"La La Land", gdyby nie to, że ma zakończenie nie słodko-pierdzące, to pewnie nie zostałby nominowany do Oscara i nie zdobyłby tylu nagród. Ale jako, że we współczesnym kinie się utarło, że musical musi być czymś na wzór komedii romantycznej, a nie dramatem, to potem każde zjawisko nie wpisujące się do kanonu jest zjawiskiem i rzucają w to tonami nagród.
Jest to po prostu film o tym, że mamy dwoje pięknych ludzi, który podążają za marzeniami za wszelką cenę. On jest doskonałym muzykiem, który chce mieć klub jazzowy, a ona początkującą aktorką, której marzy się wielka filmowa kariera. W pewnym momencie się spotykają i muszą podjąć decyzję czy iść razem w tej walce czy gdzieś się rozejść i spróbować się realizować samemu, Wiecie, czasem człowiek też się zastanawia czy próbować czy rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Nie ukrywam, pewne marzenia sama już spełniłam i wiem, że jak się siedzi w miejscu i nic nie robi to to samo do nas nie przyjdzie. Ale z drugiej strony czasami niektórzy są przegrywami i choćby skały, no wiadomo, to nie da rady osiągnąć pewnych rzeczy. Życie to nie Hollywood, życie to nie bajka...
W życiu też nie ma pięknych obrazów, które zaserwowali nam twórcy. Co jak co, ale ciepłe światło dobrali przepięknie. Do tego płynność kamery, która tak lekko wszystko sprzedała widzom, że czasem miałam wrażenie, że po prostu siedzę gdzieś tam z nimi i jestem takie cichociemne piątek koło u wozu, na które nie zwracają uwagi.
Jeśli chodzi o obsadę to cieszę się, że to właśnie Gosling dostał główną rolę męską. Widziałam go tylko w dwóch filmach przed "La La Land" z czego w jednym to była istna tragedia. Może po prostu nie lubię filmów z takim poczuciem humoru? Z kolei tutaj pokazał, że naprawdę potrafi grać. Nie dość, że ma świetny głos (chłopie, a może nagrasz płytę?) to jeszcze umiał czasami chwycić za serce. No i ta biała koszula z podwiniętymi rękawami... Ale to chyba większości facetów służy, no nie?
Co do Emmy Stone, kurczę, no... Może i dobrze zagrała. Może i ma ładny głos i jest piękna, ale ludzie, ja nie widziałam i nie mogłam się skupić na niczym innym niż jej oczy! Ona ma tak wielkie te oczy, że aż nieproporcjonalne do swojej twarzy. A to jest niestety bardzo męczące na dłuższą metę dla widza. Ja wiem, że ona nie może nic z tym zrobić, ale niech chociaż kamerzyści będą łaskawi i nie robią jej turbozbliżeń. Dzięki!
No i nie mogę pominąć najważniejszego - muzyka! O matko, jeśli dziś przez sen nie zacznę śpiewać (papapapara, papapara) i tańczyć to będzie dobrze. A uwierzcie mi, ostatnio moje sny do normalnych nie należą - czy jest na sali psychiatra?! Dawno nie słyszałam tak dobrej ścieżki dźwiękowej. Aż człowiek ma ochotę nagle obejrzeć wszystkie dobre musicale tego świata. Nawet teraz moje nogi, a raczej kopytka, tańczą w rytm bliżej nieokreślonej muzyki, mimo iż siedzę w ciszy, a na owych raciczkach trzymam laptopa.
Ryan dla wszystkich fanek tego pięknego chłopca
Film bardzo przyjemny, warty zobaczenia. W niektórych może wyzwolić mniejsze, a w innych większe emocje, ale na pewno powinno się go oglądać w kinie na dużym ekranie. Ma to w sobie pewien rodzaj magii, bardziej trafia i przekonuje widza. Pewnie gdybym obejrzała go w domowym zaciszu, rozpraszałoby mnie tysiąc innych rzeczy i nie mogłabym całkiem odpłynąć w ten bajkowy świat. Na Oscarach będę trzymać kciuki za "La La Land", bo w końcu za kogoś trzeba, a skoro widziałam już ten film no to czemu by nie? Czy trzeba coś więcej pisać? Nie, po prostu idźcie i zobaczcie! Odpłyńcie do innej rzeczywistości chociaż na te dwie godziny... Papapapara, papapara, papapapara, papapara!
P.S. Tym razem nie płakałam na filmie, ale zobaczymy co jutro się wydarzy, bo idę na "Jackie". Oczywiście wiadomo, wpisu się spodziewajcie! :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz