Właśnie leżę na mojej nowiutkiej kanapie i rozmyślam o tym co się wydarzyło przez ostatnie dwa miesiące. Myślę o tym, że najpierw jarałam się jak głupia, tym że zmieniłam otoczenie, potem miałam doła jak stąd do Berlina i modliłam się, żeby jak najszybciej wracać, a teraz nie miałam w ogóle ochoty, by spakować walizki i wracać do szarej rzeczywistości. A czemu tak się działo? Do tej pory nie mam pojęcia.
Przez ostatni miesiąc pojawili się ludzie, którzy przyczynili się do tego, że nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Było dobrze. Można było pogadać, wyjść na piwo, zrobić głupie rzeczy. Im bliżej było wyjazdu tym trudniej było się pożegnać. Ogromnie się cieszę, że mogłam ich poznać i wierzę, że jeszcze się kiedyś z nimi spotkam. Póki co kontakt pozostał.
Czego mi będzie brakować do następnego razu oprócz ludzi? Wielu rzeczy. Jedzenia (nie wszystkiego, ale tego czego nie ma w Polsce), codziennego kimania w fotelu po obiedzie, poniedziałkowych seansów Sherlocka na BBC, siedmiu odcinków dziennie Top Gear, programów o gotowaniu, które ociekały tłuszczem i tym, że WiFi było wszędzie gdzie się pojawiałam (poza pracą, oczywiscie). Będzie mi brakować tego małego niedobrzelca, któremu jak się wkręcił jakiś temat to już nie gadał o niczym innym. Pewnie jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy...
Wczoraj, będąc na lotnisku wydarzyło się kilka rzeczy, które mógłby być odebrane za znaki, żeby nie wracać do Polski. Najpierw, żeby zdać duży bagaż naczekałam się 45 minut w kolejce, a potem gdy już dotarłam do samolotu to tuż po starcie samolot zaczął zawracać nad Londynem i kapitan poinformował nas, że mamy usterkę i musimy wracać na lotnisko. Nie mieliśmy żadnej informacji przez trzy godziny i siedzieliśmy jak te kołki na swoich miejscach. Także zamiast wylądować w Polsce o 23.20 byłam dopiero o 3 nad ranem. Wszyscy źli i zmęczeni opuszczali lotnisko w podskokach i dziękowali temu w kogo wierzą, że żyją i mogą się stąd wydostać. Jedyne co mi to wszystko wynagrodziło to przepiękny nocny widok na Londyn z wysokości kilku kilometrów. Coś cudownego. A do tego Ed Sheeran i The City w słuchawkach ("London calls me a stranger, a traveller...")... Cóż, same znaki. A może mi się tylko tak wydawało?
Za to w domu czekał na mnie najlepszy i najpiękniejszy tort jaki kiedykolwiek dostałam. Chatka Hobbita. Czeguż więcej może pragnąć fangirl? Mama wiedziała co mnie uszczęśliwi. I z tą myślą położyłam się spać o 7 nad ranem na tej samej wygodnej kanapie, na której teraz siedzę. Cóż, nadal chcę wracać, ale chyba trzeba wrócić na ziemię i zająć się swoim nudnym życiem. No i czasem pomyśleć o tym co i z kim się gdzieś tam przeżyło...
P.S. A oto zdjęcie mojego pięknego torta.
P.S.2. A od jutra nauka na poprawki... Życzcie mi powodzenia...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz