Wczoraj była środa, a co ja ostatnio robię w środowe wieczory? Chodzę do kina (God bless Środy z Orange i przyjaciół, którzy mają telefony w tej sieci). Wczoraj, według planu, poszłam z moim Wilsonkiem na "Strategię mistrza". Dlaczego akurat na to? No bo jedną z ról grał tam mój mąż (przypominam, Lee Pace). Czy było warto? Cóż...
Standardowo przed seansem poszłyśmy na jakąś szamę, potem zwiedzać przybytek Wilsona i kulturalnie, na dwadzieścia minut przed seansem udałyśmy się do kina. Po zdobyciu biletów ruszyłyśmy zająć miejsca. Miejscówka trafiła się w przedostatnim rzędzie i początkowo było fajnie, bo na pięć minut przed rozpoczęciem filmu na sali było pięć osób. Jednak chwilę później przyszła jakaś totalna cebulandia. Typ przede mną postanowił sobie postać, zdjąć kurtkę, drzeć ryja na całe kino i zupełnie nie przejmować się tym, że nie jest tu sam. Jeszcze jakaś idiotka dyskutowała z typem z dwóch rzędów wyżej od niej o jakimś spotkaniu czy coś. No kogo to obchodzi? Niech siada i nie przeszkadza innym. Tym bardziej, że byłam zainteresowana zwiastunami, które pokazują przed projekcją. Po prostu niektórzy nie powinni pokazywać się publicznie.
Co do samego filmu... Historia znana zapewne większości i to nie tylko tym, co interesują się sportem i kolarstwem. Film opowiada historię Lance'a Armstronga (w tej roli Ben Foster), siedmiokrotnego zwycięscy Tour de France, który wspiął się na szczyt dzięki niedozwolonym zabiegom. Sam film całkiem niezły, gra aktorska bardzo dobra, ale miałam pewien problem. Pierwsza scena w filmie pokazuje 21-letniego kolarza, który jeszcze nie osiągnął nic i jest po prostu zwykłym dzieciakiem, który ma marzenia. Natomiast w następnym ujęciu widzimy go już jako zawodowca i mistrza, który jeździ w żółtej koszulce. Pomiędzy jedną, a drugą sceną wyraźnie mi czegoś zabrakło. Wiem, że nie wszystko da się zmieścić w prawie dwugodzinnym filmie, ale powinni zawrzeć coś, co scali te dwa momenty. Za to dużo czasu poświęcono na pokazanie całej "maszynerii", która przyczyniła się do zwycięstw. Mam tu na myśli terapie EPO, przetaczanie krwi, tuszowanie złych substancji. Sceny gdzie byli podłączeni do kroplówek czy worków z krwią można porównać do spotkań towarzyskich przy piwie. Pobieranie płynów tyle, że na różne sposoby. Dodatkowo kłamstwo goniło kłamstwo i to na każdym kroku. Oszukiwani byli wszyscy. Kibice, dziennikarze, a nawet ludzie z komisji antydopingowej. W pewnym momencie człowiek miał wrażenie, że zatarła się granica pomiędzy prawdą, a kłamstwem.
No ale nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o tym, dla którego poszłam do kina. Rola Lee Pace'a może nie była jedną z głównych, ale według mnie istotna. Grał wiernego menagera/prawnika sportowca. Robił to co Armstrong mu kazał. Towarzyszył mu podczas wizyt w szpitalu na "gościnnych występach" (Armstrong jest założycielem fundacji Livestrong, która powstała po tym jak wygrał walkę z rakiem) czy spotkaniach dotyczących spraw prawnych. Obecność Pace'a na ekranie odnotowałam osiem razy (musiałam liczyć, nie mogłam się powstrzymać). Do tego był bardzo ładnie ubrany (m.in. koszula w kratę lub szary sweter) i ślicznie się uśmiechał. Mój fangirlizm został zaspokojony, chociaż jakby zagrał główną rolę to tym bardziej bym nie pogardziła. Tak czy inaczej mogę odnotować kolejny obejrzany film z jego udziałem.
Ale nie mogę pominąć pewnej rzeczy. W jednej ze scen bohater Lee idzie w podziemnym garażu i jego sylwetka pokazana jest z profilu. Chyba jestem bardzo spaczona Hobbitem, bo gdy to zobaczyłam od razu pomyślałam, że wkradł się tu elficki król i pokazuje swój majestat. Tak samo się poruszał jako Thranduil (wiem, sposobu chodzenia nie da się pozbyć), tylko brakowało mu blond czupryny.
W filmie pojawił się również Dustin Hoffman. Jego nazwisko zauważyłam na początkowych napisach, jednak podczas seansu zupełnie zapomniałam, że ma się gdzieś pojawić. A gdy już do tego doszło byłam lekko zaskoczona. Pojawił się może w trzech scenach, ale to i tak dodaje filmowi +15 do prestiżu.
Kolejną rzeczą jak najbardziej na plus jest ścieżka dźwiękowa. W filmie można było usłyszeć m.in. "No surprises", "Mr Pharmacist" czy "Mrs. Robinson". Przynajmniej pośpiewałam (ale tak po cichu) sobie znane utwory.
Zaskoczyła mnie też jedna rzecz. Czytając wywiad z Benem Fosterem (zanim jeszcze poszłam na film) dowiedziałam się, że aby lepiej wczuć się w rolę i poczuć to co przeżywał Armstrong, poddał się programowi dopingowemu. Zażywał środki, które pobierał kolarz. Powiedział, że sporo czasu zajął mu powrót do równowagi zarówno fizycznej jak i psychicznej, a nawet do końca jeszcze jej nie odzyskał. Rzadko, który aktor, a nawet człowiek podjął by się takiego czynu. Patrząc po tym co jest zawarte w filmie to wyglądało to mało zachęcająco. Ilość strzykawek i płynów była naprawdę ogromna.
Generalnie film na plus. Zapewne, gdybym nie znała całej historii film trzymałby bardziej w napięciu, ale i tak niektóre momenty zaskakiwały. Jeśli nadarzy mi się okazja, by zobaczyć produkcję jeszcze raz to pewnie się zdecyduję, choćby dla gry aktorskiej Bena Fostera, ośmiu scen Lee Pace'a czy ścieżki dźwiękowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz