Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bradley cooper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bradley cooper. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 maja 2016

Mogę wszystko po raz drugi!

"Limitless" jest bardzo ciekawym zjawiskiem w popkulturze. To ten przypadek, gdy z książki twórcy robią film, a z filmu serial. Film bardzo mi się podobał, o czym pisałam już wcześniej TUTAJ. Teraz pora opowiedzieć coś więcej o serialu. UWAGA, możliwe spoilery!


W serialu poznajemy sympatycznego życiowego nieudacznika Briana Fincha (w tej roli Jake McDorman), który zupełnie przez przypadek zapoznaje się z magicznym NZT, niesamowitym narkotykiem, sprawiającym, że nasz mózg jest jeszcze bardziej niesamowitym narzędziem niż zazwyczaj. Będąc świadkiem morderstwa na jego trop wpada FBI, które werbuje Briana w swoje szeregi. Niestety o tym, że Finch zaczyna brać narkotyk i do tego współpracuje z policją, by pomóc rozwiązywać im kryminalne zagadki, dowiaduje się senator Edward Morra (tak, tak, to ta sama postać, którą w filmie gra Bradley Cooper). Postanawia zaszantażować Briana, że ten ma być jego wtyczką w FBI, a w zamian będzie on dostawał co jakiś czas zastrzyk z antidotum, które sprawia, że człowiek staje się odporny na skutki uboczne narkotyku. Senator zakazuje mówić chłopakowi, że ma z nim jakikolwiek kontakt i grozi, że jeśli to wyjdzie na jaw to życie jego oraz jego bliskich będzie zagrożone.


Brian postanawia milczeć i skupić się na pracy dla służb. Tam zostaje "konsultantem", którym opiekuje się agentka Rebecca Harris (Jennifer Carpenter). Jej najbliższym współpracownikiem jest agent Spellman Boyle (Hill Harper). Rebecca od samego początku w pełni ufa Finchowi i rodzi się między nimi przyjaźń. Z kolei Boyle sceptycznie odnosi się do Briana, Od pierwszego spotkania podejrzewa, że chłopak coś ukrywa. Pieczę na całym wydziałem trzyma Nasreen "Naz" Pouran. To ona przydziela naszemu uroczemu konsultantowi dwóch ochroniarzy, Misia (Michael James Shaw) i Ptysia (Tom Degnan). Oczywiście to nie są ich prawdziwe imiona. To sprawka Briana, który stwierdził, że panowie mają zbyt trudne imiona do zapamiętania.


Oczywiście mamy także drugą stronę barykady. W pewnym momencie zgłasza się do Fincha mężczyzna, który przedstawia się jako Jarrod Sands (Colin Salmon) i oznajmia, że jest najbliższym współpracownikiem senatora Morry, a jednocześnie staje się on szefem dla Briana. To bezpośrednio jego chłopak ma informować o sprawach, które ma załatwiać dla Morry w FBI. Jak się potem okaże nie można ufać nikomu i niczemu w żadnej sprawie. Za to najlepszym i najwiarygodniejszym źródłem informacji jest to co sami się dowiemy dzięki naszej nauce.


Obsada aktorska została dobrana dobrze. I o ile aktorzy sobie świetnie poradzili z rolami jakie zostały dla nich napisane, to scenarzystom wyszło to już gorzej. Poza Brianem i Sandsem, reszta charakterów wypada dość blado. Są oni bez wyrazu, jednowymiarowi, nie mogący w pełni się pokazać. Oczywiście przez cały sezon prawie każdy bohater ma "swój" odcinek. Możemy się z nich dowiedzieć czegoś więcej, ale nadal to nie jest to czego widz oczekuje. Nie wiem czy to wina tego, że to dopiero pierwszy sezon czy może po prostu twórcy uznali, że lepiej skupić się na wątkach kryminalnych niż na samych bohaterach. No i nie mogę nie wtrącić tutaj słowa o roli Bradley'a Coopera. Myślałam, że jak na 22 odcinki pierwszego sezonu będzie go dość dużo, tym bardziej, że jego bohater ciągle przewijał się w dialogach bohaterów, a tu niespodzianka. Pojawił się on może z 3, 4 razy. Mam świadomość, że to były gościnne występy, ale jak na bohatera, który stał się pierwowzorem i przyczyną powstania tej produkcji, powinien być trochę częściej.


W filmie bardzo podobało mi się to, że był dramatyczny, trochę brutalny. Lała się krew, wbijano strzykawki w oczy i po prostu okładano się po twarzy. A z serialu zrobiono bardziej komedię. Oczywiście kiedy miało być poważnie to było, ale czasami można odnieść wrażenie, że komizm był wpychany na siłę. Wiem, że żartobliwą otoczkę zrobiono ze względu na to jaka jest postać Briana i na poważnie mogłoby się to wydawać nie do końca trafne, ale patrząc po pierwowzorze tu się aż prosiło, żeby to było mocne i w stylu thrillera.


Cieszę się, że chociaż z partnerstwa Briana i Rebeccy nie zrobiono związku. Owszem, w niektórych momentach wydawać by się mogło, że bohaterowie coś do siebie czują, jednak lepiej im wychodzi przyjaźń. Potrafią się o siebie troszczyć, jedno obroni drugie, są dla siebie w stanie zrobić wszystko, ale to bardziej wygląda na braterstwo niż na miłość. Jednak, żeby nie było, że taki ładny chłopak się marnuje, scenarzyści fundują Finchowi dziewczynę. Piper Baird (Georgina Haig) początkowo jest wrogiem Briana, ale gdy ten odkrywa jej sekret, staje po stronie dziewczyny, by przez drugą część sezonu skupić się na odnalezieniu i pomocy jej.


Ciekawą rzeczą w "Limitless" jest to, że za każdym razem, gdy pojawia się nowy bohater, najczęściej agent FBI, to jest on jakiś podejrzany, a potem okazuje się, że to jakiś podwójny, skorumpowany człowiek, który niby kiedyś w przeszłości był tym dobrym, ale potem gdzieś zabłądził i postanowił iść za pieniędzmi i... senatorem Morrą. Bo gdzie by się nie spojrzeć i nie postawić kroku, tam wszędzie swoje macki ma Edward Morra, który w filmie początkowo był całkiem normalnym człowiekiem. Poszedł w politykę i miał swoje za uszami, ale dopiero w serialu zrobiono z niego potężnego i groźnego faceta. Może z jednej strony to dobrze, bo postać powinna ewoluować i się zmieniać, ale z drugiej, żeby aż tak?


Serial warty zobaczenia. Trochę do pośmiania, trochę do zastanowienia się nad tym, czy w naszej rzeczywistości takie coś się może wydarzyć. Bo patrząc po rozwoju technologii już nic mnie nie zdziwi. Mimo iż dopiero zakończył się pierwszy sezon to nadal nie ma decyzji czy zostaje przedłużony. Zakończenie w zasadzie pozostało otwarte, kilka spraw nie wyjaśnionych, więc jest szansa, że może coś z tego będzie. mnie pozostaje trzymać kciuki, że się jednak uda.


P.S. W sobotę melduję się w kinie na dwóch filmach. Można się domyślić na jakich. :)

P.S.2. Na fanpage'u na Facebooku raz w tygodniu pojawia się #DzieńZPiosenką, w której opisuje moje małe historie związane z danymi utworami. Wpadajcie! Say Hi To Hunt

piątek, 5 lutego 2016

Bóg, honor i rodzina, czyli strzelanie jest najważniejsze

Jakiś czas temu do rodziców przyszli znajomi i powiedzieli, że oglądali świetny film. Okazało się, że mówili o "Snajperze". Wtedy jeszcze mi nie padło na mózg z Bradley'em Cooperem, ale wiedziałam co to za film, bo był nominowany do Oscara, a wcześniej jedna z moich koleżanek była na nim w kinie. Dopiero nie dawno tata zapytał mnie o ten film i poprosił mnie o zdobycie go, bo chciałby obejrzeć. Dzisiaj rano (w sumie w południe), gdy zwlekłam się z łózka powiedział, że jeśli ogarnę swój żywot w przeciągu dwudziestu minut to możemy obejrzeć "Snajpera". No to ja nogi za pas, dziesięć minut i byłam gotowa.

"Snajper" to historia życia oraz kariery wojskowej najlepszego strzelca na świecie, Chrisa Kyle'a (w tej roli Bradley Cooper, a jakże by inaczej). Początkowo w filmie pokazano jego dzieciństwo i wartości jakie rodzice (właściwie to ojciec) mu wpajali. Potem pojawia się jego szkolenie w wojsku, rodzące się uczucie do jego przyszłej żony Tayi (Sienna Miller) i misje na wojnie. Wszystkie te wątki prywatne przeplatane są momentami z życia osobistego, co czasem może wydawać się nieco denerwujące.

O ile fajnie podejrzeć czyjeś życie prywatne, to tym razem bardziej mnie interesowało i fascynowało to co się działo na wojnie. Idealnie został pokazany sposób w jaki żołnierze amerykańscy mają wkładane do głowy, że najważniejsza jest ojczyzna i obrona jej za wszelką cenę. Niby rodzina też ważna, ale patrząc na głównego bohatera widać, że póki nie zabije to nie może wrócić do domu. Jego pierwsze "zdobycze"strzeleckie trochę go przerażały, jednak z czasem nie sprawiało mu to większego problemu. Zabijanie pochłonęło go. Nawet podczas pobytu w domu był nieobecny i jedyne o czym myślał to to, żeby wrócić na wojnę i likwidować cele.

Przez pół filmu zastanawiałam się kto jest reżyserem. Oczywiście siedemdziesiąt razy czytałam o tej produkcji, ale jakoś reżyseria umknęła mi na dobre. Ubzdurałam sobie, że za kamerą stał Spielberg, natomiast tata stale utrzymywał, że to chyba jednak Eastwood i oczywiście miał rację. Może po prostu pomyliło mi się z "Szeregowcem Ryanem". Ale teraz posiadam już właściwe informacje.

Fajnie było też zobaczyć Jake McDormana, któego jak tylko zobaczyłam to zaczęłam krzyczeć: "Brian!". Oczywiście tata spojrzał się na mnie jak na czubka, ale że nie zadawał zbędnych pytań to nie miałam zamiaru mu tłumaczyć mojego nadmiernego entuzjazmu. Do tego przez cały film miałam zagwostkę, że znam jednego aktora, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie ja już go kiedyś widziałam. Jak tylko na ekranie pojawiły się napisy końcowe, złapałam za telefon i dzięki Filmwebowi odkryłam, że chodziło mi o Kyle'a Gallnera, którego wcześniej widziałam głównie w czwartym sezonie CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku, gdzie grał tam młodego dziennikarza.

Jednocześnie patrząc na Siennę Miller i Bradley'a Coopera jako parę to miałam powtórkę z rozrywki. Z tej okazji, że "Ugotowany" stał się jednym z moich ulubionych filmów i mogę go oglądać na okrągło to często widuję ich razem. Oczywiście "Snajper" powstał jako pierwszy, ale pozytywnie było ich zobaczyć raz jeszcze, jednak w trochę innych okolicznościach.

Ale co by nie było to element komediowy w tym filmie też się pojawił. Może i dotyczył on bardziej strony technicznej niż samej fabuły, to nie mogłam się przestać śmiać. Oglądając wcześniej program Ellen DeGeneres, gdzie gościem był Cooper, puszczono fragment "Snajpera", w którym Kyle trzyma swoją córkę na rękach. Tylko, że zamiast prawdziwego dziecka była tam lalka i żeby atrapa sprawiała wrażenie bardzo realistycznej to Cooper ukrył kciuk pod ręką "dziecka", żeby mógł nią delikatnie poruszać, imitując jednocześnie oznaki życia. Sam aktora nawet z tego się śmiał i mówił, że miał świadomość, że to było widać. Polecam obejrzeć zarówno scenę (generalnie film) jak i fragment tego wywiadu, który można znaleźć na YouTube.

Co do oglądania filmu z moim tatą. Generalnie jest to jedna z fajniejszych rzeczy jakie razem robimy Niby nic, a jednak. Przy okazji "Snajpera" dowiedziałam się trochę istotnych faktów o broni jakiej używali do ostrzału czy też o zasadach łączności i działaniu pewnych mechanizmów na wojnie. Tata (i całe szczęście!) nigdy nie był na żadnej misji, ale jako były żołnierz ma ogromną wiedzę na ten temat, a jeśli chodzi o broń to w szczególności. Swego czasu sama się dosyć mocno interesowałam wszelkiego rodzaju amunicją i mam nawet na ścianie rozkład z częściami WIST-a 94.

Film dobry i jeżeli ktoś lubi tematykę wojenną to śmiało może obejrzeć. Powinien być usatysfakcjonowany, a sceny batalistyczne wynagaradzają pozostałe niedociągnięcia.


środa, 3 lutego 2016

Mogę wszystko!

Pomału, do przodu, zapoznaję się z kolejnymi filmami z Bradley'em Cooperem. Jak wiadomo, jeśli się do czegoś przyczepię to szybko nie skończę. Do listy filmów obejrzanych dołączyło "Jestem Bogiem" (w oryginale "Limitless", czyli po raz kolejny tłumacz się popisał...), Nie ukrywam, że ten film wyjątkowo mi przypadł do gustu, do tego stopnia, że pewne elementy z jego fabuły śniły mi się w nocy. Tylko nie pamiętam czy był w tym śnie Bradley czy też jednak nie...

Poznajemy Eddiego Morrę (Bradley Cooper), który jest niespełnionym pisarzem, nic mu nie wychodzi w życiu, z wyglądu przypomina bezdomnego i generalnie ma depresje. Pewnego dnia na ulicy spotyka brata swojej byłej dziewczyny, który wręcza mu tabletkę z eksperymentalnym narkotykiem NZT. Dzięki pastylce jego życie zmienia się diametralnie, staje się geniuszem i człowiekiem sukcesu. Jednak po pewnym czasie pojawiają się nieprzewidziane komplikacje i coraz więcej problemów.

Wszelkiego rodzaju materiały promujące kładą duży nacisk, że w filmie doskonale partneruje Cooperowi Robert De Niro. Po raz pierwszy na ekranie pojawia się około 45 minut po rozpoczęciu filmu (specjalnie sprawdzałam), a potem, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, mogłoby jego bohatera w ogóle nie być. Z De Niro mam taki problem, że im więcej filmów z nim oglądam tym bardziej zaczynam go nie lubić. Wiem, że jest świetnym aktorem i ma wspaniały dorobek artystyczny, ale coś zaczyna mnie w nim drażnić. Za to pozytywnym zaskoczeniem było zobaczenie na ekranie Anny Friel, którą znałam z cukierkowego "Gdzie pachną stokrotki?", a tutaj grała kobietę wyniszczoną, która z dnia na dzień walczy o przetrwanie i w miarę normalne życie.

Nie będę ukrywać, ale takie NZT by mi się w życiu przydało. Zjadasz tabletkę i nagle możesz przyswoić pięćdziesiąt tomów encyklopedii bez większego problemu. Do tego zapamiętujesz piętnaście różnych języków i masz możliwość dogadania się z ludźmi na całym świecie. Pewnie jest to możliwe bez zażywania wszelkich nieznanych dopalaczy, ale zajęłoby to na pewno z pół wieku jak nie więcej. Przynajmniej mi, bo ja mam problemy z wszelkim zapamiętywaniem istotnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych mniej znaczących.

Tak naprawdę film miałam obejrzeć przed serialem, bo tak owy się również pojawił. Tyle, że w serialu dzięki niesamowitej mocy z filmu (mowa tu oczywiście o NZT), zupełnie nowy bohater pomaga FBI rozwiązywać zagadki kryminalne. Przyjemnie się ogląda, choćby nawet dla obsady, którą wcześniej znałam w mniejszym bądź większym stopniu. Ale żeby nie było to w serialu również pojawia się Cooper. Oczywiście jego filmowe życie zostało przedłużone w serialu. Tak jakby jego bohater zaczyna mieć kontrolę nad życiem głównego bohatera serialu.

Nie chcę za dużo zdradzać, bo zarówno film jak i serial są warte uwagi. Film przedstawia historię jednej osoby, która od zera przechodzi w bohatera i wydaje się, że nie jest taki zły. Jednak gdy już się dostajemy w obręb serialu to zmienia nam się pogląd na owego Eddiego, który nagle staje się typem spod ciemnej gwiazdy, ale mimo wszystko nadal go lubimy.

Ale muszę jeszcze poruszyć jedną kwestię. W filmie Morra musi uważać na ilość zażywanego NZT, ale już w serialu, staje się nagle całkowicie "niezniszczalny", ponieważ wynalazł antidotum, które nie pozwala wyniszczyć organizmu. Zastanawia mnie czy w końcu w serialu powiedzą jak to się stało, że jako jedyny znalazł sposób na to, że NZT nie sieje spustoszenia. W sumie dopiero 12 odcinków jest dostępnych, więc to początek drogi.

P.S. Mam pomysł na serię ok. 4 wpisów, ale nie wiem czy będę w stanie tak dużo napisać w tak mało dni wolnych. Ale kto wie, kto wie...

P.S. 2. Na początku napisałam, że śniło mi się coś z tego filmu. A mianowicie w śnie biegłam w przyspieszonym tempie przez ulice jakiegoś miasta i pamiętam, że zatrzymałam się na moście totalnie wymemłana i zmęczona życiem. Dziwnym trafem to samo przydarzyło się Eddiemu. Kurczę, nie mogę oglądać filmów przed snem. :)

wtorek, 19 stycznia 2016

Napiszę (nie)swoją książkę

Nie ukrywajmy, moim marzeniem od połowy liceum jest napisanie i wydanie chociaż trochę poczytnej książki. Przez cały ten czas zawsze w czymś sobie dłubię i czasami wychodzi mi to lepiej, a innym razem gorzej. Ostatnio poziom tego marzenia trochę się zmienił i jakby ruszył do przodu. Nie mówię, że książka leży już na biurku u wydawcy i czeka na wydruk, bo do tego bardzo daleka droga, ale pewne opowiadanie, które powstaje od jakiegoś czasu wypłynęło na szerokie wody. Jest ono pod opieką pani doktor ode mnie z wydziału i w końcu otrzymuję od kogoś jakieś istotne wskazówki co jest ok, a co nie. Do tego odważyłam się to pokazać większej liczbie znajomych osób niż jedna. W sumie nadal czekam na opinię jednej z ważniejszych person dla mnie i strasznie się tego obawiam. Jakoś mam wrażenie, że obcym łatwiej pokazać co tworzysz, bo oni cię nie znają i nie wiedzą kim możesz się inspirować kreując bohaterów.

No ale nie o tym chcę napisać. Zamiast się uczyć do sesji, to jak każdy szanujący się student nadrabiam zaległości w filmach i serialach. Od jakiś trzech miesięcy cierpię na zauroczenie Bradley'em Cooperem (przepraszam, nic na to nie poradzę, że uwielbiam niebieskookich) i postanowiłam, że obejrzę sobie przynajmniej większość filmów, w których miał mniejszą lub większą przyjemność wystąpić. Na Filmwebie znalazłam sobie niepozorny film pt.: "Między wierszami" (w oryginale "The Words" i naprawdę nie powinno się tłumaczyć inaczej tytułu, bo to wtedy traci sens). Do tego codziennie na aplikacji mi się wyświetlało, że dzień w dzień ten film leci na jednym z kanałów, którego nie mam na swoim malutkim, domowym telewizorku. I tak odkładałam obejrzenie go, aż do dnia dzisiejszego, gdy zupełnie przez przypadek nacisnęłam "play" i samo poszło.

O czym film? Mamy Rory'ego (Bradley Cooper), który jest początkującym, marnym pisarzem, któremu brakuje kasy i za wszelką cenę chce odnieść sukces. Podczas podróży poślubnej jego żona, Dora (Zoe Saldana) kupuje mu starą torbę, w której Rory, przez przypadek odnajduje stary rękopis, który zawiera w sobie skończoną powieść. Postanawia ją przepisać słowo w słowo i wydać pod własnym nazwiskiem. Książka okazuje się być bestsellerem, ale to zamiast uszczęśliwić bohatera, sprawia, że zaczyna walczyć sam ze sobą, bo nagle zjawia się ktoś kto zna jego tajemnicę.

Generalnie film nie jest jakiś wybitny. Całkiem przeciętny, ale przyjemny. Prosta, typowa amerykańska obyczajówka. Jednak mnie interesuje pewna kwestia, która została poruszona w filmie. Całą historię Rory'ego opowiada Clay Hammond (Dennis Quaid), który w swojej książce, którą prezentuje szerszej publiczności, opisuje losy Rory'ego. Jednak potem na prywatnym spotkaniu ze studentką (Olivia Wilde), tuż po opowiedzeniu całej historii, pyta dziewczynę jak myśli, w jaki sposób mogły się potoczyć dalsze losy pisarza-oszusta. Ona początkowo nie chce odpowiedzieć, ale ostatecznie wyrzuca z siebie tak wiele przypuszczeń, że ciężko nie uwierzyć w żadne z nich. Clay jej mówi, że nie należy mylić rzeczywistości z fikcją. Owszem, leżą one blisko siebie, ale nigdy się ze sobą nie zetkną i nie połączą. Dorzuca jeszcze, że ona ani żaden inny czytelnik nie ma pewności, że Rory naprawdę istniał. Mógł być tylko wymyślony. Tak samo jak historia, którą ukradł. Jednak wyraz twarzy Hammonda tak bardzo próbuje coś powiedzieć, że ma się wrażenie, że owe życie Rory'ego jest tak naprawdę życiem Clay'a.

Powiedzmy sobie szczerze, każda książka jaką się czyta zawiera elementy biograficzne autora. Jak bardzo by starał się je ukryć to wnikliwy czytelnik i tak dopatrzy się pewnych podobieństw. Niby się mówi, że to tylko bohaterowie i fikcja, ale ziarno prawdy zawsze gdzieś tam jest. Nawet jeśli powieść jest o elfach albo seryjnym mordercy, to pewne cechy postaci mogą być zaczerpnięte od prawdziwych osób. W końcu trzeba się na czymś wzorować. Bo tak naprawdę to już wszystko zostało wymyślone, a teraz tylko powiela się to w różnych formach i koncepcjach.

Film można obejrzeć jak komuś się nudzi i chce zobaczyć jak to jest przez chwilę złapać Pana Boga za nogi, aby potem się okazało, że za błędy się płaci i to dużą cenę. Plus scena warta zobaczenia (jeśli to wyjdzie na spoiler to sorry): Pijany Bradley Cooper, który zaczyna płakać z bezsilności.


P.S. Bardzo możliwe, że jutro albo pojutrze pojawi się kolejny wpis. Przecież nie mogę zostawić na lodzie genialnego miniserialu BBC. :D

środa, 13 stycznia 2016

Little more Joy

Na "Joy" czekałam bardzo długo. Właściwie odkąd się dowiedziałam, że ten film będzie. Po wielu, wielu reklamach i nakręcaniu ludzi jaka to jest świetna obsada i genialny film, stwierdziłam, że nie ma bata. Wczoraj w końcu udało mi się wybrać do kina. A że w Heliosie mają Tanie Wtorki (jak ja kocham kinowe promocje) to nie pozostało mi nic innego jak ruszyć na seans. Pomimo choroby, kaszlenia i smarkania, poszłam wraz z moją wspaniałą towarzyszką dni codziennych (jakkolwiek to brzmi).

Zajęłyśmy miejsce w przedostatnim rzędzie, patrzyłyśmy jak sala się zapełnia, aż w końcu puścili zwiastuny. Kilka nowych filmów wpadło mi w oko i zdecydowanie trzeba będzie na nie pójść albo przynajmniej jakoś si postarać. Po dwudziestu minutach zapowiedzi zaczął się seans.

No dobrze, nie oszukujmy się, poszłam na ten film tylko dlatego, że gra tam Bradley Cooper. A sądząc po ilości reklam z nim, liczyłam, że jego rola będzie naprawdę jakaś duża. Cóż, trochę się przejechałam. Nie dość, że po raz pierwszy pojawił się dopiero w drugiej połowie filmu, jeszcze był może w ośmiu scenach. Nie liczyłam dokładnie, bo przyszłam oglądać, a nie dokonywać matematycznych obliczeń, ale było mi go zdecydowanie za mało. Nadrobił trochę jak zwykle pięknymi oczami i uroczym uśmiechem.

Ale właściwie o czym był film. Poznaliśmy historię Joy, matki i rozwódki, która jako jedyna ogarnia i panuje nad swoją rodziną. Dziewczyna od dziecka była bardzo utalentowana i co chwilę wymyślała nowe przedmioty. Podczas filmu mogliśmy obserwować jej zmagania z utrzymaniem, wyprodukowaniem i sprzedaniem samowyżymającego się mopa. W roli Joy pojawiła się Jennifer Lawrence. W sumie bardzo dobrze wykreowała tą rolę, jednak miałam miejscami wrażenie, że jest trochę za młodą aktorką, by zagrać tak doświadczoną kobietę. Ale może ja po prostu się nie znam.

Ciekawym wątkiem było to, że pod jednym dachem mieszkała z dwójką swoich dzieci, matką, która cały dzień oglądała serial, ojcem, który co trochę powracał do jej domu, bo kolejna kochanka nie mogła z nim wytrzymać, a na dokładkę był jeszcze jej były mąż, który zajmował piwnicę. szczerze mówiąc liczyłam na to, że Joy i bohater grany przez Coopera będą razem, bo jak on ją tylko zobaczył to wzroku nie mógł oderwać i wyglądał jakby się zakochał. Zresztą ona też sprawiała takie wrażenie. Tylko potem zauważyłam, że on nosi obrączkę i zaczęłam się zastanawiać czy jest to element charakteryzacji czy po prostu Bradley zapomniał zdjąć swoją własną. #ProblemyFangirl

Wracając do samej Jennifer Lawrence. Właśnie za rolę w "Joy" otrzymała w tym roku Złotego Globa. Z jednej strony uważam, że słusznie, bo film naprawdę był ciekawy, ale z drugiej jestem ciekawa jak ze swoimi kreacjami filmowymi poradziły sobie pozostałe nominowane do tej nagrody. No i zdecydowanie pominę to, co zrobiła Lawrence podczas, jakby to powiedzieć, konferencji prasowej (zainteresowanych odsyłam do czeluści Internetów).

Motywy komediowe jak najbardziej udane, bo przyznaje, dużo razy się śmiałam (a może po prostu lubię pośmieszkować?). Oddanie klimatu tamtych lat również, więc pod tym względem było wszystko idealnie. Jednak czegoś mi zabrakło. Nie do końca potrafię powiedzieć czego, no ale...

Ostatnio polubiłam się bardzo z aplikacją Filmweb na telefon, gdzie można oceniać filmy. I wychodząc z kina stwierdziłam, że daje 7/7,5, ale że nie można dać połówek to dociągnę do 8 za to, że Bradley tak ładnie się patrzył i ma takie cudowne oczy. Ogólnie film na plus, jednak pewnych części ciała nie urwało. Na pewno jak trafi mi się okazja to obejrzę go jeszcze raz.

wtorek, 24 listopada 2015

A teraz kac... Nie trzeba było tyle chlać!

Nadrabianie filmografii Bradley'a Coopera całkiem nieźle mi idzie i nadszedł czas, że zmierzyłam się z totalnym absolutem, który przyniósł mu największą sławę. Mam tu na myśli trylogię "Kac Vegas". Zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że wszyscy widzieli ten film poza mną. Nawet moi rodzice oglądali pierwszą część (co do drugiej to nie jestem pewna). Cóż, na szczęście już nie jestem w tyle i obejrzałam wszystkie trzy części.

Zakładam, że wszyscy wiedzą o co chodzi w tym filmie, jednak wolę przytoczyć ogólny zarys fabuły. Mamy czterech kumpli (właściwie to trzech, bo ten czwarty trafia do nich przez przypadek, klasycznie) i jeden z nich bierze ślub, więc koledzy postanawiają urządzić mu niezapomniany wieczór kawalerski. Otóż wieczór i jest, ale raczej z urwanym filmem niż zapamiętanym każdym szczegółem. No i w dwóch pierwszych filmach mamy taką "uroczą" przygodę, ale w ostatniej części jest już trochę inaczej. Jednak wszystko po kolei.

W pierwszej części szczęśliwym panem młodym jest Doug Billings (w tej roli Justin Bartha). Zaprasza on na swoje wesele dwóch kumpli, Phila Wennecka (Bradley Cooper) i Stu Price'a (Ed Helms). Przyczepia się do nich dodatkowo brat panny młodej, Alan Garner (Zach Galifianakis). I tak czterech panów udaje się do Las Vegas, by tam podczas szalonej nocy zgubić pana młodego, stracić pamięć i zrobić totalną rozpierdziuchę w apartamencie. A gdy budzą się rano próbują poskładać wszystko do kupy i dostarczyć Douga na jego własny ślub. W tej części świetną sprawą jest to, że wszystko z czym mamy do czynienia jest nowe i wcześniej nie spotkane. Konwencja odkrywania krok po kroku co się wydarzyło też jest niczego sobie. No i jeszcze eureka jaka dotyczy odnalezienia pana młodego może zaskoczyć.

Z kolei w drugiej części akcja przenosi się do Bangkoku, gdzie tym razem szczęśliwym przyszłym panem młodym jest Stu (jaki pech, że Phil już ma żonę w pierwszej części, ale wiadomo, najładniejszy musi być jako pierwszy zajęty). Tym razem do grona skacowanych dołącza brat panny młodej, 16-letni geniusz, którego to podczas imprezy panowie gubią. Tym razem jedynym trzeźwym pozostaje Doug, który jako kulturalny mąż szybciej urywa się z imprezy. Jednym z lepszych motywów drugiej części jest małpa, która handluje prochami. Nie sądziłam, że aż tak można wyszkolić te urocze stworzenia.

Jeśli chodzi o trzecią część to tutaj nie mamy już ślubu (no nie do końca... ups, spoiler?), a pogrzeb. Przez tą uroczystość (a właściwie zaburzenia psychiczne) przyjaciele i rodzina postanawiają wysłać Alana do ośrodka na terapię. Trzech jego kumpli pakują go do auta i... Zostają porwani. I tak zaczyna się zabawa w trzeciej części. Osobiście uważam (przyklaskując wszystkim dookoła), że ostatni film jest najsłabszy i ewidentnie był zrobiony dla pieniędzy. A niech sobie chłopcy zarobią.

Nie mogę nie wspomnieć o wszechobecnym w każdej części nijakim panu Chińczyku, czyli Chow (Ken Jeong). Typowa kanalia jaka jest potrzebna w tego typu filmach. W większość problemów chłopcy wpadają dzięki niemu. Generalnie mendy nie lubię, ale rozwalił mnie motyw z trzeciej cześci jak wyskoczył przez okno i lecąc ze spadochronem śpiewał "I believe I can fly".

Muszę jeszcze dodać, że w dwóch pierwszych częściach wystąpił Mike Tyson. Przy okazji to bardzo "muzykalny" facet. Przeuroczo w pierwszej części zaśpiewał "In the air tonight" Phila Collinsa i zagrał na powietrznej perkusji w moim ulubionym momencie. Z kolei w drugiej części zaśpiewał jedną z moich ulubionych piosenek z lat 80. "One night in Bangkok" (kurczę, może tego też nie powinnam zdradzać?). Szkoda, że w trzeciej się już nie pojawił, bo może tym razem by zatańczył?

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała nic o tym, dla którego obejrzałam ten film. Bohater Bradley'a Coopera gra "tego najprzystojniejszego" z czym oczywiście się zgadzam, ale muszę to napisać, że zdecydowanie lepiej wyglądałby w krótkich włosach. A może mi się tylko tak wydaje? Do tego Phil jest nauczycielem i tak sobie myślę, że całkiem fajnie byłoby mieć takiego uroczego wykładowce. Może przynajmniej bym nie przysypiała na zajęciach albo nie czytała książek. Tak czy inaczej sam Cooper przyznał w jednym z wywiadów (chyba nawet dla Dzień Dobry TVN, nie pamiętam), że Kac Vegas sprawiło, że otworzyła się dla niego furtka (zresztą dla wszystkich panów z głównej obsady) do nowych ról filmowych. Cóż, fajnie zacząć od bardzo kasowego filmu (oczywiście wcześniej grał w innych filmach), by potem zostać kilkakrotnie nominowanym do Oscara. Good job, Bradley!

Uważam, że to dobra trylogia, gdy ma się doła i potrzebna jest akcja-reanimacja, by poprawić swój nastrój. Zdecydowanie będę do tego powracać przy każdej możliwej okazji.








wtorek, 3 listopada 2015

Myśl pozytywnie!

No dobrze, nie ma się co oszukiwać, za każdym razem jak dostanę obsesji (nie bójmy się tego słowa) na punkcie jakiegoś aktora to włączam jego filmografię i przeglądam tytuł filmów/seriali jakie wypadałoby obejrzeć. I tak oto mamy Bradley'a Coopera. "Ugotowany" już odznaczony. Wcześniej widziałam "Kac Vegas" i "Strażników Galaktyki" (tak tylko podkładał głos, ale się liczy). Dzisiaj postanowiłam się zabrać za "Poradnik Pozytywnego Myślenia".

Siedziałam sobie dziś na romantyzmie (po drugiej godzinie zegarowej człowiek już wymięka) i zastanawiałam się co by tu porobić wieczorem. Pominę fakt, że powinnam się uczyć, ale no... I tak rozmyślając wpadłam na pomysł, by obejrzeć właśnie "Poradnik...". Ale na myśl przyszła mi jeszcze jedna rzecz: przecież to jest książka. Szybko sprawdziłam dostępność egzemplarzy w pobliskim Empiku i zaraz po zajęciach skierowałam swojego kroki do sklepu, a pół godziny później byłam szczęśliwym posiadaczem nowej książki. 

Przez chwilę się zastanawiałam w jakiej kolejności się za to zabrać. Czy najpierw przeczytać książkę i ewentualnie do niej porównywać film czy zaufać wszelkim jurorom od nagród i uwierzyć, że film samodzielnie jest świetny. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na książkę. Po przeczytaniu pierwszych trzech stron pomyślałam, że główny bohater, Pat, jest bardzo podobny do Forresta Gumpa, tylko że jakiś taki trochę bardziej współczesny. I z każdym kolejnym zdaniem to wrażenie mnie nie opuszczało. Zatrzymałam się po czterech rozdziałach i przeszłam do filmu. Cóż, zapewne film zdradził mi to czego, mogłam spodziewać się na końcu, ale to chyba tak działa. 

No dobrze, a o czym to właściwie jest? Mamy Pata, który właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego (w książce to nazywa "złym miejscem", co przyprawia mnie o wrażenie, że on jest jakiś niedorozwinięty). Jedyne co go motywuje to miłość do żony, z którą jest w separacji. Dla niej postanowił ćwiczyć (szkoda, że Bradley Cooper ani razu nie pojawił się bez koszulki) i pracować nad swoimi wybuchami. Na swojej drodze spotyka Tiffany (Jennifer Lawrence), która jest w podobnej sytuacji, tyle, że jej mąż nie żyje i każdy uważa, że dziewczyna ma coś z głową. 

Plusem produkcji jest oczywiście obsada. Oprócz Coopera i Lawrence można zobaczyć m.in. Roberta De Niro w roli ojca Pata. 

Oglądając ten film doszłam do wniosku, że na podstawie psychiki i zachowań bohaterów można by napisać bardzo ładną pracę magisterską. Z jednej strony dwoje "psychicznych" wariatów, którzy zaprzyjaźniają się ze sobą (dobra, od pierwszej ich wspólnej sceny widać, że z tego będzie coś więcej) i odkrywają wspólne pasje,a z drugiej rodzinka głównego bohatera. Mama starająca się zrozumieć syna, ojciec, który nie widzi świata poza miejscową drużyną sportową i brat, który jest totalnym przeciwieństwem swojego brata i człowiekiem sukcesu. 

A teraz czas na fangirlizm... Tak jak wyżej napisałam film obejrzałam dla Bradley'a Coopera, który był tu jeszcze przystojniejszy niż w "Ugotowanym". Ach ten zarost i niebieskie oczy. Nawet uroku dodawał mu worek na śmieci, który na sobie nosił dla lepszego efektu pocenia się podczas biegania. Ale najbardziej mnie urzekł tym jak tańczy. Mógłby mnie nauczyć, bo ja to do tańca, to się tak nadaję jak klej w sztyfcie do cegły. Nie umiem tańczyć. Chociaż mówią, że nie należy ufać facetowi, który umie tańczyć. I co teraz? 

Zdecydowanie jest to kolejny film, który trafia do kategorii "można oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi". I popieram Oscara dla Jennifer Lawrence i osiem innych nominacji do tej nagrody. A już nie wspomnę o innych statuetkach za ten film. Jak najbardziej na plus. 

czwartek, 29 października 2015

Podano do stołu!

Jak powiedziałam tak uczyniłam i poszłam na "Ugotowanego". Czy było warto? Jak najbardziej! A dlaczego? To już mówię, a właściwie piszę.

Tym razem do kina wybrała się ze mną Magda. Prawdę mówiąc wyciągałam ją na inny film, ale że "Ugotowany" się napatoczył to decyzja była oczywista. Jako typowe Polaczki Cebulaczki poszłyśmy w środę, żeby kupić dwa bilety w cenie jednego. Stwierdzam z radością, że to właśnie tego dnia będę chodzić do kina na wszelkie seanse. Ale, ale... Kupując bilety w kasie spotkała nas miła niespodzianka. Czekały na nas ostatnie dwa wolne miejsca w rzędzie po środku sali. Tylko, że szanowna pani z kasy zapomniała mnie poinformować, że są to fotele VIP. No i grzecznie musiałam zapłacić 3 zł więcej (po 1,50 od fotela), ale stwierdziłam, że nie ma tego złego i przynajmniej będę miała więcej miejsca na nogi i skórzany fotel. A że zostało nam pół godziny do seansu to poszłyśmy do sklepu. Po powrocie gotowe w blokach startowych czekałyśmy aż zaczną wpuszczać na salę. Na pięć minut przed seansem otworzyli drzwi.

Po zajęciu miejsc nastąpiła jakże przyjemna część - reklamy i trailery. Oczywiście dzięki tym drugim moja lista filmów, które chcę obejrzeć znacznie się powiększyła (m.in. o "Steve'a Jobsa" i "Czerwonego pająka"). I tak sobie oglądaliśmy reklamy, a na ekranie pojawił się zwiastun "Strategii mistrza", na którą idę za tydzień. Jak wiadomo idę na ten film dla mojego męża (jeśli ktoś nadal nie wie kim on jest to oznajmiam - Lee Pace; tyle, że on jeszcze o tym nie wie :D) i będąc święcie przekonana, że nie zobaczę go w zwiastunie, bo podobno jest tylko w kilku scenach w filmie, oznajmiłam Magdzie, że nie ma szans, że go teraz zobaczymy. A tu nagle niespodzianka. Tadam! Pojawił się. Wymieniłyśmy spojrzenia i dodałyśmy "awwww". Po trzydziestu minutach reklamy dobiegły do końca i zaczął się główny seans. 

O czym film? Poznajemy Adama Jonesa (Bradley Cooper), który najlepsze lata swojej kariery kulinarnej ma już za sobą. Postanawia jednak to zmienić i powraca do Londynu, gdzie zamierza otworzyć najlepszą restaurację i zdobyć trzecią gwiazdkę Michelin. Odszukuje starych znajomych, z którymi wcześniej pracował w Paryżu i proponuje im współpracę. Ze skompletowaną ekipą rozpoczyna przygotowania do zdobycia upragnionego wyróżnienia. 

No dobrze, przyznaję się, poszłam na to do kina, bo tydzień temu zobaczyłam zwiastun i stwierdziłam, że Bradley Cooper tak pięknie wygląda i ma hipnotyzujący wzrok (o matko, te cudowne niebieskie oczy... Tak, mam słabość do niebieskich paczadełek). Pod tym względem się opłacało, bo przez prawie dwie godziny było na co popatrzeć. Ale żeby nie było, że on jest jedynym powodem to przyznam, że obsada została naprawdę dobrze dobrana. W filmie pojawili się m.in. Sienna Miller, Daniel Bruhl, Omar Sy czy Emma Thompson, która na sali wywołała zbiorowe "ooo". 

Gdyby ktoś z Was planował obejrzenie tego filmu to mam jedną, dobrą radę. Nie oglądajcie tego na pusty żołądek. Poszłam na film bez kolacji i mniej więcej w połowie seansu zaczęło mi burczeć w brzuchu. Potrawy, które można było zobaczyć wyglądały jak małe dzieła sztuki. I nawet pominę fakt, że w jednej ze scen pojawił się piękny tort, a za mną od miesiąca chodzi taki pyszny tort. Jednym słowem: tortury. 

Ogromnym plusem tego filmu było to, że nie zrobiono z niego komedii romantycznej, a była do tego okazja. Pomijając miłość do jedzenia były także uczucia między bohaterami (nie tylko na relacji kobieta - mężczyzna) i zostało to naprawdę dobrze pokazane. Bez zbytniej nachalności i scen łóżkowych. Kolejną świetną rzeczą było przedstawienie bohatera, który pomimo problemów z wszelkimi uzależnieniami, może wyjść na prostą i całkowicie oddać się temu, co kocha robić. Do tego pozwala uwierzyć, że nawet największy wróg potrafi okazać szacunek i uratować życie, gdy ma się wrażenie, że wszystko co było naprawdę ważne przepada.

Film polecam podpisując się obiema rękami i nogami. Nawet nosem i uszami. A tak serio to jest to bardzo przyjemny film, aby miło spędzić czas np. z przyjaciółką. Zdecydowanie należy do tej kategorii, że można go oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi. Oczywiście od strony wizualnej również baaaaardzo dobry.