Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gify. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gify. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

C'mon, baby, light my fire!

No dobrze, czas się przyznać: ten wpis powinien być napisany dwa miesiące temu. Ale że jestem leniwą bułą to jakoś się nie mogłam zebrać. Chyba nadal nie jestem pewna jak to zrobić, bo czy da się opowiedzieć o serialu nie zdradzając tego co się tam dzieje? Właśnie tak, dziś, w tym wpisie i w tym momencie zamieniam się w totalną fangirl i jeśli w co drugim zdaniu będę wyznawała miłość to wybaczcie. Ale zacznę od początku...



"Halt and catch fire", bo o tym mowa, to nie do końca taki oczywisty serial. Akcja toczy się w latach 80. XX w i skupia się na grupie ludzi, którzy chcą zbudować komputer osobisty, który będzie miał rozmiary walizki. Tak, mowa tutaj o laptopie. Ale tak naprawdę serial pokazuje relacje międzyludzkie, zachowania osób po przejściach i z przeszłością, a także o przedstawia trudną sztukę jaką jest współpraca osób o różnych, skrajnych charakterach. Na grupę konstruktorów składają się trzy osoby: Joe Macmillan, Cameron Howe i Gordon Clark. 










Joe MacMillan (Lee Pace) - zjawia się z pomysłem stworzenia komputera i szuka osób, którym będzie mógł zaufać i którzy pomogą mu zbudować jego wynalazek. Prawda jest jednak taka, że poszukuje łosi, którzy zrobią to za niego, a on to tylko wypromuje, sprzeda i zarobi kasę. Oczywiście udaje mu się to, ponieważ we wszystkim co sobie założył dąży za wszelką cenę. Jest przy tym cyniczny i bezduszny, ale jak się potem okazuje jego życiowe zawirowania zmuszają go do bycia socjopatą.



Oczywiście nie będę ukrywać, że zaczęłam oglądać ten serial dla Lee Pace'a, jestem totalną fangirl i jest on moim mężem, ale jeszcze o tym nie wie. A tak na poważnie to jest to właściwa osoba na właściwym miejscu. Jego bohater w doskonały sposób ewoluuje, a on potrafi świetnie to zagrać. W jednym momencie gra bezdusznego zarządce, by po chwili stanąć w drzwiach z miną zbitego psa i powiedzieć coś czego nigdy w życiu nikomu nie powiedział. Tak naprawdę po MacMillanie można się spodziewać wszystkiego i nie należy mu bezgranicznie ufać.



Cameron Howe (Mackenzie Davis) - młoda programistka, którą Joe spotka podczas wykładu i angażuje do pracy. Jest buntowniczką i wszelkie zasady nie mają dla niej znaczenia. Powierzchownie wydaje się być twardą skałą, jednak w miarę upływu czasu zaczyna się przywiązywać do Joe przez co niestety potem cierpi.



Uwielbiam jej bohaterkę i chociaż momentami jest denerwująca to jej relacja z Joe nie jest oczywista. Jej kreatywność i chęć zmieniania mocno męskiego świata sprawiają, że to nie jest jednowymiarowa, słodka postać, która robi co inni jej każą. Potrafi się przeciwstawić i nie raz udowadnia, że nie da sobą pomiatać.



Gordon Clark (Scoot McNairy) - inżynier, który w przeszłości samemu próbował zbudować komputer, jednak zakończyło się to klęską i późniejszymi konsekwencjami. Ta porażka tak mocno zakotwicza się w jego pamięci, że za wszelką cenę będzie chciał wykorzystać drugą taką szansę, którą daje mu Joe. Do tego jako jedyny z tej trójki ma życie prywatne - żona i dwie córki.



Nie należy do moich ulubieńców, bo żyje albo w stałym konflikcie z Cameron albo jak już z nią jest na neutralnej stopie to do sporu dołącza Joe. W pewnym momencie nabieram do niego jakby sympatii, by potem porzucić ją na dobre.



Do tej pory powstały dwa sezony "Halt..." i osobiście uważam, że pierwszy jest lepszy niż drugi, ale tylko minimalnie. Może dlatego, że w pierwszym mamy do czynienia z bliższą relacją pomiędzy Joe i Cameron. Natomiast w drugim sezonie każdy z trójki bohaterów znajduje się zupełnie w innym miejscu i z innymi ludźmi niż na początku ich wspólnej drogi. Dochodzi do totalnej metamorfozy Joe, który... spotyka kobietę swojego życia i staje się po prostu pantoflem. Ale tylko do czasu... Do momentu, gdy ponownie skrzyżuje swoje drogi  Gordonem i Cameron.




Jak już wcześniej napisałam, jestem fangirl i uwielbiam Joe (właściwie Lee, ale to tu nie ma znaczenia) to muszę stwierdzić, że jakim kretynem i palantem by nie był to i tak się będzie trzymało jego stronę i wierzylo, że wszystko co robi jest słuszne. Wszystko co sobą prezentuje ma sens i pokazuje, że nie tak łatwo być tym kim się chce mając za sobą burzliwą przeszłość i komplikacje rodzinne. Aha, i najważniejsze... Bardzo chętnie poznam jego stylistę z sezonu drugiego, bo o ile w pierwszym sezonie wciskali go praktycznie w same garnitury, tak w drugim poszaleli.




Niestety na razie nie wiadomo czy będzie trzeci sezon, bo podobno nadal trwają ustalenia czy wszystkie statystyki są in plus dla serialu. Ja jednak mam nadzieję na przedłużenie serii, ponieważ po raz kolejny (w przypadku pierwszego sezonu również tak było) finałowy odcinek transzy pozostawił otwartą furtkę dla ciągu dalszego. Jak dadzą kolejne dziesięć odcinków to pójdę do Częstochowy. Nie no, może nie aż tak... Ale będę mega szczęśliwa.


P.S. Oczywiście nie napisałam wszystkiego, żeby pozostał jakiś element zaskoczenia, o ile ktoś będzie chciał obejrzeć. ^^

P.S.2. Mam ochotę tu dołożyć jeszcze więcej gifów, ale już taka nie będę. :D

piątek, 10 kwietnia 2015

Takie coś to tylko mi się zdarza na obiedzie

WFA został uwolniony i jedzie dalej. Dziś mój fandomizm skupi się na jedzonku. Tak, to też może być fandomem. Co najbardziej lubię zjeść? Oj, dużo by wymieniać. Najchętniej gustuję w kuchni mojej mamy, a uwierzcie mi, gotuje genialnie (w przeciwieństwie do mnie, bo ja tylko umiem wodę na herbatę zagotować). Ale niestety, człowiek w tygodniu nie egzystuje w rodzinnym domu i jak już mu się skończą obiadki od rodzicielki to wtedy rusza na miasto. No i najczęściej ląduję w znanym i lubianym fast foodzie, który w szyldzie posiada duże, żółte M. Wczoraj przed walką z Sarragossą postanowiłam się posilić żarciem śmieciowym i udałam się tam z moją towarzyszką dnia.



Ja poszłam wspierać żółtą literkę, a ona Króla Hamburgierów. Stałam sobie kulturalnie w kolejce i zastanawiałam się co zamówić. No dobra, ja się nigdy nie zastanawiam, ja zawsze jem to samo. Zestaw powiększony z tortillą, sorry, z McWrapem DeLuxe z bekonem. Podchodzę do kasy i mówię sprzedawczyni (JAK KROWIE NA ROWIE!), że właśnie to chcę. Ona, że dobrze, dobrze, wręczyła mi paragon i nara. Przemieściłam się pod ekrany oczekiwania i oczekuję. Trwało to tak długo, że zaczęłam się zastanawiać jaki jest limit oczekiwania w fast foodzie na jedzonko.


Gdy już w końcu zabrałam moje zamówienie na tacy zauważyłam, że nie zapomnieli o szklance do zestawu (i bardzo dobrze, bo by było piekło, a ja lubię ich szklanki) i z zadowoleniem mogę iść szamać. Usiadłam sobie z moja towarzyszką przy stole i zaczynam pochłaniać tortillę, ups, McWrapa. I gdy dokopuję się już do wnętrza to tam spotyka mnie niespodzianka... Moja tortilla, nie jest moją tortillą. Jest grillowanym kurczakiem. Żalę się mojej towarzyszce, a ona mówi, że skoro mam paragon to mam iść reklamować, a wtedy dostanę gratisową bułę. Wzięłam paragon do ręki, patrzę na niego, a tam rozczarowanie... Na paragonie nabito "grillowany kurczak". I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, gdzie popełniłam błąd...


Ale zaraz, zaraz, ja nigdy nie popełniam błędu w stosunku do jedzenia. To nie moja wina, to tej na kasie. Ale że ja jestem leniwą bułą to nie poszłam się wykłócać (a powinnam, dostałabym gratisowe papu, o czym ja myślałam?). Wgryzam się dalej i nagle słyszę: "Ma pani drobne?". Odwracam się, patrzę i no nie... Małe, wredne, rumuńskie dziecko. Posłałam mu gardzące spojrzenie, a moja towarzyszka powiedziała mu coś po angielsku (chyba to było: "no, no, no, go away!"). Dziecko sobie poszło, a ona po chwili mnie zapytała dlaczego odezwała się do niego po angielsku. Cóż, mnie też to zaczęło zastanawiać, ale nie wiedziałam czemu tak zrobiła.


Omomomom, jem sobie dalej, a po chwili pan ze stolika obok sprząta po sobie papierki, wstaje od stolika i zatrzymuje się koło nas z pytaniem: "Dziewczyny, chcecie szklankę?". My patrzymy na siebie i jedyne co mogłyśmy odpowiedzieć to, że jak najbardziej. Pan postawił szklankę na naszym stoliku i sobie poszedł, a moja towarzyszka przejęła ją w swoje ręce (postanowiłam być miłosierna i niesamolubna, bo ja już jedną miałam to niech ta będzie jej). Zadowolona ze swojego łowu zaczęła zachwycać się niespodziewanym podarkiem.


Zachwyt nad szklanką trwał, a ja jadłam frytki, gdy do stolika, przy którym siedział pan podeszła kobieta z dwójka małych dzieci. My, że ostatnio lubimy patrzeć na dzieci to i tym razem popatrzyłyśmy na małego chłopca, który walczył z frytkami. Jednak po chwili ich mama stwierdziła, że one mają sobie tam grzecznie siedzieć, a ona... Pójdzie kupić bilety na mecz Lechii i ich zostawi. My zaczęłyśmy się zbierać do wyjścia i włączyły nam się wspomnienia z dzieciństwa.


Gdy już wywalałam swoje papiery do kosza, zauważyłam, że na horyzoncie znowu pojawia się rumuńskie dziecko. Tym razem już z większą ekipą i... Pełną tacą. Czyli zasada numer jeden: jak tylko widzisz te małe ktosie to pognaj je od razu! Ja zrobiłam gardzące spojrzenie i opuściłyśmy strefę żywieniową. Idziemy sobie i na naszej drodze pojawia się kolejne dziecko. Tym razem mały chłopiec, który wyglądał na zagubionego. Moja towarzyszka zatrzymała się przy nim (ja jestem okropna i sobie poszłam) i zapytała się go czy się zgubił, na co on odparł, że nie, że jego rodzice są tam gdzieś i idą. No to moja towarzyszka nogi za pas i w pogoni za mną, bo przestraszyła się, że ją o coś posądzą.


Ech, miał być wpis o jedzeniu, a wyszło jak zwykle. Ale przynajmniej radosna opowieść trafiła do ludzi. Tylko nie myślcie sobie, że ja tylko i wyłącznie stołuję się w Żółtej eMce, bo jeśli by tak było to musiałabym nosić chyba namiot na TIR-a, a póki co jeszcze sie mieszczę w moje jeansy. ALe wypad do fast fooda nie jest zły. Jakby kotś chciał mnie zabrać gdzieś na obiad to ja zawsze chętnie!

P.S. Pamiętajcie, że blog ma swój fanpage na Facebooku i jesli checie być na bieżąco (właśnie tam mam zamiar przedstawiać Wam oblicze pasażerów WFA) to lajkujcie. :)

Link: https://www.facebook.com/sayhitohunt?fref=ts