Na "Joy" czekałam bardzo długo. Właściwie odkąd się dowiedziałam, że ten film będzie. Po wielu, wielu reklamach i nakręcaniu ludzi jaka to jest świetna obsada i genialny film, stwierdziłam, że nie ma bata. Wczoraj w końcu udało mi się wybrać do kina. A że w Heliosie mają Tanie Wtorki (jak ja kocham kinowe promocje) to nie pozostało mi nic innego jak ruszyć na seans. Pomimo choroby, kaszlenia i smarkania, poszłam wraz z moją wspaniałą towarzyszką dni codziennych (jakkolwiek to brzmi).
Zajęłyśmy miejsce w przedostatnim rzędzie, patrzyłyśmy jak sala się zapełnia, aż w końcu puścili zwiastuny. Kilka nowych filmów wpadło mi w oko i zdecydowanie trzeba będzie na nie pójść albo przynajmniej jakoś si postarać. Po dwudziestu minutach zapowiedzi zaczął się seans.
No dobrze, nie oszukujmy się, poszłam na ten film tylko dlatego, że gra tam Bradley Cooper. A sądząc po ilości reklam z nim, liczyłam, że jego rola będzie naprawdę jakaś duża. Cóż, trochę się przejechałam. Nie dość, że po raz pierwszy pojawił się dopiero w drugiej połowie filmu, jeszcze był może w ośmiu scenach. Nie liczyłam dokładnie, bo przyszłam oglądać, a nie dokonywać matematycznych obliczeń, ale było mi go zdecydowanie za mało. Nadrobił trochę jak zwykle pięknymi oczami i uroczym uśmiechem.
Ale właściwie o czym był film. Poznaliśmy historię Joy, matki i rozwódki, która jako jedyna ogarnia i panuje nad swoją rodziną. Dziewczyna od dziecka była bardzo utalentowana i co chwilę wymyślała nowe przedmioty. Podczas filmu mogliśmy obserwować jej zmagania z utrzymaniem, wyprodukowaniem i sprzedaniem samowyżymającego się mopa. W roli Joy pojawiła się Jennifer Lawrence. W sumie bardzo dobrze wykreowała tą rolę, jednak miałam miejscami wrażenie, że jest trochę za młodą aktorką, by zagrać tak doświadczoną kobietę. Ale może ja po prostu się nie znam.
Ciekawym wątkiem było to, że pod jednym dachem mieszkała z dwójką swoich dzieci, matką, która cały dzień oglądała serial, ojcem, który co trochę powracał do jej domu, bo kolejna kochanka nie mogła z nim wytrzymać, a na dokładkę był jeszcze jej były mąż, który zajmował piwnicę. szczerze mówiąc liczyłam na to, że Joy i bohater grany przez Coopera będą razem, bo jak on ją tylko zobaczył to wzroku nie mógł oderwać i wyglądał jakby się zakochał. Zresztą ona też sprawiała takie wrażenie. Tylko potem zauważyłam, że on nosi obrączkę i zaczęłam się zastanawiać czy jest to element charakteryzacji czy po prostu Bradley zapomniał zdjąć swoją własną. #ProblemyFangirl
Wracając do samej Jennifer Lawrence. Właśnie za rolę w "Joy" otrzymała w tym roku Złotego Globa. Z jednej strony uważam, że słusznie, bo film naprawdę był ciekawy, ale z drugiej jestem ciekawa jak ze swoimi kreacjami filmowymi poradziły sobie pozostałe nominowane do tej nagrody. No i zdecydowanie pominę to, co zrobiła Lawrence podczas, jakby to powiedzieć, konferencji prasowej (zainteresowanych odsyłam do czeluści Internetów).
Motywy komediowe jak najbardziej udane, bo przyznaje, dużo razy się śmiałam (a może po prostu lubię pośmieszkować?). Oddanie klimatu tamtych lat również, więc pod tym względem było wszystko idealnie. Jednak czegoś mi zabrakło. Nie do końca potrafię powiedzieć czego, no ale...
Ostatnio polubiłam się bardzo z aplikacją Filmweb na telefon, gdzie można oceniać filmy. I wychodząc z kina stwierdziłam, że daje 7/7,5, ale że nie można dać połówek to dociągnę do 8 za to, że Bradley tak ładnie się patrzył i ma takie cudowne oczy. Ogólnie film na plus, jednak pewnych części ciała nie urwało. Na pewno jak trafi mi się okazja to obejrzę go jeszcze raz.
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jennifer lawrence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jennifer lawrence. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 stycznia 2016
wtorek, 3 listopada 2015
Myśl pozytywnie!
No dobrze, nie ma się co oszukiwać, za każdym razem jak dostanę obsesji (nie bójmy się tego słowa) na punkcie jakiegoś aktora to włączam jego filmografię i przeglądam tytuł filmów/seriali jakie wypadałoby obejrzeć. I tak oto mamy Bradley'a Coopera. "Ugotowany" już odznaczony. Wcześniej widziałam "Kac Vegas" i "Strażników Galaktyki" (tak tylko podkładał głos, ale się liczy). Dzisiaj postanowiłam się zabrać za "Poradnik Pozytywnego Myślenia".
Siedziałam sobie dziś na romantyzmie (po drugiej godzinie zegarowej człowiek już wymięka) i zastanawiałam się co by tu porobić wieczorem. Pominę fakt, że powinnam się uczyć, ale no... I tak rozmyślając wpadłam na pomysł, by obejrzeć właśnie "Poradnik...". Ale na myśl przyszła mi jeszcze jedna rzecz: przecież to jest książka. Szybko sprawdziłam dostępność egzemplarzy w pobliskim Empiku i zaraz po zajęciach skierowałam swojego kroki do sklepu, a pół godziny później byłam szczęśliwym posiadaczem nowej książki.
Przez chwilę się zastanawiałam w jakiej kolejności się za to zabrać. Czy najpierw przeczytać książkę i ewentualnie do niej porównywać film czy zaufać wszelkim jurorom od nagród i uwierzyć, że film samodzielnie jest świetny. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na książkę. Po przeczytaniu pierwszych trzech stron pomyślałam, że główny bohater, Pat, jest bardzo podobny do Forresta Gumpa, tylko że jakiś taki trochę bardziej współczesny. I z każdym kolejnym zdaniem to wrażenie mnie nie opuszczało. Zatrzymałam się po czterech rozdziałach i przeszłam do filmu. Cóż, zapewne film zdradził mi to czego, mogłam spodziewać się na końcu, ale to chyba tak działa.
No dobrze, a o czym to właściwie jest? Mamy Pata, który właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego (w książce to nazywa "złym miejscem", co przyprawia mnie o wrażenie, że on jest jakiś niedorozwinięty). Jedyne co go motywuje to miłość do żony, z którą jest w separacji. Dla niej postanowił ćwiczyć (szkoda, że Bradley Cooper ani razu nie pojawił się bez koszulki) i pracować nad swoimi wybuchami. Na swojej drodze spotyka Tiffany (Jennifer Lawrence), która jest w podobnej sytuacji, tyle, że jej mąż nie żyje i każdy uważa, że dziewczyna ma coś z głową.
Plusem produkcji jest oczywiście obsada. Oprócz Coopera i Lawrence można zobaczyć m.in. Roberta De Niro w roli ojca Pata.
Oglądając ten film doszłam do wniosku, że na podstawie psychiki i zachowań bohaterów można by napisać bardzo ładną pracę magisterską. Z jednej strony dwoje "psychicznych" wariatów, którzy zaprzyjaźniają się ze sobą (dobra, od pierwszej ich wspólnej sceny widać, że z tego będzie coś więcej) i odkrywają wspólne pasje,a z drugiej rodzinka głównego bohatera. Mama starająca się zrozumieć syna, ojciec, który nie widzi świata poza miejscową drużyną sportową i brat, który jest totalnym przeciwieństwem swojego brata i człowiekiem sukcesu.
A teraz czas na fangirlizm... Tak jak wyżej napisałam film obejrzałam dla Bradley'a Coopera, który był tu jeszcze przystojniejszy niż w "Ugotowanym". Ach ten zarost i niebieskie oczy. Nawet uroku dodawał mu worek na śmieci, który na sobie nosił dla lepszego efektu pocenia się podczas biegania. Ale najbardziej mnie urzekł tym jak tańczy. Mógłby mnie nauczyć, bo ja to do tańca, to się tak nadaję jak klej w sztyfcie do cegły. Nie umiem tańczyć. Chociaż mówią, że nie należy ufać facetowi, który umie tańczyć. I co teraz?
Zdecydowanie jest to kolejny film, który trafia do kategorii "można oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi". I popieram Oscara dla Jennifer Lawrence i osiem innych nominacji do tej nagrody. A już nie wspomnę o innych statuetkach za ten film. Jak najbardziej na plus.
Subskrybuj:
Posty (Atom)