Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktorzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktorzy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 stycznia 2017

Panie polonisto, pan się minął z powołaniem - czyli kilka słów o Belfrze

No dobrze, po pełnym napięcia głosowaniu wśród czytelników i dramatycznym rozwiązaniu, los chciał (a raczej 1 Złoty Polski), że jako pierwszy na blogu pojawi się wpis o "Belfrze". Co ciekawe, historia z tym serialem w moim przypadku nie jest taka oczywista. Owszem, czekałam na tą produkcję i śledziłam ją na bieżąco przez trzy pierwsze odcinki, by potem porzucić ją i nie móc za nic z nią ruszyć. Dlaczego? Początek to były istne flaki z olejem, serio. W życiu żaden serial nie dłużył mi się jak ten. Co odcinek dawałam mu szansę, ale że do trzech razy sztuka to powiedziałam koniec. Jednak w ten weekend (no trochę po weekendzie) pojechałam do domu i rodzice mieli do dokończenia cztery ostatnie odcinki. Stwierdziłam, że ok, skoro i tak spędzamy wieczór razem to obejrzę z nimi. Szanowny tata opowiedział mi to co nie wiedziałam (jak się okazało, wiele rzeczy mnie nie zaskoczyło i byłam w stanie się ich domyślić) i obejrzałam sezon do końca. Po drodze zapoznałam się z pozostałymi odcinkami i tak oto dotarłam do całego, pełnego sezonu.


Nie do końca wiem na czym polega mój problem z polskimi serialami. Czy to jest kwestia tego, że one naprawdę mają niski poziom i nauczyłam się tego dostrzegać czy to chodzi raczej o to, że jestem przeżarta produkcjami zachodnimi i wiem, że nic nie jest już w stanie mnie zaskoczyć? Może i jedno i drugie. Oglądając wczoraj wywiady z twórcami i aktorami (tak, tak, czasami mi się tak robi, że na temat danego serialu szukam wszystkiego czego się da), każde z nich powtarzało, że to oryginalny, autorski scenariusz i nikt wcześniej tego nie wymyślił. Ok, rozumiem. Tylko, że i tak coś mi tu nie pasowało, coś uwierało. Może powinnam obejrzeć to raz jeszcze? Z kolei zaskoczyło mnie, oglądając wywiad z Sebastianem Fabijańskim, że twórcy zastosowali ciekawy zabieg w stosunku do aktorów. Wszyscy otrzymali scenariusz do dziewiątego odcinka, a do ostatniego dopiero przed końcem zdjęć. A to wszystko dlatego, żeby nie psuć niespodzianki i żeby ktoś nie puścił pary z ust kto zabił. W końcu cała Polska żyła tym, kto jest mordercą. Wywiad polecam obejrzeć, jest na YouTube. 


Cóż, serial jest o tym, że w pewnej małej miejscowości Dobrowice, zostaje zamordowana jedna z uczennic liceum. Zbiega się to z przyjazdem nowego polonisty do tejże szkoły, Pawła Zawadzkiego (Maciej Stuhr). Oczywiście wiadomo, że to nie jest przypadek, to musi mieć drugie dno i jak się potem okaże, owszem, ma i to jakie. Ale po tym zdarzeniu (śmierci dziewczyny), sznur zaczyna się zaciskać. Na jaw wychodzi coraz więcej faktów, które należałoby ukryć. Jednak jak to w małych miasteczkach bywa, ręka rękę myję i całym syfem kręci jeden człowiek i to nie ten oficjalny tzw. burmistrz czy inny wójt. Tutaj kto ma hajs ten ma władzę. 


Bardzo rozśmieszyła mnie nierealność tego serialu. Mamy nauczyciela, polonistę, który angażuje się całkowicie w sprawę zabójstwa obcej (tylko początkowo) dziewczyny. Sam komendant (Paweł Królikowski) pyta w pewnym momencie "belfra" czy on tak za każdym uczniem biega po lesie. I coś w tym jest, bo żaden realny nauczyciel nie pcha się z butami w cudze życie. Im się zazwyczaj nie chce, oni mają za dużo roboty, szczególnie poloniści, bo wypracowania, dyktanda, kartkówki i testy same się nie sprawdzą. Do tego trzeba się przygotować do kolejnych zajęć i jeszcze zbudować sobie plan (czy jak to tam się nazywa) prowadzenia zajęć. Bez jaj, serial serialem, ale pewne rzeczy są totalnie komiczne. Na dokładkę mamy jeszcze niezaradną życiowo policję, która niby coś tam robi, ale jednak nie, bo po co? Bo to trzeba uciszyć. Jak się potem okazuje to jest działanie celowe, bo nawet policja jest skorumpowana i podlega temu co ma kasę. Wiem, że pewne rzeczy w pewnych środowiskach tak działają, ale ludzie... Albo z towarzystwa miejskich "szych" tylko dwoje na sześcioro (o ile dobrze liczę) umie mówić po angielsku, a reszta robi głupie miny i udaje światowców co to nie oni, a tak naprawdę potrzebują tłumacza do zwykłego "dzień dobry".


Ciekawi mnie czy to tylko w mojej szkole tak było, że do nauczycieli NIE mówiło się "pani/panie profesorze". Jak powiedziałam o tym tacie to był bardzo zdziwiony. Ale nie wyobrażam sobie mówić "panie profesorze" albo "pani profesor" do nauczyciela starszego ode mnie o siedem, dziewięć albo jedenaście lat. My zamiast tego chodziliśmy w kapciach. Ale cieszę się, że przynajmniej nasz wuefista (he, he, he) nie był jakimś tam zboczeńcem jak ten grany przez Łukasza Simlata. Nasz po prostu siedział na parapecie, udawał posąg Apollina czy innego greckiego myśliciela, chodził w klapkach basenowych i generalnie wszyscy mieli go gdzieś. No i w naszej szkole chyba nie handlowali prochami, a przynajmniej ja się z tym nie zetknęłam. Z kolei w Dobrowicach było to na porządku dziennym. W szatni, w toalecie, wszędzie gdzie chcesz. Byle tylko kasa się zgadzała i inni mieli pod górkę, a do tego jeszcze zwalimy winę na nauczyciela, że to przez niego. 


Dobra, nie będę się już tak znęcać i powiem, że co jak co, ale obsada im się udała. Poza tym, że ściągnęli wszystkich znanych polskich aktorów, który w jakimś stopniu liczą się na polskim rynku filmowo-serialowo-teatralnym to jeszcze udało im się odmłodzić licealistów. Młodzi aktorzy bardzo dobrze zagrali uczniów, mimo że im samym w niektórych przypadkach było bliżej do trzydziestki niż do liceum. O polskich serialach można powiedzieć wiele złych bądź neutralnych rzeczy, ale ta produkcja pokazała, że polscy twórcy umieją budować złe charaktery. Prawda jest taka, że ten serial miał dwóch takich ancymonków. Pierwszym z nich jest Adrian Kuś, czyli Sebastian Fabijański. Typowy gangster z prowincji, wszyscy się go boją i wiedzą, że lepiej mu nie wchodzić w drogę. Typowy koleś z tatuażami, zawsze z klamką przy boku i giermkami za sobą. Trzęsie wszystkim dookoła, ale ma też dobrą duszę do osób mu najbliższych. Za swoim młodszym bratem skoczyłby w ogień. Jak sam aktor zauważył w wywiadzie, jego bohater to romantyk, który po prostu ma dwie twarze. Niestety dowiedziałam się jaki będzie jego los zanim nawróciłam się na ścieżkę oglądania, bo cały internet o tym huczał. Jak to powiedział mój tata: "złego diabli nie biorą". No cóż... Drugim czarnym charakterem jest Grzegorz Molenda (Grzegorz Damięcki). Kulturalny pan w garniturku, z odpowiednim zaczesem, w okularkach, z piękną żoną u boku, dwójką dorastających dzieci i kupą siana na koncie. Oczywiście to tylko pozory. Jak on chce tak będzie, żadnych sprzeciwów, a jak coś się komuś nie podoba to można go albo zastraszyć albo przetrzymywać w domu albo po prostu przekupić. Takiego psychopaty w polskim serialu dawno, o ile w ogóle nie było. To jest ten typ, że dopóki nie masz z nim do czynienia to jest ok, ale jak się do ciebie zbliży to jest szansa, że żywy z tego nie wyjdziesz. Nie ukrywam, jego psychopatyczne spojrzenie mnie zahipnotyzowało, ale to znaczy tylko tyle, że casting się postarał i dobrego aktora dobrali do roli. 


Bonusową postacią, którą po prostu trzeba lubić i to z całym jego bagażem i anturażem jest Lesław dziennikarz (Krzysztof Pieczyński). Niby taki cichociemny, pijaczek, wszyscy go znają, coś tam sobie pisze, ale nie traktujmy go poważnie, a potem jak odpali petardę to nie ma co zbierać i ci najważniejsi wyskakują z butów. 

Generalnie polscy twórcy mają problem z wszelkimi zakończeniami i rozwiązaniami historii, które sobie wymyślą. Tutaj w miarę to wyszło. Jedna z trzech moich podejrzanych osób stała za całą sprawą. Może nie bezpośrednio, jak wymyślili sobie autorzy, ale jednak. Pod koniec można się tego domyślić. Jak to mawiał Sherlock Holmes: "Sprawca zawsze się kryje w pierwszym tomie akt". Cóż, oczywiście zawsze wszystko tak naprawdę sprowadza się do:
a) faceta
b) zazdrości
c) zabawy
d) urojenia
oraz 
e) przypadku. 
Nie ma innej opcji. Tam się każdy z każdym w pewien sposób łączy, Jedni mają bliższe (he, he), inni dalsze wzajemne relacje, ale dzięki temu serial się kręci, a widzowie mają jakąś tam niespodziankę. 

Ogólnie serial strasznie tragiczny nie jest. Poza komizmem (pewnie nieświadomym) jaki w sobie ma, trzyma jakąś tajemnice i zagadkę. W pewnym momencie człowiek dostaje kręcioły. Ostatecznie pomijając początkową nudę to jak na polskie standardy nie jest najgorzej. Jednak ja potrzebuję czegoś więcej, żeby zbierać szczękę z podłogi.


P.S. Zazwyczaj jak robię wpis o serialu to zamiast screenshootów są gify, ale weźcie znajdźcie gify do polskiego serialu... 

czwartek, 26 maja 2016

Jestem fangirl i nic tego nie zmieni

Dzisiaj nie będzie o filmach. Dzisiaj będzie o moich fangirlowych cierpieniach. W końcu to moje miejsce i tu mogę wylać swoje smutki i żale z tym związane. Ostatnio usłyszałam, że bycie fangirl to ciągłe polowanie. Tak się świetnie składa, że jestem Hunt (pozdrawiam!). Fangirl, żeby poszerzać swój harem nie może zamykać się w jednym kręgu. Musi poszukiwać, polować, zdobywać.


Ostatnio jakoś tak się stało, że mój fangirlowy pęd nabrał jakiegoś niesamowitego tępa. Kiedyś jak się uwiesiłam jednego obiektu (no dobrze, aktora) to potrafiłam szaleć za nim przez dwa lata i nikt inny mnie nie interesował. Od półtora roku to się jakoś zmieniło. Co rusz nowe trofeum, nawet nie jest w stanie powiedzieć kto się w ostatnim czasie najdłużej utrzymał. Stwierdzam, że w tej kwestii „dorosłam”. Na pewno zmienił mi się punkt widzenia. To już nie są szaleńcze miłości, że koniecznie, umrę jak nie dowiem się gdzie mieszka i jak ma rozmiar buta. Teraz bardziej zaczynają mnie interesować dokonania artystyczne (filmowo-serialowe) danego obiektu. Wolę obejrzeć wieczorem jakiś film z tą osobą niż szukać po portalach plotkarskich z kim jest czy na jakiej ostatnio imprezie bywał. Owszem, fajnie np. na Tumblrze zobaczyć jakieś zdjęcia z gali czy rozdania nagród, ale wielki fanatyzm kona zanim się jeszcze narodził.


Fakt, nie mogę powiedzieć, że jak tylko na kogoś zarzucę sieci to nie sprawdzam na Wikipedii gdzie się urodził i ile ma lat. Robię to. Do tego zawsze szukam koloru oczu (bo to wcale nie jest tak łatwo stwierdzić kto jakie ma w dobie charakteryzacji i szkieł kontaktowych), bo to moje skrzywienie. Na to zwracam uwagę. Pozostałe sprawy odchodzą w odstawkę. Chyba, że czegoś dowiem się przez przypadek to wtedy tym nie pogardzę.


Z kolei nie wyzbyłam się, a wręcz przeciwnie ze zdwojoną siłą korzystam z tego co YouTube nam w całości daje, czyli wszelkiego rodzaju wywiady, making of, Q&A, wpadki i fragmenty nie publikowanych fragmentów filmów. Czasem to jest bardzo pomocne w zrozumieniu danej produkcji czy samego aktora/aktorki co nim/nią kierowało podczas przygotowań czy oddania uczuć u swojego bohatera. Niektóre rzeczy potrafią naprawdę zszokować i to co aktorzy potrafią zrobić ze sobą dla wiarygodnego odegrania roli. Szkoda, że za to nikt nie przyznaje specjalnych nagród, bo czasem warto.


Jak powszechnie wiadomo, gdy zbliża się sesja wtedy student robi wszystko, byle tylko się nie uczyć. U mnie to włączyło się na miesiąc przed sesją. Wynajduje sobie filmy i seriale i namiętnie je tłukę, a potem cierpię. I to bardzo. Tak właśnie dzieje się teraz. Znalazłam sobie genialny serial „Hinterland” (przy okazji chyba po raz pierwszy nie oglądam serialu dla aktora, chociaż lubię odtwórcę głównej roli, tylko dla naprawdę ciekawej fabuły i klimatu panującego w produkcji). Wynalazłam w sieci, że są dwa sezony po cztery odcinki (ach to BBC), do tego jeden epizod ma półtorej godziny i planowana jest trzecia transza. Cała szczęśliwa zaczęłam oglądać i niestety już wpadłam w depresję. Nigdzie nie ma literek do drugiego sezonu. Jest to na tyle specyficzny serial, że żeby dobrze go zrozumieć potrzebne są napisy albo lektor. I tak sobie siedzę w smutku i nie wiem co zrobić ze swoim życiem, gdy znalazłam, że drugi sezon puszczają na „Ale kino”. Fakt, że tylko w sobotę i niedzielę, ale to już dwa odcinki będą zaliczone, a mój fangirlizm chociaż trochę zaspokojony. Resztą będę się martwić potem, byle dotrwać do soboty.


Jednak najbardziej ulubioną częścią bycia fangirl jest to, że czasem uda się znaleźć kogoś, kogo zachęcisz do oglądania czegoś, co ciebie samą interesuję. Tak też się stało kilka dni temu, gdy moja była współlokatorka zza ściany została namówiona przeze mnie do oglądania „Poldark” (Marcia, pozdrawiam Cię, drugi sezon już we wrześniu!). Wiecie jakie to świetne uczucie, gdy wchodzisz na Messengera, a tam rozpacz albo radość, bo główny bohater zrobił to czy tamto i ta druga osoba się dzieli tym z mną. „Poldark” jest o tyle fajną produkcją, że u mnie w domu jest to zdecydowania najlepszy serial. I dokładnie wiesz kogo kochamy, a kogo nienawidzimy. Gdy oglądałam to wspólnie z rodzicami potrafiliśmy o tym dyskutować na długo po zakończeniu odcinka, co wcześniej się nie zdarzało, bo my mamy odmienne gusta.


Proces bycia fangirl to także reakcja łańcuchowa. Zaczynasz od jednego serialu. Tam znajdujesz tego jedynego aktora/tą jedyną aktorkę. Potem sprawdzasz jej filmografię. Zaczynasz namiętnie oglądać wszystko co wpadnie ci w ręce. Potem w tych produkcjach dostrzegasz innych aktorów/inne aktorki. Przerzucasz się na nich, szpiegujesz w czym grali i zaczynasz to oglądać. I tak w kółko. Aż nie padniesz, aż starczy ci sił. Kiedyś usłyszałam, że „wyrosłam już z tego”. Z bycia fangirl lub fanboy (tak, tak, chłopców też to dotyczy) się nie wyrasta. To zostaje w tobie do końca życia. To ewoluuje. Zmienia się poziom fangirlizmu, ale nigdy nie umiera. Jeśli to straciłaś/straciłeś to znaczy, że nigdy tak naprawdę nie byłaś, nie jesteś i nie będziesz fangirl. To się w ciebie wygryza i nigdy nie wychodzi.


Jednak czasami bycie fangirl to nie łatwa sprawa i stwierdzam, że za te wszystkie cierpienia powinno się nam płacić i to grube pieniądze. Najbardziej boli, gdy zdążysz się przyzwyczaić do jakiegoś serialu, bohaterów traktujesz jak dobrych znajomych i co tydzień z wypiekamy na twarzy czekasz na kolejny odcinek, a tu nagle producenci albo lepiej, szefowie stacji, która puszcza daną produkcję oznajmiają, że serial zostaje zdjęty z anteny i już nigdy nie wróci. Tak też się stało wczoraj, gdy poinformowano mnie, że kasują „Limitlees” po zaledwie jednym sezonie. Fakt, film był lepszy od serialu, ale był w tym potencjał i śmiało można było pociągnąć chociaż jeszcze jeden sezon. A tak, czas się pożegnać. Pamiętam jednak, że największą taką rozpacz miałam, gdy po ośmiu sezonach skasowali „House’a”. Teraz jednak wiem, że to była bardzo dobra decyzja.


O byciu fangirl można pisać i pisać. Niedługo prawdopodobnie będę miała szansę się o tym powymądrzać przed większym gronem, ale o tym na razie cisza. Fangirlizmu nie zamierzam porzucić, zamierzam to rozwinąć, ale tylko w dobrym kierunku.


P.S. W sobotę bardzo możliwy kolejny wpis, bo jutro wybieram się do kina.

P.S.2. Wszystkim Mamom raz jeszcze wszystkiego najlepszego!

wtorek, 3 listopada 2015

Myśl pozytywnie!

No dobrze, nie ma się co oszukiwać, za każdym razem jak dostanę obsesji (nie bójmy się tego słowa) na punkcie jakiegoś aktora to włączam jego filmografię i przeglądam tytuł filmów/seriali jakie wypadałoby obejrzeć. I tak oto mamy Bradley'a Coopera. "Ugotowany" już odznaczony. Wcześniej widziałam "Kac Vegas" i "Strażników Galaktyki" (tak tylko podkładał głos, ale się liczy). Dzisiaj postanowiłam się zabrać za "Poradnik Pozytywnego Myślenia".

Siedziałam sobie dziś na romantyzmie (po drugiej godzinie zegarowej człowiek już wymięka) i zastanawiałam się co by tu porobić wieczorem. Pominę fakt, że powinnam się uczyć, ale no... I tak rozmyślając wpadłam na pomysł, by obejrzeć właśnie "Poradnik...". Ale na myśl przyszła mi jeszcze jedna rzecz: przecież to jest książka. Szybko sprawdziłam dostępność egzemplarzy w pobliskim Empiku i zaraz po zajęciach skierowałam swojego kroki do sklepu, a pół godziny później byłam szczęśliwym posiadaczem nowej książki. 

Przez chwilę się zastanawiałam w jakiej kolejności się za to zabrać. Czy najpierw przeczytać książkę i ewentualnie do niej porównywać film czy zaufać wszelkim jurorom od nagród i uwierzyć, że film samodzielnie jest świetny. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na książkę. Po przeczytaniu pierwszych trzech stron pomyślałam, że główny bohater, Pat, jest bardzo podobny do Forresta Gumpa, tylko że jakiś taki trochę bardziej współczesny. I z każdym kolejnym zdaniem to wrażenie mnie nie opuszczało. Zatrzymałam się po czterech rozdziałach i przeszłam do filmu. Cóż, zapewne film zdradził mi to czego, mogłam spodziewać się na końcu, ale to chyba tak działa. 

No dobrze, a o czym to właściwie jest? Mamy Pata, który właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego (w książce to nazywa "złym miejscem", co przyprawia mnie o wrażenie, że on jest jakiś niedorozwinięty). Jedyne co go motywuje to miłość do żony, z którą jest w separacji. Dla niej postanowił ćwiczyć (szkoda, że Bradley Cooper ani razu nie pojawił się bez koszulki) i pracować nad swoimi wybuchami. Na swojej drodze spotyka Tiffany (Jennifer Lawrence), która jest w podobnej sytuacji, tyle, że jej mąż nie żyje i każdy uważa, że dziewczyna ma coś z głową. 

Plusem produkcji jest oczywiście obsada. Oprócz Coopera i Lawrence można zobaczyć m.in. Roberta De Niro w roli ojca Pata. 

Oglądając ten film doszłam do wniosku, że na podstawie psychiki i zachowań bohaterów można by napisać bardzo ładną pracę magisterską. Z jednej strony dwoje "psychicznych" wariatów, którzy zaprzyjaźniają się ze sobą (dobra, od pierwszej ich wspólnej sceny widać, że z tego będzie coś więcej) i odkrywają wspólne pasje,a z drugiej rodzinka głównego bohatera. Mama starająca się zrozumieć syna, ojciec, który nie widzi świata poza miejscową drużyną sportową i brat, który jest totalnym przeciwieństwem swojego brata i człowiekiem sukcesu. 

A teraz czas na fangirlizm... Tak jak wyżej napisałam film obejrzałam dla Bradley'a Coopera, który był tu jeszcze przystojniejszy niż w "Ugotowanym". Ach ten zarost i niebieskie oczy. Nawet uroku dodawał mu worek na śmieci, który na sobie nosił dla lepszego efektu pocenia się podczas biegania. Ale najbardziej mnie urzekł tym jak tańczy. Mógłby mnie nauczyć, bo ja to do tańca, to się tak nadaję jak klej w sztyfcie do cegły. Nie umiem tańczyć. Chociaż mówią, że nie należy ufać facetowi, który umie tańczyć. I co teraz? 

Zdecydowanie jest to kolejny film, który trafia do kategorii "można oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi". I popieram Oscara dla Jennifer Lawrence i osiem innych nominacji do tej nagrody. A już nie wspomnę o innych statuetkach za ten film. Jak najbardziej na plus. 

wtorek, 16 czerwca 2015

Daj mi swój mózg, a powiem Ci kim jesteś! - Czyli (i)Zombie inaczej...

Znowu zrobiły mi się zaległości i bardzo za to przepraszam, ale mamy czerwiec i sesja wali drzwiami i oknami. Na szczęście pierwszy egzamin zdany i w nagrodę ode mnie dla Was napiszę tu co nieco. :)

Nie ma to jak odkryć nowy serial i wciągnąć się w niego całkowicie. Jak to zawsze ze mną bywa, kolejną nowość podsunęła mi moja kuzynka i radośnie oznajmiła: "Jest fajny, nowy serial, iZombie. W sumie to o zombie, ale to nie takie klasyczne zombie". Od razu mówię, że nie lubię takiej tematyki i kiedy powiedziała, że mi puści drugi odcinek (według niej pierwszy to nuda) byłam do tego nastawiona sceptycznie. Z niechęcią się zgodziłam, bo trzeba było jakoś zapełnić czas podczas porannego obijania się. No i tak sobie obejrzałam ten drugi odcinek, potem trzeci, czwarty i piąty. A gdy już wróciłam do domu to z każdym kolejnym tygodniem wyczekiwałam na nowy epizod.


No dobrze, ale o czym tak naprawdę jest to całe iZombie. Otóż, poznajemy młodą rezydentkę Olive, która rozpoczyna swoją karierę medyczną w miejscowym szpitalu. Ma przystojnego narzeczonego i spokojne, poukładane życie. Pewnego wieczora zostaje zaproszona przez koleżankę z pracy na imprezę na łodzi, na której dochodzi do zombie-masakry. Na drugi dzień nad ranem Liv się budzi jako... zombie i jej życie diametralnie się zmienia. Porzuca narzeczonego, zmienia pracę w szpitalu na posadę w kostnicy, a rodzina nie rozumie co się z nią dzieje. A jedyne czego tak naprawdę potrzebuje to dostęp do świeżych mózgów. Na szczęście jej nowy szef, Ravi, jest zafascynowany jej przypadłością i staje się jej całkowitym sojusznikiem. Do tego rozpoczyna badania nad lekarstwem dla swojej pracownicy.


Ale żeby Liv nie miała tak łatwo w swoim zombiowym życiu to jest pewien skutek uboczny. Jeżeli zje mózg jakiejś martwej osoby to ma wizje, które pokazują w jaki sposób dana ofiara została zamordowana. Dzięki temu pomaga miejscowemu detektywowi rozwiązywać zagadki osób, które wylądują u nich w kostnicy. Oczywiście on nie wie kim tak naprawdę jest młoda lekarka. Oficjalnie została nazwana przez Raviego medium, które dzięki niektórym czynnikom ze środowiska ofiary może pomóc w odkryciu prawdy o danym zabójstwie.


Generalnie serial jest bardzo przyjemny, można się przy nim pośmiać i zrelaksować, ale jest jedna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Jak to przystało na prawdziwą fangirl (tak, tak, mowa tu o mnie) to musiałam sobie znaleźć jakiegoś ładnego bohatera do podziwiania i zachwycania się nad nim. I otóż mam tu pewien problem. Bo mamy tu do czynienia nie z jednym przystojnym, ale z co najmniej czterema. Ale po kolei:

1. Major Lilywhite

Narzeczony Liv, który pracuje w ośrodku z trudną młodzieżą. Jak zauważa matka Olive, takiego faceta chciałaby mieć każda dziewczyna. Nie dość, że przystojny to jeszcze uczynny, pomocny, opiekuńczy... No po prostu marzenie, nie facet.


2. Ravi Chakrabarti

Patomorfolog, który jako pierwszy odkrywa sekret Liv i jest nim całkowicie zafascynowany. Z miejsca staje się jej sojusznikiem. Przeuroczy, mądry i zabawny. I nawet mi nie przeszkadza, że jest Hindusem (czy kim tam jest). I tak jest milutki.


3. Blaine DeBeers

Facet, poznany na imprezie na łodzi i jak się potem okaże... Zombie. Może najprzystojniejszy to on nie jest, ale ma coś w sobie, bo przez pierwszych pięć odcinków uważałam, że jest mega fajny, Potem to się trochę zmieniło, ale nie będę zdradzać dlaczego.


4. Lowell Tracey

Muzyk, którego Liv poznaje podczas jednej ze spraw. Później okazuje się, że również jest zombie i dzięki temu między nim, a Olive rodzi się uczucie i zostają parą. Zabawny, zdolny i do tego bardzo przystojny.


5. Clive Babinaux

Cóż, może do przystojnych nie należy, ale kto wie, kto wie... Detektyw, który tak naprawdę dzięki Liv rozpoczyna swoją karierę. Gdyby nie ona koledzy nadal by z niego drwili, a szef odsyłałby go do najbardziej badziewnych spraw.


Cieszę się, że to nie jest serial, w którym zombie na każdym kroku atakują ludzi i wyżerają i mózg. Tutaj oni raczej się ukrywają i działają w podziemiu. A przynajmniej sprawiają takie wrażenie jakby wszystkie dziwne rzeczy, które mają miejsce nie były ich sprawką. Z niecierpliwością ciekam na drugi sezon, a wszystkim polecam, by w wolnej chwili zapoznali się z tytułem.

P.S. Egzamin goni egzamin, więc nie wiem kiedy będzie kolejny wpis, ale jeżeli moja pani doktor odda mi mój artykuł, który pisałam na zaliczenie i będzie w miarę dobry to może go tu wrzucę, bo w gruncie rzeczy dotyczył on seriali.

piątek, 17 kwietnia 2015

6 powodów, dzięki którym film może odnieść sukces

Wchodząc dzisiaj totalnie zmulona na mój wydział zauważyłam na tablicy ogłoszeń plakat dotyczący pewnego wykładu. Tematem owego spotkania będzie 10 powodów, dla których filmy stają się hitami. A ja, że nie bardzo wiedziałam o czym dziś chciałam napisać to trochę podprowadziłam temat na własne podwórko (dobra, możecie powiedzieć, że jestem zgapiarą). I tak sobie dziś siedziałam na zajęciach i myślałam na ten temat. No właśnie, co sprawia, że jedne filmy odnoszą ogromny sukces, a o innych w ogóle nie mamy pojęcia, że są? Kilka rzeczy mi przyszło na myśl i postanowiłam się nimi z Wami podzielić.

1. Dobra obsada

Zdecydowanie większość ludzi pójdzie do kina na film, bo grają w nim jacyś znani im aktorzy (myślicie, że ja tak nie robię? Tylko i wyłącznie tak czynię). Założę się, że chętniej do kina ruszą tłumy gdzie na plakacie filmu będzie Brad Pitt, Johnny Deep albo Tom Hanks niż jakiś Stefan Kowalski co to go nikt nie zna. Jak to mówią: ludzie lubią to co już im znane. A poza tym, dajmy zarobić tym, którzy i tak już mają kupę kasy. Poczujemy się przez to lepiej, że to właśnie my dołożyliśmy się do ich nowego jachtu albo domu z basenem w Kalifornii.


2. Dobry scenariusz

Myślę, że chętniej wybierzemy do kina na film, który ma dobrze skonstruowaną fabułę i skomplikowanych bohaterów. Zawsze to lepsze niż oglądanie kolejnej romantycznej historyjki, która i tak skończy się jak zawsze (no chyba, że idziemy się odchamiać i chcemy zostawić nasz mózg w domu). Chyba lepiej iść na dwu i półgodzinny film, który wbije nas w fotel i zmiażdży emocjonalnie niż wybrać film, gdzie tematem przewodnim jest zaliczanie kolejnych panienek przez jakiegoś niewyżytego erotomana. Przynajmniej ja bym wybrała tą pierwszą opcję. A jakbym chciała obejrzeć jakiegoś gniota to mogłabym odpalić go na jednej ze stron on-line albo poczekać aż któraś wspaniała stacja telewizyjna wykupi prawa do jej puszczenia.


3. Dużo wpakowanych pieniędzy

Czasem budżet filmów idzie w dziesiątki milionów, a nawet setki. Oczywiście trzeba zapłacić aktorom, twórcom, ekipie, kostiumologom, dekoratorni, a także cateringowi i sprzątaczom. Duże znaczenie ma też rodzaj filmu, bo wiadomo, że mniejsze pieniądze pójdą w filmy obyczajowe niż w kino akcji. Ale i tak największym rekordzistom w tej kategorii jest chyba kino Sci-Fi. Charakteryzacja, komputery, bluebox, wymyślne tło i dekoracja. Wiadomo, że większości z tego nie ma w rzeczywistości, ale komputerowe wygenerowanie wszystkiego kosztuje krocie. Producenci pchają w to pieniądze i liczą, że ludzie pójdą na to do kina. A żeby ich zachęcić to wracamy do punktu pierwszego i dobieramy najlepszą obsadę i tak koło się zamyka. Brutalne, ale prawdziwe. Hajs się musi zgadzać czy tego chcemy czy nie.


4. Potrzeba reklamy

Im więcej spotów filmu pojawi się w telewizji, radio czy Internecie tym lepiej. Do tego dorzućmy wywiady z aktorami w każdej możliwej telewizji śniadaniowej i sukces mamy zapewniony. Wystarczy zauważyć, że im bliżej premiery jakiegoś filmu tym częściej możemy zobaczyć w obiegu publicznym aktorów bądź twórców danej produkcji. Opowiadają jaki to film ważny, jacy są ich bohaterowie i o co tak naprawdę w nim chodzi, ale zdradzają tylko tyle, żeby człowiek był zaciekawiony i udał się do kina, by samemu się przekonać jak to naprawdę jest. A tym bardziej im ufamy jeśli ponownie mamy do czynienia z punktem pierwszym i z ekranu przemawia do nas aktor/aktorka, którego/którą uważamy za ideał i wspaniały talent.


5. Miesiąc też ma znaczenie

Niby to jakoś jest bez seansu, ale gdyby się w to zgłębić... Największą szansę na sukces mają filmy, które wychodzą pod koniec roku. A dlaczego? To najczęściej produkcje, które są brane pod uwagę do ważnych nagród m.in. do Złotych Globów czy Oscarów. Jeśli są już na starcie reklamowane jako protegowane do nagrody to ludzie sobie pomyślą, że skoro akademie je doceniają to może oni też powinni je zobaczyć? No bo to trochę wstyd, że mówią o jakimś ważnym filmie, a my nie wiemy o co chodzi. A tak będziemy mogli pochwalić się przed znajomymi, że jesteśmy na bieżąco. Za to najmniejsze powodzenie mają filmy, które wychodzą w wakacje. Ludzie wtedy nie myślą o kinie, bo są pochłonięci opalaniem się na plaży albo wędrówkami po górach. No chyba, że całe lato pada, to wtedy jest już inna sytuacja...


6. Rodowód?

Powiedzmy sobie szczerze, do szerszego grona trafi film zrobiony przez Hollywood niż jakieś europejskie czy azjatyckie państwo. Dlaczego? Oni zawsze mają więcej kasy i lepszą obsadę. Poza tym łatwiej wypromować film, który został nakręcony po angielsku niż np. po bułgarsku. Posłużę się tu moim ulubionym przykładem, czyli Dziewczyną z tatuażem. Amerykanie zabrali się za ten film, dobrali doskonałą obsadę, namachali się, namachali i udało im się do tej pory zrealizować tylko jedną część w 2011 roku (w 2014 miała wyjść druga, ale coś im chyba nie wyszło, bo mamy już 2015, a tu nic). A co zrobiono w ojczyźnie autora książki? W 2009 roku nakręcili całą trylogię, wszystkie trzy części filmu i wyszło im naprawdę dobrze. Tylko, że jest mały problem... O amerykańskiej wersji wiedzą prawie wszyscy, a o szwedzkiej tylko zainteresowani tematem. Wniosek? Po raz kolejny pieniądze i odpowiednia reklama w połączeniu z dobrą obsadą nie przebiją niczego.


Czyli wychodzi na to, że wszystko sprowadza się do jednego... Bez pieniędzy nie ma nic. Im więcej pieniędzy na koncie tym większy sukces. No chyba, że się mylę...?

czwartek, 16 kwietnia 2015

Wszyscy jesteśmy Idiotami!

Jak wczoraj pisałam poszłam zażywać prawdziwej kultury i udałam się do teatru. Generalnie lubię tą formę rozrywki, bo to idealna okazja, by dotknąć czegoś "żywego", coś co tak naprawdę dzieje się tylko raz, mimo iż mogą być do tego dziesiątki prób. Tym razem miałam przyjemność podziwiać spektakl pt.: "Idiota", który wystawiał Teatr SOHO z Warszawy, a wszystko odbyło się w Teatrze Szekspirowskim. 

Już na samym początku były schody, bo na spektakl nie było już normalnych biletów tylko wejściówki. Umówiłam się z moją towarzyszką, że przyjadę szybciej i zaklepię kolejkę po bilety (ona miała jeszcze zajęcia na uczelni). Kulturalnie pojawiłam się w teatrze ok. 18:15 i ustawiłam się w już dość dużą kolejkę. Czekałam i czekałam, gdy w pewnym momencie pojawiła się przeurocza pani i oznajmiła, że sprzedaż biletów rozpocznie się trochę szybciej, ponieważ jest duże zainteresowanie sztuką i mają tylko czterdzieści wejściówek numerowanych, a reszta na "tak zwane własne ryzyko, że mogą Państwo stać cały spektakl". Dodała tylko tyle, że każda osoba może kupić maksymalnie dwie wejściówki i sobie poszła. 

Policzyłam szybko osoby przede mną i w mojej głowie rozpoczął się proces liczeniowy (a to nie jest moja mocna strona). Wyszło mi, czy chcę czy nie chcę, że biletów i tak musi dla mnie starczyć. Sznureczek powoli się skracał, a w drzwiach pojawiła się moja towarzyszka i mogłam już odetchnąć z ulgą, że nie zostanę sama na placu boju. Kiedy już udało się kupić bilety to oddaliłyśmy się do szatni, a następnie podziwiałyśmy "wrota" na salę ze sceną. Na kilkadziesiąt minut przed spektaklem rozległ się pierwszy gong. To my kulturalnie w kolejkę, a gdy już dotarłyśmy przed oblicze bileterki ta radośnie oznajmiła, że "panie muszą poczekać na trzeci gong, bo mają panie wejściówki". Ja rozumiem, że to bilety "drugiej kategorii", ale wtedy poczułyśmy się jak plebs. Jako, że jestem w trakcie zachwytu nad Poldarkiem to sobie pomyślałam: "Hmm... Prawie jak być podkuchenną... Ale zaraz, nie, ona by nie poszła do teatru. 1:0 dla mnie, nie ma spiny". Tak, wiem, to nie ta epoka, ale w moim mózgu dzieją się różne, dziwne rzeczy. 

W końcu rozbrzmiał upragniony trzeci gong i zaczęli nawoływać naród plebejski. Na bocznych schodach pojawił się jakiś pan i powiedział, że kto chce to są miejsca na drugiej galerii i można tam iść. Po chwili zastanowienia stwierdziłyśmy, że ok, czemu nie? I to był błąd. Gdy już znalazłyśmy się na górze i zajęłyśmy miejsca nasz świat przysłonił słup, który podtrzymywał balkony (dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że w TS jest jedna scena, fotele po środku w 12 rzędach, a dookoła są balkony, na których można oglądać spektakle z "wyższej pozycji") oraz barierki, żeby ludzie nie spadli na dół. My po prostu chciałyśmy zaszaleć, że niby będzie lepiej, ale cóż... Ja osobiście się czułam jakbym podglądała wszystko to co dzieje się na scenie z jakiegoś strychu, w którego podłodze są wybrakowane deski i można patrzeć co jest na dole. Niby nutka tajemniczości, ale wszystkiego nie zobaczysz.

Sam spektakl był bardzo dobry. Pokazywał jacy ludzie są naprawdę i co może nimi kierować w życiu. Jak dokładnie działa nasza psychika, a także to, jak możemy być traktowani i uważani przez innych. Sam tytułowy "Idiota" to nie osoba (chociaż tak mówili na jednego z bohaterów), ale raczej stan umysłu, który w jakiś stopniu każdy z nas ma. Wystarczyło się odrobinę zastanowić nad swoich życiem i niektóre elementy idealnie można było dopasować do tego co przeżywamy bądź przeżywaliśmy. 

Jak na ponad półtoragodzinną sztukę czas był zaplanowany do każdej ostatniej sekundy i widz nie miał szansy na nudę, nawet jeśli czasem zdarzyło mu się spojrzeć na zegarek. Do tego na początku w spektakl została zaangażowana widownia i było to odebrane z lekkim strachem w oczach, ale na szczęście nikt nie musiał nic robić poza odebraniem kartki od jednej z aktorek. 

Nawet nie za bardzo przeszkadzało mi to, że miałam miejsce jakie miałam. Potrafiłam się skupić na spektaklu i wejść do świata bohaterów. Jeśli bym miała okazję to poszłabym na to jeszcze raz. 

Dobrze, że jest możliwość zakupu wejściówek, bo za niewielką kwotę (15 złotych to dużo?) można spędzić naprawdę miło czas, a do tego trochę zastanowić się nad tym czy sztuka jest tylko sztuką czy może to artystyczne przedstawienie tego co mamy na co dzień, a z naszej perspektywy nie potrafimy tego dostrzec?


P.S. Dziś obrazków/gifów nie ma, bo nie chcę psuć tego co można sobie wyobrazić podczas czytania.