Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryan gosling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryan gosling. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2017

Bajkowa walka o marzenia, czyli La La Land

Wiecie, czasem człowiek ma tak, że idzie do kina na film, bo wszyscy idą, a czasem, żeby po prostu dotrzymać słowa przyjaciółce. I co z tego, że od dwóch tygodni film hula po internetach w każdym możliwym miejscu. Nie, ja po prostu poszłam do kina i niesamowicie się z tego cieszę. Po pierwsze, bo dostałam ładną bajeczkę na odstresowanie się, a po drugie, bo spotkałam się z moją przyjaciółką, a po filmie mogłam z nią potańczyć na peronie czekając na SKM-kę (tak, wiem, musiało to wyglądać jak musiało, ale było warto - papapapara, papapara).

"La La Land", gdyby nie to, że ma zakończenie nie słodko-pierdzące, to pewnie nie zostałby nominowany do Oscara i nie zdobyłby tylu nagród. Ale jako, że we współczesnym kinie się utarło, że musical musi być czymś na wzór komedii romantycznej, a nie dramatem, to potem każde zjawisko nie wpisujące się do kanonu jest zjawiskiem i rzucają w to tonami nagród.


Jest to po prostu film o tym, że mamy dwoje pięknych ludzi, który podążają za marzeniami za wszelką cenę. On jest doskonałym muzykiem, który chce mieć klub jazzowy, a ona początkującą aktorką, której marzy się wielka filmowa kariera. W pewnym momencie się spotykają i muszą podjąć decyzję czy iść razem w tej walce czy gdzieś się rozejść i spróbować się realizować samemu, Wiecie, czasem człowiek też się zastanawia czy próbować czy rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Nie ukrywam, pewne marzenia sama już spełniłam i wiem, że jak się siedzi w miejscu i nic nie robi to to samo do nas nie przyjdzie. Ale z drugiej strony czasami niektórzy są przegrywami i choćby skały, no wiadomo, to nie da rady osiągnąć pewnych rzeczy. Życie to nie Hollywood, życie to nie bajka...

W życiu też nie ma pięknych obrazów, które zaserwowali nam twórcy. Co jak co, ale ciepłe światło dobrali przepięknie. Do tego płynność kamery, która tak lekko wszystko sprzedała widzom, że czasem miałam wrażenie, że po prostu siedzę gdzieś tam z nimi i jestem takie cichociemne piątek koło u wozu, na które nie zwracają uwagi.


Jeśli chodzi o obsadę to cieszę się, że to właśnie Gosling dostał główną rolę męską. Widziałam go tylko w dwóch filmach przed "La La Land" z czego w jednym to była istna tragedia. Może po prostu nie lubię filmów z takim poczuciem humoru? Z kolei tutaj pokazał, że naprawdę potrafi grać. Nie dość, że ma świetny głos (chłopie, a może nagrasz płytę?) to jeszcze umiał czasami chwycić za serce. No i ta biała koszula z podwiniętymi rękawami... Ale to chyba większości facetów służy, no nie? 

Co do Emmy Stone, kurczę, no... Może i dobrze zagrała. Może i ma ładny głos i jest piękna, ale ludzie, ja nie widziałam i nie mogłam się skupić na niczym innym niż jej oczy! Ona ma tak wielkie te oczy, że aż nieproporcjonalne do swojej twarzy. A to jest niestety bardzo męczące na dłuższą metę dla widza. Ja wiem, że ona nie może nic z tym zrobić, ale niech chociaż kamerzyści będą łaskawi i nie robią jej turbozbliżeń. Dzięki! 


No i nie mogę pominąć najważniejszego - muzyka! O matko, jeśli dziś przez sen nie zacznę śpiewać (papapapara, papapara) i tańczyć to będzie dobrze. A uwierzcie mi, ostatnio moje sny do normalnych nie należą - czy jest na sali psychiatra?! Dawno nie słyszałam tak dobrej ścieżki dźwiękowej. Aż człowiek ma ochotę nagle obejrzeć wszystkie dobre musicale tego świata. Nawet teraz moje nogi, a raczej kopytka, tańczą w rytm bliżej nieokreślonej muzyki, mimo iż siedzę w ciszy, a na owych raciczkach trzymam laptopa. 

Ryan dla wszystkich fanek tego pięknego chłopca

Film bardzo przyjemny, warty zobaczenia. W niektórych może wyzwolić mniejsze, a w innych większe emocje, ale na pewno powinno się go oglądać w kinie na dużym ekranie. Ma to w sobie pewien rodzaj magii, bardziej trafia i przekonuje widza. Pewnie gdybym obejrzała go w domowym zaciszu, rozpraszałoby mnie tysiąc innych rzeczy i nie mogłabym całkiem odpłynąć w ten bajkowy świat. Na Oscarach będę trzymać kciuki za "La La Land", bo w końcu za kogoś trzeba, a skoro widziałam już ten film no to czemu by nie? Czy trzeba coś więcej pisać? Nie, po prostu idźcie i zobaczcie! Odpłyńcie do innej rzeczywistości chociaż na te dwie godziny... Papapapara, papapara, papapapara, papapara!


P.S. Tym razem nie płakałam na filmie, ale zobaczymy co jutro się wydarzy, bo idę na "Jackie". Oczywiście wiadomo, wpisu się spodziewajcie! :)

sobota, 28 maja 2016

Jesteśmy mili, ale możemy ci przywalić

Mój fangirlizm naprawdę się zmienia. Chociaż przez ostatnie trzy odbywam na ten temat tak wiele rozmów, że zaczynam się zastanawiać czy ja jeszcze mam jakieś inne tematy do konwersacji, bo co bym nie powiedziała to zawsze wszystko sprowadza się do jednego. W sumie to się cieszę, że ludzie jeszcze ode mnie nie pouciekali. Wczoraj, po raz pierwszy od dłuższego czasu poszłam do kina na film, w którym nie było nikogo, kogo bym namiętnie uwielbiała. Wraz z moi Wilsonkiem pojechałyśmy na „Nice Guys. Równi Goście.” Tym razem to nie ja byłam tym na widok kogo emocje zaczynają szaleć.


Już zabawnym faktem po dotarciu do kina było to, że jako jedyne szłyśmy na ten film. Cała sala tylko dla nas. Już dawno mi się tak nie zdarzyło, ale to było świetne. Nie dość, że miałyśmy zarezerwowaną kanapę to jeszcze mogłyśmy śmiać się bez żadnych ograniczeń, z nogami robić co nam się podoba i głośno komentować to co się dzieje na ekranie. W innym wypadku zapewne obrzuciliby nas popcornem albo wywalili z seansu.


A o czym film? Poznajemy dwóch zupełnie różnych facetów. Pierwszy z nich to prywatny detektyw Holland March (Ryan Gosling), który jest trochę nieogarnięty życiowo, a jego techniki pracy dają sporo do myślenia. Drugim jest Jackson Healy (Russell Crowe), który również działa w biznesie detektywistycznym, ale na trochę innych zasadach. Przypadkowe spotkanie sprawia, że panowie łączą siły i muszą rozwiązać zagadkę zaginięcia pewnej Amelli (Margaret Qualley). Generalnie fabuła nie jest jakaś porywająca, ale splot wydarzeń, scenki sytuacyjne i dialogi sprawiają, że to się ogląda naprawdę dobrze.


Początkowo podchodziłam sceptycznie do tego filmu. Mimo iż widziałam, że ludziom się podoba i to jakoś nie byłam przekonana. Znając poczucie humoru amerykańskich komedii spodziewałam się chamskich i żenujących żartów. Owszem, czasami ręce mi opadały jak rzucili tekstem, ale większość była jadalna.


Zastanawiające było to, że March miał nastoletnią córkę Holly (dziewczyna miała 13 lat), którą zagrała Angourie Rice. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ona jeździła samochodem lepiej niż jej ojciec i do tego była bardziej zorganizowana życiowo. Rozumiem, że to tylko film, w dodatku osadzony w latach 70., ale no błagam, dziecko zachowujące się jak dorosły człowiek i to dosłownie. Pominę już fakt, że łaziła z ojcem na imprezy (w celach zawodowych) i brała udział w strzelaninie.


Wielką fanką Gosilnga nigdy nie byłam. Był mi obojętny. Nie mdlałam na jego widok w telewizji, a z jego udziałem widziałam tylko jeden film i to mi wystarczyło. W sumie szaleństwo na punkcie jego osoby mi się nie włączyło (w zasadzie to ze mną nigdy nic nie wiadomo, więc nie będę mówić „hop”), ale z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że aktorem dobrym jest i daje radę. Film komediowy trzeba umieć zagrać i jemu to wyszło. Z kolei Russell Crowe stał się takim amerykańskim wujkiem, któremu brzuch urósł od piwa, ale jeśli potrzeba to umie porządnie przywalić komuś w twarz. Obsada dobra i na dokładkę jeszcze się pojawiła Kim Basinger, ale kim była to nie zdradzę.


Nie mogę nie wspomnieć o muzyce. Pojawiło się dużo znanych utworów, szczególnie w momentach, gdy bohaterowie szli na imprezę. Rytmy disco przyprawiły nas o bezwstydne tańce w fotelu kinowym. Do tego trochę pośpiewałyśmy i poczułam się jakby trafiła na imprezę razem z nimi. Chyba najlepszym kawałkiem było „Boogie Wonderland”. Cały klimat lat 70. zawarty w jednej piosence. Petarda!



Generalnie film udany. Jeśli ktoś nie ma pomysłu jak spędzić wieczór to polecam wybrać się do kina. Można się pośmiać, ale i wbić w fotel ze zwrotów akcji i przede wszystkim podążać za tokiem myślenia bohaterów, który czasami mają trochę opóźniony zapłon. Szczególnie March.