Jestem okropna. I leniwa. I generalnie to nic mi się nie chce. Smuteczek? Być może. Ale, ale... Ten wpis chciałam i powinnam napisać tydzień temu, jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego? Brak czasu? Lenistwo? Możliwe.
Dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak ważne jest by doceniać wakacje. Prawdę mówiąc w tym roku ich nie miałam. A może miałam? No dobrze, powiedzmy, że miałam. We wrześniu. Najpierw pojechałam na przesunięty weekend (od niedzieli do wtorku) do Torunia na wyjazd zapoznawczy. Było bardzo zapoznawczo i bardzo uroczo (damn it, o tym też miał być wpis). A po tym uroczym wypadzie pojechałam zażywać natury i świeżego powietrza.
W każde wakacje mojego życia jechałam przynajmniej na dwa tygodnie do babci pod Łebę. Na przestrzeni lat rozrywki jakim tam się poddawałam zmieniały się. Jednak w tym roku wakacje przesunęły się na wrzesień. I to było najlepsze co ostatnio mi się przytrafiło. Wrzesień to taki piękny miesiąc. Zawiera w sobie ostatni ciepłe dni, a do tego w lasach zaczynają się pojawiać grzyby. O taaak, grzybobranie. A potem zapach suszonych zbiorów, który wypełnia cały dom, a przynajmniej kuchnię. Czego chcieć więcej?
Na grzyby chodziłam codziennie (chyba tylko w niedziele nie poszłam, no bo pamiętaj aby dzień święty święcić), a towarzyszyła mi nieoceniona My Darling. Nawet nie macie pojęcia jak wielką radością jest pogoń, a potem odnalezienie prawdziwka (dla tych co się nie znają borowika) w lesie. Idziesz sobie, idziesz, rozmawiasz, śmieszki - heszki, a tu nagle na ścieżce stoi sobie piękny okaz. I co z tego, że ślimaki się zaczęły do niego dobierać? Jego po prostu trzeba zabrać i pokazać, że się znalazło. W końcu to najbardziej poszukiwany grzyb. I nie ukrywajmy, chyba najsmaczniejszy. Oczywiście nie ograniczałam się tylko do tego. W moich zbiorach były też kozaki, maślaki, podgrzybki i podciechy (jak ktoś nie wie co to za cudowności to odsyłam do Google). Och, jak za tym tęskniłam cały rok.
Ale nie tylko to było moją rozrywką. Zdarzyło się pójść nad jezioro i naturalnie się skompromitowałam z czego My Darling miała ubaw i jak to ona wypominała mi to. Otóż, miałam zejść z pomostu, żeby sprawdzić jak ciepła jest woda w jeziorze, ale zatrzymałam się na barierce (czy co to tam było), bo zaczęła się trząść pod moim ciężarem i spanikowałam. Brawo ja! Najgorsze było to, że nie wiedziałam jak wrócić na pomost, bo ani w tą ani w tą. Mam za ciężki tyłek, naprawdę czas schudnąć. Jednak jakoś się udało i nie musiałam nocować nad wodą w jednej, dziwnej pozycji.
Do kolejnych rozrywek należało jedzenie pysznych owocków prosto z drzewa. Babcia skutecznie mnie dokarmiała śliwkami (nie będę się zagłębiać co się działo po zjedzeniu większej ilości i po popiciu ich tzw. "bawarką"), My Darling dostarczała mi przepyszniastych jabłek z sadu (hue, hue), a podczas spaceru zwinęłyśmy z drzewa gruszki. Do tego babcia serwowała mi pyszne obiadki, m. in. prazoki i knedle. Knedli chyba nie muszę tłumaczyć, ale prazoki jak najbardziej rozwinę. Prazoki to ugotowane ziemniaki utarte z mąką ziemniaczaną. Do tego polewa się je tłuszczem i dokłada się do nich smażonego boczku i szczypiorku. A dopełnieniem wszystkiego jest zasmażana kapusta. Yummy! Opcjonalna jest jeszcze maślanka do popicia, ale ja to pomijam. Na samą myśl cieknie mi ślinka.
W międzyczasie czytałam jeszcze książki i szukałam Internetu mocno się gimnastykując. Najpierw był tylko na podwórku pod szopą, a potem zniknął i odnalazłam go na kanapie w pokoju. I nigdzie więcej. Tak się zaszyłam w pokoju poszukując Internetu, że aż babcia myślała, że gdzieś sobie poszłam i chciała mnie szukać. Mistrz kamuflażu.
I dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak bardzo wszystko się zmieniło od czasów dzieciństwa. My, nasze zachowanie, upodobania, tematy do rozmów. Nie da się zatrzymać tego co było kiedyś, to pewne, ale fajnie czasami powspominać i przypomnieć sobie jak grało się w podchody albo łaziło na łąkę i wdrapywało się do prowizorycznego domku na drzewie.
Cóż, w tym roku tak bardzo mi się podobało, że aż zrezygnowałam z wizyty u lekarza, żeby móc zostać dwa dni dłużej. Oczywiście do lekarza poszłam dzisiaj, a tam sobie przynajmniej odpoczęłam. Wilk syty i owca cała.
P.S. Spotkałam się z fejmem. Mojego bloga można znaleźć na Google pod gifem do Stinga, Roguckiego i Hansa. Miło mi, Google. :)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz