dość, że miałyśmy zarezerwowaną kanapę to jeszcze mogłyśmy śmiać się bez żadnych ograniczeń, z nogami robić co nam się podoba i głośno komentować to co się dzieje na ekranie. W innym wypadku zapewne obrzuciliby nas popcornem albo wywalili z seansu.


A o czym film? Poznajemy dwóch zupełnie różnych facetów. Pierwszy z nich to prywatny detektyw Holland March (Ryan Gosling), który jest trochę nieogarnięty życiowo, a jego techniki pracy dają sporo do myślenia. Drugim jest Jackson Healy (Russell Crowe), który również działa w biznesie detektywistycznym, ale na trochę innych zasadach. Przypadkowe spotkanie sprawia, że panowie łączą siły i muszą rozwiązać zagadkę zaginięcia pewnej Amelli (Margaret Qualley). Generalnie fabuła nie jest jakaś porywająca, ale splot wydarzeń, scenki sytuacyjne i dialogi sprawiają, że to się ogląda naprawdę dobrze.


Początkowo podchodziłam sceptycznie do tego filmu. Mimo iż widziałam, że ludziom się podoba i to jakoś nie byłam przekonana. Znając poczucie humoru amerykańskich komedii spodziewałam się chamskich i żenujących żartów. Owszem, czasami ręce mi opadały jak rzucili tekstem, ale większość była jadalna.


Zastanawiające było to, że March miał nastoletnią córkę Holly (dziewczyna miała 13 lat), którą zagrała Angourie Rice. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ona jeździła samochodem lepiej niż jej ojciec i do tego była bardziej zorganizowana życiowo. Rozumiem, że to tylko film, w dodatku osadzony w latach 70., ale no błagam, dziecko zachowujące się jak dorosły człowiek i to dosłownie. Pominę już fakt, że łaziła z ojcem na imprezy (w celach zawodowych) i brała udział w strzelaninie.


Wielką fanką Gosilnga nigdy nie byłam. Był mi obojętny. Nie mdlałam na jego widok w telewizji, a z jego udziałem widziałam tylko jeden film i to mi wystarczyło. W sumie szaleństwo na punkcie jego osoby mi się nie włączyło (w zasadzie to ze mną nigdy nic nie wiadomo, więc nie będę mówić „hop”), ale z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że aktorem dobrym jest i daje radę. Film komediowy trzeba umieć zagrać i jemu to wyszło. Z kolei Russell Crowe stał się takim amerykańskim wujkiem, któremu brzuch urósł od piwa, ale jeśli potrzeba to umie porządnie przywalić komuś w twarz. Obsada dobra i na dokładkę jeszcze się pojawiła Kim Basinger, ale kim była to nie zdradzę.


Nie mogę nie wspomnieć o muzyce. Pojawiło się dużo znanych utworów, szczególnie w momentach, gdy bohaterowie szli na imprezę. Rytmy disco przyprawiły nas o bezwstydne tańce w fotelu kinowym. Do tego trochę pośpiewałyśmy i poczułam się jakby trafiła na imprezę razem z nimi. Chyba najlepszym kawałkiem było „Boogie Wonderland”. Cały klimat lat 70. zawarty w jednej piosence. Petarda!



Generalnie film udany. Jeśli ktoś nie ma pomysłu jak spędzić wieczór to polecam wybrać się do kina. Można się pośmiać, ale i wbić w fotel ze zwrotów akcji i przede wszystkim podążać za tokiem myślenia bohaterów, który czasami mają trochę opóźniony zapłon. Szczególnie March. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz