Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktor. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2017

Szukamy pluskwy w Berlinie, czyli Berlin Station

Witam Państwa w 2017 roku! Zastanawiałam się jaki wpis powinien w tym roku być pierwszy i doszłam do wniosku, że nie ma co się użalać nad 2016, każdy wie jaki ten rok był i po prostu dajmy już mu spokój. Tak naprawdę ten wpis powinnam już zrobić przed świętami, ale tak wyszło, że nie wyszło. Dziś mam wolny dzień i w końcu zabieram się do działania. Od razu zaznaczam, że będzie spam gifowy czystym, brytyjskim pięknem. :D

Na "Berlin Station" czekałam odkąd się dowiedziałam, że jest w trakcie realizacji. I nie ma co ukrywać, że jedynym powodem, dla którego zaczęłam oglądać ten serial jest Richard Armitage. Poza tym nie było nic innego co by mnie zainteresowało. Nie dość, że akcja dzieje się w Berlinie to jeszcze obsada mało znana i oczywiście było wiadome, że będą szprechać po niemiecku, a jasną sprawą jest, że ja nienawidzę tego języka. Ale mimo wszystko, Rysiu...


"Berlin..." rozpoczyna się jakby od końca. W pierwszej scenie otrzymujemy to, co zobaczymy w ostatniej ostatniego odcinka. Cały sezon to jedna wielka retrospekcja, w której poznajemy przyczyny pojawienia się głównego bohatera, Daniela Millera (Richard Armitage) w Berlinie. Stopniowo zagłębiamy się w jego przeszłość i kontakty m.in. z Hectorem DeJeanem (Rhys Ifans).  Ale w tym serialu nie chodzi o przeszłość głównego bohatera, a raczej o teraźniejszość świata, w którym żyjemy. 


Istotnym wątkiem (ale nie najważniejszym) jest pojawianie się uchodźców ze wschodu i nie koniecznie ich dobrych intencji. Wydawać by się mogło, że na główny wątek serialu ma to spory wpływ, ale to tylko pozór, dzięki któremu widz może zostać trochę wyprowadzony w pole. Tym najistotniejszym jest rozwiązanie zagadki kim jest tajemniczy Thomas Shaw. I ten wątek jest dopiero ciekawy. Już w drugim odcinku wydawać by się mogło, że Shaw jest znany i rozpoznamy jego twarz. Ale nie, my znamy tylko jego pionki, którymi skutecznie gra. Potem zbici z tropu nie potrafimy go zidentyfikować, bo trochę tu, trochę tam, nowe wątki, zdarzenia i gdy wszystko zaczyna się układać opada nam szczęka i zaraz, zaraz, to on! Moje rozumowanie było o krok przed Danielem i szybciej niż on się zorientowałam o co tak naprawdę może chodzić...


Ale nie, układanka się rozpada i znowu nie znamy prawdy. Dopiero w ostatnich minutach serialu pojawia się coś co ciężko zdefiniować. Przyznaję się, że pomimo zakończenia sezonu, jeszcze przez jakiś czas się zastanawiałam czy moja interpretacja się zgadza z tym co zaoferowali nam twórcy i czy oni przypadkiem mnie nie trollują i czy ja wszystko rozumiem. Doszłam do wniosku, że jednak chyba nie, ale cii... Bo prawda jest taka, że ten serial to kumulacja złożonych postaci, które potwierdzają tylko regułę, że nie ma nikogo naprawdę uczciwego. Tutaj każdy nadaje na każdego, każdy pod każdym kopie dołki, ale szczęście, że ci co mają prawdziwe kłopoty to zawsze wiedzą do kogo iść, żeby nie wpaść w jeszcze większe. 


Dlatego oficjalnie mogę powiedzieć, że gdyby Craig naprawdę zrezygnował z bycia Bondem to ja bardzo chętnie bym w tej roli widziała Richarda Armitage'a. Chłopak grał już krasnoluda, żołnierza, Guy'a z Gisborne, a nawet trafił do Marvela (grał w pierwszej części Kapitana Ameryki) to i Bond by mu nie zaszkodził. Wiekiem też się nadaje, więc nie widzę przeciwwskazań. No i Anglik! Do tego bardzo ładnie wygląda w białej koszuli, krawacie i garniturze i jest wysoki. 


Jednak jeśli chodzi o bohatera, który skradł cały serial i to dzięki niemu człowiek czuł, że zaraz coś może się odwalić to Hector. W tej roli naprawdę genialny Rhys Ifans. Jakby ktoś nie kojarzył tego pana to właśnie on grał współlokatora-debila Hugh Granta w "Notting Hill". Zresztą polecam zajrzeć w jego filmografię i można się nieźle zdziwić w ilu filmach grał, które na pewno wiele osób wdziało. Ale wracając do jego bohatera, kiedy pierwszy raz się go widzi od razu się wie, że z tym gościem będą same kłopoty i nie ma co, ale jemu nie wolno ufać. A mimo to, że wie się, że to on poniekąd zgarnie nagrodę za czarny charakter, lubi się go, chociaż nie powinno. Widać, że cwaniaczek, że do celu dąży po trupach, ale gdzieś w sobie ma pewną wrażliwość i jeśli ktoś zrobi mu rysę na tej wrażliwości to nie spocznie dopóki ta osoba za to nie zapłaci. Oczywiście jak każdy nienormalny człowiek ma dziwne zainteresowania i pasje (he, he, he), ale ja mu wybaczam. Bo jest jedna rzecz, która mnie w nim uwiodła - głos. Jak się odezwał, a dużo się odzywał, no to nie mam pytań. Lubię takie głosy. Trochę przepite, trochę przepalone, ale wiedzą co mówią i nie należy przestać zabraniać im mówić. 


Oczywiście jak każdy serial jest kilka niedociągnięć, ale uważam, że każdy powinien je sam znaleźć i zadecydować czy rzeczywiście uważa to za niedociągnięcie czy jednak puszcza to mimo uszu i po prostu ogląda. Dobra serial szpiegowski, na którego drugi sezon czekam z niecierpliwością, bo szczerze mówiąc myślałam, że fabuła zostanie zamknięta, a zakończenie jest bardzo otwarte. 


A! Zapomniałabym, pamiętajcie, najważniejszą rolę i tak zawsze odegrają kobiety i podczas oglądania zwróćcie na nie uwagę. Domyślicie się o kim mówię. ;)

czwartek, 26 maja 2016

Jestem fangirl i nic tego nie zmieni

Dzisiaj nie będzie o filmach. Dzisiaj będzie o moich fangirlowych cierpieniach. W końcu to moje miejsce i tu mogę wylać swoje smutki i żale z tym związane. Ostatnio usłyszałam, że bycie fangirl to ciągłe polowanie. Tak się świetnie składa, że jestem Hunt (pozdrawiam!). Fangirl, żeby poszerzać swój harem nie może zamykać się w jednym kręgu. Musi poszukiwać, polować, zdobywać.


Ostatnio jakoś tak się stało, że mój fangirlowy pęd nabrał jakiegoś niesamowitego tępa. Kiedyś jak się uwiesiłam jednego obiektu (no dobrze, aktora) to potrafiłam szaleć za nim przez dwa lata i nikt inny mnie nie interesował. Od półtora roku to się jakoś zmieniło. Co rusz nowe trofeum, nawet nie jest w stanie powiedzieć kto się w ostatnim czasie najdłużej utrzymał. Stwierdzam, że w tej kwestii „dorosłam”. Na pewno zmienił mi się punkt widzenia. To już nie są szaleńcze miłości, że koniecznie, umrę jak nie dowiem się gdzie mieszka i jak ma rozmiar buta. Teraz bardziej zaczynają mnie interesować dokonania artystyczne (filmowo-serialowe) danego obiektu. Wolę obejrzeć wieczorem jakiś film z tą osobą niż szukać po portalach plotkarskich z kim jest czy na jakiej ostatnio imprezie bywał. Owszem, fajnie np. na Tumblrze zobaczyć jakieś zdjęcia z gali czy rozdania nagród, ale wielki fanatyzm kona zanim się jeszcze narodził.


Fakt, nie mogę powiedzieć, że jak tylko na kogoś zarzucę sieci to nie sprawdzam na Wikipedii gdzie się urodził i ile ma lat. Robię to. Do tego zawsze szukam koloru oczu (bo to wcale nie jest tak łatwo stwierdzić kto jakie ma w dobie charakteryzacji i szkieł kontaktowych), bo to moje skrzywienie. Na to zwracam uwagę. Pozostałe sprawy odchodzą w odstawkę. Chyba, że czegoś dowiem się przez przypadek to wtedy tym nie pogardzę.


Z kolei nie wyzbyłam się, a wręcz przeciwnie ze zdwojoną siłą korzystam z tego co YouTube nam w całości daje, czyli wszelkiego rodzaju wywiady, making of, Q&A, wpadki i fragmenty nie publikowanych fragmentów filmów. Czasem to jest bardzo pomocne w zrozumieniu danej produkcji czy samego aktora/aktorki co nim/nią kierowało podczas przygotowań czy oddania uczuć u swojego bohatera. Niektóre rzeczy potrafią naprawdę zszokować i to co aktorzy potrafią zrobić ze sobą dla wiarygodnego odegrania roli. Szkoda, że za to nikt nie przyznaje specjalnych nagród, bo czasem warto.


Jak powszechnie wiadomo, gdy zbliża się sesja wtedy student robi wszystko, byle tylko się nie uczyć. U mnie to włączyło się na miesiąc przed sesją. Wynajduje sobie filmy i seriale i namiętnie je tłukę, a potem cierpię. I to bardzo. Tak właśnie dzieje się teraz. Znalazłam sobie genialny serial „Hinterland” (przy okazji chyba po raz pierwszy nie oglądam serialu dla aktora, chociaż lubię odtwórcę głównej roli, tylko dla naprawdę ciekawej fabuły i klimatu panującego w produkcji). Wynalazłam w sieci, że są dwa sezony po cztery odcinki (ach to BBC), do tego jeden epizod ma półtorej godziny i planowana jest trzecia transza. Cała szczęśliwa zaczęłam oglądać i niestety już wpadłam w depresję. Nigdzie nie ma literek do drugiego sezonu. Jest to na tyle specyficzny serial, że żeby dobrze go zrozumieć potrzebne są napisy albo lektor. I tak sobie siedzę w smutku i nie wiem co zrobić ze swoim życiem, gdy znalazłam, że drugi sezon puszczają na „Ale kino”. Fakt, że tylko w sobotę i niedzielę, ale to już dwa odcinki będą zaliczone, a mój fangirlizm chociaż trochę zaspokojony. Resztą będę się martwić potem, byle dotrwać do soboty.


Jednak najbardziej ulubioną częścią bycia fangirl jest to, że czasem uda się znaleźć kogoś, kogo zachęcisz do oglądania czegoś, co ciebie samą interesuję. Tak też się stało kilka dni temu, gdy moja była współlokatorka zza ściany została namówiona przeze mnie do oglądania „Poldark” (Marcia, pozdrawiam Cię, drugi sezon już we wrześniu!). Wiecie jakie to świetne uczucie, gdy wchodzisz na Messengera, a tam rozpacz albo radość, bo główny bohater zrobił to czy tamto i ta druga osoba się dzieli tym z mną. „Poldark” jest o tyle fajną produkcją, że u mnie w domu jest to zdecydowania najlepszy serial. I dokładnie wiesz kogo kochamy, a kogo nienawidzimy. Gdy oglądałam to wspólnie z rodzicami potrafiliśmy o tym dyskutować na długo po zakończeniu odcinka, co wcześniej się nie zdarzało, bo my mamy odmienne gusta.


Proces bycia fangirl to także reakcja łańcuchowa. Zaczynasz od jednego serialu. Tam znajdujesz tego jedynego aktora/tą jedyną aktorkę. Potem sprawdzasz jej filmografię. Zaczynasz namiętnie oglądać wszystko co wpadnie ci w ręce. Potem w tych produkcjach dostrzegasz innych aktorów/inne aktorki. Przerzucasz się na nich, szpiegujesz w czym grali i zaczynasz to oglądać. I tak w kółko. Aż nie padniesz, aż starczy ci sił. Kiedyś usłyszałam, że „wyrosłam już z tego”. Z bycia fangirl lub fanboy (tak, tak, chłopców też to dotyczy) się nie wyrasta. To zostaje w tobie do końca życia. To ewoluuje. Zmienia się poziom fangirlizmu, ale nigdy nie umiera. Jeśli to straciłaś/straciłeś to znaczy, że nigdy tak naprawdę nie byłaś, nie jesteś i nie będziesz fangirl. To się w ciebie wygryza i nigdy nie wychodzi.


Jednak czasami bycie fangirl to nie łatwa sprawa i stwierdzam, że za te wszystkie cierpienia powinno się nam płacić i to grube pieniądze. Najbardziej boli, gdy zdążysz się przyzwyczaić do jakiegoś serialu, bohaterów traktujesz jak dobrych znajomych i co tydzień z wypiekamy na twarzy czekasz na kolejny odcinek, a tu nagle producenci albo lepiej, szefowie stacji, która puszcza daną produkcję oznajmiają, że serial zostaje zdjęty z anteny i już nigdy nie wróci. Tak też się stało wczoraj, gdy poinformowano mnie, że kasują „Limitlees” po zaledwie jednym sezonie. Fakt, film był lepszy od serialu, ale był w tym potencjał i śmiało można było pociągnąć chociaż jeszcze jeden sezon. A tak, czas się pożegnać. Pamiętam jednak, że największą taką rozpacz miałam, gdy po ośmiu sezonach skasowali „House’a”. Teraz jednak wiem, że to była bardzo dobra decyzja.


O byciu fangirl można pisać i pisać. Niedługo prawdopodobnie będę miała szansę się o tym powymądrzać przed większym gronem, ale o tym na razie cisza. Fangirlizmu nie zamierzam porzucić, zamierzam to rozwinąć, ale tylko w dobrym kierunku.


P.S. W sobotę bardzo możliwy kolejny wpis, bo jutro wybieram się do kina.

P.S.2. Wszystkim Mamom raz jeszcze wszystkiego najlepszego!

wtorek, 19 stycznia 2016

Napiszę (nie)swoją książkę

Nie ukrywajmy, moim marzeniem od połowy liceum jest napisanie i wydanie chociaż trochę poczytnej książki. Przez cały ten czas zawsze w czymś sobie dłubię i czasami wychodzi mi to lepiej, a innym razem gorzej. Ostatnio poziom tego marzenia trochę się zmienił i jakby ruszył do przodu. Nie mówię, że książka leży już na biurku u wydawcy i czeka na wydruk, bo do tego bardzo daleka droga, ale pewne opowiadanie, które powstaje od jakiegoś czasu wypłynęło na szerokie wody. Jest ono pod opieką pani doktor ode mnie z wydziału i w końcu otrzymuję od kogoś jakieś istotne wskazówki co jest ok, a co nie. Do tego odważyłam się to pokazać większej liczbie znajomych osób niż jedna. W sumie nadal czekam na opinię jednej z ważniejszych person dla mnie i strasznie się tego obawiam. Jakoś mam wrażenie, że obcym łatwiej pokazać co tworzysz, bo oni cię nie znają i nie wiedzą kim możesz się inspirować kreując bohaterów.

No ale nie o tym chcę napisać. Zamiast się uczyć do sesji, to jak każdy szanujący się student nadrabiam zaległości w filmach i serialach. Od jakiś trzech miesięcy cierpię na zauroczenie Bradley'em Cooperem (przepraszam, nic na to nie poradzę, że uwielbiam niebieskookich) i postanowiłam, że obejrzę sobie przynajmniej większość filmów, w których miał mniejszą lub większą przyjemność wystąpić. Na Filmwebie znalazłam sobie niepozorny film pt.: "Między wierszami" (w oryginale "The Words" i naprawdę nie powinno się tłumaczyć inaczej tytułu, bo to wtedy traci sens). Do tego codziennie na aplikacji mi się wyświetlało, że dzień w dzień ten film leci na jednym z kanałów, którego nie mam na swoim malutkim, domowym telewizorku. I tak odkładałam obejrzenie go, aż do dnia dzisiejszego, gdy zupełnie przez przypadek nacisnęłam "play" i samo poszło.

O czym film? Mamy Rory'ego (Bradley Cooper), który jest początkującym, marnym pisarzem, któremu brakuje kasy i za wszelką cenę chce odnieść sukces. Podczas podróży poślubnej jego żona, Dora (Zoe Saldana) kupuje mu starą torbę, w której Rory, przez przypadek odnajduje stary rękopis, który zawiera w sobie skończoną powieść. Postanawia ją przepisać słowo w słowo i wydać pod własnym nazwiskiem. Książka okazuje się być bestsellerem, ale to zamiast uszczęśliwić bohatera, sprawia, że zaczyna walczyć sam ze sobą, bo nagle zjawia się ktoś kto zna jego tajemnicę.

Generalnie film nie jest jakiś wybitny. Całkiem przeciętny, ale przyjemny. Prosta, typowa amerykańska obyczajówka. Jednak mnie interesuje pewna kwestia, która została poruszona w filmie. Całą historię Rory'ego opowiada Clay Hammond (Dennis Quaid), który w swojej książce, którą prezentuje szerszej publiczności, opisuje losy Rory'ego. Jednak potem na prywatnym spotkaniu ze studentką (Olivia Wilde), tuż po opowiedzeniu całej historii, pyta dziewczynę jak myśli, w jaki sposób mogły się potoczyć dalsze losy pisarza-oszusta. Ona początkowo nie chce odpowiedzieć, ale ostatecznie wyrzuca z siebie tak wiele przypuszczeń, że ciężko nie uwierzyć w żadne z nich. Clay jej mówi, że nie należy mylić rzeczywistości z fikcją. Owszem, leżą one blisko siebie, ale nigdy się ze sobą nie zetkną i nie połączą. Dorzuca jeszcze, że ona ani żaden inny czytelnik nie ma pewności, że Rory naprawdę istniał. Mógł być tylko wymyślony. Tak samo jak historia, którą ukradł. Jednak wyraz twarzy Hammonda tak bardzo próbuje coś powiedzieć, że ma się wrażenie, że owe życie Rory'ego jest tak naprawdę życiem Clay'a.

Powiedzmy sobie szczerze, każda książka jaką się czyta zawiera elementy biograficzne autora. Jak bardzo by starał się je ukryć to wnikliwy czytelnik i tak dopatrzy się pewnych podobieństw. Niby się mówi, że to tylko bohaterowie i fikcja, ale ziarno prawdy zawsze gdzieś tam jest. Nawet jeśli powieść jest o elfach albo seryjnym mordercy, to pewne cechy postaci mogą być zaczerpnięte od prawdziwych osób. W końcu trzeba się na czymś wzorować. Bo tak naprawdę to już wszystko zostało wymyślone, a teraz tylko powiela się to w różnych formach i koncepcjach.

Film można obejrzeć jak komuś się nudzi i chce zobaczyć jak to jest przez chwilę złapać Pana Boga za nogi, aby potem się okazało, że za błędy się płaci i to dużą cenę. Plus scena warta zobaczenia (jeśli to wyjdzie na spoiler to sorry): Pijany Bradley Cooper, który zaczyna płakać z bezsilności.


P.S. Bardzo możliwe, że jutro albo pojutrze pojawi się kolejny wpis. Przecież nie mogę zostawić na lodzie genialnego miniserialu BBC. :D

wtorek, 3 listopada 2015

Myśl pozytywnie!

No dobrze, nie ma się co oszukiwać, za każdym razem jak dostanę obsesji (nie bójmy się tego słowa) na punkcie jakiegoś aktora to włączam jego filmografię i przeglądam tytuł filmów/seriali jakie wypadałoby obejrzeć. I tak oto mamy Bradley'a Coopera. "Ugotowany" już odznaczony. Wcześniej widziałam "Kac Vegas" i "Strażników Galaktyki" (tak tylko podkładał głos, ale się liczy). Dzisiaj postanowiłam się zabrać za "Poradnik Pozytywnego Myślenia".

Siedziałam sobie dziś na romantyzmie (po drugiej godzinie zegarowej człowiek już wymięka) i zastanawiałam się co by tu porobić wieczorem. Pominę fakt, że powinnam się uczyć, ale no... I tak rozmyślając wpadłam na pomysł, by obejrzeć właśnie "Poradnik...". Ale na myśl przyszła mi jeszcze jedna rzecz: przecież to jest książka. Szybko sprawdziłam dostępność egzemplarzy w pobliskim Empiku i zaraz po zajęciach skierowałam swojego kroki do sklepu, a pół godziny później byłam szczęśliwym posiadaczem nowej książki. 

Przez chwilę się zastanawiałam w jakiej kolejności się za to zabrać. Czy najpierw przeczytać książkę i ewentualnie do niej porównywać film czy zaufać wszelkim jurorom od nagród i uwierzyć, że film samodzielnie jest świetny. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na książkę. Po przeczytaniu pierwszych trzech stron pomyślałam, że główny bohater, Pat, jest bardzo podobny do Forresta Gumpa, tylko że jakiś taki trochę bardziej współczesny. I z każdym kolejnym zdaniem to wrażenie mnie nie opuszczało. Zatrzymałam się po czterech rozdziałach i przeszłam do filmu. Cóż, zapewne film zdradził mi to czego, mogłam spodziewać się na końcu, ale to chyba tak działa. 

No dobrze, a o czym to właściwie jest? Mamy Pata, który właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego (w książce to nazywa "złym miejscem", co przyprawia mnie o wrażenie, że on jest jakiś niedorozwinięty). Jedyne co go motywuje to miłość do żony, z którą jest w separacji. Dla niej postanowił ćwiczyć (szkoda, że Bradley Cooper ani razu nie pojawił się bez koszulki) i pracować nad swoimi wybuchami. Na swojej drodze spotyka Tiffany (Jennifer Lawrence), która jest w podobnej sytuacji, tyle, że jej mąż nie żyje i każdy uważa, że dziewczyna ma coś z głową. 

Plusem produkcji jest oczywiście obsada. Oprócz Coopera i Lawrence można zobaczyć m.in. Roberta De Niro w roli ojca Pata. 

Oglądając ten film doszłam do wniosku, że na podstawie psychiki i zachowań bohaterów można by napisać bardzo ładną pracę magisterską. Z jednej strony dwoje "psychicznych" wariatów, którzy zaprzyjaźniają się ze sobą (dobra, od pierwszej ich wspólnej sceny widać, że z tego będzie coś więcej) i odkrywają wspólne pasje,a z drugiej rodzinka głównego bohatera. Mama starająca się zrozumieć syna, ojciec, który nie widzi świata poza miejscową drużyną sportową i brat, który jest totalnym przeciwieństwem swojego brata i człowiekiem sukcesu. 

A teraz czas na fangirlizm... Tak jak wyżej napisałam film obejrzałam dla Bradley'a Coopera, który był tu jeszcze przystojniejszy niż w "Ugotowanym". Ach ten zarost i niebieskie oczy. Nawet uroku dodawał mu worek na śmieci, który na sobie nosił dla lepszego efektu pocenia się podczas biegania. Ale najbardziej mnie urzekł tym jak tańczy. Mógłby mnie nauczyć, bo ja to do tańca, to się tak nadaję jak klej w sztyfcie do cegły. Nie umiem tańczyć. Chociaż mówią, że nie należy ufać facetowi, który umie tańczyć. I co teraz? 

Zdecydowanie jest to kolejny film, który trafia do kategorii "można oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi". I popieram Oscara dla Jennifer Lawrence i osiem innych nominacji do tej nagrody. A już nie wspomnę o innych statuetkach za ten film. Jak najbardziej na plus. 

środa, 7 października 2015

C'mon, baby, light my fire!

No dobrze, czas się przyznać: ten wpis powinien być napisany dwa miesiące temu. Ale że jestem leniwą bułą to jakoś się nie mogłam zebrać. Chyba nadal nie jestem pewna jak to zrobić, bo czy da się opowiedzieć o serialu nie zdradzając tego co się tam dzieje? Właśnie tak, dziś, w tym wpisie i w tym momencie zamieniam się w totalną fangirl i jeśli w co drugim zdaniu będę wyznawała miłość to wybaczcie. Ale zacznę od początku...



"Halt and catch fire", bo o tym mowa, to nie do końca taki oczywisty serial. Akcja toczy się w latach 80. XX w i skupia się na grupie ludzi, którzy chcą zbudować komputer osobisty, który będzie miał rozmiary walizki. Tak, mowa tutaj o laptopie. Ale tak naprawdę serial pokazuje relacje międzyludzkie, zachowania osób po przejściach i z przeszłością, a także o przedstawia trudną sztukę jaką jest współpraca osób o różnych, skrajnych charakterach. Na grupę konstruktorów składają się trzy osoby: Joe Macmillan, Cameron Howe i Gordon Clark. 










Joe MacMillan (Lee Pace) - zjawia się z pomysłem stworzenia komputera i szuka osób, którym będzie mógł zaufać i którzy pomogą mu zbudować jego wynalazek. Prawda jest jednak taka, że poszukuje łosi, którzy zrobią to za niego, a on to tylko wypromuje, sprzeda i zarobi kasę. Oczywiście udaje mu się to, ponieważ we wszystkim co sobie założył dąży za wszelką cenę. Jest przy tym cyniczny i bezduszny, ale jak się potem okazuje jego życiowe zawirowania zmuszają go do bycia socjopatą.



Oczywiście nie będę ukrywać, że zaczęłam oglądać ten serial dla Lee Pace'a, jestem totalną fangirl i jest on moim mężem, ale jeszcze o tym nie wie. A tak na poważnie to jest to właściwa osoba na właściwym miejscu. Jego bohater w doskonały sposób ewoluuje, a on potrafi świetnie to zagrać. W jednym momencie gra bezdusznego zarządce, by po chwili stanąć w drzwiach z miną zbitego psa i powiedzieć coś czego nigdy w życiu nikomu nie powiedział. Tak naprawdę po MacMillanie można się spodziewać wszystkiego i nie należy mu bezgranicznie ufać.



Cameron Howe (Mackenzie Davis) - młoda programistka, którą Joe spotka podczas wykładu i angażuje do pracy. Jest buntowniczką i wszelkie zasady nie mają dla niej znaczenia. Powierzchownie wydaje się być twardą skałą, jednak w miarę upływu czasu zaczyna się przywiązywać do Joe przez co niestety potem cierpi.



Uwielbiam jej bohaterkę i chociaż momentami jest denerwująca to jej relacja z Joe nie jest oczywista. Jej kreatywność i chęć zmieniania mocno męskiego świata sprawiają, że to nie jest jednowymiarowa, słodka postać, która robi co inni jej każą. Potrafi się przeciwstawić i nie raz udowadnia, że nie da sobą pomiatać.



Gordon Clark (Scoot McNairy) - inżynier, który w przeszłości samemu próbował zbudować komputer, jednak zakończyło się to klęską i późniejszymi konsekwencjami. Ta porażka tak mocno zakotwicza się w jego pamięci, że za wszelką cenę będzie chciał wykorzystać drugą taką szansę, którą daje mu Joe. Do tego jako jedyny z tej trójki ma życie prywatne - żona i dwie córki.



Nie należy do moich ulubieńców, bo żyje albo w stałym konflikcie z Cameron albo jak już z nią jest na neutralnej stopie to do sporu dołącza Joe. W pewnym momencie nabieram do niego jakby sympatii, by potem porzucić ją na dobre.



Do tej pory powstały dwa sezony "Halt..." i osobiście uważam, że pierwszy jest lepszy niż drugi, ale tylko minimalnie. Może dlatego, że w pierwszym mamy do czynienia z bliższą relacją pomiędzy Joe i Cameron. Natomiast w drugim sezonie każdy z trójki bohaterów znajduje się zupełnie w innym miejscu i z innymi ludźmi niż na początku ich wspólnej drogi. Dochodzi do totalnej metamorfozy Joe, który... spotyka kobietę swojego życia i staje się po prostu pantoflem. Ale tylko do czasu... Do momentu, gdy ponownie skrzyżuje swoje drogi  Gordonem i Cameron.




Jak już wcześniej napisałam, jestem fangirl i uwielbiam Joe (właściwie Lee, ale to tu nie ma znaczenia) to muszę stwierdzić, że jakim kretynem i palantem by nie był to i tak się będzie trzymało jego stronę i wierzylo, że wszystko co robi jest słuszne. Wszystko co sobą prezentuje ma sens i pokazuje, że nie tak łatwo być tym kim się chce mając za sobą burzliwą przeszłość i komplikacje rodzinne. Aha, i najważniejsze... Bardzo chętnie poznam jego stylistę z sezonu drugiego, bo o ile w pierwszym sezonie wciskali go praktycznie w same garnitury, tak w drugim poszaleli.




Niestety na razie nie wiadomo czy będzie trzeci sezon, bo podobno nadal trwają ustalenia czy wszystkie statystyki są in plus dla serialu. Ja jednak mam nadzieję na przedłużenie serii, ponieważ po raz kolejny (w przypadku pierwszego sezonu również tak było) finałowy odcinek transzy pozostawił otwartą furtkę dla ciągu dalszego. Jak dadzą kolejne dziesięć odcinków to pójdę do Częstochowy. Nie no, może nie aż tak... Ale będę mega szczęśliwa.


P.S. Oczywiście nie napisałam wszystkiego, żeby pozostał jakiś element zaskoczenia, o ile ktoś będzie chciał obejrzeć. ^^

P.S.2. Mam ochotę tu dołożyć jeszcze więcej gifów, ale już taka nie będę. :D