Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fangirl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fangirl. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2016

Jestem fangirl i nic tego nie zmieni

Dzisiaj nie będzie o filmach. Dzisiaj będzie o moich fangirlowych cierpieniach. W końcu to moje miejsce i tu mogę wylać swoje smutki i żale z tym związane. Ostatnio usłyszałam, że bycie fangirl to ciągłe polowanie. Tak się świetnie składa, że jestem Hunt (pozdrawiam!). Fangirl, żeby poszerzać swój harem nie może zamykać się w jednym kręgu. Musi poszukiwać, polować, zdobywać.


Ostatnio jakoś tak się stało, że mój fangirlowy pęd nabrał jakiegoś niesamowitego tępa. Kiedyś jak się uwiesiłam jednego obiektu (no dobrze, aktora) to potrafiłam szaleć za nim przez dwa lata i nikt inny mnie nie interesował. Od półtora roku to się jakoś zmieniło. Co rusz nowe trofeum, nawet nie jest w stanie powiedzieć kto się w ostatnim czasie najdłużej utrzymał. Stwierdzam, że w tej kwestii „dorosłam”. Na pewno zmienił mi się punkt widzenia. To już nie są szaleńcze miłości, że koniecznie, umrę jak nie dowiem się gdzie mieszka i jak ma rozmiar buta. Teraz bardziej zaczynają mnie interesować dokonania artystyczne (filmowo-serialowe) danego obiektu. Wolę obejrzeć wieczorem jakiś film z tą osobą niż szukać po portalach plotkarskich z kim jest czy na jakiej ostatnio imprezie bywał. Owszem, fajnie np. na Tumblrze zobaczyć jakieś zdjęcia z gali czy rozdania nagród, ale wielki fanatyzm kona zanim się jeszcze narodził.


Fakt, nie mogę powiedzieć, że jak tylko na kogoś zarzucę sieci to nie sprawdzam na Wikipedii gdzie się urodził i ile ma lat. Robię to. Do tego zawsze szukam koloru oczu (bo to wcale nie jest tak łatwo stwierdzić kto jakie ma w dobie charakteryzacji i szkieł kontaktowych), bo to moje skrzywienie. Na to zwracam uwagę. Pozostałe sprawy odchodzą w odstawkę. Chyba, że czegoś dowiem się przez przypadek to wtedy tym nie pogardzę.


Z kolei nie wyzbyłam się, a wręcz przeciwnie ze zdwojoną siłą korzystam z tego co YouTube nam w całości daje, czyli wszelkiego rodzaju wywiady, making of, Q&A, wpadki i fragmenty nie publikowanych fragmentów filmów. Czasem to jest bardzo pomocne w zrozumieniu danej produkcji czy samego aktora/aktorki co nim/nią kierowało podczas przygotowań czy oddania uczuć u swojego bohatera. Niektóre rzeczy potrafią naprawdę zszokować i to co aktorzy potrafią zrobić ze sobą dla wiarygodnego odegrania roli. Szkoda, że za to nikt nie przyznaje specjalnych nagród, bo czasem warto.


Jak powszechnie wiadomo, gdy zbliża się sesja wtedy student robi wszystko, byle tylko się nie uczyć. U mnie to włączyło się na miesiąc przed sesją. Wynajduje sobie filmy i seriale i namiętnie je tłukę, a potem cierpię. I to bardzo. Tak właśnie dzieje się teraz. Znalazłam sobie genialny serial „Hinterland” (przy okazji chyba po raz pierwszy nie oglądam serialu dla aktora, chociaż lubię odtwórcę głównej roli, tylko dla naprawdę ciekawej fabuły i klimatu panującego w produkcji). Wynalazłam w sieci, że są dwa sezony po cztery odcinki (ach to BBC), do tego jeden epizod ma półtorej godziny i planowana jest trzecia transza. Cała szczęśliwa zaczęłam oglądać i niestety już wpadłam w depresję. Nigdzie nie ma literek do drugiego sezonu. Jest to na tyle specyficzny serial, że żeby dobrze go zrozumieć potrzebne są napisy albo lektor. I tak sobie siedzę w smutku i nie wiem co zrobić ze swoim życiem, gdy znalazłam, że drugi sezon puszczają na „Ale kino”. Fakt, że tylko w sobotę i niedzielę, ale to już dwa odcinki będą zaliczone, a mój fangirlizm chociaż trochę zaspokojony. Resztą będę się martwić potem, byle dotrwać do soboty.


Jednak najbardziej ulubioną częścią bycia fangirl jest to, że czasem uda się znaleźć kogoś, kogo zachęcisz do oglądania czegoś, co ciebie samą interesuję. Tak też się stało kilka dni temu, gdy moja była współlokatorka zza ściany została namówiona przeze mnie do oglądania „Poldark” (Marcia, pozdrawiam Cię, drugi sezon już we wrześniu!). Wiecie jakie to świetne uczucie, gdy wchodzisz na Messengera, a tam rozpacz albo radość, bo główny bohater zrobił to czy tamto i ta druga osoba się dzieli tym z mną. „Poldark” jest o tyle fajną produkcją, że u mnie w domu jest to zdecydowania najlepszy serial. I dokładnie wiesz kogo kochamy, a kogo nienawidzimy. Gdy oglądałam to wspólnie z rodzicami potrafiliśmy o tym dyskutować na długo po zakończeniu odcinka, co wcześniej się nie zdarzało, bo my mamy odmienne gusta.


Proces bycia fangirl to także reakcja łańcuchowa. Zaczynasz od jednego serialu. Tam znajdujesz tego jedynego aktora/tą jedyną aktorkę. Potem sprawdzasz jej filmografię. Zaczynasz namiętnie oglądać wszystko co wpadnie ci w ręce. Potem w tych produkcjach dostrzegasz innych aktorów/inne aktorki. Przerzucasz się na nich, szpiegujesz w czym grali i zaczynasz to oglądać. I tak w kółko. Aż nie padniesz, aż starczy ci sił. Kiedyś usłyszałam, że „wyrosłam już z tego”. Z bycia fangirl lub fanboy (tak, tak, chłopców też to dotyczy) się nie wyrasta. To zostaje w tobie do końca życia. To ewoluuje. Zmienia się poziom fangirlizmu, ale nigdy nie umiera. Jeśli to straciłaś/straciłeś to znaczy, że nigdy tak naprawdę nie byłaś, nie jesteś i nie będziesz fangirl. To się w ciebie wygryza i nigdy nie wychodzi.


Jednak czasami bycie fangirl to nie łatwa sprawa i stwierdzam, że za te wszystkie cierpienia powinno się nam płacić i to grube pieniądze. Najbardziej boli, gdy zdążysz się przyzwyczaić do jakiegoś serialu, bohaterów traktujesz jak dobrych znajomych i co tydzień z wypiekamy na twarzy czekasz na kolejny odcinek, a tu nagle producenci albo lepiej, szefowie stacji, która puszcza daną produkcję oznajmiają, że serial zostaje zdjęty z anteny i już nigdy nie wróci. Tak też się stało wczoraj, gdy poinformowano mnie, że kasują „Limitlees” po zaledwie jednym sezonie. Fakt, film był lepszy od serialu, ale był w tym potencjał i śmiało można było pociągnąć chociaż jeszcze jeden sezon. A tak, czas się pożegnać. Pamiętam jednak, że największą taką rozpacz miałam, gdy po ośmiu sezonach skasowali „House’a”. Teraz jednak wiem, że to była bardzo dobra decyzja.


O byciu fangirl można pisać i pisać. Niedługo prawdopodobnie będę miała szansę się o tym powymądrzać przed większym gronem, ale o tym na razie cisza. Fangirlizmu nie zamierzam porzucić, zamierzam to rozwinąć, ale tylko w dobrym kierunku.


P.S. W sobotę bardzo możliwy kolejny wpis, bo jutro wybieram się do kina.

P.S.2. Wszystkim Mamom raz jeszcze wszystkiego najlepszego!

czwartek, 14 kwietnia 2016

Będę tuż za tobą, bo jestem twoim cieniem

Czasami zdarza się tak, że szczęście się do nas uśmiechnie i przez przypadek bierzemy udział w konkursie, a potem wygrywamy. Tak też było i tym razem, gdy wysłałam maila na konkurs, a w odpowiedzi dostałam, że czekają na mnie bilety do kina Helios na dowolny seans w tym tygodniu. Ja i moja przebiegłość, a także zimna kalkulacja, stwierdziłyśmy, że przecież w piątek, 15 kwietnia jest premiera „High Rise” i będzie jak znalazł. Otóż NIE! Wszystkie kina w mojej okolicy zmówiły się i pokazały mi środkowy palec w tej kwestii. Ani Helios ani Multikino nie mają tego filmu w swoim repertuarze, a najbliższe Cinema City, które to wyświetla jest w... Toruniu. Stwierdziłam, że aż taka szurnięta nie jestem i najwyżej poczekam aż będzie gdzieś poza kinem (ku mojej radości jedno z niewielkich kin w mojej okolicy będzie miało „High Rise” i nie mam zamiaru odpuścić). Więc pozostała kwestia co zrobić z biletami, jeśli nie idę na to, na co planowałam.

Weszłam na stronę kina i rzuciło mi się trzech kandydatów. „Hardcore Henry”, „50 twarzy Blacka” i „Cień”. Pierwszy film po obejrzeniu zwiastunu odrzuciłam, ponieważ jest on kręcony z perspektywy bohatera. Jeśli chodzi o taki obraz w grze to jestem jak najbardziej za, ale po obejrzeniu dwuminutowego trailera miałam dość i czułam, że po wyjściu z kina mogłabym zwymiotować. „50 twarzy Blacka” wydawało mi się czymś lepszym niż historia z Grey’em, ale nie na tyle, żebym koniecznie chciała to obejrzeć. No i na końcu został mi „Cień”. Przeczytałam opis i wydał mi się całkiem ok. Do tego fajny plakat i ładny pan na nim. Weszłam na Filmweb, zobaczyłam obsadę i mnie zamurowało (cóż, nie mogę zacytować tego co wtedy powiedziałam, bo to niecenzuralne). Pamiętacie taki film jak „Dziewczyna z portretu” (jak nie pamiętacie filmu to może chociaż wpis, który popełniłam po obejrzeniu tej produkcji?)? Był tam sobie taki aktor co wyglądał jak Putin. Wręcz deska w deskę. No i właśnie. Okazało się, że ten przystojny pan z plakatu i Putin z „Dziewczyny...” i jeden i ten sam człowiek. I w tym momencie zapadła decyzja co będę oglądać.

Zabrałam moją kumpelkę do kina, ta zaopatrzyła nas w prowiant i można było się wyluzować. Oczywiście o bilety musiałam się upomnieć, bo panie w kasie nie do końca ogarnęły sprawę (w Multikinie było nawet gorzej, więc nie powinnam narzekać). Po wejściu na salę puścili standardowo reklamy i zwiastuny i po raz kolejny moja lista produkcji do obejrzenia powiększyła się. Z jednym małym wyjątkiem jakim jest film „Smoleńsk” (dobrze, że już nie chodzę do liceum, bo pewnie ktoś wpadłby na wspaniały pomysł zorganizowania wyjścia do kina na ten twór i przyświecałoby nam stwierdzenie „historię Polski trzeba znać”).

W filmie poznajemy żołnierza, Vincenta Loreau (Matthias Schoenaerts), który po powrocie z misji, ze względu na stan zdrowia fizyczny, jak i psychiczny, zostaje odsunięty od służby i zostaje ochroniarzem u bogatego biznesmana Imada Whalida (Percy Kemp). Owy biznesmen posiada piękną żonę, Jessie (Diane Kruger) i syna Ali’ego (Zaïd Errougui-Demonsant). Gdy Whalid wyjeżdża w sprawie interesów do opieki nad żoną i synem zostaje poproszony Vincent. Loreau z minuty na minutę coraz bardziej zakochuje się w Jessie, a do tego przez cały czas ma wrażenie, że ktoś śledzi jego podopiecznych. Od tej pory zaczyna się walka z tym co istnieje naprawdę, a co jest tylko w jego głowie.

Bardzo dobrze został pokazany motyw psychiki Vincenta. Z jednej strony taki twardziel, z tatuażami, z wojenną przeszłością, który nie boi się niczego i jest skłonny zaryzykować życie, a z drugiej na widok pięknej kobiety odpływa myślami i zaczyna się pocić (jakkolwiek to brzmi). Z każdą kolejną sceną walczy sam ze sobą, tym bardziej, że Jessie początkowo traktuje go jak powietrze i w pewnym momencie wydaje się, że go nie toleruje.

Można znaleźć wiele opinii, że film trzyma napięcie niczym najlepsze produkcje Hitchcocka. Czy to prawda? No cóż... Jednego nie można nie powiedzieć. Kiedy spodziewamy się, że coś się wydarzy to się nie dzieje nic, ale jeśli zaczynamy się zastanawiać czy coś tu może nas zaskoczyć to nagle dostajemy w twarz i się budzimy, bo akcja nabiera rozpędu. Jeśli ktoś uwielbia thrillery to zapewne powie, że ten jest zbudowany na tej samej kanwie co pozostałe, ale mnie osobiście przypadł do gustu, chociaż pośladków nie urwał. Jedyne co spowodował to dziwny sen dziś w nocy i tornado w moim fangirlowskim życiu, bo Matthias Schoenaerts (czemu ja zawsze muszę trafiać na takich aktorów, który zapamiętanie nazwiska zajmuje mi lata świetlne?) dołączył do mojego Wesołego Fandomowego Autobusu.


Film warty obejrzenia, ale na raz. Potem się już raczej do niego nie wraca. Mimo wszystko emocje utrzymuje na poziomie. 


P.S. Jeśli ktoś nie chce spoilera to proponuję opuścić ten wpis w tym miejscu i dziękuję za uwagę!


A jeżeli nie to muszę się podzielić krótkim stwierdzeniem tuż po ostatniej scenie w filmie i zakończeniu seansu.
"Ty, patrz, to miał być thriller, od początku do końca, a oni mi tu wyjeżdżają z komedią romantyczną". 

środa, 13 stycznia 2016

Little more Joy

Na "Joy" czekałam bardzo długo. Właściwie odkąd się dowiedziałam, że ten film będzie. Po wielu, wielu reklamach i nakręcaniu ludzi jaka to jest świetna obsada i genialny film, stwierdziłam, że nie ma bata. Wczoraj w końcu udało mi się wybrać do kina. A że w Heliosie mają Tanie Wtorki (jak ja kocham kinowe promocje) to nie pozostało mi nic innego jak ruszyć na seans. Pomimo choroby, kaszlenia i smarkania, poszłam wraz z moją wspaniałą towarzyszką dni codziennych (jakkolwiek to brzmi).

Zajęłyśmy miejsce w przedostatnim rzędzie, patrzyłyśmy jak sala się zapełnia, aż w końcu puścili zwiastuny. Kilka nowych filmów wpadło mi w oko i zdecydowanie trzeba będzie na nie pójść albo przynajmniej jakoś si postarać. Po dwudziestu minutach zapowiedzi zaczął się seans.

No dobrze, nie oszukujmy się, poszłam na ten film tylko dlatego, że gra tam Bradley Cooper. A sądząc po ilości reklam z nim, liczyłam, że jego rola będzie naprawdę jakaś duża. Cóż, trochę się przejechałam. Nie dość, że po raz pierwszy pojawił się dopiero w drugiej połowie filmu, jeszcze był może w ośmiu scenach. Nie liczyłam dokładnie, bo przyszłam oglądać, a nie dokonywać matematycznych obliczeń, ale było mi go zdecydowanie za mało. Nadrobił trochę jak zwykle pięknymi oczami i uroczym uśmiechem.

Ale właściwie o czym był film. Poznaliśmy historię Joy, matki i rozwódki, która jako jedyna ogarnia i panuje nad swoją rodziną. Dziewczyna od dziecka była bardzo utalentowana i co chwilę wymyślała nowe przedmioty. Podczas filmu mogliśmy obserwować jej zmagania z utrzymaniem, wyprodukowaniem i sprzedaniem samowyżymającego się mopa. W roli Joy pojawiła się Jennifer Lawrence. W sumie bardzo dobrze wykreowała tą rolę, jednak miałam miejscami wrażenie, że jest trochę za młodą aktorką, by zagrać tak doświadczoną kobietę. Ale może ja po prostu się nie znam.

Ciekawym wątkiem było to, że pod jednym dachem mieszkała z dwójką swoich dzieci, matką, która cały dzień oglądała serial, ojcem, który co trochę powracał do jej domu, bo kolejna kochanka nie mogła z nim wytrzymać, a na dokładkę był jeszcze jej były mąż, który zajmował piwnicę. szczerze mówiąc liczyłam na to, że Joy i bohater grany przez Coopera będą razem, bo jak on ją tylko zobaczył to wzroku nie mógł oderwać i wyglądał jakby się zakochał. Zresztą ona też sprawiała takie wrażenie. Tylko potem zauważyłam, że on nosi obrączkę i zaczęłam się zastanawiać czy jest to element charakteryzacji czy po prostu Bradley zapomniał zdjąć swoją własną. #ProblemyFangirl

Wracając do samej Jennifer Lawrence. Właśnie za rolę w "Joy" otrzymała w tym roku Złotego Globa. Z jednej strony uważam, że słusznie, bo film naprawdę był ciekawy, ale z drugiej jestem ciekawa jak ze swoimi kreacjami filmowymi poradziły sobie pozostałe nominowane do tej nagrody. No i zdecydowanie pominę to, co zrobiła Lawrence podczas, jakby to powiedzieć, konferencji prasowej (zainteresowanych odsyłam do czeluści Internetów).

Motywy komediowe jak najbardziej udane, bo przyznaje, dużo razy się śmiałam (a może po prostu lubię pośmieszkować?). Oddanie klimatu tamtych lat również, więc pod tym względem było wszystko idealnie. Jednak czegoś mi zabrakło. Nie do końca potrafię powiedzieć czego, no ale...

Ostatnio polubiłam się bardzo z aplikacją Filmweb na telefon, gdzie można oceniać filmy. I wychodząc z kina stwierdziłam, że daje 7/7,5, ale że nie można dać połówek to dociągnę do 8 za to, że Bradley tak ładnie się patrzył i ma takie cudowne oczy. Ogólnie film na plus, jednak pewnych części ciała nie urwało. Na pewno jak trafi mi się okazja to obejrzę go jeszcze raz.

piątek, 8 stycznia 2016

To wszystko jest w twoim Mind Palace

To aż nie wypada się przyznawać, ale tyle razy próbowałam zabrać się do napisania wpisu o Sherlocku. Jednak za każdym razem mi nie wychodziło. A to nie mogłam zebrać myśli o czym konkretnie miałam pisać, a to nie chciało mi się szukać jakiś tam informacji, no zawsze coś. Ale dziś natrafiła się idealna okazja. Wczoraj miałam przyjemność znaleźć się w kinie na seansie specjalnego odcinka. A skoro jest okazja to i wpis musi być.


Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie jaki serial kocham najbardziej to bez wahania odpowiem, że jest to Sherlock. Mój poziom fangirlizmu w tej dziedzinie przekracza wszelkie granice. Gdyby nie My Darling to prawdopodobnie tkwiłabym w niewiedzy, że takie coś istnieje (serial BBC oczywiście). No dobra, może bym jakoś do tego dotarła, ale pewnie pod długim czasie. Uwielbiam opowiadania Conan Doyle'a, nawet mam takie wielkie wydanie ze wszystkimi opowiadaniami o Sherlocku, które najpierw otrzymałam na przetrzymanie, a potem usłyszałam: "Zatrzymaj. Ja tego nigdy nie przeczytam, a tobie na pewno się przyda". Jestem w tej kwestii takim świrem, że pisałam pracę zaliczeniową na jeden z przedmiotów o "Studium w szkarłacie" (dziś był termin jej oddania), czyli pierwszym opowiadaniu o Holmesie i robiłam prezentację na angielskim o serialu. Nawet o słynnym detektywie mówiłam podczas mojej prezentacji maturalnej. A jeśli chodzi o sam serial to z gadżetów fanowskich mam koszulki (dziś zamówiłam kolejną), kubek, skórkę na telefon, wszystkie sezony na DVD, plakaty, a także szalik, który wyglądem jest zbliżony do tego, który nosi Sherlock. Nie wspomnę już o mojej tapecie na komputerze, gdzie pośród 190 zdjęć puszczonych jako pokaz slajdów, to połowa dotyczy albo Sherlocka albo aktorów grających głównych bohaterów. Nadal wielką miłością darzę zarówno Benedict Cumberbatcha (czyli Holmesa) i Martina Freemana (Watson). Po prostu bez tej produkcji moje życie byłoby smutniejsze. Udało mi się także wkręcić trochę mojego tatę, co uważam za osobisty sukces.

Naprawdę potrafię o tym gadać godzinami i uwierzcie mi, to się nigdy nie nudzi. Ale jak pisałam wcześniej, wczoraj w kinach był odcinek specjalny. Na dobrą sprawę mogłam zdobyć odcinek na dzień po premierze z nielegalnych źródeł, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam sobie psuć elementu zaskoczenia, na który wybierałam się do kina. Nawet poświęciłam się tak bardzo, że przez 10 dni nie logowałam się na Tumblrze, żeby nie oglądać gifów, screenów i zdjęć z planu. I całe szczęście, że tego nie uczyniłam, bo wchodząc tam wczoraj wieczorem dashboard był tak bardzo zawalony, że już nie odróżniałam czy to reblogowałam czy nie. To co w takim razie musiało się dziać dzień albo dwa po premierze w Anglii? Wolę nie wiedzieć...


Wczorajszy seans był na 20. Kulturalnie, jak to ja, biegłam na SKM w przekonaniu, że jestem spóźniona, a się okazało, że moja kolejka przyjeżdża dopiero za 12 minut. Gdy już zapakowałam się do tego uroczego środka transportu, przejechałam trzy przystanki i wysiadłam w pobliżu kina. Nie sądziłam, że tuż za mną wysypie się armia sherlockowych fanów. Takie tłumy jakie ruszyły na kino, to ostatnio widziałam na Środach z Orange. Chociaż możliwe, że te były nawet większe. Wchodząc do środka odnalazłam w tłumie mojego Wilsonka (to jest złoty człowiek, bo już tyle lat znosi moje obsesje i nigdy się nie skarżyła, że aż mi czasem głupio), który już na mnie czekał. W międzyczasie spotkałam także nie dawno poznaną znajomą, która również zameldowała się na specjalnym pokazie. Gdy już zajęłyśmy swoje miejsca na jednej z większych (o ile nie największej) sal, to zaprezentowano nam zwiastun nowego Pitbulla (swoją drogą to może być naprawdę dobry film). A potem to już było z górki. Steven Moffat, współtwórca i scenarzysta serialu, oprowadził widzów po mieszkaniu Sherlocka, które ze swojej współczesnej wersji, zostało w pewnym stopniu przekształcone na takie, by pasowało do XIX wieku. Później otrzymaliśmy komunikat, że po projekcji odcinka zostaną pokazane wywiady, z aktorami i proszą nas o pozostanie. No mi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zgasły światła i zaczęła się zabawa...

Pomysł z XIX - wiecznym Sherlockiem, jako odcinkiem specjalnym, początkowo trochę mnie zaskoczył i nie bardzo wiedziałam co mam na ten temat myśleć. Przecież to współczesność przyciągnęła wielu widzów do tego serialu. Jednak z każdym kolejnym dniem i następną pojawiającą się informacją zaczęłam się przekonywać. Przecież trzeba brać co dają, skoro kolejny sezon ma się pojawić dopiero w 2017 roku. Kto to widział, żeby na trzy nowe odcinki sezonu serialu czekać trzy lata?


Od tego momentu mogą pojawić się możliwe spoilery, więc jeśli nie chcesz wiedzieć co było bezpośrednio w odcinku, Drogi Czytelniku, to opuść to miejsce właśnie w tym momencie! 

Dostaliśmy bardzo uroczy, trochę mroczny, ale pełen specyficznego dla Sherlocka humoru, odcinek, który przez pierwsze trzydzieści minut śmieszył tak bardzo, że cała sala ryczała ze śmiechu. Potem już zrobiło się nieco poważniej, ale nadal miało się wrażenie, że wciąż jest dobrze. Pierwsze dwie lub trzy sceny z nowego odcinka były skondensowanym kąskiem, który dostaliśmy bardzo dawno temu, gd nasi bohaterowie poznali się w pierwszym epizodzie. Z każdą kolejną minutą było coraz więcej nawiązań do poprzednich odcinków i sezonów. W pewnym momencie zorientowałam się, a raczej w mojej głowie zaczęły krążyć takie myśli, że może to wszystko co właśnie widzimy, to po prostu sen Sherlocka, który będąc na wygnaniu przysnął sobie w samolocie. Szybko odgoniłam te myśli i... Kaboom! Pojawia się współczesny Sherlock, który drzemie sobie w samolocie (właściwie to był w swoim Mind Palace). Otrzymujemy do tego obraz Watsona w zwykłej kurtce i Mary w ciąży. Potem szybko znowu trafiamy do XIX wieku i za chwilę raz jeszcze wracamy do współczesności. Miałam wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie i nie bardzo wiem co się dzieje, bo na ekranie ponownie pojawia się Holmes nie z naszej epoki, który leży zaćpany na dywanie i mówi Johnowi o odrzutowcach i telefonach komórkowych (nie pamiętam czy dobrze zapamiętałam). Człowiek już miał wrażenie, że nie wie czy XXI wiek i to wszystko co było do tej pory, to był po prostu narkotyczny sen detektywa czy może po prostu poprzez sen Sherlock przeniósł się z teraźniejszości  w czasy wiktoriańskie.


Jeśli chodzi o zagadkę, którą rozwiązywał Sherlock wraz z Watsonem, to no cóż... Już po czterdziestu minutach seansu zorientowałam się, że Panną Młodą jest Moriarty i to co męczy Holmesa od tak dawna: Jak to możliwe, że jego arcywróg powrócił? Tylko czekałam aż odsłoni się twarz truposzki i zobaczę tam Jima. Długo się naczekałam, ale się doczekałam. Bardzo dobrą sceną było pojawienie się Moriarty'ego u Sherlocka w mieszkaniu. Był tu ewidentnie duch wcześniejszych scen pomiędzy bohaterami. No i plus wielka dziura w głowie złoczyńcy, która rozwaliła czaszkę na pół. Piękny widok!

Jeśli chodzi o samych bohaterów w tym odcinku to zdecydowanie na plus i z wieloma zaskoczeniami. Po pierwsze John i jego "nowa" błyskotliwość. Wydawał się być mądrzejszy. No i te jego rozmowy z Sherlockiem. Warte wszystkiego. No i mistrzowską sceną była rozmowa Watsona na migi. Zdecydowanie powinien poprawić swoje umiejętności w tej kwestii. Sam Sherlock, czyli Benedict, bez kręconych włosów jeszcze parę miesięcy temu nie miał prawa bytu w moim wyobrażeniu. No cóż, jednak można. Przez te ulizane włosy Cumberbatch wydawał się być wyższy. Generalnie, fajka i szlafroczek idealnie do niego pasowały. Bardzo dobrze pokazali wątek walki o prawa kobiet i Molly Hooper, która w kostnicy była całkiem przystojnym, choć bardzo chłopięcym mężczyzną. Na dokładkę mieliśmy Lestrade'a z bokobrodami i Mycrofta tak grubego, że ledwo co się mieścił w fotelu.


Pięknym podsumowaniem całego specjalnego odcinka była ostatnia scena, w której przy oknie stoi wiktoriański Sherlock, wypowiadający słowa, że zdecydowanie wyprzedza on swoje czasy, a za oknem mamy Londyn z XXI wieku, po którym poruszają się samochody i autobusy, a nie dorożki.


Jeśli chodzi o wywiady z aktorami, które mogliśmy obejrzeć po odcinku, to to była idealna wisienka na torcie. Zdecydowanie moje serce skradł Andrew Scott, czyli Moriarty, który w przeciągu kilku sekund z siebie samego potrafi się zmienić w swojego bohatera. W życiu nie słyszałam, żeby ktoś w taki niesamowity sposób wypowiedział swój adres mailowy.


Czy uważam odcinek za udany? Jak najbardziej. Rozrywka doskonała, a fandom nie powinien narzekać. Dostaliśmy wspaniałą przystawkę przed daniem głównym, które prawdopodobnie pojawi się już, a może raczej aż za rok.


P.S. Bardzo możliwe, że jutro pojawi się kolejny wpis, bo dziś przede mną po raz kolejny wizyta w kinie. Zbankrutuje...

niedziela, 23 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. III

Właśnie leżę na mojej nowiutkiej kanapie i rozmyślam o tym co się wydarzyło przez ostatnie dwa miesiące. Myślę o tym, że najpierw jarałam się jak głupia, tym że zmieniłam otoczenie, potem miałam doła jak stąd do Berlina i modliłam się, żeby jak najszybciej wracać, a teraz nie miałam w ogóle ochoty, by spakować walizki i wracać do szarej rzeczywistości. A czemu tak się działo? Do tej pory nie mam pojęcia.

Przez ostatni miesiąc pojawili się ludzie, którzy przyczynili się do tego, że nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Było dobrze. Można było pogadać, wyjść na piwo, zrobić głupie rzeczy. Im bliżej było wyjazdu tym trudniej było się pożegnać. Ogromnie się cieszę, że mogłam ich poznać i wierzę, że jeszcze się kiedyś z nimi spotkam. Póki co kontakt pozostał.

Czego mi będzie brakować do następnego razu oprócz ludzi? Wielu rzeczy. Jedzenia (nie wszystkiego, ale tego czego nie ma w Polsce), codziennego kimania w fotelu po obiedzie, poniedziałkowych seansów Sherlocka na BBC, siedmiu odcinków dziennie Top Gear, programów o gotowaniu, które ociekały tłuszczem i tym, że WiFi było wszędzie gdzie się pojawiałam (poza pracą, oczywiscie). Będzie mi brakować tego małego niedobrzelca, któremu jak się wkręcił jakiś temat to już nie gadał o niczym innym. Pewnie jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy...

Wczoraj, będąc na lotnisku wydarzyło się kilka rzeczy, które mógłby być odebrane za znaki, żeby nie wracać do Polski. Najpierw, żeby zdać duży bagaż naczekałam się 45 minut w kolejce, a potem gdy już dotarłam do samolotu to tuż po starcie samolot zaczął zawracać nad Londynem i kapitan poinformował nas, że mamy usterkę i musimy wracać na lotnisko. Nie mieliśmy żadnej informacji przez trzy godziny i siedzieliśmy jak te kołki na swoich miejscach. Także zamiast wylądować w Polsce o 23.20 byłam dopiero o 3 nad ranem. Wszyscy źli i zmęczeni opuszczali lotnisko w podskokach i dziękowali temu w kogo wierzą, że żyją i mogą się stąd wydostać. Jedyne co mi to wszystko wynagrodziło to przepiękny nocny widok na Londyn z wysokości kilku kilometrów. Coś cudownego. A do tego Ed Sheeran i The City w słuchawkach ("London calls me a stranger, a traveller...")... Cóż, same znaki. A może mi się tylko tak wydawało?

Za to w domu czekał na mnie najlepszy i najpiękniejszy tort jaki kiedykolwiek dostałam. Chatka Hobbita. Czeguż więcej może pragnąć fangirl? Mama wiedziała co mnie uszczęśliwi. I z tą myślą położyłam się spać o 7 nad ranem na tej samej wygodnej kanapie, na której teraz siedzę. Cóż, nadal chcę wracać, ale chyba trzeba wrócić na ziemię i zająć się swoim nudnym życiem. No i czasem pomyśleć o tym co i z kim się gdzieś tam przeżyło...

P.S. A oto zdjęcie mojego pięknego torta.

P.S.2. A od jutra nauka na poprawki... Życzcie mi powodzenia...