"Limitless" jest bardzo ciekawym zjawiskiem w popkulturze. To ten przypadek, gdy z książki twórcy robią film, a z filmu serial. Film bardzo mi się podobał, o czym pisałam już wcześniej TUTAJ. Teraz pora opowiedzieć coś więcej o serialu. UWAGA, możliwe spoilery!
W serialu poznajemy sympatycznego życiowego nieudacznika Briana Fincha (w tej roli Jake McDorman), który zupełnie przez przypadek zapoznaje się z magicznym NZT, niesamowitym narkotykiem, sprawiającym, że nasz mózg jest jeszcze bardziej niesamowitym narzędziem niż zazwyczaj. Będąc świadkiem morderstwa na jego trop wpada FBI, które werbuje Briana w swoje szeregi. Niestety o tym, że Finch zaczyna brać narkotyk i do tego współpracuje z policją, by pomóc rozwiązywać im kryminalne zagadki, dowiaduje się senator Edward Morra (tak, tak, to ta sama postać, którą w filmie gra Bradley Cooper). Postanawia zaszantażować Briana, że ten ma być jego wtyczką w FBI, a w zamian będzie on dostawał co jakiś czas zastrzyk z antidotum, które sprawia, że człowiek staje się odporny na skutki uboczne narkotyku. Senator zakazuje mówić chłopakowi, że ma z nim jakikolwiek kontakt i grozi, że jeśli to wyjdzie na jaw to życie jego oraz jego bliskich będzie zagrożone.
Brian postanawia milczeć i skupić się na pracy dla służb. Tam zostaje "konsultantem", którym opiekuje się agentka Rebecca Harris (Jennifer Carpenter). Jej najbliższym współpracownikiem jest agent Spellman Boyle (Hill Harper). Rebecca od samego początku w pełni ufa Finchowi i rodzi się między nimi przyjaźń. Z kolei Boyle sceptycznie odnosi się do Briana, Od pierwszego spotkania podejrzewa, że chłopak coś ukrywa. Pieczę na całym wydziałem trzyma Nasreen "Naz" Pouran. To ona przydziela naszemu uroczemu konsultantowi dwóch ochroniarzy, Misia (Michael James Shaw) i Ptysia (Tom Degnan). Oczywiście to nie są ich prawdziwe imiona. To sprawka Briana, który stwierdził, że panowie mają zbyt trudne imiona do zapamiętania.
Oczywiście mamy także drugą stronę barykady. W pewnym momencie zgłasza się do Fincha mężczyzna, który przedstawia się jako Jarrod Sands (Colin Salmon) i oznajmia, że jest najbliższym współpracownikiem senatora Morry, a jednocześnie staje się on szefem dla Briana. To bezpośrednio jego chłopak ma informować o sprawach, które ma załatwiać dla Morry w FBI. Jak się potem okaże nie można ufać nikomu i niczemu w żadnej sprawie. Za to najlepszym i najwiarygodniejszym źródłem informacji jest to co sami się dowiemy dzięki naszej nauce.
Obsada aktorska została dobrana dobrze. I o ile aktorzy sobie świetnie poradzili z rolami jakie zostały dla nich napisane, to scenarzystom wyszło to już gorzej. Poza Brianem i Sandsem, reszta charakterów wypada dość blado. Są oni bez wyrazu, jednowymiarowi, nie mogący w pełni się pokazać. Oczywiście przez cały sezon prawie każdy bohater ma "swój" odcinek. Możemy się z nich dowiedzieć czegoś więcej, ale nadal to nie jest to czego widz oczekuje. Nie wiem czy to wina tego, że to dopiero pierwszy sezon czy może po prostu twórcy uznali, że lepiej skupić się na wątkach kryminalnych niż na samych bohaterach. No i nie mogę nie wtrącić tutaj słowa o roli Bradley'a Coopera. Myślałam, że jak na 22 odcinki pierwszego sezonu będzie go dość dużo, tym bardziej, że jego bohater ciągle przewijał się w dialogach bohaterów, a tu niespodzianka. Pojawił się on może z 3, 4 razy. Mam świadomość, że to były gościnne występy, ale jak na bohatera, który stał się pierwowzorem i przyczyną powstania tej produkcji, powinien być trochę częściej.
W filmie bardzo podobało mi się to, że był dramatyczny, trochę brutalny. Lała się krew, wbijano strzykawki w oczy i po prostu okładano się po twarzy. A z serialu zrobiono bardziej komedię. Oczywiście kiedy miało być poważnie to było, ale czasami można odnieść wrażenie, że komizm był wpychany na siłę. Wiem, że żartobliwą otoczkę zrobiono ze względu na to jaka jest postać Briana i na poważnie mogłoby się to wydawać nie do końca trafne, ale patrząc po pierwowzorze tu się aż prosiło, żeby to było mocne i w stylu thrillera.
Cieszę się, że chociaż z partnerstwa Briana i Rebeccy nie zrobiono związku. Owszem, w niektórych momentach wydawać by się mogło, że bohaterowie coś do siebie czują, jednak lepiej im wychodzi przyjaźń. Potrafią się o siebie troszczyć, jedno obroni drugie, są dla siebie w stanie zrobić wszystko, ale to bardziej wygląda na braterstwo niż na miłość. Jednak, żeby nie było, że taki ładny chłopak się marnuje, scenarzyści fundują Finchowi dziewczynę. Piper Baird (Georgina Haig) początkowo jest wrogiem Briana, ale gdy ten odkrywa jej sekret, staje po stronie dziewczyny, by przez drugą część sezonu skupić się na odnalezieniu i pomocy jej.
Ciekawą rzeczą w "Limitless" jest to, że za każdym razem, gdy pojawia się nowy bohater, najczęściej agent FBI, to jest on jakiś podejrzany, a potem okazuje się, że to jakiś podwójny, skorumpowany człowiek, który niby kiedyś w przeszłości był tym dobrym, ale potem gdzieś zabłądził i postanowił iść za pieniędzmi i... senatorem Morrą. Bo gdzie by się nie spojrzeć i nie postawić kroku, tam wszędzie swoje macki ma Edward Morra, który w filmie początkowo był całkiem normalnym człowiekiem. Poszedł w politykę i miał swoje za uszami, ale dopiero w serialu zrobiono z niego potężnego i groźnego faceta. Może z jednej strony to dobrze, bo postać powinna ewoluować i się zmieniać, ale z drugiej, żeby aż tak?
Serial warty zobaczenia. Trochę do pośmiania, trochę do zastanowienia się nad tym, czy w naszej rzeczywistości takie coś się może wydarzyć. Bo patrząc po rozwoju technologii już nic mnie nie zdziwi. Mimo iż dopiero zakończył się pierwszy sezon to nadal nie ma decyzji czy zostaje przedłużony. Zakończenie w zasadzie pozostało otwarte, kilka spraw nie wyjaśnionych, więc jest szansa, że może coś z tego będzie. mnie pozostaje trzymać kciuki, że się jednak uda.
P.S. W sobotę melduję się w kinie na dwóch filmach. Można się domyślić na jakich. :)
P.S.2. Na fanpage'u na Facebooku raz w tygodniu pojawia się #DzieńZPiosenką, w której opisuje moje małe historie związane z danymi utworami. Wpadajcie! Say Hi To Hunt
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą limitless. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą limitless. Pokaż wszystkie posty
piątek, 6 maja 2016
środa, 3 lutego 2016
Mogę wszystko!
Pomału, do przodu, zapoznaję się z kolejnymi filmami z Bradley'em Cooperem. Jak wiadomo, jeśli się do czegoś przyczepię to szybko nie skończę. Do listy filmów obejrzanych dołączyło "Jestem Bogiem" (w oryginale "Limitless", czyli po raz kolejny tłumacz się popisał...), Nie ukrywam, że ten film wyjątkowo mi przypadł do gustu, do tego stopnia, że pewne elementy z jego fabuły śniły mi się w nocy. Tylko nie pamiętam czy był w tym śnie Bradley czy też jednak nie...
Poznajemy Eddiego Morrę (Bradley Cooper), który jest niespełnionym pisarzem, nic mu nie wychodzi w życiu, z wyglądu przypomina bezdomnego i generalnie ma depresje. Pewnego dnia na ulicy spotyka brata swojej byłej dziewczyny, który wręcza mu tabletkę z eksperymentalnym narkotykiem NZT. Dzięki pastylce jego życie zmienia się diametralnie, staje się geniuszem i człowiekiem sukcesu. Jednak po pewnym czasie pojawiają się nieprzewidziane komplikacje i coraz więcej problemów.
Wszelkiego rodzaju materiały promujące kładą duży nacisk, że w filmie doskonale partneruje Cooperowi Robert De Niro. Po raz pierwszy na ekranie pojawia się około 45 minut po rozpoczęciu filmu (specjalnie sprawdzałam), a potem, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, mogłoby jego bohatera w ogóle nie być. Z De Niro mam taki problem, że im więcej filmów z nim oglądam tym bardziej zaczynam go nie lubić. Wiem, że jest świetnym aktorem i ma wspaniały dorobek artystyczny, ale coś zaczyna mnie w nim drażnić. Za to pozytywnym zaskoczeniem było zobaczenie na ekranie Anny Friel, którą znałam z cukierkowego "Gdzie pachną stokrotki?", a tutaj grała kobietę wyniszczoną, która z dnia na dzień walczy o przetrwanie i w miarę normalne życie.
Nie będę ukrywać, ale takie NZT by mi się w życiu przydało. Zjadasz tabletkę i nagle możesz przyswoić pięćdziesiąt tomów encyklopedii bez większego problemu. Do tego zapamiętujesz piętnaście różnych języków i masz możliwość dogadania się z ludźmi na całym świecie. Pewnie jest to możliwe bez zażywania wszelkich nieznanych dopalaczy, ale zajęłoby to na pewno z pół wieku jak nie więcej. Przynajmniej mi, bo ja mam problemy z wszelkim zapamiętywaniem istotnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych mniej znaczących.
Tak naprawdę film miałam obejrzeć przed serialem, bo tak owy się również pojawił. Tyle, że w serialu dzięki niesamowitej mocy z filmu (mowa tu oczywiście o NZT), zupełnie nowy bohater pomaga FBI rozwiązywać zagadki kryminalne. Przyjemnie się ogląda, choćby nawet dla obsady, którą wcześniej znałam w mniejszym bądź większym stopniu. Ale żeby nie było to w serialu również pojawia się Cooper. Oczywiście jego filmowe życie zostało przedłużone w serialu. Tak jakby jego bohater zaczyna mieć kontrolę nad życiem głównego bohatera serialu.
Nie chcę za dużo zdradzać, bo zarówno film jak i serial są warte uwagi. Film przedstawia historię jednej osoby, która od zera przechodzi w bohatera i wydaje się, że nie jest taki zły. Jednak gdy już się dostajemy w obręb serialu to zmienia nam się pogląd na owego Eddiego, który nagle staje się typem spod ciemnej gwiazdy, ale mimo wszystko nadal go lubimy.
Ale muszę jeszcze poruszyć jedną kwestię. W filmie Morra musi uważać na ilość zażywanego NZT, ale już w serialu, staje się nagle całkowicie "niezniszczalny", ponieważ wynalazł antidotum, które nie pozwala wyniszczyć organizmu. Zastanawia mnie czy w końcu w serialu powiedzą jak to się stało, że jako jedyny znalazł sposób na to, że NZT nie sieje spustoszenia. W sumie dopiero 12 odcinków jest dostępnych, więc to początek drogi.
Poznajemy Eddiego Morrę (Bradley Cooper), który jest niespełnionym pisarzem, nic mu nie wychodzi w życiu, z wyglądu przypomina bezdomnego i generalnie ma depresje. Pewnego dnia na ulicy spotyka brata swojej byłej dziewczyny, który wręcza mu tabletkę z eksperymentalnym narkotykiem NZT. Dzięki pastylce jego życie zmienia się diametralnie, staje się geniuszem i człowiekiem sukcesu. Jednak po pewnym czasie pojawiają się nieprzewidziane komplikacje i coraz więcej problemów.
Wszelkiego rodzaju materiały promujące kładą duży nacisk, że w filmie doskonale partneruje Cooperowi Robert De Niro. Po raz pierwszy na ekranie pojawia się około 45 minut po rozpoczęciu filmu (specjalnie sprawdzałam), a potem, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, mogłoby jego bohatera w ogóle nie być. Z De Niro mam taki problem, że im więcej filmów z nim oglądam tym bardziej zaczynam go nie lubić. Wiem, że jest świetnym aktorem i ma wspaniały dorobek artystyczny, ale coś zaczyna mnie w nim drażnić. Za to pozytywnym zaskoczeniem było zobaczenie na ekranie Anny Friel, którą znałam z cukierkowego "Gdzie pachną stokrotki?", a tutaj grała kobietę wyniszczoną, która z dnia na dzień walczy o przetrwanie i w miarę normalne życie.
Nie będę ukrywać, ale takie NZT by mi się w życiu przydało. Zjadasz tabletkę i nagle możesz przyswoić pięćdziesiąt tomów encyklopedii bez większego problemu. Do tego zapamiętujesz piętnaście różnych języków i masz możliwość dogadania się z ludźmi na całym świecie. Pewnie jest to możliwe bez zażywania wszelkich nieznanych dopalaczy, ale zajęłoby to na pewno z pół wieku jak nie więcej. Przynajmniej mi, bo ja mam problemy z wszelkim zapamiętywaniem istotnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych mniej znaczących.
Tak naprawdę film miałam obejrzeć przed serialem, bo tak owy się również pojawił. Tyle, że w serialu dzięki niesamowitej mocy z filmu (mowa tu oczywiście o NZT), zupełnie nowy bohater pomaga FBI rozwiązywać zagadki kryminalne. Przyjemnie się ogląda, choćby nawet dla obsady, którą wcześniej znałam w mniejszym bądź większym stopniu. Ale żeby nie było to w serialu również pojawia się Cooper. Oczywiście jego filmowe życie zostało przedłużone w serialu. Tak jakby jego bohater zaczyna mieć kontrolę nad życiem głównego bohatera serialu.
Nie chcę za dużo zdradzać, bo zarówno film jak i serial są warte uwagi. Film przedstawia historię jednej osoby, która od zera przechodzi w bohatera i wydaje się, że nie jest taki zły. Jednak gdy już się dostajemy w obręb serialu to zmienia nam się pogląd na owego Eddiego, który nagle staje się typem spod ciemnej gwiazdy, ale mimo wszystko nadal go lubimy.
Ale muszę jeszcze poruszyć jedną kwestię. W filmie Morra musi uważać na ilość zażywanego NZT, ale już w serialu, staje się nagle całkowicie "niezniszczalny", ponieważ wynalazł antidotum, które nie pozwala wyniszczyć organizmu. Zastanawia mnie czy w końcu w serialu powiedzą jak to się stało, że jako jedyny znalazł sposób na to, że NZT nie sieje spustoszenia. W sumie dopiero 12 odcinków jest dostępnych, więc to początek drogi.
P.S. Mam pomysł na serię ok. 4 wpisów, ale nie wiem czy będę w stanie tak dużo napisać w tak mało dni wolnych. Ale kto wie, kto wie...
P.S. 2. Na początku napisałam, że śniło mi się coś z tego filmu. A mianowicie w śnie biegłam w przyspieszonym tempie przez ulice jakiegoś miasta i pamiętam, że zatrzymałam się na moście totalnie wymemłana i zmęczona życiem. Dziwnym trafem to samo przydarzyło się Eddiemu. Kurczę, nie mogę oglądać filmów przed snem. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






