Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2015

Papparazzi pośród zwierząt, czyli jestem lamą, mam małpi rozum i wyglądam jak żyrafa!

Pomysł na ten wspaniały dzień zrodził się w naszej głowie,a przynajmniej w głowie mojego Wilsona (takiej nazwy się trzymajmy!) w poniedziałek w pociągu, gdy przypadkiem się spotkałyśmy na dworcu pędząc na zajęcia na uczelnie. Siedziałyśmy i gadałyśmy i doszłyśmy do wniosku, że czas się gdzieś wybrać. No i padło na... ZOO!

Zdjęcie wysłane jako "zgadnij, gdzie mnie wywiało?"

Zorganizowałyśmy się bardzo szybko, wsiadłyśmy do autobusu i ruszyłyśmy ku przygodzie. Ale oczywiście nie było lekko. Znając moje szczęście musiałam trafić na wycieczkę. Na dzieci. Małe. Dzieci. I byłam w szoku, gdy co drugie z nich zobaczyłam z wypasionym smartphonem. Chyba nawet z lepszymi niż moje (a ja mam całkiem dobry telefon). Biegały najpierw za nami, a potem przed nami i tylko się darły i robiły zdjęcia. Ech, no dobra, przyznaję się... Ja jak tylko przekroczyłam bramę ZOO i zobaczyłam słonie to zaczęłam piszczeć jak typowa fangirl. Ale żeby na widok słoni...? Zapomnijmy o tym. 

O, proszę, pan słoń! 

Ale przed słoniem były jeszcze foki i była sobie taka jedna co leżała na środku stawu i pierwsze co powiedziałam to: "Ej, ona jest sztuczna? Nie, nie! To się rusza.". Po czym kochany Wilson stwierdził, że jakieś one takie leniwe. Zapewniam Was, to zdanie padnie jeszcze nie raz pod czas tej wycieczki. Po słoniach przeszłyśmy sobie dalej i weszłyśmy w bardzo przyjemną alejkę, na którą bardzo liczyłam. Mianowicie urocza zagroda żyraf. Żyrafki kocham miłością wielką i odwieczną i swego czasu miałam kapciuszki, kubek, maskotkę, pościel i plakat z tym cudownym zwierzem. Została mi się tylko pościel i plakat. Tylko niestety owe żyrafki mnie zawiodły, bo postanowiły, że oleją sobie to, że je odwiedziłyśmy i stały w drugim końcu, do tego w cieniu. Także zobaczenie ich nie było łatwą sprawą. Na szczęście podziękujmy Bogu za zoom w telefonie.

Takie ładne. Chyba zakochane...

A tu kilka ciekawostek. Niektóre są naprawdę bardzo interesujące.

Na przeciwko żyraf mieszkają sobie hipopotami i miałam nadzieję, że chociaż one nie będą takie niemiłe jak ich sąsiadki, ale niestety, przeliczyłam się. W ich zagrodzie było jeszcze ciekawiej. Totalne obiboctwo. I tutaj, po raz kolejny Wilson wygłosił swoje ulubione zdanie: "To wszystko takie leniwe...". Hipcie spały sobie smacznie po jednej stronie siatki, a po drugiej towarzyszył im tapir. Też mało rozrywkowy. Chyba ta pogoda tak na nich podziałała. 

"- Dzień dobry, co u sąsiadów słychać?
- A idź pan, śpię sobie, a tu ciągle ktoś przyłazi."

Zaraz obok były kapibary i bardzo chciałam je zobaczyć, ale jakimś cudem rozpłynęły się w powietrzu i nigdzie ich nie było. A one są takie urocze. Bardzo urocze. Potem były pelikany i chociaż one były towarzyskie. Stały sobie na wysepce i coś tam klekotały. Niestety wspaniała wycieczka też zaczęła drzeć twarze i nie można było podsłuchać co pelikany miały na myśli. A czy to, że nazywały się Baba mogło mieć jakiś związek z nami? 

Narada zawsze spoko.

Postanowiłyśmy wyprzedzić wycieczkę i skierować nasze kroki do przeuroczych Królów Zwierząt (cóż, Lee na fanpage'u na Facebooku sugerował, że te zwierzątka mogą się pojawić). Pełne nadziei, że kociaki pokażą się w całej okazałości ruszyłyśmy do lwiarni. Wchodzimy do środka, a tam... Smród i nic więcej. Śmierdziało niesamowicie, ale jak wstrzymało się oddech to nie było tak źle. Jedynym malutkim stworkiem jaki sobie spał pod światłem lampy był słodki kociak (i zabijcie mnie, ale nie pamiętam jak on się nazywał, a zdjęcia tabliczki nie zrobiłam). Wilson stwierdził, że chce go zabrać do domu. W sumie to też bym tak zrobiła. Ciekawe czy by się zorientowali, że jeden okaz zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach...?

Zabijcie mnie za jakość tego zdjęcia, ale jakieś dzieciaki się na nas pchały i szturchnęli mnie podczas robienia zdjęcie. Niestety na drugie nie było już szansy, bo owi zamieszacze przykleili się do szyby i nie miałam jak podziwiać kotełka.

Wyszłyśmy z lwiarni i przeszłyśmy wzdłuż zagrody z lwami licząc, że będą się gdzieś wylegiwały na słońcu. Najpierw nigdzie nie mogłyśmy ich dostrzec, ale potem się objawiły. Leżały na samym środku zagrody na wzgórzu, którego czubka nie było widać. Kolejne zwierzęta po prostu gwiazdorzyły. Starałyśmy się zobaczyć je z każdego możliwego miejsca, ale to na nic. Nie było ich widać nawet ze specjalnego podestu do podziwiania ich. Olały sprawę i tyle.

Sorry, lepiej ich nie będzie widać. 

Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki fochom lwów dowiedziałam się, że dawno temu w oliwskim zoo mieszkała lwica... Iga. Tak, tak, jestem taka dumna, że mogłam się o tym dowiedzieć. Wilson stwierdził, że zostałam gwiazdą nie wiedząc o tym. Przy okazji całkiem uroczy z niej słodziak (znaczy z lwicy Igi, nie ze mnie).

Takie słodkie z niej lwiątko...

A tu ze swoim czadowym tortem z pasztetu. Wilson stwierdził, że to musi być odjechana sprawa taki tort. Szczerze, nie pogardziłabym, bo lubię i tort i pasztet... 

Po zachwycie nad moją imienniczką poszłyśmy oglądać bongo, a potem jedne z dwóch najbardziej kochanych zwierzów w całym ZOO. Mam na myśli zebry, które nas zaskoczyły totalnie, bo nie dość, że chętnie podchodziły w miarę blisko, to jeszcze pozowały i gdy im się powiedziało np. "no siema" to szły bliżej, a jak "papa" to sobie odchodziły. Ot, takie kulturalne i wychowane. Dodatkowo Wilson mi oznajmił, że postanawia nazwać zebrę, która ma największe parcie na szkło i mianuje ją... Iga. Ach, to imię takie popularne w tym dniu. Z radością przyjęłam tę informację do wiadomości i zaczęłam robić jeszcze więcej zdjęć mojej kolejnej imienniczce. Ale zaraz, zaraz... A co jeśli to był facet? Oj...

 Omomomomom, dobry piasek.

 A tu z kumplem.

Ech, takie mam parcie na szkło...

Po porzuceniu zeberek przedostałyśmy się do największych słodziaków w całym ZOO. Co się z tym wiąże, spędziłyśmy tam najwięcej czasu. Mowa tu o... surykatkach. To co się działo w ich zagrodzie to materiał na dwugodzinny hit kinowy. Wilson po raz kolejny rzucił cenną uwagę, że jedna z tych surykatek to ona w czwartki (w czwartki Wilson ma wolne od zajęć) i takie życie jest bardzo miłe. Potem poszłyśmy do ich mieszkanka, ale smród jaki tam panował (dzielą mieszkanko z żyrafami) był trochę uciążliwy. No dobra, nie do wytrzymania. Popatrzyłyśmy na dwie leniwe i stare surykatki i się ulotniłyśmy. Aha i skoro była zebra Iga to tutaj rozwalona surykatka dostała imię Ola (po Wilsonie).

Strażniczka Teksasu

O, a to właśnie Wilson w czwartkowe poranki

Lalala, tak sobie siedzę w dole i czekam nie wiem na co...

Po całym kabarecie u surykatek udałyśmy się do ptaszarni, w której oprócz tego, że było gorąco jak w piekarniku to jeszcze były inne zwierzęta niż papugi. Można było zobaczyć krokodyle, żółwie, węże i żaby. Do tego ponownie napotkałyśmy wycieczkę i zadzwonił do mnie tata, który pewnie otrzymał moje zdjęcie w tym czasie. Oczywiście pierwsze pytanie jakie usłyszałam to: "Czy widziałaś lwy?", a potem "Ile teraz kosztują bilety?". Ech ten standardzik. Pokręciłyśmy się po owym piekarniku i ruszyłyśmy dalej.

 Leniwa papuga

"Tu stoją krokodyle i orangutany...". Krokodyle tak, orangutan potem.

Kolejnym punktem wycieczki był gepard, który dla każdej z nas był inny. Pod względem zachowania. Mi udało się zrobić mu dwa zdjęcia, ale gdy tylko Wilson próbował swoich w tej kwestii dziki kotek jej uciekał. Najpierw zwiał do swojego przytulnego domku, a potem, gdy zorientował się, że wyłączyła aparat postanowił wyjść. Z kolei, gdy znowu próbowała go zaatakować kamerą, ten skutecznie ukrył się pod drzewem w cieniu i postanowił stamtąd już nie wychodzić.

Pan i władca swej zagrody

Dalej były różne inne zwierzątka, których nazw nie pamiętam, ale były ładne i na pewno dzikie, bo wszędzie na ogrodzeniu było napisane, że dotknięcie grozi niebezpieczeństwem (czy coś takiego). Gdy tak sobie szłyśmy kolejnymi alejkami trafiłyśmy na tyły zagrody dla słoni, a tam na jednej z szyb dostrzegłam jadłospis owych zwierząt. Po krótkiej kalkulacji doszłyśmy do wniosku, że w sumie też jemy niektóre z tych rzeczy, ale nie w takich ilościach. Bo chyba jednak był miała problem, żeby dziennie zjeść 10 kilo buraków albo 5 kilogramów bananów. 

Menu idealne, przynajmniej dla słoni.

Całkiem niedaleko słoni były pingwiny, które radośnie sobie hasały nad ich oczkiem wodnym. A za nielotami było to miejsce, w którym człowiek czuje się najszczęśliwszy, bo jest wśród swoich... Małpiarnia! Dużo różnych małp. Tych człekokształtnych i nie tylko. Ale pozwólcie, że najpierw opiszę anegdotę. Do ZOO jeżdżę średnio raz na siedem lat (jeśli zapytacie o to mojego tatę to powie Wam, że gdzie, no jak to, co trzy lata na bank jesteśmy. Otóż nie.) i gdy byłym w ZOO pierwszy raz był tam goryl Karol, szef rodu. Tylko, że Karol miał jeden problem. Nie miał nogi (o matko, nawet, gdy teraz o tym myślę to mi smutno i zaczynam mieć depresję), ponieważ chorował na cukrzycę i gdyby mu tej nogi nie amputowali to po prostu by zdechł. Więc gdy go po raz pierwszy zobaczyłam wpadłam w taką histerię, że mama mnie nie mogła uspokoić. Pytałam dlaczego i że tak nie powinno być i że to straszne. Kiedy po kilku latach oswoiłam się z demonem sytuacji i ponownie pojechaliśmy do ZOO jedyne co chciałam zobaczyć to owy Karol. Niestety, kiedy tylko pojawiłam się przed małpiarnią i na tablicy z drzewem genealogicznym zauważyłam, że widnieje data śmierci Karola to dostałam takich spazmów, że aż ludzie się na mnie patrzyli. No po prostu trauma (zaraz zacznę płakać, serio). Mama mi zaczęła tłumaczyć, że on już był stary i tak się musiało stać. Ale ja i tak nie mogłam się ogarnąć i resztę wycieczki spędziłam w stanie depresji. Z kolei dziś liczyłam na to, że zobaczę chociaż to drzewo, żeby zobaczyć ile lat żył Karol, a tu niespodzianka. Nie było nawet tablicy. No i moje serce znów poczuło się smutno. Ale na pocieszenie dziś po linach śmigała pani małpa z malutkim małpiątkiem wczepionym w jej ciało. 

Niuniu się schowało...

A zanim objawiła się szympansica to był jeszcze orangutan, który wyglądał na nieszczęśliwego i samotnego i zrobiło nam się go szkoda. Ale miał jedzonko i dywan. Tylko, że potem jakoś się zawstydził i zawinął w ten dywan, dając nam do zrozumienia, że mamy sobie iść. A my się nie sprzeciwiałyśmy i ruszyłyśmy dalej. 

Wybaczcie mi jakość, ale po prostu szyb tam nie umyli. Może dlatego pan orangutan był smutny?

Potem było jeszcze więcej innych zwierząt, których nazw nie pamiętam, ale był też uroczy kangur, który leżał pod płotem. W sumie to chciałam go dotknąć, ale jak zobaczyłam jego pazury to stwierdziłam, że niech sobie dalej śpi, a ja sobie tylko na niego popatrzę. Po drugiej stronie był za to łoś albo renifer (zastrzelcie mnie, ale nie pamiętam!), który swoim pyskiem zatrzymał się ode mnie jakieś dziesięć centymetrów. Całkiem milutko i przyjaźnie. Jego też chciałam dotknąć, ale doszłam do wniosku, że skoro ja nie lubię jak mi się przeszkadza w jedzeniu to on też by nie był zachwycony, bo właśnie szamał jakieś sianko. 

 Czyż on nie uroczy?

Nie chciałam mu zaglądać do miski, ale tak wyszło.

Później był wilk otoczony siatką tak, że człowiek by nie wsadził tam palca. I dobrze. Następnie więcej dziwnych zwierzątek, których nazw też nie pamiętam oraz klatki z orłami, sowami i pawiami. Generalnie ładne, duże ptactwo, które potrzebuje powietrza. Dalej się trafił jakimś cudem jeden wielbłąd, który chyba wędrował przy płocie swojej zagrody gdzieś na tyłach oraz stadko ładnych żubrów. O i zapomniałabym... Pojawiły się jaki, przez co ja potem chodziłam i śpiewałam piosenkę z reklamy pewnej sieci komórkowej w wykonaniu Krzysia Krawczyka "Jak minął dzień?". 

Jaki, jaki, więcej jaków.

Po jakach był bardzo smutny tygrys, który tęsknymi oczętami patrzył na to co dzieje się za szybą. Domyślam się, że miał ochotę nas zjeść, ale i tak mi go było szkoda. A obok niego w klatce siedział niedźwiedź, a właściwie spał, bo jedyne co można było zobaczyć to jego ciałko zwinięte w kulkę i odwrócone zadkiem do publiczności. A gdy już porzuciłyśmy drapieżniki to trafiłam do rodzinnego domu i znalazłam się u lam i alpak (i kilka wielbłądów wpadło). Lamy mnie trochę olały i nie witały z otwartymi ramionami, ale alpaki były kulturalniejsze. Nawet chętniej pozowały do zdjęć.

 Lamy... Mało zainteresowane.

Alpaki... Już bardziej.

Po wizycie u moich krewnych udałyśmy się już do wyjścia i na autobus, bo czas już było wracać do rzeczywistości. Aha i przy alpakach znowu padło zdanie: "Jakie to wszystko jest tutaj leniwe". A na koniec kilka ciekawych zdjęć, nie koniecznie zwierzątek. :)

 Lewki też tak bardzo ciekawe, chociaż strasznie gwiazdorzą...

No kto by się po nim spodziewał...?

 Ciekawe czy chłopaki grali z małpami w siatkówkę?

 Powieszę to sobie nad łóżkiem, żeby pamiętać, że bananki są zdrowsze...

 ... A to na lodówce, żeby generalnie jedzenie ograniczać.

Do zobaczenia za siedem lat... Ostatnio mi wyszło w quizie, że wyjdę za mąż w wieku 27 lat, czyli dokładnie za siedem lat. Zapewne następnym razem w ZOO pojawię się z przyszłym mężem. :P

piątek, 9 stycznia 2015

Little man in Gdańsk - Czyli historia pewnej miłości...

Moja metryka w urzędzie w jednej z rubryk ogłasza: "Miejsce urodzenia - Gdańsk". Czy się z tego cieszę? Owszem. Czy jestem z tego dumna? Jak najbardziej. Od zawsze miałam miłe skojarzenia z tym miastem, a w moim sercu są piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to człowiek przyjeżdżał do dziadków przy każdej możliwej okazji. Dzielnica, którą najlepiej znam to zdecydowanie Przymorze. Narobiło się tam mnóstwo kilometrów spacerując, jeżdżąc na rowerze, bawiąc się na placu zabaw. Za każdym razem, gdy przejeżdżam tam tramwajem lub samochodem to łezka się kręci w oku, więc naturalnym wyborem uczelni do studiowania był Gdańsk. Ale tak naprawdę w tym mieście zakochałam się dzisiaj i to dzięki banalnym doświadczeniom. Zajęcia na uniwersytecie skończyłam dziś o 9:15 (pan doktor wypuścił nas szybciej) i radośnie stwierdziłam, że do pociągu do domu zostało mi prawie dwie godziny. Wsiadłam w najbliższy tramwaj i udałam się do centrum po ciepłe pączki, które są przepyszne. Tym samym chciałam zrobić rodzince niespodziankę i przywieść coś na osłodę po całym trudnym tygodniu. A gdy miałam już pączki w plecaku i czekałam na przystanku na tramwaj, który miał mnie zabrać na dworzec w Gdańsku Wrzeszczu, doznałam olśnienia. Dookoła mnie ludzie się spieszyli, samochody pędziły, a ja po prostu stałam i gapiłam się na drzewa, przez które przebijało się słońce. Poczułam się jakby była wiosna. Odpłynęłam gdzieś myślami. W uszach sączyło się ukochane The Police, a potem sam Sting, już solo. Wsiadłam do tramwaju, przejechałam z pięć przystanków i ruszyłam dzielnie w stronę dworca. Przez cały czas rozglądałam się.  Niby byłam tu już wcześniej, ale wszystko wydawało mi się jakieś inne, nowe. Mijali mnie dziwni ludzie, a ja mijałam dziwne budynki. W głowie zakiełkowała mi myśl: "A może by tak opisać to miasto? Wymyślić bohatera, umieścić go w tych ulicach i pozwolić mu ożyć?". Jednak potem mi się przypomniało: "Po co? Przecież to już jest. Czytałaś to". No właśnie czytałam...

Otóż, Moi Drodzy, mam niezwykłe szczęście, że znam osobiście (no dobra, widziałam ją tylko raz i zamieniłam z nią dwa zdania) pewną gdańską pisarkę, Katarzynę Rogińską. Ale największym szczęściem jest to, że jest ona koleżanką z podstawówki (z klasy) mojego taty. 26 maja 2011 roku dostaliśmy zaproszenie do oliwskiej biblioteki na spotkanie autorskie. Cieszyłam się jak dziecko. Ale wróćmy do początku. Pierwsza książka, a raczej opowiadanie pani Kasi wpadło w moje ręce latem 2009 roku, gdy tata przywiózł do domu malutki tomik "Tajemnica Neptuna", który otrzymał od współautorki książeczki podczas spotkania po latach. Podprowadziłam książkę i zatopiłam się w opowiadanie pt.: "Kocim szlakiem". Nawet nie wiedziałam kiedy, a skończyłam lekturę. I wtedy pomyślałam: "Ja chyba też bym chciała pisać". Akcja opowiadania rozpoczyna się od uroczego opisu nawiązującego do kotów (autorka uwielbia koty i w każdej książce jest o nich bardzo dużo), jednak potem mamy do czynienia z obciętą głową znalezioną na pętli w Oliwie. I wtedy zaczyna się zabawa...

Rok później w 2010 roku ukazała się książka "Jeśli czegoś pragnę" i tym razem pani Kasia jest jedyną autorką. W tej powieści mamy do czynienia z tajemniczymi zgonami w domach pomocy społecznej. Wszędzie niby jest ta sama przyczyna zgonu, ale to tylko napędza coraz więcej podejrzeń. Rozpoczyna się śledztwo, a my poznajemy biegłą sądową Grażynę Król i sierżanta Szolca, który jej pomaga. Jak dla mnie jest to dobry, zaskakujący kryminał. Jeśli ktoś lubi ten gatunek to będzie się świetnie bawił.

Ale wróćmy do 26 maja 2011 roku. Wraz z rodzicami zajęłam miejsce w bibliotece i słuchałam co autorka ma do powiedzenia na temat swojej najnowszej książki "Wieża sokoła". Po zapoznaniu z fragmentami powieści można było zakupić przedmiot owego spotkania i porozmawiać chwilę z autorką oraz zdobyć autograf. Byłam nieco zawstydzona, ale tata zgarnął mnie z krzesła i poszliśmy do pani Kasi. Zostałam przedstawiona jako córka mojego taty i porozmawiałyśmy trochę, ale z tego stresu niestety nie pamiętam o czym. Poprosiłam o autografy na książkach (mam imienne i do tego przy każdym podpisie jest pyszczek kotka) i pożegnaliśmy się. Zadowolona, że będę miała nową książkę do czytania, wróciłam do domu. Tylko, że pojawił się mały problem. Zaczęłam czytać i... się rozczarowałam. Wiem, że jest napisane na okładce, że to mroczny thriller, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W książce poznajemy młodą Greczynkę o imieniu Dymitra, która na swojej drodze spotyka przystojnego Edwarda i jego matkę, Polaków. Zakochana dziewczyna przyjeżdża z nim do Polski i zaczyna się dla niej prawdziwe piekło. Facet jest tak obrzydliwy, zboczony i nienormalny, że wymiękłam. Książka ma 296 stron, a ja ją porzuciłam już na 102. Po prostu dalej nie mogłam i póki co nie mogę się zmusić do lektury. Wierzę, że to się kiedyś zmieni, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.

Jednak ktoś lubi koty, greckie krajobrazy i dreszczyk emocji to gorąco polecam książki pani Kasi. Za "Wieżę..." nie ręczę, ale dwie pozostałe to świetna zabawa. Ale głównym powodem, dla których warto sięgnąć po te powieści (i opowiadanie) to dokładne i piękne opisy Gdańska, a szczególnie Oliwy.



czwartek, 13 listopada 2014

Czy Ten Drugi naprawdę istnieje? - Czyli dajcie na scenę dwóch pisarzy i czekajcie na efekt!

W zasadzie powinnam zamieszczać tu wpisy tylko o książkach albo o autorach, ale chcę się podzielić z Wami czymś co może mieć jednak związek z literaturą. W poniedziałek miałam okazję rozmawiać ze znajomymi mojego taty i padło hasło, że idę do teatru, na co jeden z nich mi odpowiedział: „Ja to tam nigdy nie byłem w teatrze, nic ciekawego”. Cóż, ile osób tyle opinii, ale może nie warto oceniać książki po okładce jak to mawiają. Może czasem jest to coś interesującego?

W owym teatrze miałam przyjemność być 11 listopada na spektaklu wystawianym przez Teatr Narodowy z Warszawy pt.: „Dowód na istnienie drugiego”. Mimo iż była to końcówka tzw. długiego weekendu i nie chciało mi się wracać do akademika z domu to wiedziałam, że czeka mnie tego dnia niesamowite przeżycie. Początkowo byłam zestresowana faktem, że nie zdążę na spektakl albo coś będzie nie tak z biletem. Na szczęście takiego się nie stało. Za to przytłoczył mnie ogrom pięknego gmachu Teatru Szekspirowskiego, w którym odbywał się spektakl. Sala ze sceną w całości wyłożona drewnem i fotele jakby żywcem wyjęte z salonu w bogatym domu nic a nic nie przypominają ziejącego nudą i niezbyt przyjemnym zapachem miejsca. Kulturalnie zajęłam miejsce i usiadłam, pisząc sms-y z moją Dobrą Duszyczką (pozdrawiam Cię :* ), gdy nagle zauważyłam, że stoi sobie urocza pani z jakimiś książeczkami i otacza ją tłum ludzi. Zebrałam się z fotela i poszłam do niej. Okazało się, że sprzedaje (hmm… jakby to nazwać?) broszury dotyczące spektaklu, w których znajdują się m.in. opis spektaklu, scenariusz, słowo od reżysera i sylwetki aktorów biorących udział w przedstawieniu. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że kupię sobie to cudeńko (tak, tak, za to się płaci i to jeszcze 12 zł). Niestety owa pani nie miała drobnych i musiałam iść z nią do wyjścia do drugiej pani. Tamta pani dała mi moje należności i byłam już wolna trzymając w ręku książeczkę. Jednak zanim wróciłam na miejsce znalazłam na stoliku koło wejścia pocztówki reklamujące inne spektakle TN. Niestety udało mi się dorwać tylko dwie, bo starsze kobiety się pchały jakby to było złoto albo co najmniej darmowe bilety. Jednak swoje wywalczone karteczki z reklamą (czy to właściwe słowo?) „W mrocznym mrocznym domu” i „Fortepian pijany” schowałam do broszury i wróciłam skąd przyszłam. Nim zdążyłam się dobrze wkręcić w czytanie zgasły światła i… The show must go on!

W oficjalnej wersji poszłam na spektakl, żeby zażyć trochę poważnej kultury, ale tak naprawdę chciałam się pogapić na ładnych i zdolnych ludzi, których się widuje w kinie albo telewizji. No bo kto by nie chciał zobaczyć na żywo Jana Englerta albo Kamilli Baar? Poszłam też na to z innego powodu, ale to już pozostawię dla siebie. W końcu trzeba mieć jakieś sekrety.

„Dowód na istnienie drugiego” to zderzenie ze sobą dwóch wielkich autorów: Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza. Kto z nas nie zna takich tytułów jak  „Tango”, „Ferdydurke” czy „Trans-Atlantyk”? Maciej Wojtyszko (reżyser spektaklu) pokazuje dwóch zupełnie różnych pisarzy. Mrożek – małomówny (co świetnie pokazane jest w pierwszym akcie), trochę jakby obok wszystkiego oraz Gombrowicz –  egoistyczny, uważający się za lepszego od innych. W tych rolach pojawili się genialni aktorzy, Cezary Kosiński i Jan Englert. Na scenie towarzyszyli im Kamilla Baar jako Rita Labrosse, Monika Dryl jako Maria Paczowska, Patrycja Soliman jako Mara Obremba, Marcin Przybylski jako Kazimierz Głaz oraz Grzegorz Kwiecień jako Bohdan Paczowski. Cała akcja toczy się głównie wokół Mrożka i Gombrowicza, ale gdyby nie bohaterowie drugoplanowi (choćby Rita, która przez cały czas mówiła po francusku, a po polsku powiedziała może jedno słowo albo Głaz, który przez większość pierwszego aktu się śmiał i sprawiał wrażenie jakby nie do końca wszystko było z nim w porządku) to spektakl nie bawiłby tak bardzo. Oczywiście w ostatniej scenie już nie było zabawnie, ponieważ pojawia się wątek śmierci Gombrowicza, a opowiada o tym Mrożek. Generalnie drugi akt był mniej zabawny niż pierwszy, ale chyba taki był zamysł reżysera. W każdym razie podczas owej sceny pani siedząca obok mnie zaczęła płakać. Ogólnie spektakl bardzo mi się podobał i jeśli będę miała okazję (albo i Wy, Moi Czytelnicy) to pójdę jeszcze raz! Tylko trzeba będzie się bić o bilety, bo jak tylko się dowiedziałam o sprzedaży biletów (czyli dzień po owym wydarzeniu) to 3/4 miejsc było już wyprzedanych.

Muszę powiedzieć, a raczej napisać, że pewne fragmenty bardzo się wyróżniały. Szczególną perełką, która zasługuje na uwagę jest scena, w której Mrożek mieli mięso, stojący obok niego Głaz kroi pietruszkę (tak to przynajmniej wyglądało z mojej perspektywy), a siedzący na krześle Gombrowicz rozprawia o tym , czy jak umrze to pochowają go na Wawelu i czy Mrożek wygłosi mowę (co jest bardzo znaczące i w tym momencie cały teatr wybucha śmiechem, bo Mrożek przez cały spektakl powiedział może z dziesięć zdań). W międzyczasie Kazimierz ucina sobie palec nożem, rozpoczyna poszukiwania  opatrunku, a Mrożek wypowiada jedno z najważniejszych zdań  całej sztuki: „Najlepiej by się było nie urodzić. Tylko kto ma tyle szczęścia?”. Ech, wszechobecny dekadentyzm...


Nie chcę tu streszczać całego spektaklu, bo może ktoś będzie miał okazję zobaczyć go na żywo, dlatego pozostawię ten wpis taki jakim jest. Ja bawiłam się świetnie, pieniędzy jakie zapłaciłam za bilet nie żałuję, a jak jeszcze kiedyś Teatr Narodowy przyjedzie ze spektaklami (w tym miesiącu będą wystawiać jeszcze dwa, ale z tego co wiem to biletów już raczej nie ma) to na pewno się wybiorę.