poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pan mnie nie fascynuje, panie Grey...

W ostatni piątek dopuściłam się haniebnego czynu, a mianowicie obejrzałam "50 twarzy Greya". Obiecałam sobie, że tego nie zrobię, ale po gorących namowach moich współtowarzyszy wieczora oraz pewnej ilości alkoholu poddałam się. Zasiadłam w fotelu, uzupełniłam procenty i... No cóż, wszystko po kolei.

Od razu mówię, że książek nie czytałam. Jedynie pierwszą część i to gdzieś we fragmentach. Niby wiedziałam o co chodzi, ale gdy przyszło co do czego to film wydał mi się jakby zupełnie inna historią. Tyle tylko, że bohaterowie tacy sami. Pierwsze dziesięć minut filmu jakoś zniosłam poza tym, że strasznie drażniła mnie drewniana gra tej głównej pani bohaterki. No po prostu Bella ze Zmierzchu to przy niej dyplomowana aktorka. Z kolei pan Grey... Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie wiedzieć czemu w tej roli idealnie bym widziała Chrisa Hemswortha. Ale może po prostu mam zryty baniak. A Jamie Dornan (chyba napisałam bez błędu) miejscami wyglądał jak ten pan z "Psychozy" (o ile się nie mylę to chodzi mi o Anthony'ego Perkinsa). Aż potem bałam się iść do łazienki. Ale po tych dziesięciu minutach zadzwonił mój telefon i poszłam sobie pogadać i gdy już wróciłam panna Ana (czy jak jej tam) była nawalona jak tramwaj w barze i ratował ją pan Christian. Potem już nie bardzo kojarzyłam co się dalej dzieje, bo trochę przysypiałam, ale co się obudziłam to oni się gwałcili. No bo niczym innym tego nie nazwę.

O stronie erotycznej tego filmu nie chcę się wypowiadać. Są od tego eksperci. Ja się wstrzymam. Tylko odniosę się do jednej rzeczy. No zakończenie to dupy nie urwało. Grey wyszedł na biednego, skrzywdzonego psiaczka, którego nikt nie kocha, a panna Ana powiedziała to swoje "Christian" I tyle ją widzieli. Nawet drewnianość w tym momencie jej nie zmalała. Dlatego się nie dziwię, że muszą szybko kręcić drugą część, bo przecież umowę kiedyś muszą podpisać. Za to przypomniała mi się jedna rzecz, którą kiedyś przeczytałam w Internecie. Za Greyem to szaleją wszystkie baby (no prawie) i podpisałyby tą głupią umowę, bo przecież on biedny i wykorzystany, a do tego skrzywdzony. Ale jak Sheldon w "The Big Bang Theory" kazał Amy podpisać umowę dotyczącą związku to od razu wszyscy mówią, że on jakiś nienormalny i co to za facet, który tak postępuje. Przecież to w zasadzie to samo tyle, że on, Sheldon oczywiście, nie śpi na kasie i jest jakby antyseksualny. No dobrze, nie będę się w to zagłębiać.

I żeby nie było, że jestem taka okropna dla tego filmu (za osobisty sukces uważam to, że dotrwałam do końca) to napiszę, że o ścieżkę dźwiękową się postarali. Pominę "Love me like you do", bo to mi uszami wychodzi jak słyszę to dzień w dzień po siedem razy w pracy, ale za to jestem wielką fanką coveru "Crazy in love". Świetna wersja i momentami przyprawia o ciarki na plecach.

Czy obejrzałabym film po raz drugi? Nie sądzę. Czy na trzeźwo? Zdecydowanie nie. Podziwiam tych, którzy poszli na to do kina i to z własnej nieprzymuszonej woli. Ja podziękuję. A jeśli miałabym oceniać w skali od 1 do 10 to dałabym marne 2 i to tylko za muzykę. Nic więcej. Widać chyba się starzeję, bo nie rajcują mnie te klimaty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz