Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2017

Dziennikarstwo śledcze po polsku, czyli Pakt

Tak się zbierałam, zbierałam i zebrać nie mogłam, ale w końcu się udało. To, że mamy dobrych aktorów to już wiadomo jakiś czas temu. Ale mam na myśli aktorów, takich z prawdziwego zdarzenia, a nie z przypadku. Więc skoro mamy tych aktorów to i przydałoby się ich umieścić w jakiejś dobrej produkcji. I w końcu się udało. "Pakt" to taki serial, który się albo kocha albo nienawidzi. Albo siadasz jednego wieczoru i pochłaniasz za jednym razem cały sezon albo obejrzysz odcinek i stwierdzisz: "nie, beznadzieja". Cóż, nie spotkałam się z żadnymi negatywnymi komentarzami poza jednym: "za dużo przekleństw i seksu". Serio? Przecież nie oszukujmy się, że ludzie na co dzień tak funkcjonują.


Póki co twórcy wypuścili dwa sezony, po sześć odcinków każdy. Nie ukrywam, że liczę na kolejne odcinki, bo to naprawdę bardzo dobrze się ogląda. Nie jest to pusty serial, który może sobie lecieć w tle. Tutaj trzeba trochę pomyśleć. Zastanowić się kto, gdzie, z kim i dlaczego. 

Sezon 1

W pierwszym sezonie poznajemy dziennikarza śledczego Piotra Grodeckiego (Marcin Dorociński), który tworzy materiał dotyczący korupcji w wielkiej firmie. Jak się potem okazuje, cała sprawa dotyczy jego brata, Daniela (Jacek Poniedziałek). Cała sprawa zaczyna się komplikować, giną kolejni ludzie, a nasz główny bohater nie ma pojęcia w co wdepnął. Do tego na światło dzienne zaczynają wychodzić rodzinne tajemnice i nikt nie jest już bezpieczny. 


Pierwszy sezon jest naprawdę dobrym thrillerem, podczas którego podążamy za różnymi tropami, staramy się spojrzeć na wszystkie wskazówki pod różnymi kątami. Podobno "Pakt" jest wzorowany na jednej ze skandynawskich produkcji. Szczerzę przyznaję, że nie nie oglądałam "Układu", ale może powinnam nadrobić. Chociażby ze względu na to, by zobaczyć komu sprawa wyszła mroczniej. 


Obejrzenie pierwszego sezonu zajęło mi jeden wieczór. Właściwie nam, bo oglądałam z rodzicami i muszę powiedzieć, że zaczynam doceniać wspólne oglądanie, bo to takie fajne, gdy możesz podyskutować na temat tego co może się wydarzyć, a potem się okazuje, że jednak źle myślałaś i to nie do końca jest to. Śmieszną rzeczą w tym serialu jest to, że gdzie by się nie pojawił Grodecki, bo poszedł z kimś rozmawiać od danej sprawie czy kwestii to ta osoba na pewno zginie. Jeśli sama się nie zabije to ktoś inny to dla niej zrobi. W pewnym momencie już nawet rozmawialiśmy podczas oglądania, że ten czy tamten zaraz zginie i potem niespodzianka, umarło mu się. 


Co ciekawe rozwiązanie całej zagadki z pierwszego sezonu było trochę łatwiejsze do zrozumienia niż to z drugiego. Ale z drugiej strony wiele kwestii nie zostało wyjaśnionych, co mogło sprawiać wrażenie, że twórcy po prostu zapomnieli o kilku istotnych rzeczach, które w rzeczywistości nie uszłyby głównemu bohaterowi na sucho. Miałam też problem ze śmiercią jednego bohatera, a wcześniej z jego zachowaniem. Trochę to było tak dziwnie zbudowane, bo ani nie wyjaśniono dlaczego taki jest i tak się zachowuje, ani dlaczego znalazł się w tym miejscu, w którym się znalazł. Zresztą sam Grodecki przyznał, że to było zupełnie bez sensu i nie powinno tak wyglądać. 


Sezon 2

Złośliwi (albo i nie) mogliby powiedzieć, że drugi sezon to takie polskie "House of cards". Drugi sezon miał jakieś kiełkowanie już w pierwszej transzy. Trochę się nie spodziewałam, że to pójdzie w stronę polityki i z detektywistycznej produkcji przekształci się to intrygę polityczną. Z jednej strony wyszło to na dobre, ale osobiście uważam, że pierwszy sezon był lepszy. 


W drugim sezonie twórcy przedstawili to, co się może wydarzyć przed wyborami, a w szczególności, gdy na scenę wchodzi nowa partia. Może i byłoby to w jakiś sposób śmieszne, gdyby nie fakt, że takie rzeczy naprawdę się dzieją. No, może w naszej Cebulandii nie na taką skalę, ale zawsze jakieś afery wyjdą na jaw. Bardzo dobrze przedstawiono, że polityka to brudny sport i trzeba mieć twarde łokcie i giętki kark, a także mocną psychikę, bo ludzie jeśli potrafią to mogą komuś w łatwy sposób zniszczyć życie za równo publiczne jak i osobiste. 


Prawda jest taka, że dopóki ktoś trzyma władzę to może wszystko i pociąga za każdy sznurek, nawet ten niewidzialny. A ci co chcą się dostać na sam szczyt mogą być zepchnięci za pomocą niewielkiego wiaterku. Do tego ręka rękę myje i mamy mieszankę wybuchową, w której zaczynamy się gubić. W drugim sezonie miałam ogromny problem, żeby zrozumieć kto za wszystkim stał i toczyłam dyskusje zarówno z rodzicami jaki i ze współlokatorkami (tak, tak, wszystkich wciągam w seriale... jeszcze ktoś chętny?). 


Zarówno w pierwszym jak i w drugim sezonie ludzie od castingu się bardzo postarali. Zaczynając od samego Dorocińskiego w głównej roli (moja współlokatorki stwierdziły, że w tym domu to się go bardzo szanuje i to nie jest, że byle jaki dziennikarz w serialu, to po prostu Dorociński). Ja Dorocińskiego bardzo lubię i szanuję, do tego stopnia, że nawet potrafi mi się w nocy śnić. a tak poważnie to poza Szycem, którego nie toleruję, każdy idealnie pasował do swojej roli i głęboko wierzę, że z każdym kolejnym polskim serialem będzie równie dobrze jak z "Paktem". 


Trzymam kciuki za powstanie trzeciego sezonu i mam nadzieję, że poziom nie poleci na łeb na szyję. Szkoda by było, gdyby potencjał i prym dwóch poprzednich sezonów został zmarnowany. 

P.S. Wpis jest ze specjalnymi pozdrowieniami dla mojej koleżanki Marty, która terroryzowała mnie o niego już od dłuższego czasu :) 

piątek, 9 stycznia 2015

Little man in Gdańsk - Czyli historia pewnej miłości...

Moja metryka w urzędzie w jednej z rubryk ogłasza: "Miejsce urodzenia - Gdańsk". Czy się z tego cieszę? Owszem. Czy jestem z tego dumna? Jak najbardziej. Od zawsze miałam miłe skojarzenia z tym miastem, a w moim sercu są piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to człowiek przyjeżdżał do dziadków przy każdej możliwej okazji. Dzielnica, którą najlepiej znam to zdecydowanie Przymorze. Narobiło się tam mnóstwo kilometrów spacerując, jeżdżąc na rowerze, bawiąc się na placu zabaw. Za każdym razem, gdy przejeżdżam tam tramwajem lub samochodem to łezka się kręci w oku, więc naturalnym wyborem uczelni do studiowania był Gdańsk. Ale tak naprawdę w tym mieście zakochałam się dzisiaj i to dzięki banalnym doświadczeniom. Zajęcia na uniwersytecie skończyłam dziś o 9:15 (pan doktor wypuścił nas szybciej) i radośnie stwierdziłam, że do pociągu do domu zostało mi prawie dwie godziny. Wsiadłam w najbliższy tramwaj i udałam się do centrum po ciepłe pączki, które są przepyszne. Tym samym chciałam zrobić rodzince niespodziankę i przywieść coś na osłodę po całym trudnym tygodniu. A gdy miałam już pączki w plecaku i czekałam na przystanku na tramwaj, który miał mnie zabrać na dworzec w Gdańsku Wrzeszczu, doznałam olśnienia. Dookoła mnie ludzie się spieszyli, samochody pędziły, a ja po prostu stałam i gapiłam się na drzewa, przez które przebijało się słońce. Poczułam się jakby była wiosna. Odpłynęłam gdzieś myślami. W uszach sączyło się ukochane The Police, a potem sam Sting, już solo. Wsiadłam do tramwaju, przejechałam z pięć przystanków i ruszyłam dzielnie w stronę dworca. Przez cały czas rozglądałam się.  Niby byłam tu już wcześniej, ale wszystko wydawało mi się jakieś inne, nowe. Mijali mnie dziwni ludzie, a ja mijałam dziwne budynki. W głowie zakiełkowała mi myśl: "A może by tak opisać to miasto? Wymyślić bohatera, umieścić go w tych ulicach i pozwolić mu ożyć?". Jednak potem mi się przypomniało: "Po co? Przecież to już jest. Czytałaś to". No właśnie czytałam...

Otóż, Moi Drodzy, mam niezwykłe szczęście, że znam osobiście (no dobra, widziałam ją tylko raz i zamieniłam z nią dwa zdania) pewną gdańską pisarkę, Katarzynę Rogińską. Ale największym szczęściem jest to, że jest ona koleżanką z podstawówki (z klasy) mojego taty. 26 maja 2011 roku dostaliśmy zaproszenie do oliwskiej biblioteki na spotkanie autorskie. Cieszyłam się jak dziecko. Ale wróćmy do początku. Pierwsza książka, a raczej opowiadanie pani Kasi wpadło w moje ręce latem 2009 roku, gdy tata przywiózł do domu malutki tomik "Tajemnica Neptuna", który otrzymał od współautorki książeczki podczas spotkania po latach. Podprowadziłam książkę i zatopiłam się w opowiadanie pt.: "Kocim szlakiem". Nawet nie wiedziałam kiedy, a skończyłam lekturę. I wtedy pomyślałam: "Ja chyba też bym chciała pisać". Akcja opowiadania rozpoczyna się od uroczego opisu nawiązującego do kotów (autorka uwielbia koty i w każdej książce jest o nich bardzo dużo), jednak potem mamy do czynienia z obciętą głową znalezioną na pętli w Oliwie. I wtedy zaczyna się zabawa...

Rok później w 2010 roku ukazała się książka "Jeśli czegoś pragnę" i tym razem pani Kasia jest jedyną autorką. W tej powieści mamy do czynienia z tajemniczymi zgonami w domach pomocy społecznej. Wszędzie niby jest ta sama przyczyna zgonu, ale to tylko napędza coraz więcej podejrzeń. Rozpoczyna się śledztwo, a my poznajemy biegłą sądową Grażynę Król i sierżanta Szolca, który jej pomaga. Jak dla mnie jest to dobry, zaskakujący kryminał. Jeśli ktoś lubi ten gatunek to będzie się świetnie bawił.

Ale wróćmy do 26 maja 2011 roku. Wraz z rodzicami zajęłam miejsce w bibliotece i słuchałam co autorka ma do powiedzenia na temat swojej najnowszej książki "Wieża sokoła". Po zapoznaniu z fragmentami powieści można było zakupić przedmiot owego spotkania i porozmawiać chwilę z autorką oraz zdobyć autograf. Byłam nieco zawstydzona, ale tata zgarnął mnie z krzesła i poszliśmy do pani Kasi. Zostałam przedstawiona jako córka mojego taty i porozmawiałyśmy trochę, ale z tego stresu niestety nie pamiętam o czym. Poprosiłam o autografy na książkach (mam imienne i do tego przy każdym podpisie jest pyszczek kotka) i pożegnaliśmy się. Zadowolona, że będę miała nową książkę do czytania, wróciłam do domu. Tylko, że pojawił się mały problem. Zaczęłam czytać i... się rozczarowałam. Wiem, że jest napisane na okładce, że to mroczny thriller, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W książce poznajemy młodą Greczynkę o imieniu Dymitra, która na swojej drodze spotyka przystojnego Edwarda i jego matkę, Polaków. Zakochana dziewczyna przyjeżdża z nim do Polski i zaczyna się dla niej prawdziwe piekło. Facet jest tak obrzydliwy, zboczony i nienormalny, że wymiękłam. Książka ma 296 stron, a ja ją porzuciłam już na 102. Po prostu dalej nie mogłam i póki co nie mogę się zmusić do lektury. Wierzę, że to się kiedyś zmieni, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.

Jednak ktoś lubi koty, greckie krajobrazy i dreszczyk emocji to gorąco polecam książki pani Kasi. Za "Wieżę..." nie ręczę, ale dwie pozostałe to świetna zabawa. Ale głównym powodem, dla których warto sięgnąć po te powieści (i opowiadanie) to dokładne i piękne opisy Gdańska, a szczególnie Oliwy.



wtorek, 23 września 2014

A może podróż na północ?

Z czym może kojarzyć się Szwecja? Z Ikeą? Ze szwedzkimi klopsikami? Z koroną szwedzką? Możliwe. Mi się kojarzy z małym, drewnianym domkiem w ciemnym lesie zasypanym śniegiem po sam dach. Ale w ostatnich latach na świecie skojarzenie jest jedno: świetne kryminały. Każdy z nas, interesujących się chociaż trochę literaturą jest w stanie wymienić minimum jednego autora. Tym moim jednym autorem będzie Stieg Larsson, a to znaczy, że skupię się na Trylogii Millennium.

Pierwszy raz usłyszałam o tej książce (a raczej książkach) w telewizji i będąc kiedyś z tatą na zakupach powiedziałam mu, że chcę to sobie kupić. Jednak 99,99 zł do wydania dla mnie jednorazowo (w tamtym czasie, bo teraz to nie problem) było niezbyt optymistyczną perspektywą i na jakiś czas zapomniałam o tym zakupie. Dopiero w 2012 roku zaczęła mi się obsesja na punkcie Daniela Craiga i zachciało mi się oglądać filmy z jego udziałem. W moje ręce wpadła produkcja o dziwnie znanym tytule "Dziewczyna z tatuażem" (w sumie kiedy film był w kinach mieliśmy jechać na to z klasą, ale naszej wychowawczyni nie spodobało się to, że tam jest scena gwałtu). Kulturalnie obejrzałam sobie trwający prawie trzy godziny obraz i od razu tego pożałowałam. Sam film był fajny i dzięki niemu pokochałam Rooney Marę, ale popełniłam typowy błąd. Nigdy najpierw nie oglądaj filmu tylko w pierwszej kolejności przeczytaj książkę o ile to pierwsze powstało na kanwie tego drugiego. Nie dość, że obcięto niektóre wątki to jeszcze pozmieniano pewne fakty. Ale, ale, tu nie o film chodzi. Ostatecznie Święty Mikołaj stwierdził, że byłam wystarczająco grzeczna przez cały rok, zrobił na Allegro zakupy, za które zapłacił o 30 złotych mniej niż w księgarni i zostawił mi box z książkami pod choinką. Trylogia Millennium to trzy wspaniałe tomy naprawdę dobrego kryminału i jedyne do czego można się przyczepić to kilka rozlazłych opisów, które są zbędne i dotyczą one przeważnie polityki.

W pierwszym tomie pt.: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" poznajemy dziennikarza Mikaela Blomkvista, który zostaje poproszony o napisanie biografii pewnego szwedzkiego przedsiębiorcy, który w latach swojej świetlności miał pod swoją władzą pół kraju. Jednak to tylko przykrywka. Mężczyźnie tak naprawdę zależy na tym by Mikael rozwiązał zagadkę zaginięcia jego bratanicy sprzed czterdziestu lat. Równocześnie zostaje nam przedstawiona genialna, choć całkowicie aspołeczna i dziwna hakerka Lisbeth Salander. Dziewczyna całe życie miała pod górkę i jedyną osobą, która poświęcała jej należną uwagę był jej kurator. Jednak odkąd mężczyzna zachorował zaczęła przeżywać prawdziwe piekło. Ale splot pewnych wydarzeń połączył ją z dziennikarzem i wspólnie zajęli się odkryciem mrocznej, rodzinnej tajemnicy bogatego Szweda.

W drugiej części pt.: "Dziewczyna, która igrała z ogniem" poznajemy więcej faktów z życia Lisabeth. Odkrywamy co tak naprawdę wydarzyło się, gdy była dzieckiem i jakie to miało konsekwencje w jej dorosłym życiu. Dodatkowo jest podejrzana o popełnienie poważnego przestępstwa. Blomkvist oczywiście nie wierzy w jej winę i będzie próbował jej pomóc. Z kolei w trzeciej części pt.: "Zamek z piasku, który runął" dochodzi do całkowitego odkrycia prawdy o przeszłości Salander co nawet szokuje samą bohaterkę. Dodatkowo w ostatnim tomie zostają poruszone kwestie polityczne, które nawet w obecnych czasach mogą mieć w sobie zawarte trochę obecnych sytuacji na świecie.

W trylogii pojawia lekki wątek miłosny między głównymi bohaterami. Z komentarzy, które kiedyś przeczytałam w Internecie wynika, że fani są podzieleni w tej kwestii. Część uważa, że bohaterowie powinni być razem, a pozostali, że to zdecydowanie niemożliwe i Lisabeth nie mogłaby być stateczną żoną Mikaela i matką gromadki ich dzieci. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy i według mnie oni lepiej pasują do siebie jako przyjaciele.

W 2004 roku autor zmarł nagle na atak serca. Jednak przed śmiercią Larsson rozpoczął pracę nad czwartym tomem. Niestety prawdopodobnie nie ujrzy ona światła dziennego. Są dwa powody, o których się mówi. Pierwszy to dlatego, że książka po prostu nie została dokończona, a drugim jest batalia o prawa autorskie i majątek autora, którą toczą ze sobą partnerka życiowa Larssona oraz jego brat i ojciec. Sprawa jest dość skomplikowana i nie będę się w to zagłębiać, a jeśli ktoś jest zainteresowany to odsyłam Internetu.

Co do tego ile zajęło mi przeczytanie książki to... No cóż... Ponad pół roku. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie miałam czasu, bo lektury szkolne były ważniejsze. A poza tym (może to głupie) nie chciałam się za szybko rozstawać z tą historią. Pierwszy tom przeczytałam w trzy dni, w Wigilię i Pierwsze oraz Drugie Święto Bożego Narodzenia. Drugi tom skończyłam czytać przed Sylwestrem. Z kolei ostatnia część to skomplikowana sprawa, bo zaczęłam czytać na początku stycznia, potem porzuciłam ją do ferii. W ferie trochę jej przerobiłam, ale z czasem nie było najlepiej i ostatecznie udało mi się do niej wrócić w lipcu. Ale ostatecznie skończyłam całość i zrobiło mi się smutno, że to koniec.

Osobiście gorąco Wam polecam tą trylogię i jeśli macie czas i pieniądze (pojedynczo książki kosztują 39,99 zł, 44,99 zł i 49,99 zł w kolejności od pierwszej do ostatniej) to śmiało po nią sięgnijcie. U mnie na regale ma honorowe miejsce i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do jej lektury.