Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2016

Wieś, klify i zawiła historia miłosna, czyli "Z dala od zgiełku"

Ostatnio bardzo dużo oglądam filmów. Są to przeróżne produkcje, ale żadna dawno nie wywołała u mnie takich emocji jak „Z dala od zgiełku”. Ale zanim przejdę do owych emocji to muszę z dumą stwierdzić, że w końcu nauczyłam się wymawiać nazwisko przystojnego Pana Belga, czyli Matthiasa Schoenaertsa. Zajęło mi to trochę czasu, ale w tym miejscu należą się podziękowania YouTube’owi i wywiadom.

UWAGA! Zawiera spoilery.

A wracając do filmu. Mamy tu historię młodej dziewczyny, Bathsheby Everdene (Carey Mulligan), która odziedziczyła spadek po wuju i postanawia się nim zająć. W międzyczasie, gdy ona prowadzi rolę w jej życiu pojawia się trzech mężczyzn, który walczą o jej względy. Pierwszym z nich jest pasterz i rolnik Gabriel Oak (Matthias Schoenaerts), którego dziewczyna poznaje jeszcze zanim dowiedziała się o spadku, gdy pracowała na wsi. Drugim jest bogaty właściciel ziemski William Boldwood (Michael Sheen), a trzecim żołnierz i imprezowicz sierżant Francis Troy (Tom Sturridge).


Czasami w filmach czy książkach zdarza się tak, że główna bohaterka jest kompletną idiotką. Zacznę od tego, że już na początku Bathsheby łapie kontakt z Gabrielem, rozmawia z nim, spędza czas. A potem w jej drzwiach pojawia się ten przystojny pasterz, wręcza jej jagnię (licząc, że ona je odchowa, bo urodziło się za wcześnie) i po chwili się jej oświadcza, na co ta mówi... Nie. Pasterz smutny i odrzucony wychodzi, a bohaterka wyjeżdża do odziedziczonego majątku. Później na swojej drodze spotyka Williama, który zaleca się do niej, stara się by z nim spędzała czas, nawet przychodzi do niej na święta i w duecie przed wszystkimi (przed Gabrielem także, bo on po utracie swoich owiec opuszcza wieś i przypadkowo natrafia na palącą się stodołę, która okazuje się być owym spadkiem panny Everdene i ta w dług wdzięczności zatrudnia go u siebie) śpiewają piękną pieśń. Ten także pragnie się oświadczyć dziewczynie, ale ona początkowo trzyma go w niepewności, by potem ostatecznie odrzucić, ponieważ pojawia się Francis. Wystarcza by raz spojrzał jej w oczy, pomachał przed nią szablą, zmacał w lesie i w następnej scenie dowiadujemy się, że już są po ślubie. Mąż już na weselu okazuje się być kompletnym dupkiem i gdy Gabriel pyta Bathsheby czy może wziąć ludzi to zabezpieczenia plonów, bo nadchodzi burza, ten wtrąca się, że od dziś to jego ma o wszystko pytać, a że jest wesele to ma nic nie robić. Oak jako, że nie ma zamiaru słuchać żołnierza sam idzie zabezpieczyć zbiory, a pomaga mu w tym... Bathsheby.


Zabawne jest to, że mimo, już dystrybutor sugeruje nam plakatem filmowym z kim tak naprawdę na końcu będzie Bathsheby. Gabriel jest zawsze przy niej, ale tak często jak ona z nim rozmawia tak samo zwalnia go i mówi mu, że już nigdy więcej ma jej się nie pokazywać na oczy. A mimo to za każdym razem i tak go prosi, żeby wrócił. Francis przed poślubieniem panny Everdene ma narzeczoną, z którą zamierza wziąć ślub. Czekał na nią nawet w kościele, ale ta pomyliła świątynie i dotarła na miejsce, gdy jego już nie było. Potem odnalazł ją, gdy była na targu jako żebraczka. On obiecał jej pomoc, ale niestety, gdy ta miała się z nim spotkać na drugi dzień, dziewczyna umiera, a trumna z jej ciałem pojawia się w domu państwa Troy. Tam Francis otwiera wieko skrzyni z jej ciałem, całuje umarłą i mówi, że on nigdy nie kochał, nie kocha i nie będzie kochać tak mocno Bathsheby jak kochał denatkę. Dodaje, że żona jest dla niego nikim i wychodzi z domu. Udaje się na plażę, gdzie pozbywa się ubrań, wchodzi do morza i odpływa. Kobieta dowiaduje się, że mąż utonął i zostaje wdową.


Po śmierci Francisa, Bathsheby zostaje z ogromnymi długami po mężu i żeby nie stracić całej posiadłości, William proponuje jej małżeństwo. Ta początkowo nie jest chętna. Radzi się Gabriela co ma zrobić i w odpowiedzi słyszy, że to co jest najlepsze. Ostatecznie przyjmuje zaproszenie na przyjęcie do Boldwooda, na którym również pojawia się pasterz, który staje się sojusznikiem Williama. Tamten zachęca Oaka, by zatańczył z panią Troy przed ich zaręczynami. Kobieta przyjmuje propozycję, jednak w połowie tańca wybiega z domu, a przed nią staje jej zmarły mąż. Ten nakazuje jej wracać z nim do domu, jednak ona nie chce. Dochodzi między nimi do szarpaniny i krzyków. Z przyjęcia wybiega za dziewczyną Gabiel i William, który strzela śmiertelnie do Francisa. Bathsheby jest zrozpaczona, a William trafia do więzienia.


Po pewnym czasie Bathsheby i Gabriel spotykają się na cmentarzu, a ten informuję kobietę, że odchodzi z gospodarstwa i udaje się do Stanów Zjednoczonych. Nazajutrz ma prom odchodzący z Bristolu i bez większych pożegnań pragnie wyjechać. Oczywiście wdowie nie daje to spokoju i gdy pasterz jest już w drodze, jedzie za nim na koniu, by dowiedzieć się czy Gabriel nadal coś do niej czuje.


Tak naprawdę do ostatniej minuty nie wiadomo jako cała historia się zakończy. Po niby już po ślubie z Francisem wydawać by się mogło, że to koniec szans na jakąkolwiek zmianę. Bo nie oszukujmy się, tak naprawdę od pierwszego spotkania Bathsheby i Gabriela wiemy, że są oni sobie pisani. A przez serię niefortunnych zdarzeń i odczuć krążą koło siebie przez wiele lat i nic z tego nie ma.


Bo tak naprawdę Gabriela się kocha, Williama odrzuca, a Francisa nienawidzi odkąd pojawia się na ekranie. Bathsheby początkowo sprawia wrażenie silnej i niezależnej kobiety, której nie jest potrzebny mężczyzna, ale wystarczy, że pojawił się ładnie (w moim odczuciu to bardzo wątpliwe) wyglądający żołnierz, a ta już porzuca swoje ideały i leci za nim do kościoła, a gdy potem przytomnieje, zdaje sobie sprawę, że to prawdopodobnie jej największy błąd życiowy. Ale patrząc po Gabrielu wygląda na to, że trzeba być wiernym i czekać do samego końca na swoją okazję, bo można ją bardzo dobrze wykorzystać.


Nie ukrywam, że zabierając się za ten film miałam głęboka nadzieję, że Matthias Schoenaerts w końcu nie będzie grał jakiegoś psychopaty, popaprańca albo dziwnie przypominającego sobowtóra pewnego polityka człowieka. Chciałam, żeby był kimś uroczym, kogo by się chciało przytulić, a najlepiej to mieszkać z nim na tej wsi. Na szczęście „Z dala od zgiełku” mi to wynagrodziło i spełniło moje oczekiwania.


No i nie mogę nie wspomnieć o krajobrazie. Po „Poldarku” jestem totalnie zakochana w angielskiej wsi XVIII/XIX. Panuje tam spokój, harmonia i naturalne piękno. Do tego pola, łąki i klify. Klify są najpiękniejsze. Chociaż w filmie klify okazały się zabójcze. Scena jak spada z niego stado dwustu owiec jest naprawdę przygnębiająca.

Film powstał oczywiście na podstawie książki i mam zamiar ją zakupić i przeczytać. Film bardzo mi się podobał, polecam choćby dla pięknych angielskich krajobrazów. No i bo ładny Belg, ale to pewnie tylko dla mnie. 


P.S. Wiem, że pewnie po tym całym wywodzie mało osób obejrzy ten film, bo za dużo zdradziłam, ale trudno. Musiałam się pozbyć swoich myśli. 

środa, 30 września 2015

Wsi spokojna, wsi wesoła!

Jestem okropna. I leniwa. I generalnie to nic mi się nie chce. Smuteczek? Być może. Ale, ale... Ten wpis chciałam i powinnam napisać tydzień temu, jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego? Brak czasu? Lenistwo? Możliwe.

Dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak ważne jest by doceniać wakacje. Prawdę mówiąc w tym roku ich nie miałam. A może miałam? No dobrze, powiedzmy, że miałam. We wrześniu. Najpierw pojechałam na przesunięty weekend (od niedzieli do wtorku) do Torunia na wyjazd zapoznawczy. Było bardzo zapoznawczo i bardzo uroczo (damn it, o tym też miał być wpis). A po tym uroczym wypadzie pojechałam zażywać natury i świeżego powietrza.
W każde wakacje mojego życia jechałam przynajmniej na dwa tygodnie do babci pod Łebę. Na przestrzeni lat rozrywki jakim tam się poddawałam zmieniały się. Jednak w tym roku wakacje przesunęły się na wrzesień. I to było najlepsze co ostatnio mi się przytrafiło. Wrzesień to taki piękny miesiąc. Zawiera w sobie ostatni ciepłe dni, a do tego w lasach zaczynają się pojawiać grzyby. O taaak, grzybobranie. A potem zapach suszonych zbiorów, który wypełnia cały dom, a przynajmniej kuchnię. Czego chcieć więcej?



Na grzyby chodziłam codziennie (chyba tylko w niedziele nie poszłam, no bo pamiętaj aby dzień święty święcić), a towarzyszyła mi nieoceniona My Darling. Nawet nie macie pojęcia jak wielką radością jest pogoń, a potem odnalezienie prawdziwka (dla tych co się nie znają borowika) w lesie. Idziesz sobie, idziesz, rozmawiasz, śmieszki - heszki, a tu nagle na ścieżce stoi sobie piękny okaz. I co z tego, że ślimaki się zaczęły do niego dobierać? Jego po prostu trzeba zabrać i pokazać, że się znalazło. W końcu to najbardziej poszukiwany grzyb. I nie ukrywajmy, chyba najsmaczniejszy. Oczywiście nie ograniczałam się tylko do tego. W moich zbiorach były też kozaki, maślaki, podgrzybki i podciechy (jak ktoś nie wie co to za cudowności to odsyłam do Google). Och, jak za tym tęskniłam cały rok.



Ale nie tylko to było moją rozrywką. Zdarzyło się pójść nad jezioro i naturalnie się skompromitowałam z czego My Darling miała ubaw i jak to ona wypominała mi to. Otóż, miałam zejść z pomostu, żeby sprawdzić jak ciepła jest woda w jeziorze, ale zatrzymałam się na barierce (czy co to tam było), bo zaczęła się trząść pod moim ciężarem i spanikowałam. Brawo ja! Najgorsze było to, że nie wiedziałam jak wrócić na pomost, bo ani w tą ani w tą. Mam za ciężki tyłek, naprawdę czas schudnąć. Jednak jakoś się udało i nie musiałam nocować nad wodą w jednej, dziwnej pozycji.
Do kolejnych rozrywek należało jedzenie pysznych owocków prosto z drzewa. Babcia skutecznie mnie dokarmiała śliwkami (nie będę się zagłębiać co się działo po zjedzeniu większej ilości i po popiciu ich tzw. "bawarką"), My Darling dostarczała mi przepyszniastych jabłek z sadu (hue, hue), a podczas spaceru zwinęłyśmy z drzewa gruszki. Do tego babcia serwowała mi pyszne obiadki, m. in. prazoki i knedle. Knedli chyba nie muszę tłumaczyć, ale prazoki jak najbardziej rozwinę. Prazoki to ugotowane ziemniaki utarte z mąką ziemniaczaną. Do tego polewa się je tłuszczem i dokłada się do nich smażonego boczku i szczypiorku. A dopełnieniem wszystkiego jest zasmażana kapusta. Yummy! Opcjonalna jest jeszcze maślanka do popicia, ale ja to pomijam. Na samą myśl cieknie mi ślinka.



W międzyczasie czytałam jeszcze książki i szukałam Internetu mocno się gimnastykując. Najpierw był tylko na podwórku pod szopą, a potem zniknął i odnalazłam go na kanapie w pokoju. I nigdzie więcej. Tak się zaszyłam w pokoju poszukując Internetu, że aż babcia myślała, że gdzieś sobie poszłam i chciała mnie szukać. Mistrz kamuflażu.



I dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak bardzo wszystko się zmieniło od czasów dzieciństwa. My, nasze zachowanie, upodobania, tematy do rozmów. Nie da się zatrzymać tego co było kiedyś, to pewne, ale fajnie czasami powspominać i przypomnieć sobie jak grało się w podchody albo łaziło na łąkę i wdrapywało się do prowizorycznego domku na drzewie.



Cóż, w tym roku tak bardzo mi się podobało, że aż zrezygnowałam z wizyty u lekarza, żeby móc zostać dwa dni dłużej. Oczywiście do lekarza poszłam dzisiaj, a tam sobie przynajmniej odpoczęłam. Wilk syty i owca cała.



P.S. Spotkałam się z fejmem. Mojego bloga można znaleźć na Google pod gifem do Stinga, Roguckiego i Hansa. Miło mi, Google. :)