Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lee pace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lee pace. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2016

Od Dziewczyny Żołnierza po Króla Elfów, czyli Happy Birthday Lee Pace!

Marzec to taki interesujący miesiąc. Zaczyna się wiosna, są Święta Wielkanocne (chociaż nie zawsze), kilka osób ma urodziny (w tym moi rodzice!). No właśnie, urodziny. W dniu dzisiejszym mój fangirlizm może trochę bardziej poszaleć, a to dlatego, że kolejny rok życia ziemskiego mija jednemu z moich ulubionych aktorów.

Tak właściwie to co mnie to powinno obchodzić? Jakiś facet, którego nie znam (tym bardziej on nie zna mnie), żyje po drugiej stronie kuli ziemskiej i co z tego? A no właśnie... To jakieś takie dziwne coś. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to w racjonalny sposób. Ale o kogo właściwie chodzi?

Odpowiedź jest prosta: dziś swoje urodziny obchodzi Lee Pace. Jeśli ktoś nie jest zorientowany kto to jest, to już spieszę wytłumaczyć, że to amerykański aktor filmowy i serialowy (także teatralny), który nie tylko jest zdolny, ale także przystojny. Jakiś czas temu, gdy moja obsesja na jego punkcie sięgała zenitu, został on okrzyknięty przez jedną z moich kumpelek „moim mężem”. Wszystko by było pięknie i ładnie, gdyby po pierwsze: wiedział o moim istnieniu (zawsze sobie obiecuję, że napiszę do niego na Twietterze i poinformuj go o tym radosnym fakcie bycia moim wybrankiem serca), a po drugie: nie krążyła plotka, że jednak woli panów niż panie. Ale tak naprawdę życie osobiste to jego sprawa. Prawdziwy fan powinien skupiać się wyłącznie na jego dokonaniach artystycznych (chociaż uwielbiam kiedy wrzuca swoje selfie na Twittera). Dlatego z tej okazji chciałabym w tym wpisie skupić się na jego rolach filmowych i telewizyjnych, z którymi miałam styczność.

Zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób ułożyć przedstawiane produkcje. Czy w kolejności chronologicznej w jakich Pace brał udział czy może w jakim czasie za się za to zabrałam. Padło na to drugie.

Hobbit: Niezwykła Podróż, Pustkowie Smauga, Bitwa Pięciu Armii

To właśnie dzięki Hobbitowi uświadomiłam sobie, że taki człowiek istnieje. I żeby było śmieszniej, dopiero po miesiącu od obejrzenia maratonu w kinie naprawdę mocno mnie „ścięło” na jego punkcie. Było to 20 stycznia (zapamiętałam tą datę tylko dlatego, że równo rok wcześniej odbiło mi na punkcie Benedicta Cumberbatcha).


Lee w „Hobbicie” wciela się postać króla Elfów, Thranduila. Jest niezwykle dostojny, pogardliwy, świetnie ubrany i ma idealne blond włosy. Do tego nienawidzi krasnoludów i ma jakieś 6000 lat, a mimo to wygląda doskonale. Zabawną rzeczą jest także, że w filmie w rolę syna Thranduila, Legolasa, wciela się Orlando Bloom, który prywatnie jest starszy od Pace’a o dwa lata. Na YouTube są fragmenty wywiadów, gdy obaj panowie o tym wspominają i są tym faktem rozbawieni.


Potem zaczęłam węszyć i szukać co by tu jeszcze obejrzeć. Wystarczyło wejść na stronę Filmwebu i po zajęciach na uczelni marnować swój wolny czas na oglądanie nowych produkcji.

Uroczystość

Generalnie jest to jeden z tych głupich filmów, który w niektórych momentach śmieszy, ale w niektórych jest tak żenujący, że ma się ochotę go wyłączyć, zakopać i zapomnieć, że w ogóle istnieje (zresztą to nie jeden taki film w dorobku Lee). Jednak obiecałam sobie, że skoro już włączyłam go to wypadałoby obejrzeć do końca.

Tutaj Pace gra Whita Coutella, który jest filmowcem i bierze ślub ze swoją narzeczoną, która parę lat temu była związana z głównym bohaterem. Whit sprawia wrażenie kompletnego idioty, dla którego najważniejszy jest on sam i to on zawsze musi być w centrum uwagi. Poza tym, że ładnie tu wygląda i się uśmiecha, to chyba bym tego w ogóle nie obejrzała.


Marmaduke - pies na fali

Założyłam sobie, że najpierw obejrzę z nim wszystkie tzw. komediowe produkcje. Marmaduke się do nich zalicza. Film nie jest najwyższych lotów. Generalnie nie jest dobrych lotów, ale czasami się pośmiać można. Czasem ciszej, czasem głośniej.

Poznajemy tutaj Phila Winslowa, który jest głową rodziny, przykładnym mężem, ojcem trójki (!) dzieci i panem wielkiego psa, który się zwie Marmaduke. Oczywiście pies przysparza rodzinie samych kłopotów, ale mimo to Phil skoczy za psem nawet do rwącej rzeki i to dosłownie. Oczywiście bohater Lee jest tutaj znowu przystojny, idealny i generalnie och i ach. Szkoda mi go tylko było jak pies go przeciągnął parę razy po ziemi z turboprędkością. To musiało boleć.


Niezwykły dzień Panny Pettigrew

Film, którego się trochę naszukałam w sieci, a później jak już znalazłam to był problem z odpaleniem go na jednej ze stron, bo ciągle się pokazywało, że przekroczyłam limit (a wcale go nie przekroczyłam!). Może to był znak, żeby nie oglądać tego filmu. Chociaż byłby to błąd.

Lee gra tutaj Michaela, młodego muzyka, który jest zakochany w głównej bohaterce. Do tego broni ją przed okrutnym właścicielem klubu, Nickiem (przy okazji jedna z ładniejszych scen, gdy Pace dostaje po twarzy od Marka Stronga, a potem mu oddaje). Lee znowu jest tu ładnym chłopcem. Nie dość, że dobrze wygląda w smokingu (gdyby nie to, że jest Amerykaninem to powinien zagrać Bonda) to jeszcze ładnie śpiewa. Raz jeszcze: ideał.


Zdecydowałam, że od filmów trzeba trochę odpocząć (głupia ja) i czas zabrać się za seriale.

Halt and Catch Fire

Wcześniej na blogu pojawił się wpis o tym serialu (zainteresowanych odsyłam w czeluści wpisów). W pierwszym sezonie było 10 odcinków, które pochłonęłam w dwa i pół dnia (gdyby nie to, że musiałam chodzić na zajęcia zrobiłabym to w jeden dzień). Serial spodobał mi się na tyle mocno, że na drugi sezon oczekiwałam jak małe dziecko na Gwiazdkę.

Poznajemy tutaj Joe MacMillana, który za cel życiowy stawia sobie zbudowanie pierwszego laptopa, który ma ważyć mniej niż 7 kilogramów. Dąży do tego po trupach, za wszelką cenę, wystawiając nawet do wiatru swoich współpracowników. Jest typową świnią, nie liczącą się z nikim. Wpływ na to ma m.in. jego przeszłość, która okazuje się nie być kolorowa. Moim skromnym zdaniem jest to jego najlepsza rola i niesamowicie się cieszę, że trzeci sezon wychodzi już niedługo (chociaż podobno premiera ma zostać przesunięta z początku czerwca na sierpień). I oby był lepszy niż druga transza.


Gdzie pachną stokrotki

Pamiętam, że kiedy byłam w gimnazjum siedziałam u mojej kumpelki w domu i oglądałyśmy telewizję. Usłyszałyśmy ten tytuł i wywiązał się taki dialog:

- Wiesz, gdzie pachną stokrotki?
- No gdzie?
- W kiblu.

Cóż, nie było to, jakby to nazwać, najwyższych lotów, ale utkwiło mi to w pamięci. Gdy przeglądałam po latach filmografię Lee i zobaczyłam, że grał w tym serialu, wybuchnęłam śmiechem i stwierdziłam, że koniecznie muszę to obejrzeć.

Generalnie myślałam, że produkcja ma ok. 6 sezonów, ale jak się potem okazało ma tylko dwa. Całość obejrzałam w tydzień i było mi niezwykle smutno, że to już koniec. Lee gra tutaj uroczego cukiernika, który ma dziwną, nadprzyrodzoną moc. Potrafi wskrzeszać ludzi, ale potem nigdy więcej nie może ich dotknąć, bo to spowodowałoby ich śmierć bez możliwości powrotu do życia. Trudno opowiedzieć o co tu chodzi, dlatego najlepiej samemu to obejrzeć. A naprawdę warto. Tym bardziej, że ostatnio pojawiła się informacja, że stacja ABC daje zielone światło na powrót tego serialu, jeśli tylko twórcy i aktorzy będą tego chcieli.


30 beats

Ten film to naprawdę dziwny twór. Składa się z kilkudziesięciu sekwencji, w której każdy z bohaterów łączy się w jakiś sposób z tymi z poprzednich fragmentów. Niestety produkcja jest bardzo męcząca i w sumie bezsensu.

Pace pojawia się tu jako Matt, który jest masażystą. Zaleca się do niego jedna z jego klientek, ale on woli inną, która ma na niego wyrąbane. Poza tym, że z wyglądu przypomina Ryana Gosilinga, stoi pod prysznicem i jedzie samochodem to nie ma tu nic ciekawego. Szczerze nie polecam, zakopać ten film.


Polarbearman

Filmik ma tylko pięć minut i przedstawia człowieka, który styka się z globalnym ociepleniem do tego stopnia, że Ziemia zostaje zalana przez wodę, a on swój żywot musi spędzić na dachu swojego domu. Do zobaczenia na YouTube jakby ktoś był zainteresowany. Całkiem ciekawa wizja przyszłego świata.


Opętany

Tutaj mamy do czynienia z całkiem dobrym thrillerem, przynajmniej według mnie (oglądałam ten filmu już chyba z sześć razy). Mamy tutaj dwóch braci. Jeden jest ułożony, wykształcony, ma żonę i jest generalnie szczęśliwy. A drugi to margines. Wychodzi z więzienia, mieszka pokątnie u swojego brata i ma wszystko gdzieś. Pewnego dnia dochodzi do kłótni między braćmi i jeden ucieka przed drugim. Dochodzi do wypadku, po którym obaj zapadają w śpiączkę. Po pewnym czasie ten zły budzi się i wydaje mu się, że jest swoim bratem.

Lee gra tutaj Romana, tego złego. Początkowo jest totalnym zerem, ale z czasem, gdy staje się swoim bratem zmienia się zupełnie. Zakończenie jest zaskakujące i co ciekawsze, jest jego alternatywna wersja na YouTube. Film można podsumować: od badassa do milusiego, troskliwego faceta.


Samotny mężczyzna

Pewnej niedzieli, późno wieczorem trafiłam na ten film w telewizji. Na drugi dzień miałam pociąg na 6.40 i wiedziałam, że nie mogę go obejrzeć całego. Stwierdziłam, że obejrzę do pierwszego momentu aż pojawi się Lee. Nastąpiło to po czterdziestu pięciu minutach. Szedł z głównym bohaterem (w tej roli fantastyczny Colin Firth) i krótko rozmawiali. Po tej scenie wyłączyłam tv i poszłam spać. Na drugi dzień po zajęciach dokończyłam oglądania i jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że to była jedyna scena, w której pojawił się Lee.

Zagrał profesora akademickiego, który pojawił się tylko raz. Ale nie ma tego złego, bo film naprawdę dobry i warty obejrzenia. Mam nadzieję, że będę też miała czas na przeczytanie książki, na podstawie której produkcja powstała. 


Rezydent 

Po tym filmie bałam się iść ciemnym korytarzem do łazienki w moim akademiku. Trochę strasznie, trochę obsesyjnie, ale możliwe, że to tylko moje dziwne odczucia, bo nie mam zwyczaju oglądać takich filmów. Poznajemy tutaj młodą lekarkę, która po zerwaniu ze swoim chłopakiem przeprowadza się do mieszkania, w którym po czasie ma wrażenie, że ktoś ją ciągle obserwuje.

Pace gra tu byłego chłopaka owej bohaterki, który stara się odbudować relację z ukochaną. No cóż, po raz kolejny jest ładny i to chyba na tyle. Film sam w sobie nie jest nie wiadomo jakim arcydziełem, ale jakby komuś się nudziło wieczorem to do poduszki może obejrzeć.


Strażnicy galaktyki

W obecnych czasach chyba nie ma aktora, który by nie zagrał albo nie miał w planach zagrania w produkcjach Marvela. Spotkało to też oczywiście Pace’a, któremy zagrał czarny charakter, czyli mrocznego Ronana. Wielki, niebieski stwór, który chce zabrać tajemniczy artefakt z rąk Petera Quilla, awanturnika i przywódcy grupy oudsiderów.

Obejrzałam ten film dla Lee i niestety muszę się przyznać, że nijaki Groot skradł moje serce i Ronan musiał pójść w odstawkę. Od tego też się zaczęła moja miłość do Marvela, która pomału powiększa się.


Magia uczuć

Obejrzałam ten film z kumpelką zza ściany z akademika. Początkowo nie mogłam w ogóle zrozumieć tego filmu. Nie wiedziałam o co w nim naprawdę chodzi. Zachwycały mnie tylko piękne kadry i widoki w tle. Jednak pod koniec zdałam sobie sprawę jakie jest przesłanie.

Lee gra tutaj Roy’a Walkera, który jest kaskaderem filmowym. W szpitalu do chodzi do zdrowia po wypadku i tam poznaje małą dziewczynkę, z którą się zaprzyjaźnia i postanawia jej opowiedzieć pewną historię. Produkcja wielopłaszczyznowa, inspirująca i godna polecenia.


Saga Zmierzch: Przed Świtem

No tak... No cóż... Rachunki za coś trzeba płacić. Nie muszę chyba nikomu przestawiać tego filmu. Wampiry, wilkołaki, drewniana Bella, blady Edward... Ale żeby nie być taką świętą to obejrzałam (właściwie przespałam w kinie) pierwszą cześć „Zmierzchu”, a właśnie tą ostatnią aż... trzy razy. I wszystkie trzy razy były w Anglii, w angielskiej telewizji, gdzie głos w tle opisuje wszystko co dzieje się na ekranie.

Lee gra tutaj najprzystojniejszego wampira Garretta, który się z nikim nie patyczkuje i jak go ktoś z denerwuje no to cóż... Nie będę ukrywać, że obejrzałam to tylko dla niego i chyba więcej tego nie zrobię. Trzy razy to i tak za dużo.


Strategia Mistrza

Na ten film czekałam odkąd się dowiedziałam, że Lee w nim będzie grał. Film opowiada historię Lance’a Armstronga, mistrza kolarskiego, który dzięki niedozwolonym środkom stał się maszyną do odnoszenia kolejnych sukcesów. Wybrałam się na to do kina z moim Wilsonkiem i szczerze tego nie żałowałam. Jednym z większych plusów tej produkcji jest ścieżka dźwiękowa, która jest naprawdę genialna.

Lee gra tutaj menagera Armstronga, który pilnuje za równo jego kontraktów jak i tego, by afera dopingowa nie wymknęła się spod kontroli. Lee pojawił się w około dziewięciu scenach w całym filmie. To i tak niezły rezultat. 


To nie są wszystkie filmy, które Lee Pace ma w swoim dorobku. Chociaż kiedyś obiecałam sobie, że obejrzę wszystkie, jednak niestety póki co tak się nie stało. Za to pozostał jeszcze jeden film, do którego podchodzę jak pies do jeża i jakoś dziwnie nie potrafię się do niego zabrać. Mam tu na myśli Dziewczynę żołnierza. Jest to debiut filmowy Lee, który jako młody aktor, tuż po szkole otrzymuje niesamowitą okazję zagrania głównej roli. Pace gra tam transwestytę, w którym zakochuje się żołnierz z pobliskiej dywizji, która stacjonuje w okolicy. Jakoś mam dziwną obawę przed tą produkcją i nie potrafię powiedzieć dlaczego. Może za bardzo przytłacza mnie myśl, że Lee jest o wiele ładniejszą dziewczyną niż połowa kobiet na ziemi w tym ja. 


Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak życzyć temu wielkoludowi (ma prawie dwa metry wzrostu) wszystkiego najlepszego, świetnych ról filmowych i większej ilość filmów z jego udziałem w naszych kinach, żebym miała na co chodzić w Środy z Orange! :)


czwartek, 5 listopada 2015

Wszystko ma się we krwi...

Wczoraj była środa, a co ja ostatnio robię w środowe wieczory? Chodzę do kina (God bless Środy z Orange i przyjaciół, którzy mają telefony w tej sieci). Wczoraj, według planu, poszłam z moim Wilsonkiem na "Strategię mistrza". Dlaczego akurat na to? No bo jedną z ról grał tam mój mąż (przypominam, Lee Pace). Czy było warto? Cóż...

Standardowo przed seansem poszłyśmy na jakąś szamę, potem zwiedzać przybytek Wilsona i kulturalnie, na dwadzieścia minut przed seansem udałyśmy się do kina. Po zdobyciu biletów ruszyłyśmy zająć miejsca. Miejscówka trafiła się w przedostatnim rzędzie i początkowo było fajnie, bo na pięć minut przed rozpoczęciem filmu na sali było pięć osób. Jednak chwilę później przyszła jakaś totalna cebulandia. Typ przede mną postanowił sobie postać, zdjąć kurtkę, drzeć ryja na całe kino i zupełnie nie przejmować się tym, że nie jest tu sam. Jeszcze jakaś idiotka dyskutowała z typem z dwóch rzędów wyżej od niej o jakimś spotkaniu czy coś. No kogo to obchodzi? Niech siada i nie przeszkadza innym. Tym bardziej, że byłam zainteresowana zwiastunami, które pokazują przed projekcją. Po prostu niektórzy nie powinni pokazywać się publicznie.

Co do samego filmu... Historia znana zapewne większości i to nie tylko tym, co interesują się sportem i kolarstwem. Film opowiada historię Lance'a Armstronga (w tej roli Ben Foster), siedmiokrotnego zwycięscy Tour de France, który wspiął się na szczyt dzięki niedozwolonym zabiegom. Sam film całkiem niezły, gra aktorska bardzo dobra, ale miałam pewien problem. Pierwsza scena w filmie pokazuje 21-letniego kolarza, który jeszcze nie osiągnął nic i jest po prostu zwykłym dzieciakiem, który ma marzenia. Natomiast w następnym ujęciu widzimy go już jako zawodowca i mistrza, który jeździ w żółtej koszulce. Pomiędzy jedną, a drugą sceną wyraźnie mi czegoś zabrakło. Wiem, że nie wszystko da się zmieścić w prawie dwugodzinnym filmie, ale powinni zawrzeć coś, co scali te dwa momenty. Za to dużo czasu poświęcono na pokazanie całej "maszynerii", która przyczyniła się do zwycięstw. Mam tu na myśli terapie EPO, przetaczanie krwi, tuszowanie złych substancji. Sceny gdzie byli podłączeni do kroplówek czy worków z krwią można porównać do spotkań towarzyskich przy piwie. Pobieranie płynów tyle, że na różne sposoby. Dodatkowo kłamstwo goniło kłamstwo i to na każdym kroku. Oszukiwani byli wszyscy. Kibice, dziennikarze, a nawet ludzie z komisji antydopingowej. W pewnym momencie człowiek miał wrażenie, że zatarła się granica pomiędzy prawdą, a kłamstwem.

No ale nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o tym, dla którego poszłam do kina. Rola Lee Pace'a może nie była jedną z głównych, ale według mnie istotna. Grał wiernego menagera/prawnika sportowca. Robił to co Armstrong mu kazał. Towarzyszył mu podczas wizyt w szpitalu na "gościnnych występach" (Armstrong jest założycielem fundacji Livestrong, która powstała po tym jak wygrał walkę z rakiem) czy spotkaniach dotyczących spraw prawnych. Obecność Pace'a na ekranie odnotowałam osiem razy (musiałam liczyć, nie mogłam się powstrzymać). Do tego był bardzo ładnie ubrany (m.in. koszula w kratę lub szary sweter) i ślicznie się uśmiechał. Mój fangirlizm został zaspokojony, chociaż jakby zagrał główną rolę to tym bardziej bym nie pogardziła. Tak czy inaczej mogę odnotować kolejny obejrzany film z jego udziałem.

Ale nie mogę pominąć pewnej rzeczy. W jednej ze scen bohater Lee idzie w podziemnym garażu i jego sylwetka pokazana jest z profilu. Chyba jestem bardzo spaczona Hobbitem, bo gdy to zobaczyłam od razu pomyślałam, że wkradł się tu elficki król i pokazuje swój majestat. Tak samo się poruszał jako Thranduil (wiem, sposobu chodzenia nie da się pozbyć), tylko brakowało mu blond czupryny.

W filmie pojawił się również Dustin Hoffman. Jego nazwisko zauważyłam na początkowych napisach, jednak podczas seansu zupełnie zapomniałam, że ma się gdzieś pojawić. A gdy już do tego doszło byłam lekko zaskoczona. Pojawił się może w trzech scenach, ale to i tak dodaje filmowi +15 do prestiżu.

Kolejną rzeczą jak najbardziej na plus jest ścieżka dźwiękowa. W filmie można było usłyszeć m.in. "No surprises", "Mr Pharmacist" czy "Mrs. Robinson". Przynajmniej pośpiewałam (ale tak po cichu) sobie znane utwory.

Zaskoczyła mnie też jedna rzecz. Czytając wywiad z Benem Fosterem (zanim jeszcze poszłam na film) dowiedziałam się, że aby lepiej wczuć się w rolę i poczuć to co przeżywał Armstrong, poddał się programowi dopingowemu. Zażywał środki, które pobierał kolarz. Powiedział, że sporo czasu zajął mu powrót do równowagi zarówno fizycznej jak i psychicznej, a nawet do końca jeszcze jej nie odzyskał. Rzadko, który aktor, a nawet człowiek podjął by się takiego czynu. Patrząc po tym co jest zawarte w filmie to wyglądało to mało zachęcająco. Ilość strzykawek i płynów była naprawdę ogromna.

Generalnie film na plus. Zapewne, gdybym nie znała całej historii film trzymałby bardziej w napięciu, ale i tak niektóre momenty zaskakiwały. Jeśli nadarzy mi się okazja, by zobaczyć produkcję jeszcze raz to pewnie się zdecyduję, choćby dla gry aktorskiej Bena Fostera, ośmiu scen Lee Pace'a czy ścieżki dźwiękowej.


środa, 7 października 2015

C'mon, baby, light my fire!

No dobrze, czas się przyznać: ten wpis powinien być napisany dwa miesiące temu. Ale że jestem leniwą bułą to jakoś się nie mogłam zebrać. Chyba nadal nie jestem pewna jak to zrobić, bo czy da się opowiedzieć o serialu nie zdradzając tego co się tam dzieje? Właśnie tak, dziś, w tym wpisie i w tym momencie zamieniam się w totalną fangirl i jeśli w co drugim zdaniu będę wyznawała miłość to wybaczcie. Ale zacznę od początku...



"Halt and catch fire", bo o tym mowa, to nie do końca taki oczywisty serial. Akcja toczy się w latach 80. XX w i skupia się na grupie ludzi, którzy chcą zbudować komputer osobisty, który będzie miał rozmiary walizki. Tak, mowa tutaj o laptopie. Ale tak naprawdę serial pokazuje relacje międzyludzkie, zachowania osób po przejściach i z przeszłością, a także o przedstawia trudną sztukę jaką jest współpraca osób o różnych, skrajnych charakterach. Na grupę konstruktorów składają się trzy osoby: Joe Macmillan, Cameron Howe i Gordon Clark. 










Joe MacMillan (Lee Pace) - zjawia się z pomysłem stworzenia komputera i szuka osób, którym będzie mógł zaufać i którzy pomogą mu zbudować jego wynalazek. Prawda jest jednak taka, że poszukuje łosi, którzy zrobią to za niego, a on to tylko wypromuje, sprzeda i zarobi kasę. Oczywiście udaje mu się to, ponieważ we wszystkim co sobie założył dąży za wszelką cenę. Jest przy tym cyniczny i bezduszny, ale jak się potem okazuje jego życiowe zawirowania zmuszają go do bycia socjopatą.



Oczywiście nie będę ukrywać, że zaczęłam oglądać ten serial dla Lee Pace'a, jestem totalną fangirl i jest on moim mężem, ale jeszcze o tym nie wie. A tak na poważnie to jest to właściwa osoba na właściwym miejscu. Jego bohater w doskonały sposób ewoluuje, a on potrafi świetnie to zagrać. W jednym momencie gra bezdusznego zarządce, by po chwili stanąć w drzwiach z miną zbitego psa i powiedzieć coś czego nigdy w życiu nikomu nie powiedział. Tak naprawdę po MacMillanie można się spodziewać wszystkiego i nie należy mu bezgranicznie ufać.



Cameron Howe (Mackenzie Davis) - młoda programistka, którą Joe spotka podczas wykładu i angażuje do pracy. Jest buntowniczką i wszelkie zasady nie mają dla niej znaczenia. Powierzchownie wydaje się być twardą skałą, jednak w miarę upływu czasu zaczyna się przywiązywać do Joe przez co niestety potem cierpi.



Uwielbiam jej bohaterkę i chociaż momentami jest denerwująca to jej relacja z Joe nie jest oczywista. Jej kreatywność i chęć zmieniania mocno męskiego świata sprawiają, że to nie jest jednowymiarowa, słodka postać, która robi co inni jej każą. Potrafi się przeciwstawić i nie raz udowadnia, że nie da sobą pomiatać.



Gordon Clark (Scoot McNairy) - inżynier, który w przeszłości samemu próbował zbudować komputer, jednak zakończyło się to klęską i późniejszymi konsekwencjami. Ta porażka tak mocno zakotwicza się w jego pamięci, że za wszelką cenę będzie chciał wykorzystać drugą taką szansę, którą daje mu Joe. Do tego jako jedyny z tej trójki ma życie prywatne - żona i dwie córki.



Nie należy do moich ulubieńców, bo żyje albo w stałym konflikcie z Cameron albo jak już z nią jest na neutralnej stopie to do sporu dołącza Joe. W pewnym momencie nabieram do niego jakby sympatii, by potem porzucić ją na dobre.



Do tej pory powstały dwa sezony "Halt..." i osobiście uważam, że pierwszy jest lepszy niż drugi, ale tylko minimalnie. Może dlatego, że w pierwszym mamy do czynienia z bliższą relacją pomiędzy Joe i Cameron. Natomiast w drugim sezonie każdy z trójki bohaterów znajduje się zupełnie w innym miejscu i z innymi ludźmi niż na początku ich wspólnej drogi. Dochodzi do totalnej metamorfozy Joe, który... spotyka kobietę swojego życia i staje się po prostu pantoflem. Ale tylko do czasu... Do momentu, gdy ponownie skrzyżuje swoje drogi  Gordonem i Cameron.




Jak już wcześniej napisałam, jestem fangirl i uwielbiam Joe (właściwie Lee, ale to tu nie ma znaczenia) to muszę stwierdzić, że jakim kretynem i palantem by nie był to i tak się będzie trzymało jego stronę i wierzylo, że wszystko co robi jest słuszne. Wszystko co sobą prezentuje ma sens i pokazuje, że nie tak łatwo być tym kim się chce mając za sobą burzliwą przeszłość i komplikacje rodzinne. Aha, i najważniejsze... Bardzo chętnie poznam jego stylistę z sezonu drugiego, bo o ile w pierwszym sezonie wciskali go praktycznie w same garnitury, tak w drugim poszaleli.




Niestety na razie nie wiadomo czy będzie trzeci sezon, bo podobno nadal trwają ustalenia czy wszystkie statystyki są in plus dla serialu. Ja jednak mam nadzieję na przedłużenie serii, ponieważ po raz kolejny (w przypadku pierwszego sezonu również tak było) finałowy odcinek transzy pozostawił otwartą furtkę dla ciągu dalszego. Jak dadzą kolejne dziesięć odcinków to pójdę do Częstochowy. Nie no, może nie aż tak... Ale będę mega szczęśliwa.


P.S. Oczywiście nie napisałam wszystkiego, żeby pozostał jakiś element zaskoczenia, o ile ktoś będzie chciał obejrzeć. ^^

P.S.2. Mam ochotę tu dołożyć jeszcze więcej gifów, ale już taka nie będę. :D

środa, 8 kwietnia 2015

10 sytuacji, które przeżył każdy z nas

WFA jedzie dalej, a ja zamiast ogarniać się na zajęcia to chodzę po mieszkaniu i rozmyślam o czym by tu napisać. No i wymyśliłam. Każdy nas w życiu miał doczynienia z pewnymi sytuacjami. Nieważne ile wtedy mieliśmy lat, ale to zawsze się działo. Zapewne jest ich dużo więcej niż udało mi się wymyśleć, ale na więcej już mnie chyba dziś nie stać.

1. Kazanie wygłoszone przez rodziców (zwłaszcza przez mamę):

Pokażcie mi człowieka, który tego nie doświadczył, a postawię mu pół litra i chętnie spotkam się z jego rodzicielami. Odkąd chodzę po tym świecie i mniej więcej rozumiem o co chodzi w żywocie człowieka, to doświadczyłam tej sytuacji niezliczoną ilość razy. I nieważne czy coś ma znaczenie czy nie. Czy chodzi o niewyrzucone śmieci czy kolejną kiepską kartkę z ocenami ze szkoły. Czego człowiek by nie zrobił zawsze dostanie opierdziel. Zawsze.

Klasycznym przykładem jest: "No, ale mamo, [tu wastaw imię swojego kumpla/kumpeli] też dostała/dostał pałę", a w odpowiedzi zawsze usłyszymy to samo: "Nie porównuj się do innych! Co oni mnie obchodzą?". Za to jak będzie coś fajnego co twój kumpel/kumpela zrobi, a ty nie to wtedy jest: "[wstaw imię] to zrobiła/zrobił. Dlaczego ty nie?". No i gdzie tu logika? Nasuwa się wtedy tylko jedno: Rodzice, kto ich zrozumie?


2. Babcia wpychająca w ciebie jedzenie:

Skoro jesteśmy przy rodzinie to nie mogło zabraknąć tego. Nie znam babci, która by nie powiedziała: "Za mało jesz" albo "Marnie wyglądasz". Nie każdy zawsze ma apetyt i pała miłością do jedzenia. No dobrze, ja w 99% przypadków zawsze jestem głodna, ale nie o tym mowa. Z babcią po prostu nie ma dyskusji. Masz jeść i koniec. Ale nie trochę, jak cywilizowany człowiek... Tylko sterta, jak dla armii, która wraca z pola bitwy.

A co się stanie jeśli człowiek się sprzeciwi? No ja bym nie ryzykowała, ale jeśli już to... Obraza majestatu gwarantowana i zrujnowane rodzinne spotkanie. Może też wystąpić płacz i zgrzytanie zębów, że już nie kochasz babci, ale tego zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć. Przecież my zawsze kochamy babcię. Dlatego zjadajcie wszystko i nie marudźcie.


3. Obcierające buty:

Czy jest coś gorszego, gdy kupujesz piękne, nowe buty, na specjalną okazję i je zakładasz, a potem zaczyna się piekło? Wtedy ma się ochotę spalić je, wyrzucić, zdeptać resztkami sił, a nawet zjeść. Do tego nie ma się siły na nic, a każdy kto się pojawi na naszej drodze jest potencjalną ofiarą naszej osoby. I nie ma tu znaczenia czy są to piękne szpilki od Louis Vuitton, trampki Converse, glany czy zwykłe baleriny. KAŻDE buty na początku obcierają. Bez wyjątku.

Jak temu zaradzić? Hmm... Okleić stopy plastrami czy napchać waty do środka? Według mnie tego po prostu nie da się uniknąć i trzeba to przetrwać. Trudno, będziemy krwawić i cierpieć, ale potem przyjemność chodzenia w naszych wymarzonych pantoflach będzie nieopisana. No chyba, że to będą drewniaki.


4. Spóźniająca się komunikacja miejska:

Styczeń, -20 stopni, godzina 19. Jesteś po całym dniu pełnym zajęć i jedyne o czym marzysz to koc i gorąca herbata. Ale nie... MZK, ZTM, SKM czy inny tego typu twór ma to gdzieś i jemu się nie spieszy. Ty masz sobie stać i czekać aż on łaskawie się pojawi na horyzoncie. A żeby tego było mało zazwyczaj jest zapchany pod sam sufit, że nie ma gdzie wcisnąć palca. Wtedy ty wypychasz się na siłę, jeszcze bardziej masz wszystkiego dość i nienawidzisz ludzi.

Dzięki takiej sytuacji ma się ochotę iść pieszo i wtedy nawet nie przeszkadza mróz, śnieg i inne anomalie pogodowe. Tylko nie zawsze jest to możliwe, bo co jeśli do domu masz osiem kilometrów? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i modlić się, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.


5. Stresujący egzamin/wystąpienie:

To jest obecne w naszym życiu zawsze. I nie ma znaczenia czy to matura, sesja, prawo jazdy czy prezentacja w pracy. Ten stres jest zawsze. I chwała tym, któzy potrafią nad nim zapanować, bo szczerze mówiąc ja mam z tym problem. Chociaż mówili, że matura to masakra, ale ja jakoś tego nie odczuwałam tak bardzo. Prawo jazdy? Tylko trochę. Za to sesja mnie przeraża i wolę o tym nie myśleć.

Czy jest sposób na pokonanie go? Zapewne najlepszym będzie upicie się (oczywiście tylko pełnoletni!), ale jeśli będziemy ograniczeni umysłowo to nic z nas nie będzie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to po prostu spięcie pośladków i wyobrażenie sobie, że wszyscy są bez ubrań. albo jednak nie... Sama nie wiem. Za to wiem, że łatwo po mnie poznać, że się stresuje. Moje ręcę trzęsą się wtedy jak u alkoholika na odwyku. Pomocy!


6. Idiota w kinie:

Czy jest coś co może bardziej nas wkurzyć od tego? Chyba nie. Idziesz na pełnym relaksie do kina, na film, na który długo czekasz, kupujesz popcorn, zajmujesz swoje miejsce, za które zapłaciłeś grube pieniądze i czekasz aż zacznie się seans. I już masz nadzieję, że wszystko będzie jak być powinno dopóki nie pojawia się na horyzoncie on - typowy idiota. Widzisz to z jego twarzy i wiesz, że to on. Najczęściej siada przed tobą albo za tobą. Jeśli przed tobą to: zasłania ci swoją wielką głową ekran i je popcorn jak świnia, a do tego siorbie resztkę picia, której i tak już nie ma w kubku. Jeśli za tobą: to kopie cię w krzesło i wiesza sobie kurtkę na oparciu twojego fotela.

Ale bezwzględu na to, gdzie usiądzie on zawsze ma telefon albo kumpla, drugiego idiotę. Wtedy gadają, śmieją się i masz wrażenie, że oni nie przyszli oglądać filmu. Oni przyszli zrujnować ci dzień. A już w ogóle szczytem wszystkiego jest to, że on już widział ten film i postanawia podzielić się z całą salą fabułą i oczywiście zakończeniem. Wtedy albo masz ochotę zrobić to albo to po prostu robisz, odwracasz się i:


7. Upierdliwa sprzedawczyni:

Sobotnie popołudnie, pełen relaks, kupa pieniędzy w portfelu (hahahaha!) i twój ulubiony sklep. Wchodzisz z radością, zaczynasz się rozglądać, podchodzisz do wieszaka i wtedy z drugiego końca sklepu słyszysz radosne: "W czym mogę pomóc?!". Ty ostrożnie się rozglądasz czy to aby na pewno do ciebie. Niestety tak, jesteś jej ofiarą. Ostrożnie odpowiadasz, że niczego nie oczekujesz, że tylko się rozglądasz. I wydaje ci się, że to koniec, ale to tylko cisza przed burzą. Wtedy ona jest jak ninja. Wyskakuje zza twoich pleców i radośnie zaczyna doradzać, że w tym kolorze ci idealnie, że ta bluzka świetnie się prasuje, a twój tyłek wcale nie jest za duży do tych spodni.

Co wtedy zrobić? Albo próbować jej tłumaczyć, że serio nie potrzebujesz porady (nie polecam, nie skutkuje) albo dać się kobiecie wygadać, odwiesić to co trzymasz w ręku i zwiewać stamtąd ile sił w nogach i pamiętać, że trzeba unikać tego miejsca przez kolejne sto lat. No chyba, że ktoś lubi takie panie sprzedawczynie i chętnie poddaje się jej opinii, a potem trafia do przymierzalni i jest z panią szczęśliwy.


8. Gorszy dzień:

Amen, amen, amen, każdy to przechodzi. Budzisz się rano, leje za oknem, twoje ulubione ciuchy leżą w pralce, kawa/herbata się skończyła, w lodówce biegają pingwiny, a do wyjścia masz pięć minut. Wtedy co robisz? Wracasz do łózka i nie chcesz oglądać nikogo. Ale niestety, tak wygląda bardzo optymistyczny scenariusz. Zazwyczaj w biegu myjesz zęby i się czeszesz, a potem ubierasz w to co leży na krześle i wychodzisz stawić czoła światu. Jak tylko na twojej drodze pojawiają się ludzie, zaznaczasz, żeby bez kija do ciebie nie podchodzić i dać ci spokój. Pracujesz w ciszy i (nie)skupieniu. Jedyne o czym marzysz to własne łóżko i bycie człowiekiem burrito. A gdy już cudem przeżyjesz ten dzień zaczynasz się zastanawiać co z tobą jest nie tak. Wtedy twój najlepszy przyjaciel przechodzi piekło i najczęściej wyłącza telefon, bo ma cię już dość.

Czym to spowodowane? Jeśli jesteś dziewczyną to chyba nie muszę tłumaczyć. To oczywiste, że nawiedza cię takie wredne coś co jak się nie pojawi to jest tragedia, a jak już jest to cię szlag trafia i koło się zamyka. Jeśli z kolei jesteś facetem to nie mam pojęcia. Nie jestem nim i nie wiem co ci może być.


9. Znajomi, którzy są kretynami:

Umówmy się, każdy takich ma, ale otwarcie się nie przyzna. Po prostu są takie osoby, że jak je widzisz to otwiera ci się nóż w kieszeni i masz ochotę strzelic im w twarz. Ale niestety tego nie zrobisz, bo jesteś zbyt dobrze wychowanym obywatelem i mamie by sie to nie spodobało. Więc zaciskasz zęby i masz nadzieje, że się do ciebie nie będą odzywać ani nawet na ciebie patrzeć. Po prostu niech sobie egzystują z dala od ciebie. Niestety, życie nie jest takie piękne. Oni właśnie wtedy postanawiają ci opowiedzieć o swoich interesujących weekendowych przygodach albo historie rodzinne sprzed pięćdziesięciu lat, które masz głęboko w poważaniu.

W takich właśnie chwilach marzysz, by rozjechał ich tramwaj albo po prostu porwali ich kosmici. A najgorszą rzeczą jest jak im się wydaje, że jesteście ich przyjaciółmi. A wy po prostu nie macie wyjścia i jesteście na nch skazani. Dlatego znieście to dzielnie, bo ja naprawdę wiem coś o tym.


10. Brak pieniędzy:

I właśnie w tej chwili każdy zagląda do swojego portfela i co widzi? Stertę paragonów i ostatnie dziesięć złotych, które zostało mu z ostatnich zakupów. To taki smutny widok, że masz ochotę się rozpłakać. Jeśli masz możliwość otrzymywania regularnego wsparcia finansowego to jesteś szczęściarzem. Jeśli nie to pozwól, że poślę ci wirtualnego przytulasa. Ja na szczęście jestem w tej pierwszej grupie, ale i tak za każdym razem, gdy mnie zapytasz o pieniądze powiem, że ich nie mam. Bo nie mam! Bo one się rozchodzą cholernie szybko i nawet nie da się nad tym zapanować.

Jak temu zaradzić? Cóż, można iść do pracy, ale to nie zawsze jest takie proste. Można żebrać, ale to chyba też bym sobie odpuściła. Postarać się oszczędzać? Hmm... Ja próbowałam, ale chyba nie umiem. Wygląda na to, że zawsze będziemy mówić, ale nie mamy hajsu, nawet jeśli to nie prawda. Dlatego jak sprawdzamy stan konta to nie róbmy takiej o to miny, bo to nic nie da:


Zapewne, jak mówiłam wcześniej, jest więcej sytuacji, których doznajemy w życiu, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy. Zawsze możecie się podzielić ze mną czymś o czym nie wspomniałam. :)

P.S. Dzisiejsze gify sponsoruje Lee Pace, który (zapewniam was) pojawi się jeszcze nie raz, bo on siedzi na samym początku szalonego WFA. :)