Początkowo wydawało mi się, że film powinien trwać prawie dwie godziny, ale skończył się równo po godzinie i trzydziestu pięciu minutach. Tylko wiecie, czasem są takie filmy, że trwają po dwie i pół godziny i człowiek ani razu nie spojrzy na zegarek, a w przypadku "Jackie", gdy po raz pierwszy spojrzałam na czas, myślałam, że minęło jakieś czterdzieści minut, a to było ledwie dwadzieścia. Film dłuży się niemiłosiernie. Naprawdę zdarzyło mi się oglądać filmy, które nie miały jakies porywającej akcji, gdzie wszystko szło krok po kroku, bez szaleństw, ale czas nie stał w miejscu. Tutaj było mi bardzo ciężko.
Owszem, nie jest to film, który nie wiadomo co pokazuje. To po prostu historia kobiety, która jest żoną swojego męża, a on jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. Pech tak chciał, że ktoś go zabił, a ona musiała sobie z tym poradzić, jednocześnie stawiając czoła całemu światu, który ją obserwował. Wydaje mi się, że każda normalna kobieta byłaby załamana i nie chciałaby o niczym myśleć, tylko po prostu zabrać gdzieś dzieci i zniknąć. Jackie taka nie była. Ona myślała. Non stop myślała i zmieniała zdania. Raz chciała zrobić wszystko na pokaz, potem wyciszyć sprawę, by nastepnie znowu zagrać wszystkim na nosie i pokazać to co chce, a nie powinna. Niby była słodką ulubienicą, grzeczną kobietą u boku swojego męża, ale z drugiej strony wszystko kontrolowała. Wyrachowana, poniekąd bez skrupułów i do tego samolubna.
Tu nie chodziło o to, że zabito Kennedy'ego. Tu chodziło o to, żeby zrobić z niego bohatera i pokazać jakim był idealnym prezydentem. Jak zauważył jego brat (w tej roli świetny Peter Sarsgaard) Bobby, oni nie osiągnęli nic, może zapamiętają ich przez jedną dobrą ustawę, którą stworzyli, ale poza tym to nic więcej. Jednak mimo wszystko zostali zapamiętani właśnie przez pryzmat tragedii, która rozegrała się na oczach całego świata.
Natalie Portman stworzyła całkiem interesująca kreację. Rozumiem skąd wzięła się dla niej nominacja do Oscara. Musiała włożyć ogrom pracy w przygotowanie, w nauczenie się bycia Jackie. Technika i sposób mówienia, zachowanie, przekazywanie emocji, jednym słowem wszystko. Nie ukrywam, że wcześniej nie wiedziałam jaka była pani Kennedy. Dopiero po filmie przejrzałam materiały z nią i tu się zderzyła rzeczywistość z fikcją. Portman idealnie przekazała całą postać widzowi, ale przez to jaka była Jackie, aktorka stała się denerwująca. Momentami nie do zniesienia. Miało się ochotę wstać i powiedzieć: "Dobra, skończ, spadam stąd".
Według mnie jedynym momentem, w którym Jackie była szczera i niczego nie udawała, były sceny z księdzem (John Hurt). Trochę te ich rozmowy były ironią, bo opierały się głównie na sensie istnienia, na cierpieniu, czy mówili, że po to człowiek żyje, żeby się męczyć. Jak wiadomo, kilka dni temu John Hurt zmarł. Miałam takie dziwne wrażenie, że on tu nie grał. On tu mówił po prostu jako on, schowany w postaci. Takie trochę pożegnanie z życiem za życia.
"Jackie" nie zachwyca, nie porywa. Jest, bo jest. Natalie Portman stworzyła dokładnie odwzorowaną bohaterkę, w której wykreowanie włożyła mnóstwo pracy i to należy docenić. Ale żeby padać z zachwytu na kolana to nie ma żadnego powodu. Mogło być lepiej, a trochę nie wyszło...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz