sobota, 18 lutego 2017

Pan mnie nie fascynuje, panie Grey... Po raz drugi

Dwa lata temu oglądałam "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a" o czym możecie przeczytać TUTAJ . Nie śmiejcie się z ziemniakowatości tamtego wpisu, bo to było dawno temu, a ja jeszcze nie do końca umiałam pisać. Dobra, dobra, już się nie tłumaczę. Na pójście na "Ciemniejszą stronę Grey'a" byłam namawiana od października co najmniej. Najpierw się zapierałam, że nie pójdę, a potem powiedziałam, że ewentualnie, jeśli dostanę bilet i butelkę wina. Owszem bilet dostałam, a zamiast wina było piwo i popcorn, który bardzo uratował mi życie.

Nie bardzo wiem na czym mam się skupić w tym wpisie, więc jak wyjdzie chaotycznie to wybaczcie, ale ten film po prostu sprawił, że straciłam wiarę w instytucję "aktor" i "reżyser". Dakota Johnson jest drewniana w swojej grze i to wiem nie od dzisiaj, bo ona dla mnie w każdym filmie pokazuje to samo, ale w Jamiego Dornana trochę wierzyłam, tym bardziej, że podobno (bo jeszcze nie oglądałam i nie sprawdziłam) zagrał rewelacyjnie psychopatycznego mordercę w serialu "The Fall" produkcji BBC. BBC, ludzie, więc to byle co nie jest. Wiara wiarą, ale cóż, w drugiej części jego Grey to po prostu ciapa nie facet. Słodko-pierdząca bułeczka, która jak się uśmiechała to wyglądała jak mała słodziuchna przytulanka. W głębi duszy nawet na czarny charakter liczyłam, pana Hyde'a (Eric Johnson) a wyszło jak zwykle. Może się chłopina rozwinie w ostatniej części. Za to zabłysnęłam, że na dziesięć minut przed końcem skapnęłam się, która to Rita Ora. Znam ją tylko stąd, że podobno miała romans z Jay'em-Z i zagrała w reklamie Samsunga Galaxy S7 z szybkim ładowaniem. Wiem, wiem, jestem lamusem. Jeśli chodzi o reżyserię to po prostu kończyny opadają, bo jak ten film może wyreżyserować ta sama osoba co robiła m.in. "House of cards", "Hannibala" czy "Miasteczko Twin Peaks"? Nie mam pytań to nie pytam. (Pan reżyser to James Foley)


Nie wiem czy w ogóle jest sens pisać o czym była ta część Grey'a. No dobra, generalnie to Ana wróciła do Kriszcziana (he, he, he). I to by było na tyle. Serio. Bezsensowne rozmowy, oni niby tu radośni, kiss kiss, love love, bang bang. I tak w kółko. Ona zaczęła nową pracę, on wykupił tą firmę i stał się szefem jej szefa. Do tego ciągle ją kontrolował, bez jego pozwolenia nigdzie nie mogła jechać no i generalnie tam gdzie on tam i ona. Jak to usłyszałam w jednej recenzji, że gdyby wyciąć ostatnie dziesięć minut "Ciemniejszej..." i wkleić je do "Pięćdziesięciu..." to mogłoby się obejść bez tej części. No ale hajs się musi zgadzać.


Za to ścieżka dźwiękowa z tej części podobała mi się bardziej. Coś w sobie miała takiego bardziej pasującego. Jednak muzyka w tym filmie też mnie potrafiła zaskoczyć. A właściwie piosenka, której się tam ZUPEŁNIE nie spodziewałam. Mianowicie jest sobie scena: Ana budzi się, szuka Kriszcziana, odnajduje go w pokoju, gdzie ten podciąga się na drążku, a w tle leci co? "So lonely" The Police. Moja mina - bezcenna. Nie dość, że przez pół filmu siedziałam z miną WTF to tu miałam potrójne WTF, potem zaczęłam się śmiać, a na końcu bujać się w fotelu do rytmu. To taka piękna piosenka, jedna z moich ulubionych, a oni to tak sponiewierali. Mam nadzieję, że Sting za prawo wykorzystania utworu w filmie zgarnął grube pieniądze.


Jeśli chodzi o śmieszkowanie w moim wykonaniu. To jak wiecie ze zdania powyżej, pół filmu miałam WTF, a drugie pół śmiałam się. Autentycznie, dopadały mnie ataki śmiechu i dzięki temu, że miałam popcorn na swoich kolanach od pewnego momentu filmu i mogłam go jeść, to nie wyszłam na debila i nie wyłam w niebogłosy. Dwa najbardziej epickie momenty, gdzie mój towarzysz tej wycieczki myślał, że zejdę tam jak siedzę to:

1. Grey oświadcza się Anie. Pac, na kolana, mina z serii "proszę, proszę, kochaj mnie, nie mogę bez ciebie żyć" i smutne oczy psa bez miłości. Myślałam, że tam nie wyrobię. To było tak sztuczne, tak płaskie, że aż zaczęłam się zastanawiać czy oni odgrywając tą scenę nie czuli się zażenowani.

2. Grey ulega wypadkowi, jego śmigłowiec się rozbija, cała rodzina i znajomi siedzą z Aną u niego w apartamencie, zalewają się łzami, pani z TV mówi, że nie wiadomo co się z nimi dzieję, trzydzieści sekund później ta sama pani mówi, że pan Grey jest w drodze do Seattle, a on w tym samym czasie, trochę brudny wysiada z windy w swojej chałupie i tadam! żyje. Nic mu nie jest poza tym, że ma trochę kurzu na twarzy. No ludzie! Epickość tej sceny - level master. Tak, mało nie spadłam z fotela ze śmiechu.

A wracając jeszcze do sceny z oświadczynami, to gdy Grey się oświadczał, jakiś pan z przodu sali, na cały głos wyjechał z tekstem w stylu: "bez jaj, serio?!". Pół sali ryknęło śmiechem.


Film wybitny nie jest. Naprawdę. Możecie iść dla beki, pośmiać się, ale nic więcej. Nie marnujcie kasy. Jakby co to poczekajcie, aż będzie w Internetach. A ja się po filmie dowiedziałam, że czy chcę czy nie chcę to i tak idę na trzecią cześć. Już się nastawiam na to psychicznie i obiecuję, że jakoś to zniosę. 


P.S. Po napisach był ukryty trailer trzeciej części, połowa cebulaków wyszła z kina jeszcze zanim zapalili światło (włączyli je dopiero po owym zwiastunie). Czy to tak trudno zrozumieć, że jeśli jeszcze nie ma światła na sali to oznacza, że film się jeszcze nie skończył i coś tam będzie? #DziękiMarvelZaNauczenieMnieŻeSięCzekaNaUkryteSceny 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz