Wczoraj miałam niesamowitą przyjemność zobaczyć transmisję National Theatre Live i spektakl "Hamlet". Nie powiem, oczekiwałam na ten dzień odkąd tylko pojawiła się informacja, że można już rezerwować bilety, ale im bliżej godziny zero, tym bardziej uchodziło ze mnie ciśnienie. A już w ogóle zwątpiłam w całe przedsięwzięcie, gdy dowiedziałam się, że spektakl potrwa cztery godziny (przedwczoraj informacja została zweryfikowana, że to jednak będzie 210 minut) i po prostu zasnę tam z nudów. Otóż... BŁĄD!
Po wejściu do kina poczułam jakąś dziwną fangirlową moc i zdałam sobie sprawę, że ja tu przecież nie jestem za karę tylko z miłości. Tytułowego Hamleta gra Benedict Cumberbatch i jakże by mogło to być torturą? Mimo iż kino było puste (w porównaniu ze Środami z Orange, oczywiście) to wszędzie widziałam tych oczekujących w napięciu ludzi. Na salę zaczęli wpuszczać na pięć minut przed rozpoczęciem transmisji. Gdy tłum zaczął zajmować miejsca, na naszych fotelach zauważyliśmy dwie kartki: ankietę dotyczącą naszych wrażeń odnośnie spektaklu i kupon konkursowy Fiata 500. Takie tam, lokowanie produktu. Przeurocza pani udzieliła nam kilku wskazówek dotyczących trwania pokazu i przerwy jaka miała się dobyć, a także co należy zrobić z ankietami. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca zabawa się zaczęła.
Zanim dostaliśmy to po co przyszliśmy, mieliśmy okazję obejrzeć krótki wywiad z Benedictem Cumberbatchem oraz jego wizytę w jednej ze szkół, w których grupa teatralna przedstawiła własną interpretację sztuki. Niestety jestem tak bardzo spaczoną fangirl, że wiedziałam o czym Ben będzie mówił w wywiadzie, bo widziałam gify na Tumblrze. Tak to jest jak połowa blogów, które obserwujesz dotyczą właśnie Cumberbatcha.
Po takim krótkim wprowadzeniu otrzymaliśmy piękny pokaz, który wywoływał wszelkie możliwe emocje. Cumberbatchowi można zarzucić brak urody (przynajmniej tej szytej pod kanon typowego piękna), ale nie beztalencie. Aktorem jest obłędnym i sposób w jaki potrafi żonglować emocjami jest niesamowity. W jednej chwili potrafi wylewać morze łez, by za chwilę robić z siebie błazna i zachowywać się jak pięcioletnie dziecko. Komizm i dramatyzm przeplatają się w takim tempie, że nie można się choć przez chwilę nudzić. Do tego kto by się spodziewał, że Hamlet może biegać po scenie w jeansach, adidasach i koszulce z Davidem Bowiem? Otóż tak, to się właśnie wydarzyło. Ubiorem, wyglądem i zachowaniem główny bohater przypominał typowego 17-latka, który żyje w bogactwie, tylko trochę jest nieszczęśliwy. No dobra, trochę bardzo. A na dokładkę ma kumpla hipstera, który jest cały wytatuowany i chodzi w koszulach w kratę. W jednej ze scen, gdy grabarz kopał dół, a Hamlet i Horatio mu się przyglądają, panowie wyglądają jakby wybrali się na nocne zwiady dzielni. Jeszcze Ofelia ubiorem zahaczała o współczesność. Nosiła duży, rozciągnięty sweter albo piękną czarną suknię. Miało się wrażenie, że młodzi bohaterowie sztuki są nawiązaniem do współczesności. Z kolei "starszyzna" była odziana klasycznie, epokowo. Do tego pojawiały się rekwizyty naszych czasów. Ofelia biegała z aparatem i robiła zdjęcia, grabarz miał radio i termos.
O ciarki na całym ciele przyprawiała scenografia i muzyka. Każdy element dekoracji był bardzo realistyczny, co sprawiało, że widz czuł się jakby był w jakimś prawdziwym zamku i przyglądał się wszystkiemu z boku. Pięknym momentem był fragment, który kończył część pierwszą spektaklu. Na całej scenie panowała ciemność, a tylko z bocznych drzwi wydobywały się błyski i grzmoty jakby za rogiem czaiła się burza.
Moim wyznacznikiem znudzenia w kinie/teatrze jest częstotliwość spoglądania na zegarek. Podczas spektaklu zrobiłam to tylko dwa razy. Pierwszy taki incydent miał miejsce na czterdzieści minut przed przerwą i to tylko dlatego, że moje pośladki zaczęły drętwieć. Drugi raz stało się tak na dziesięć minut przed przerwą i gdy spojrzałam na zegarek to byłam w szoku, że już jest tak późna pora i że ten czas tak szybko zleciał.
Jak wszyscy wiedzą (albo i nie, ale spoilera nie zrobię, bo książka istnieje już parę lat) prawie wszyscy bohaterowie na końcu sztuki umierają i leżą na scenie. Zabawną sytuacją było jak Cumberbatch padł martwy, ale tak ciężko oddychał ze zmęczenia (w wywiadzie powiedział, że jest ciągle głodny i bez życia), że jego całe ciało się ruszało. Czyli był martwy, ale jednak nie. Oczywiście, to tylko taka zabawna dygresja z mojej strony i wybaczam mu wszystko, bo to naprawdę był kawał dobrej roboty. Widać było, że przygotowania zabrały mu dużo czasu i pochłonęły wiele energii, bo zrobił się taki chudy, że mocniejszy powiew wiatru mógłby go zdmuchnąć ze sceny.
Oczywiście moje czujne fangirlowskie oko nie odpoczywało ani trochę i w jednej ze scen z Hamleta wychodził tak bardzo Sherlock. Tutaj znowu żartuję, ale tempo wymawianych słów w jednej z rozmów/monologu (w sumie ciężko określić) było tak zawrotne jak podczas wywodów myślowych u Sherlocka, w którego Cumberbatch się wciela.
Jeśli ktoś by był zainteresowany udaniem się na spektakl to gorąco polecam. I nie ważne czy jest się fanem Cumberbatcha, londyńskiego teatru, Szekspira czy genialnych przedstawień, pod każdym względem warto. Tym bardziej, że cena biletu do Multikina to 30 zł (jak na trzy i pół godzinny spektakl to chyba nie tak dużo), a gdyby przyszło nam iść do teatru w Londynie to w Funtach by się człowiek nie wypłacił. Wiadomo, co na żywo to na żywo, ale emocje zbliżone. Cóż, muszę się przyznać, że rozważam ponowne udanie się na "Hamleta", ale ciii...
P.S. Na spektaklu byłam z nieocenionym Wilsonem, który mimo swojego ogromnego zmęczenia wysiedział tam ze mną i chyba nawet dobrze się bawił. Mam rację, moja droga? Gdy zajmowaliśmy miejsca powiedziała zdanie, które zdecydowanie potwierdza, że jestem fangirl: "Widzisz te dwudziestki? *wskazuje na dziewczyny wchodzące na sale* One tu zdecydowanie są dla Cumberbatcha." No właśnie, ja też tam po to byłam, ale nie tylko. Dostałam przecudowną rozrywkę w dniu jakże ważnym dla mnie.
P.S. 2. Właśnie się zorientowałam, że aktor, który grał najlepszego kumpla Hamleta jest mi znany, bo widziałam wcześniej trzy filmy z nim. Oczywiście nie byłam tego świadoma. A wystarczyło sprawdzić czy tatuaże, które miał na sobie to jego własność czy tylko charakteryzacja...
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 grudnia 2015
czwartek, 16 kwietnia 2015
Wszyscy jesteśmy Idiotami!
Jak wczoraj pisałam poszłam zażywać prawdziwej kultury i udałam się do teatru. Generalnie lubię tą formę rozrywki, bo to idealna okazja, by dotknąć czegoś "żywego", coś co tak naprawdę dzieje się tylko raz, mimo iż mogą być do tego dziesiątki prób. Tym razem miałam przyjemność podziwiać spektakl pt.: "Idiota", który wystawiał Teatr SOHO z Warszawy, a wszystko odbyło się w Teatrze Szekspirowskim.
Już na samym początku były schody, bo na spektakl nie było już normalnych biletów tylko wejściówki. Umówiłam się z moją towarzyszką, że przyjadę szybciej i zaklepię kolejkę po bilety (ona miała jeszcze zajęcia na uczelni). Kulturalnie pojawiłam się w teatrze ok. 18:15 i ustawiłam się w już dość dużą kolejkę. Czekałam i czekałam, gdy w pewnym momencie pojawiła się przeurocza pani i oznajmiła, że sprzedaż biletów rozpocznie się trochę szybciej, ponieważ jest duże zainteresowanie sztuką i mają tylko czterdzieści wejściówek numerowanych, a reszta na "tak zwane własne ryzyko, że mogą Państwo stać cały spektakl". Dodała tylko tyle, że każda osoba może kupić maksymalnie dwie wejściówki i sobie poszła.
Policzyłam szybko osoby przede mną i w mojej głowie rozpoczął się proces liczeniowy (a to nie jest moja mocna strona). Wyszło mi, czy chcę czy nie chcę, że biletów i tak musi dla mnie starczyć. Sznureczek powoli się skracał, a w drzwiach pojawiła się moja towarzyszka i mogłam już odetchnąć z ulgą, że nie zostanę sama na placu boju. Kiedy już udało się kupić bilety to oddaliłyśmy się do szatni, a następnie podziwiałyśmy "wrota" na salę ze sceną. Na kilkadziesiąt minut przed spektaklem rozległ się pierwszy gong. To my kulturalnie w kolejkę, a gdy już dotarłyśmy przed oblicze bileterki ta radośnie oznajmiła, że "panie muszą poczekać na trzeci gong, bo mają panie wejściówki". Ja rozumiem, że to bilety "drugiej kategorii", ale wtedy poczułyśmy się jak plebs. Jako, że jestem w trakcie zachwytu nad Poldarkiem to sobie pomyślałam: "Hmm... Prawie jak być podkuchenną... Ale zaraz, nie, ona by nie poszła do teatru. 1:0 dla mnie, nie ma spiny". Tak, wiem, to nie ta epoka, ale w moim mózgu dzieją się różne, dziwne rzeczy.
W końcu rozbrzmiał upragniony trzeci gong i zaczęli nawoływać naród plebejski. Na bocznych schodach pojawił się jakiś pan i powiedział, że kto chce to są miejsca na drugiej galerii i można tam iść. Po chwili zastanowienia stwierdziłyśmy, że ok, czemu nie? I to był błąd. Gdy już znalazłyśmy się na górze i zajęłyśmy miejsca nasz świat przysłonił słup, który podtrzymywał balkony (dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że w TS jest jedna scena, fotele po środku w 12 rzędach, a dookoła są balkony, na których można oglądać spektakle z "wyższej pozycji") oraz barierki, żeby ludzie nie spadli na dół. My po prostu chciałyśmy zaszaleć, że niby będzie lepiej, ale cóż... Ja osobiście się czułam jakbym podglądała wszystko to co dzieje się na scenie z jakiegoś strychu, w którego podłodze są wybrakowane deski i można patrzeć co jest na dole. Niby nutka tajemniczości, ale wszystkiego nie zobaczysz.
Sam spektakl był bardzo dobry. Pokazywał jacy ludzie są naprawdę i co może nimi kierować w życiu. Jak dokładnie działa nasza psychika, a także to, jak możemy być traktowani i uważani przez innych. Sam tytułowy "Idiota" to nie osoba (chociaż tak mówili na jednego z bohaterów), ale raczej stan umysłu, który w jakiś stopniu każdy z nas ma. Wystarczyło się odrobinę zastanowić nad swoich życiem i niektóre elementy idealnie można było dopasować do tego co przeżywamy bądź przeżywaliśmy.
Jak na ponad półtoragodzinną sztukę czas był zaplanowany do każdej ostatniej sekundy i widz nie miał szansy na nudę, nawet jeśli czasem zdarzyło mu się spojrzeć na zegarek. Do tego na początku w spektakl została zaangażowana widownia i było to odebrane z lekkim strachem w oczach, ale na szczęście nikt nie musiał nic robić poza odebraniem kartki od jednej z aktorek.
Nawet nie za bardzo przeszkadzało mi to, że miałam miejsce jakie miałam. Potrafiłam się skupić na spektaklu i wejść do świata bohaterów. Jeśli bym miała okazję to poszłabym na to jeszcze raz.
Dobrze, że jest możliwość zakupu wejściówek, bo za niewielką kwotę (15 złotych to dużo?) można spędzić naprawdę miło czas, a do tego trochę zastanowić się nad tym czy sztuka jest tylko sztuką czy może to artystyczne przedstawienie tego co mamy na co dzień, a z naszej perspektywy nie potrafimy tego dostrzec?
P.S. Dziś obrazków/gifów nie ma, bo nie chcę psuć tego co można sobie wyobrazić podczas czytania.
czwartek, 13 listopada 2014
Czy Ten Drugi naprawdę istnieje? - Czyli dajcie na scenę dwóch pisarzy i czekajcie na efekt!
W zasadzie powinnam zamieszczać tu wpisy tylko o książkach
albo o autorach, ale chcę się podzielić z Wami czymś co może mieć jednak
związek z literaturą. W poniedziałek miałam okazję rozmawiać ze znajomymi
mojego taty i padło hasło, że idę do teatru, na co jeden z nich mi
odpowiedział: „Ja to tam nigdy nie byłem w teatrze, nic ciekawego”. Cóż, ile
osób tyle opinii, ale może nie warto oceniać książki po okładce jak to mawiają.
Może czasem jest to coś interesującego?
W owym teatrze miałam przyjemność być 11 listopada na
spektaklu wystawianym przez Teatr Narodowy z Warszawy pt.: „Dowód na istnienie
drugiego”. Mimo iż była to końcówka tzw. długiego weekendu i nie chciało mi się
wracać do akademika z domu to wiedziałam, że czeka mnie tego dnia niesamowite
przeżycie. Początkowo byłam zestresowana faktem, że nie zdążę na spektakl albo
coś będzie nie tak z biletem. Na szczęście takiego się nie stało. Za to
przytłoczył mnie ogrom pięknego gmachu Teatru Szekspirowskiego, w którym
odbywał się spektakl. Sala ze sceną w całości wyłożona drewnem i fotele jakby
żywcem wyjęte z salonu w bogatym domu nic a nic nie przypominają ziejącego nudą
i niezbyt przyjemnym zapachem miejsca. Kulturalnie zajęłam miejsce i usiadłam,
pisząc sms-y z moją Dobrą Duszyczką (pozdrawiam Cię :* ), gdy nagle zauważyłam,
że stoi sobie urocza pani z jakimiś książeczkami i otacza ją tłum ludzi. Zebrałam
się z fotela i poszłam do niej. Okazało się, że sprzedaje (hmm… jakby to
nazwać?) broszury dotyczące spektaklu, w których znajdują się m.in. opis spektaklu,
scenariusz, słowo od reżysera i sylwetki aktorów biorących udział w
przedstawieniu. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że kupię sobie to
cudeńko (tak, tak, za to się płaci i to jeszcze 12 zł). Niestety owa pani nie
miała drobnych i musiałam iść z nią do wyjścia do drugiej pani. Tamta pani dała
mi moje należności i byłam już wolna trzymając w ręku książeczkę. Jednak zanim
wróciłam na miejsce znalazłam na stoliku koło wejścia pocztówki reklamujące
inne spektakle TN. Niestety udało mi się dorwać tylko dwie, bo starsze kobiety
się pchały jakby to było złoto albo co najmniej darmowe bilety. Jednak swoje
wywalczone karteczki z reklamą (czy to właściwe słowo?) „W mrocznym mrocznym
domu” i „Fortepian pijany” schowałam do broszury i wróciłam skąd przyszłam. Nim
zdążyłam się dobrze wkręcić w czytanie zgasły światła i… The show must go on!
W oficjalnej wersji poszłam na spektakl, żeby zażyć trochę
poważnej kultury, ale tak naprawdę chciałam się pogapić na ładnych i zdolnych
ludzi, których się widuje w kinie albo telewizji. No bo kto by nie chciał
zobaczyć na żywo Jana Englerta albo Kamilli Baar? Poszłam też na to z innego
powodu, ale to już pozostawię dla siebie. W końcu trzeba mieć jakieś sekrety.
„Dowód na istnienie drugiego” to zderzenie ze sobą dwóch
wielkich autorów: Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza. Kto z nas nie zna
takich tytułów jak „Tango”, „Ferdydurke”
czy „Trans-Atlantyk”? Maciej Wojtyszko (reżyser spektaklu) pokazuje dwóch
zupełnie różnych pisarzy. Mrożek – małomówny (co świetnie pokazane jest w
pierwszym akcie), trochę jakby obok wszystkiego oraz Gombrowicz – egoistyczny, uważający się za lepszego od
innych. W tych rolach pojawili się genialni aktorzy, Cezary Kosiński i Jan
Englert. Na scenie towarzyszyli im Kamilla Baar jako Rita Labrosse, Monika Dryl
jako Maria Paczowska, Patrycja Soliman jako Mara Obremba, Marcin Przybylski
jako Kazimierz Głaz oraz Grzegorz Kwiecień jako Bohdan Paczowski. Cała akcja
toczy się głównie wokół Mrożka i Gombrowicza, ale gdyby nie bohaterowie
drugoplanowi (choćby Rita, która przez cały czas mówiła po francusku, a po
polsku powiedziała może jedno słowo albo Głaz, który przez większość pierwszego
aktu się śmiał i sprawiał wrażenie jakby nie do końca wszystko było z nim w
porządku) to spektakl nie bawiłby tak bardzo. Oczywiście w ostatniej scenie już
nie było zabawnie, ponieważ pojawia się wątek śmierci Gombrowicza, a opowiada o
tym Mrożek. Generalnie drugi akt był mniej zabawny niż pierwszy, ale chyba taki
był zamysł reżysera. W każdym razie podczas owej sceny pani siedząca obok mnie
zaczęła płakać. Ogólnie spektakl bardzo mi się podobał i jeśli będę miała
okazję (albo i Wy, Moi Czytelnicy) to pójdę jeszcze raz! Tylko trzeba będzie
się bić o bilety, bo jak tylko się dowiedziałam o sprzedaży biletów (czyli
dzień po owym wydarzeniu) to 3/4 miejsc było już wyprzedanych.
Muszę powiedzieć, a raczej napisać, że pewne fragmenty
bardzo się wyróżniały. Szczególną perełką, która zasługuje na uwagę jest scena,
w której Mrożek mieli mięso, stojący obok niego Głaz kroi pietruszkę (tak to
przynajmniej wyglądało z mojej perspektywy), a siedzący na krześle Gombrowicz
rozprawia o tym , czy jak umrze to pochowają go na Wawelu i czy Mrożek wygłosi
mowę (co jest bardzo znaczące i w tym momencie cały teatr wybucha śmiechem, bo
Mrożek przez cały spektakl powiedział może z dziesięć zdań). W międzyczasie
Kazimierz ucina sobie palec nożem, rozpoczyna poszukiwania opatrunku, a Mrożek wypowiada jedno z
najważniejszych zdań całej sztuki:
„Najlepiej by się było nie urodzić. Tylko kto ma tyle szczęścia?”. Ech,
wszechobecny dekadentyzm...
Nie chcę tu streszczać całego spektaklu, bo może ktoś będzie
miał okazję zobaczyć go na żywo, dlatego pozostawię ten wpis taki jakim jest.
Ja bawiłam się świetnie, pieniędzy jakie zapłaciłam za bilet nie żałuję, a jak
jeszcze kiedyś Teatr Narodowy przyjedzie ze spektaklami (w tym miesiącu będą
wystawiać jeszcze dwa, ale z tego co wiem to biletów już raczej nie ma) to na
pewno się wybiorę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
