Na wstępie pragnę wszystkich przeprosić, że tak długo mnie tu nie było. Po prostu jestem leniwą łajzą, której się nic nie chce. Mimo, że przez ten rok (tak, ostatni wpis był pod koniec stycznia) w świecie popkultury dużo się działo to ja milczałam, bo mi się nie chciało. A że 1 stycznia to taki specyficzny dzień to postanowiłam, że czas tu powrócić. Ten wpis będzie podzielony na dwie części. Część pierwsza to będzie swego rodzaju relacja z całego roku, a część druga to będą obserwacje z dnia dzisiejszego.
Grażyna żyje dalej, czyli z roku na rok nie przybywa mi rozumu
Ten rok największą życiową porażką nie był, ale pod niebiosa też mnie nie wyniósł. W styczniu było bogato pod względem filmowym, bo w kinie praktycznie mieszkałam. Byłam na 14 filmach i jednym maratonie krótkich metraży. Można by powiedzieć, że jestem nienormalna, ale z miłością się nie walczy. W lutym z kolei sporo podróżowałam. Najpierw trafił się szybki wypad do Berlina, który był nielada wyzwaniem, ale dla pięknych wspomnień warto się poświęcić. Potem szturmem ruszyłam na Warszawę, żeby przez ponad godzinę móc zapomnieć jak się oddycha i być trzy metry od dwóch największych polskich aktorskich miłości, czyli byłam w teatrze na "Nastasji Filipownej", w której grali Grzegorz Damięcki i Marcin Dorociński. Marzec za to dał mi spotkanie również z moją wielką polską miłością, jednak tym razem muzyczną. Byłam na koncercie Piotra Roguckiego, a potem udało mi się zamienić z nim kilka zdań, zdobyć autografy na płytach i zrobić sobie zdjęcie. W kwietniu zakochałam się w "Alieniście", zarówno książce i serialu. Było to tak silne, że serial widziałam już cztery razy i zacieram rączki na kolejny sezon, który ma powstać. Maj to czas urlopu i spotkanie autorskie z Vincentem V. Severskim, który podpisał mi książki i zdradził kilka smaczków dotyczących serialu na podstawie jego książek, który wyszedł w październiku. Był to też miesiąc, w którym miałam szaloną podróż nad morze, a jednocześnie była to próba mojej cierpliwości. Czerwiec za to okazał się być najbardziej szalony. Tego miesiąca strzeliło mi coś do głowy i pomyślałam, że może złapałabym Pana Boga za nogi i poczuła się jak w hollywoodzkim filmie. No cóż, człowiek głupi jest to i głupie błędy popełnia. W czerwcu też standardowo spakowałam walizkę i ruszyłam jak co roku na Wyspy Brytyjskie. Lipiec to czas zarówno pracy jak i zwiedzania Anglii. Nie mogłam nie trafić do Bristolu i do Bath. Kocham te dwa miasta do tego stopnia, że jakiś tydzień temu naszła mnie myśl, żeby pojechać tam chociaż na weekend. Nie ominęłam również gorącego Weymonth. Sierpień to był czas przejrzenia na oczy i uświadomienia sobie, że czas spieprzać w podskokach póki życie nie schrzanione. Uwierzcie mi, nigdy w życiu nie poczułam takiej ulgi i szczęścia jak w tamtym momencie. Dodatkowo sierpień jest miesiącem moich urodzin, więc życzyłam sobie zdrowia, mądrości i spełnienia marzeń, by trzy dni później, po ponad siedmiu latach spełnić jedno z marzeń i kupić bilet na koncert największej muzycznej miłości, czyli Stinga. We wrześniu poudawałam, że imprezuje, a dodatkowo odpoczywałam u mojej babci, by nabrać sił na to co dopiero przede mną. Przełom września i października był jednocześnie odrobinę konfliktowy jak i wprowadzający zmiany. Po ponad 10 latach dokonał się remont w moim pokoju i z czegoś co zostało wspomnieniem "poprzedniego życia" przemieniło się w "no witam, prawie jak warszawski słoik kochający Ikeę". Co wcale nie oznacza, że mi się to nie podoba, bo zakochałam się w tych czterech ścianach. W październiku był ciąg dalszy podróży, bo trafiłam do Wrocławia, a pod koniec miesiąca, po raz drugi w tym roku, byłam w teatrze w Warszawie i oglądałam na żywo Pana Grzegorza Damięckiego. Tego samego dnia umarł mi też telefon i miałam prawie dwutygodniowy detoks od mediów społecznościowych. Momentami było ciężko, ale dałam radę. Listopad to nowa praca, ale w tej samej branży. Oprócz tego wcześniej wspomniany koncert Stinga, na którym wystąpił razem z Shaggym. Dostałam tak ogromny zastrzyk energii, że jedyne o czym ostatnio marzę to wyjazd na Jamajkę. Choćby z biletem w jedną stronę. Grudzień to już tylko święta, zapiernicz w pracy i mnóstwo prezentów zarówno ode mnie dla mnie jak i od innych i dla innych. A ostatnie dni to rodzinny czas, nowy telefon, silniejsza miłość do moich miłości i obiecywanie sobie, że kolejny rok będzie tylko lepszy, a ja będę mądrzejsza i nie zrobię żadnego głupstwa na miarę tych z ostatnich lat.
Nowy Rok, nowi wszyscy, czyli nadal jesteśmy tacy sami
Sylwestrowa noc była inna niż do tej pory, bo trafiłam na prawdziwy bal. Makijaż, kreacja, ludzie się mną pozachwycali, wróciłam do domu i poszłam spać. Obudziłam się bez kaca, wyspana, z lekkim bólem nogi. Postanowiłam, że obejrzę jakiś film albo koncert Stinga na komputerze i... No właśnie, mój komputer przestał ze mną współpracować. Nie wiem czy umarł kabel czy gniazdo, ale Zenobi nie chce się ładować. W smutku i złości ubrałam się i wyszłam z domu. Po 5 minutach zdałam sobie sprawę, że ze spaceru nic nie będzie, ale do domu nie chciałam wracać. Zamiast iść nad morze postanowiłam wsiąść w pierwszy możliwy tramwaj i po prostu się przejechać, żeby trochę pomyśleć. Jednak zanim dotarłam na przystanek trafiłam na zagubionego obcokrajowca, który trzy raz dziękował mi, że znam angielski i pokazałam mu drogę do najbliższego środka transportu do Sopotu. Sama udałam się w stronę swojego przeznaczenia i uświadomiłam sobie jaka to ciekawa podróż mnie czeka. Po pierwsze, współpasażerowie. Ludzie w Nowy Rok nie są sobą. Wsiadła ze mną grupka chłopaków, która z wczorajszym wzrokiem koniecznie chciała trafić na jakąś imprezę, bo wczoraj było im za mało. Do kompletu były dwie dziewczyny, które z kolei wracały już chyba do domu, bo kreacje i makijaże już nie pierwszej świeżości, ale chociaż humor dopisywał. Oprócz tego było dwóch panów, którzy chyba wracali z izby przyjęć, bo wnioskuję, że mogli mieć bliższy kontakt z jakąś petardą, ponieważ jeden z panów miał zabandażowany palec, który nadal krwawił. A gdy wysiadłam w ścisłym centrum i wpadłam w tłum ospałych wędrowców, poszłam po kawę i snułam się w lekkim deszczu, z jamajską muzyką w słuchawkach po mrocznych uliczkach starego miasta. I wtedy oto zrodził się pomysł tego wpisu i chęć przeprowadzenia Was za moją nieobecność. Obiecuję się poprawić i wpadać tu częściej, bo przecież błędy należy naprawiać. Po powrocie do domu posprzatałam biurko i zrobiłam przegląd gazet nagromadzonych przez ten rok, a potem zjadłam frytki i planuję poczytać książkę i pić ruskiego szampana, którego kupiłam wczoraj z myślą o dzisiejszym dniu...
Pragnę jeszcze dodać, że chcę Wam życzyć wszystkiego najlepszego w tym roku. Spokoju, zmian na lepsze, ale przede wszystkim spełniajcie swoje marzenia, bo to dzięki nim są cudowne wspomnienia i motywacja do tego, by próbować zmieniać coś w swoim życiu.
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 stycznia 2019
poniedziałek, 12 października 2015
Ale że hę?
Właśnie na pewnej stronie zobaczyłam interesujący wpis: Dostaniesz dwa miliony dolarów jak zamieszkasz w domu na odludziu przez dwa lata bez telefonu, Internetu, rodziny i przyjaciół. Oczywiście to żart, ale jakby się nad tym głębiej zastanowić...
Bez telefonu i Internetu może i by dało radę, chociaż coraz bardziej te dwie rzeczy oddziałują na nasze życie. Niby z nimi fajnie, ale czasem bez nich jeszcze lepiej. Z kolei jeśli chodzi o rodzinę i przyjaciół... Bez przyjaciół da się wytrzymać (nie miejcie mnie za kogoś okropnego i bez serca, ale czasem są takie dni, że nie ma się ochoty ich widzieć), ale bez rodziny? Przynajmniej ja bym nie mogła. Bo kto mi da gwarancję, że przez te dwa lata nic się im nie stanie? Że nie zachorują albo co gorsza znikną z ziemskiego padołu? Miałabym wyrzuty sumienia, że przez moją głupotę i pogoń za pieniędzmi straciłam coś istotnego. Ale z drugiej strony, niektórzy nie mają rodziny i jakoś sobie radzą.
Nasuwa się też inne pytanie. Co robić w takiej dziczy bez Internetu, telefonu i wszelkiego "okna na świat". Za bym prawdopodobnie zapakowała do TIR-a książki i tak bym sobie spędzała miło czas. Do tego znalazłabym sobie jakiś las i chodziła na długie spacery. Albo całymi dniami robiła to na co obecnie brakuje mi czasu: napisałabym w końcu książkę. Co prawda już coś jest tam napisane, ale daleka droga do ideału.
Co jeszcze bym mogła tam robić? Obejrzeć wszystkie seriale świata. To by było coś. Może nie rzucałabym się na "Modę na sukces", ale zdecydowanie zabrałabym się za brytyjskie produkcje, które przecież są świetne.
Do książek dorzuciłabym miliardy świetnych piosenek, które już dawno powstały, a ja jeszcze nigdy w życiu ich nie słyszałam. Ciekawe czy przesłuchanie wszystkich piosenek na świecie zajęłoby mi więcej niż dwa lata czy może jednak bym się zmieściła w tym czasie?
Ale może jednak dobrze jest jak jest? Może jednak wolę mieć to co mam niż te miliony na koncie? Przecież podobno pieniądze szczęścia nie dają, a w życiu liczą się te chwile, które możemy z kimś dzielić.
P.S. A co z miłością? Bez niej można żyć?
P.S.2. Dziś krótko, ale obiecuję, że niedługo postaram się napisać coś więcej. Na pewno w najbliższym czasie pojawią się cztery wpisy, ale o czym i o kim to na razie tajemnica. ;)
P.S.3. Dzisiaj usłyszałam najpiękniejsze zdanie od mojej współlokatorki: "Jeśli skończą ci się wszystkie twoje wesołe fandomowe autobusy...". Czy to nie urocze? I czy to możliwe, że one kiedykolwiek się skończą? :D
Bez telefonu i Internetu może i by dało radę, chociaż coraz bardziej te dwie rzeczy oddziałują na nasze życie. Niby z nimi fajnie, ale czasem bez nich jeszcze lepiej. Z kolei jeśli chodzi o rodzinę i przyjaciół... Bez przyjaciół da się wytrzymać (nie miejcie mnie za kogoś okropnego i bez serca, ale czasem są takie dni, że nie ma się ochoty ich widzieć), ale bez rodziny? Przynajmniej ja bym nie mogła. Bo kto mi da gwarancję, że przez te dwa lata nic się im nie stanie? Że nie zachorują albo co gorsza znikną z ziemskiego padołu? Miałabym wyrzuty sumienia, że przez moją głupotę i pogoń za pieniędzmi straciłam coś istotnego. Ale z drugiej strony, niektórzy nie mają rodziny i jakoś sobie radzą.
Nasuwa się też inne pytanie. Co robić w takiej dziczy bez Internetu, telefonu i wszelkiego "okna na świat". Za bym prawdopodobnie zapakowała do TIR-a książki i tak bym sobie spędzała miło czas. Do tego znalazłabym sobie jakiś las i chodziła na długie spacery. Albo całymi dniami robiła to na co obecnie brakuje mi czasu: napisałabym w końcu książkę. Co prawda już coś jest tam napisane, ale daleka droga do ideału.
Co jeszcze bym mogła tam robić? Obejrzeć wszystkie seriale świata. To by było coś. Może nie rzucałabym się na "Modę na sukces", ale zdecydowanie zabrałabym się za brytyjskie produkcje, które przecież są świetne.
Do książek dorzuciłabym miliardy świetnych piosenek, które już dawno powstały, a ja jeszcze nigdy w życiu ich nie słyszałam. Ciekawe czy przesłuchanie wszystkich piosenek na świecie zajęłoby mi więcej niż dwa lata czy może jednak bym się zmieściła w tym czasie?
Ale może jednak dobrze jest jak jest? Może jednak wolę mieć to co mam niż te miliony na koncie? Przecież podobno pieniądze szczęścia nie dają, a w życiu liczą się te chwile, które możemy z kimś dzielić.
P.S. A co z miłością? Bez niej można żyć?
P.S.2. Dziś krótko, ale obiecuję, że niedługo postaram się napisać coś więcej. Na pewno w najbliższym czasie pojawią się cztery wpisy, ale o czym i o kim to na razie tajemnica. ;)
P.S.3. Dzisiaj usłyszałam najpiękniejsze zdanie od mojej współlokatorki: "Jeśli skończą ci się wszystkie twoje wesołe fandomowe autobusy...". Czy to nie urocze? I czy to możliwe, że one kiedykolwiek się skończą? :D
niedziela, 16 sierpnia 2015
Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. II
Do wyjazdu do domu zostało mi 6 dni. Za tydzień w niedziele o tej porze będę w moim własnym, przytulnym pokoiku i oddam się rozmyślaniom o tym, co tu się wydarzyło. Ciągle mam wrażenie, że dopiero jest koniec czerwca, a ja zacznę pracę. Cóż, otóż nie. Czas pakować walizki...
Na samym początku nie sądziłam, że będzie tak jak jest. Czasami a to miałam wrażenie, że będzie tragicznie albo idealnie. Jest po prostu normalnie. Jak wszędzie, dobrze, jeśli się zadomowisz. Czy się zadomowiłam? Bardzo możliwe. Nie stresuję się, gdy mam iść do sklepu, drogę do pracy opanowałam już drugiego dnia moich codziennych wędrówek, a w samej pracy ludzie już znają moje imię i mniej więcej wiedzą (ci z którymi mam codzienny kontakt), że studiuję filologię polską. Nawet trafiło się, że na jednej linii spotkało się dwóch przyszłych filologów i było o czym porozmawiać. Przy okazji dowiedziałam się, że co uniwersytet to inne podejście. Do wszystkiego. Codziennie też słyszę, że powinnam zmienić studia póki nie jest za późno, bo tylko się marnuję. No nie wiem... Ale uwielbiam też reakcje osób, które się dowiadują, że filologia to to czym się zajmuje. Padają wtedy albo niecenzuralne słowa albo słyszę uznanie albo "pozostawię to bez komentarza". Powiedzmy, że już się do tego przyzwyczaiłam.
Przyzwyczaiłam się też do tego, że gdy włączam telewizor to mówią do mnie tylko po angielsku. W sumie to fajne. I ja naprawdę rozumiem co oni do mnie mówią. No nie wszystko, ale w większości. Tylko dobijający jest lektor w tle na niektórych kanałach, który informuje osoby niedowidzące o tym co się dzieje na ekranie. Ale żeby nie było, jestem tolerancyjna.
A co sprawia, że czuję się jakbym była w Polsce? Polacy. Wszędzie Polacy. Wchodzisz do supermarketu, a za plecami słyszysz: "tylko nie kupuj znowu tyle mleka, bo się zepsuje". Jesteś w pracy i jak dobrze trafisz to na linii nie ma ani jednego Anglika, sami swoi. Pójdziesz nawet do apteki po syrop na kaszel dla dziecka to szefową przybytku jest Polka. Albo pojedziesz do Bath na zakupy, a potem na obiad i za plecami w knajpie słyszysz kelnera: "Dzień dobry, smakowało?". Czego chcieć więcej? Nawet jak nie znasz języka to jakoś sobie można poradzić.
I nauczyłam się już nie przeliczać. No chyba, że porównuje ceny w Polsce i tutaj danych rzeczy, które chce kupić i nie jestem pewna czy lepiej na tym wyjdę tu czy tam. A tak? Nie ma szans. Wchodzę do sklepu i po prostu kupuję to co mi potrzebne bez przelicznika, a jedynie patrzę na cenę czy się opłaca w stosunku do zarobków. Bo inaczej to można zwariować.
Co do ludzi to zdanie mam podzielone. W sumie są niektórzy nienormalni, ale reszta to po prostu wszyscy jak wszędzie. Tylko tyle, że tu każdy każdemu za wszystko dziękuję. Zmieniesz linię - dziękują. Kończysz zmianę - dziękują. Idziesz do sklepu - dziękują, że wybrałaś ich sieć. Nawet mówią dziękuję, gdy zejdziesz z drogi albo przepuścisz kogoś na rowerze. A czy u nas po skończeniu pracy ktoś nam dziękuję? Nie spotkałam się z tym. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj mają pretensje, że czegoś się nie zrobiło albo coś jest nie tak. Ech, wyższa kultura osobista.
Miesiąc temu zostałam zapytana czy tęsknię za domem. Odpowiedziałam, że nie. A dlaczego? Bo zachłysnęłam się tym co tu zobaczyłam. Jednak potem był czas, że jedyne co robiłam to odliczałam dni do powrotu. Ale ostatnio już sama nie jestem pewna czego chcę. Z jednej strony chciałabym już wrócić i zająć się swoim starym życiem (no poza nauką na poprawki), ale z drugiej zrobiło się tak jakoś stabilnie i wygodnie, że gdybym miała pewność, że praca będzie dzień w dzień to rozważyłabym zostanie tutaj na dłużej. Ale wakacje się już pomału kończą i czas biegnie dalej, a ja... Muszę wrócić na ziemię.
P.S. Od dwóch tygodni zbieram się by napisać pewien wpis. Ale zrobię to chyba dopiero jak zasiądę przed własnym laptopem.
Na samym początku nie sądziłam, że będzie tak jak jest. Czasami a to miałam wrażenie, że będzie tragicznie albo idealnie. Jest po prostu normalnie. Jak wszędzie, dobrze, jeśli się zadomowisz. Czy się zadomowiłam? Bardzo możliwe. Nie stresuję się, gdy mam iść do sklepu, drogę do pracy opanowałam już drugiego dnia moich codziennych wędrówek, a w samej pracy ludzie już znają moje imię i mniej więcej wiedzą (ci z którymi mam codzienny kontakt), że studiuję filologię polską. Nawet trafiło się, że na jednej linii spotkało się dwóch przyszłych filologów i było o czym porozmawiać. Przy okazji dowiedziałam się, że co uniwersytet to inne podejście. Do wszystkiego. Codziennie też słyszę, że powinnam zmienić studia póki nie jest za późno, bo tylko się marnuję. No nie wiem... Ale uwielbiam też reakcje osób, które się dowiadują, że filologia to to czym się zajmuje. Padają wtedy albo niecenzuralne słowa albo słyszę uznanie albo "pozostawię to bez komentarza". Powiedzmy, że już się do tego przyzwyczaiłam.
Przyzwyczaiłam się też do tego, że gdy włączam telewizor to mówią do mnie tylko po angielsku. W sumie to fajne. I ja naprawdę rozumiem co oni do mnie mówią. No nie wszystko, ale w większości. Tylko dobijający jest lektor w tle na niektórych kanałach, który informuje osoby niedowidzące o tym co się dzieje na ekranie. Ale żeby nie było, jestem tolerancyjna.
A co sprawia, że czuję się jakbym była w Polsce? Polacy. Wszędzie Polacy. Wchodzisz do supermarketu, a za plecami słyszysz: "tylko nie kupuj znowu tyle mleka, bo się zepsuje". Jesteś w pracy i jak dobrze trafisz to na linii nie ma ani jednego Anglika, sami swoi. Pójdziesz nawet do apteki po syrop na kaszel dla dziecka to szefową przybytku jest Polka. Albo pojedziesz do Bath na zakupy, a potem na obiad i za plecami w knajpie słyszysz kelnera: "Dzień dobry, smakowało?". Czego chcieć więcej? Nawet jak nie znasz języka to jakoś sobie można poradzić.
I nauczyłam się już nie przeliczać. No chyba, że porównuje ceny w Polsce i tutaj danych rzeczy, które chce kupić i nie jestem pewna czy lepiej na tym wyjdę tu czy tam. A tak? Nie ma szans. Wchodzę do sklepu i po prostu kupuję to co mi potrzebne bez przelicznika, a jedynie patrzę na cenę czy się opłaca w stosunku do zarobków. Bo inaczej to można zwariować.
Co do ludzi to zdanie mam podzielone. W sumie są niektórzy nienormalni, ale reszta to po prostu wszyscy jak wszędzie. Tylko tyle, że tu każdy każdemu za wszystko dziękuję. Zmieniesz linię - dziękują. Kończysz zmianę - dziękują. Idziesz do sklepu - dziękują, że wybrałaś ich sieć. Nawet mówią dziękuję, gdy zejdziesz z drogi albo przepuścisz kogoś na rowerze. A czy u nas po skończeniu pracy ktoś nam dziękuję? Nie spotkałam się z tym. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj mają pretensje, że czegoś się nie zrobiło albo coś jest nie tak. Ech, wyższa kultura osobista.
Miesiąc temu zostałam zapytana czy tęsknię za domem. Odpowiedziałam, że nie. A dlaczego? Bo zachłysnęłam się tym co tu zobaczyłam. Jednak potem był czas, że jedyne co robiłam to odliczałam dni do powrotu. Ale ostatnio już sama nie jestem pewna czego chcę. Z jednej strony chciałabym już wrócić i zająć się swoim starym życiem (no poza nauką na poprawki), ale z drugiej zrobiło się tak jakoś stabilnie i wygodnie, że gdybym miała pewność, że praca będzie dzień w dzień to rozważyłabym zostanie tutaj na dłużej. Ale wakacje się już pomału kończą i czas biegnie dalej, a ja... Muszę wrócić na ziemię.
P.S. Od dwóch tygodni zbieram się by napisać pewien wpis. Ale zrobię to chyba dopiero jak zasiądę przed własnym laptopem.
sobota, 23 maja 2015
Dziecko szczęścia, czyli mam wszystko...
Na wstępie muszę się wytłumaczyć, że zrobiły się tu zaległości. Niestety, sesja się zbliża, koła już są i czas jest ograniczony. Ale w miarę możliwości postaram się zrehabilitować i powrzucać trochę mojego smędzenia. A teraz przejdźmy do rzeczy. Dzisiejszy wpis z fandomem ma niewiele wspólnego. Dziś postanowiłam porozwodzić się nad swoim życiem. Dlatego, Czytelniku, jeśli nie masz ochoty na wynużenia psychologiczno-wspomnieniowo-jakiekolwiek one są to zamknij tą kartę w przeglądarce i idź pooglądać na You Tuba koty albo coś innego.
Przez ostatnie trzy dni ze wszystkich stron atakuje mnie sprawa rodzicielstwa. Oczywiście nie mojego tylko ogólnie. W każdej gazecie jaką miałam w ręku albo program jaki obejrzałam pojawiały się dwa słowa: mama i tata. Zainspirowało mnie to do zastanowienia się nad swoim losem. No i dodatkowo za cztery dni mamy Dzień Matki, a za miesiąc Dzień Ojca. Dlatego jadąc pociągiem i słuchając smutnych piosenek (dobrze, że nie padało, bo bym udawała, że gram w smutnym teledysku) postanowiłam stworzyć ten wpis.
Może wyjdę na maminsynka (zaraz, ja nie jestem chłopcem... ale odpowiedniego słowa mi brakuje), ale rodzice są najważniejsi. I nie obchodzi mnie co mówią o tym inni. Uwielbiam co tydzień, co weekend wracać do domu, do rodziców. Uwielbiam jak dzwonię w czartek wieczorem do domu i słyszę od taty: "O której jutro przyjedziesz?". Mimo iż nie mówią, że na mnie czekają to i tak wiem, że to robią. Dlatego na piątek czekam z utęsknieniem. Zawsze pada pytanie czy jest coś specjalnego co chciałabym zjeść. Oczywiście, że jest.
Cóż, muszę to powiedzieć, ale jestem cholernym szczęściarzem i umiem to docenić, chociaż może nie zawsze to widać. Jestem jedynakiem, mam wszystko czego potrzebuję, o nic nie muszę walczyć. Życie tak naprawdę jeszcze nie kopnęło mnie mocno w dupę. Póki jest pełna rodzina jest dobrze. Wiadomo spięcia się zdarzają, bo kto ich nie ma i czasem w złości rzucę, że jeszcze będą chcieli, żebym przyjechała, a ja zostanę w swoim smutnym akademiku i tyle mnie będą widzieli. Tak, wiem, to śmieszne i żałosne, ale tak bywa. Jednak po pewnym czasie uświadamiam sobie, że to nie ma sensu. Że chcę do domu, do mamy, do taty. Bo nie ma nic lepszego jak usiąść w piątkowy wieczór, wypić coś dobrego (albo i nie) i po prostu porozmawiać o całym minionym tygodniu. Do tego się pośmiać, powygłupiać i nawet poprzedrzeźniać. A późnym wieczorem po prostu się do nich przytulić i posiedzieć tak nic nie mówiąc.
I pomysleć, że jestem już "dorosła" (bicz plis, nie jestem i wiem o tym), a zachowuję się jak dziecko. Powtórzę to jeszcze raz, jestem cholernym szczęściarzem. Dlaczego? Bo mam ich oboje. Są, tutaj, zawsze. Teraz są za ścianą, ale wiem, że są. I mama i tata. Oboje równie ważni. Kiedy mam z czymś problem to nie szukam rozwiązania Bóg wie gdzie. Idę do mamy. Pamiętam jak kiedyś mi powiedziała, że po to są, że są moimi rodzicami, by zawsze mi pomóc, bo z każdego problemu jest wyjście, a razem możemy je znaleźć. I co z tego, że z tego korzystam. Wolę to zostawić w domu niż iść, rozpowiadać i szukać zrozumienia, którego i tak nie dostanę gdzieś u obcych. Co w domu to w domu. Najlepiej, najbezpieczniej.
Dlatego nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich zabraknąć. Nie jestem na to gotowa. resztą chyba nikt nie jest. Ale wiem, że serce by mi pękło. Jednak wiem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że zostanę sama i będę musiała sobie z tym poradzić. Póki co nie chcę o tym mysleć. Jest dobrze jak jest.
Ostatnio śmiałam się z moją mamą, że będąc małym dzieckiem byłam "sterylna". Wiem, to dziwne, ale chodziło o to, że mama bardzo dbała, żebym sie przypadkiem nie ubrudziła, nie jadła czegoś co nie sprawdzone i takie tam. Po prostu dziecko czyścioch. Teraz mama wie, że to zabawne.
Jednym z lepszych wspomnień z dzieciństwa są sobotnie bądź niedzielne spacery z tatą. Zawsze po obiedzie spacerowaliśmy, a wracając do domu tata kupował mi Kinder Niespodziankę. Zabawne, bo figurki z jajek gdzieś zniknęły (a było ich mnóstwo), a wspomnienia zostały i tego nikt mi nie zabierze. Ostatnimi czasy zdarza się, że wracając do domu na weekend zastanę jakąś Kinder Niespodziankę gdzieś na półce. Radość z niwielkiej rzeczy jest wtedy wielka. Do tego stopnia, że moi rodzice mają ze mnie niezły ubaw.
Pewnie każde dziecko powie to o swoich rodzicach, ale moi są najlepsi na świecie. Mimo iż nie zawsze się zgadzamy to oni najbardziej wspierają mnie we wszelkich wyborach. Nawet teraz rozmyślam nad pewną rzeczą i widzę po mamie, że nie dokońca jest zachwycona tym pomysłem, ale powiedziała, że będzie ok i mi pomoże. A wiem, że niektórzy w swoim życiu nie mają tak kolorowo. I to co mam to naprawdę doceniam.
Pomijając rzeczy materialne to rodzice zaszczepili we mnie pewne idee i zachowania, które może są jakie są, ale są moje, w sumie nasze i wiem, że nie chcę ich zmieniać. Co więcej w przyszłości, jeśli sama się dorobię potomstwa to przekażę mu to co dostałam od moich rodziców. Uwielbiam też to, że tata ukształtował mój gust muzyczny. Gdyby nie on i nasze wspólne podróże samochodem to moja playlista w odtwarzaczu byłaby bardzo smutna. Oczywiście innej, własnej muzyki też słucham, ale taka bardzo mu za to dziękuję. Dziękuję mu też za to, że spełnił moje największe marzenie i zabrał mnie na koncert mojego idola. Tak po prostu kupił bilety, pojechał ze mną i bylismy tam razem. Mijają prawie cztery lata od tego wydarzenia, a mi ciągle wydaje się jakby to było tydzień temu.
I gdybym tak miała za wszystko dziękować z osobna to spędziłabym lata na opisywaniu tego. Wiem, że jestem ich kochanym dzieckiem, a oni moimi ukochanymi rodzicami. I mam to gdzieś, naprawdę, że nie mam chłopaka, setek przyjaciół czy co tam mają ci inni ludzie. Wystarczy mi, że oni są zawsze blisko.
Dlatego jeżeli możecie to rozmawiajcie z rodzicami, spędzajcie z nimi czas i po prostu bądźcie z nimi. Mimo, że nie zawsze się zgadacie czy dogadujecie to korzystajcie z tego póki możecie. I nie bójcie się mówić, że ich kochacie.
P.S. Żeby nie było, że jestem okropna to przyjaciele też są ważni, mimo że jest ich niewielu. :)
P.S. 2. Wyjdę na mazgaja, ale myśląc o tym wszystkim co rodzice dla mnie zrobili i ogólnie co jest między nami to się wzruszam. Mam mokre oczy i to silniejsze ode mnie. :)
P.S. 3. Brak obrazków, bo nie będę się dzielić archiwum prywatnym. :D
P.S. 4. Mama dostała dziś ode mnie prezent z okazji Dnia Matki. Z każdym rokiem mój prezent staje się coraz bardziej trafniejszy. Dzisiaj się o tym przekonałam i byłam naprawdę zadowolona z tego faktu. Myślę, że mama też się cieszyła. :)
Przez ostatnie trzy dni ze wszystkich stron atakuje mnie sprawa rodzicielstwa. Oczywiście nie mojego tylko ogólnie. W każdej gazecie jaką miałam w ręku albo program jaki obejrzałam pojawiały się dwa słowa: mama i tata. Zainspirowało mnie to do zastanowienia się nad swoim losem. No i dodatkowo za cztery dni mamy Dzień Matki, a za miesiąc Dzień Ojca. Dlatego jadąc pociągiem i słuchając smutnych piosenek (dobrze, że nie padało, bo bym udawała, że gram w smutnym teledysku) postanowiłam stworzyć ten wpis.
Może wyjdę na maminsynka (zaraz, ja nie jestem chłopcem... ale odpowiedniego słowa mi brakuje), ale rodzice są najważniejsi. I nie obchodzi mnie co mówią o tym inni. Uwielbiam co tydzień, co weekend wracać do domu, do rodziców. Uwielbiam jak dzwonię w czartek wieczorem do domu i słyszę od taty: "O której jutro przyjedziesz?". Mimo iż nie mówią, że na mnie czekają to i tak wiem, że to robią. Dlatego na piątek czekam z utęsknieniem. Zawsze pada pytanie czy jest coś specjalnego co chciałabym zjeść. Oczywiście, że jest.
Cóż, muszę to powiedzieć, ale jestem cholernym szczęściarzem i umiem to docenić, chociaż może nie zawsze to widać. Jestem jedynakiem, mam wszystko czego potrzebuję, o nic nie muszę walczyć. Życie tak naprawdę jeszcze nie kopnęło mnie mocno w dupę. Póki jest pełna rodzina jest dobrze. Wiadomo spięcia się zdarzają, bo kto ich nie ma i czasem w złości rzucę, że jeszcze będą chcieli, żebym przyjechała, a ja zostanę w swoim smutnym akademiku i tyle mnie będą widzieli. Tak, wiem, to śmieszne i żałosne, ale tak bywa. Jednak po pewnym czasie uświadamiam sobie, że to nie ma sensu. Że chcę do domu, do mamy, do taty. Bo nie ma nic lepszego jak usiąść w piątkowy wieczór, wypić coś dobrego (albo i nie) i po prostu porozmawiać o całym minionym tygodniu. Do tego się pośmiać, powygłupiać i nawet poprzedrzeźniać. A późnym wieczorem po prostu się do nich przytulić i posiedzieć tak nic nie mówiąc.
I pomysleć, że jestem już "dorosła" (bicz plis, nie jestem i wiem o tym), a zachowuję się jak dziecko. Powtórzę to jeszcze raz, jestem cholernym szczęściarzem. Dlaczego? Bo mam ich oboje. Są, tutaj, zawsze. Teraz są za ścianą, ale wiem, że są. I mama i tata. Oboje równie ważni. Kiedy mam z czymś problem to nie szukam rozwiązania Bóg wie gdzie. Idę do mamy. Pamiętam jak kiedyś mi powiedziała, że po to są, że są moimi rodzicami, by zawsze mi pomóc, bo z każdego problemu jest wyjście, a razem możemy je znaleźć. I co z tego, że z tego korzystam. Wolę to zostawić w domu niż iść, rozpowiadać i szukać zrozumienia, którego i tak nie dostanę gdzieś u obcych. Co w domu to w domu. Najlepiej, najbezpieczniej.
Dlatego nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich zabraknąć. Nie jestem na to gotowa. resztą chyba nikt nie jest. Ale wiem, że serce by mi pękło. Jednak wiem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że zostanę sama i będę musiała sobie z tym poradzić. Póki co nie chcę o tym mysleć. Jest dobrze jak jest.
Ostatnio śmiałam się z moją mamą, że będąc małym dzieckiem byłam "sterylna". Wiem, to dziwne, ale chodziło o to, że mama bardzo dbała, żebym sie przypadkiem nie ubrudziła, nie jadła czegoś co nie sprawdzone i takie tam. Po prostu dziecko czyścioch. Teraz mama wie, że to zabawne.
Jednym z lepszych wspomnień z dzieciństwa są sobotnie bądź niedzielne spacery z tatą. Zawsze po obiedzie spacerowaliśmy, a wracając do domu tata kupował mi Kinder Niespodziankę. Zabawne, bo figurki z jajek gdzieś zniknęły (a było ich mnóstwo), a wspomnienia zostały i tego nikt mi nie zabierze. Ostatnimi czasy zdarza się, że wracając do domu na weekend zastanę jakąś Kinder Niespodziankę gdzieś na półce. Radość z niwielkiej rzeczy jest wtedy wielka. Do tego stopnia, że moi rodzice mają ze mnie niezły ubaw.
Pewnie każde dziecko powie to o swoich rodzicach, ale moi są najlepsi na świecie. Mimo iż nie zawsze się zgadzamy to oni najbardziej wspierają mnie we wszelkich wyborach. Nawet teraz rozmyślam nad pewną rzeczą i widzę po mamie, że nie dokońca jest zachwycona tym pomysłem, ale powiedziała, że będzie ok i mi pomoże. A wiem, że niektórzy w swoim życiu nie mają tak kolorowo. I to co mam to naprawdę doceniam.
Pomijając rzeczy materialne to rodzice zaszczepili we mnie pewne idee i zachowania, które może są jakie są, ale są moje, w sumie nasze i wiem, że nie chcę ich zmieniać. Co więcej w przyszłości, jeśli sama się dorobię potomstwa to przekażę mu to co dostałam od moich rodziców. Uwielbiam też to, że tata ukształtował mój gust muzyczny. Gdyby nie on i nasze wspólne podróże samochodem to moja playlista w odtwarzaczu byłaby bardzo smutna. Oczywiście innej, własnej muzyki też słucham, ale taka bardzo mu za to dziękuję. Dziękuję mu też za to, że spełnił moje największe marzenie i zabrał mnie na koncert mojego idola. Tak po prostu kupił bilety, pojechał ze mną i bylismy tam razem. Mijają prawie cztery lata od tego wydarzenia, a mi ciągle wydaje się jakby to było tydzień temu.
I gdybym tak miała za wszystko dziękować z osobna to spędziłabym lata na opisywaniu tego. Wiem, że jestem ich kochanym dzieckiem, a oni moimi ukochanymi rodzicami. I mam to gdzieś, naprawdę, że nie mam chłopaka, setek przyjaciół czy co tam mają ci inni ludzie. Wystarczy mi, że oni są zawsze blisko.
Dlatego jeżeli możecie to rozmawiajcie z rodzicami, spędzajcie z nimi czas i po prostu bądźcie z nimi. Mimo, że nie zawsze się zgadacie czy dogadujecie to korzystajcie z tego póki możecie. I nie bójcie się mówić, że ich kochacie.
P.S. Żeby nie było, że jestem okropna to przyjaciele też są ważni, mimo że jest ich niewielu. :)
P.S. 2. Wyjdę na mazgaja, ale myśląc o tym wszystkim co rodzice dla mnie zrobili i ogólnie co jest między nami to się wzruszam. Mam mokre oczy i to silniejsze ode mnie. :)
P.S. 3. Brak obrazków, bo nie będę się dzielić archiwum prywatnym. :D
P.S. 4. Mama dostała dziś ode mnie prezent z okazji Dnia Matki. Z każdym rokiem mój prezent staje się coraz bardziej trafniejszy. Dzisiaj się o tym przekonałam i byłam naprawdę zadowolona z tego faktu. Myślę, że mama też się cieszyła. :)
środa, 8 kwietnia 2015
10 sytuacji, które przeżył każdy z nas
WFA jedzie dalej, a ja zamiast ogarniać się na zajęcia to chodzę po mieszkaniu i rozmyślam o czym by tu napisać. No i wymyśliłam. Każdy nas w życiu miał doczynienia z pewnymi sytuacjami. Nieważne ile wtedy mieliśmy lat, ale to zawsze się działo. Zapewne jest ich dużo więcej niż udało mi się wymyśleć, ale na więcej już mnie chyba dziś nie stać.
1. Kazanie wygłoszone przez rodziców (zwłaszcza przez mamę):
Pokażcie mi człowieka, który tego nie doświadczył, a postawię mu pół litra i chętnie spotkam się z jego rodzicielami. Odkąd chodzę po tym świecie i mniej więcej rozumiem o co chodzi w żywocie człowieka, to doświadczyłam tej sytuacji niezliczoną ilość razy. I nieważne czy coś ma znaczenie czy nie. Czy chodzi o niewyrzucone śmieci czy kolejną kiepską kartkę z ocenami ze szkoły. Czego człowiek by nie zrobił zawsze dostanie opierdziel. Zawsze.
Klasycznym przykładem jest: "No, ale mamo, [tu wastaw imię swojego kumpla/kumpeli] też dostała/dostał pałę", a w odpowiedzi zawsze usłyszymy to samo: "Nie porównuj się do innych! Co oni mnie obchodzą?". Za to jak będzie coś fajnego co twój kumpel/kumpela zrobi, a ty nie to wtedy jest: "[wstaw imię] to zrobiła/zrobił. Dlaczego ty nie?". No i gdzie tu logika? Nasuwa się wtedy tylko jedno: Rodzice, kto ich zrozumie?
2. Babcia wpychająca w ciebie jedzenie:
Skoro jesteśmy przy rodzinie to nie mogło zabraknąć tego. Nie znam babci, która by nie powiedziała: "Za mało jesz" albo "Marnie wyglądasz". Nie każdy zawsze ma apetyt i pała miłością do jedzenia. No dobrze, ja w 99% przypadków zawsze jestem głodna, ale nie o tym mowa. Z babcią po prostu nie ma dyskusji. Masz jeść i koniec. Ale nie trochę, jak cywilizowany człowiek... Tylko sterta, jak dla armii, która wraca z pola bitwy.
A co się stanie jeśli człowiek się sprzeciwi? No ja bym nie ryzykowała, ale jeśli już to... Obraza majestatu gwarantowana i zrujnowane rodzinne spotkanie. Może też wystąpić płacz i zgrzytanie zębów, że już nie kochasz babci, ale tego zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć. Przecież my zawsze kochamy babcię. Dlatego zjadajcie wszystko i nie marudźcie.
3. Obcierające buty:
Czy jest coś gorszego, gdy kupujesz piękne, nowe buty, na specjalną okazję i je zakładasz, a potem zaczyna się piekło? Wtedy ma się ochotę spalić je, wyrzucić, zdeptać resztkami sił, a nawet zjeść. Do tego nie ma się siły na nic, a każdy kto się pojawi na naszej drodze jest potencjalną ofiarą naszej osoby. I nie ma tu znaczenia czy są to piękne szpilki od Louis Vuitton, trampki Converse, glany czy zwykłe baleriny. KAŻDE buty na początku obcierają. Bez wyjątku.
Jak temu zaradzić? Hmm... Okleić stopy plastrami czy napchać waty do środka? Według mnie tego po prostu nie da się uniknąć i trzeba to przetrwać. Trudno, będziemy krwawić i cierpieć, ale potem przyjemność chodzenia w naszych wymarzonych pantoflach będzie nieopisana. No chyba, że to będą drewniaki.
4. Spóźniająca się komunikacja miejska:
Styczeń, -20 stopni, godzina 19. Jesteś po całym dniu pełnym zajęć i jedyne o czym marzysz to koc i gorąca herbata. Ale nie... MZK, ZTM, SKM czy inny tego typu twór ma to gdzieś i jemu się nie spieszy. Ty masz sobie stać i czekać aż on łaskawie się pojawi na horyzoncie. A żeby tego było mało zazwyczaj jest zapchany pod sam sufit, że nie ma gdzie wcisnąć palca. Wtedy ty wypychasz się na siłę, jeszcze bardziej masz wszystkiego dość i nienawidzisz ludzi.
Dzięki takiej sytuacji ma się ochotę iść pieszo i wtedy nawet nie przeszkadza mróz, śnieg i inne anomalie pogodowe. Tylko nie zawsze jest to możliwe, bo co jeśli do domu masz osiem kilometrów? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i modlić się, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.
5. Stresujący egzamin/wystąpienie:
To jest obecne w naszym życiu zawsze. I nie ma znaczenia czy to matura, sesja, prawo jazdy czy prezentacja w pracy. Ten stres jest zawsze. I chwała tym, któzy potrafią nad nim zapanować, bo szczerze mówiąc ja mam z tym problem. Chociaż mówili, że matura to masakra, ale ja jakoś tego nie odczuwałam tak bardzo. Prawo jazdy? Tylko trochę. Za to sesja mnie przeraża i wolę o tym nie myśleć.
Czy jest sposób na pokonanie go? Zapewne najlepszym będzie upicie się (oczywiście tylko pełnoletni!), ale jeśli będziemy ograniczeni umysłowo to nic z nas nie będzie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to po prostu spięcie pośladków i wyobrażenie sobie, że wszyscy są bez ubrań. albo jednak nie... Sama nie wiem. Za to wiem, że łatwo po mnie poznać, że się stresuje. Moje ręcę trzęsą się wtedy jak u alkoholika na odwyku. Pomocy!
6. Idiota w kinie:
Czy jest coś co może bardziej nas wkurzyć od tego? Chyba nie. Idziesz na pełnym relaksie do kina, na film, na który długo czekasz, kupujesz popcorn, zajmujesz swoje miejsce, za które zapłaciłeś grube pieniądze i czekasz aż zacznie się seans. I już masz nadzieję, że wszystko będzie jak być powinno dopóki nie pojawia się na horyzoncie on - typowy idiota. Widzisz to z jego twarzy i wiesz, że to on. Najczęściej siada przed tobą albo za tobą. Jeśli przed tobą to: zasłania ci swoją wielką głową ekran i je popcorn jak świnia, a do tego siorbie resztkę picia, której i tak już nie ma w kubku. Jeśli za tobą: to kopie cię w krzesło i wiesza sobie kurtkę na oparciu twojego fotela.
Ale bezwzględu na to, gdzie usiądzie on zawsze ma telefon albo kumpla, drugiego idiotę. Wtedy gadają, śmieją się i masz wrażenie, że oni nie przyszli oglądać filmu. Oni przyszli zrujnować ci dzień. A już w ogóle szczytem wszystkiego jest to, że on już widział ten film i postanawia podzielić się z całą salą fabułą i oczywiście zakończeniem. Wtedy albo masz ochotę zrobić to albo to po prostu robisz, odwracasz się i:
7. Upierdliwa sprzedawczyni:
Sobotnie popołudnie, pełen relaks, kupa pieniędzy w portfelu (hahahaha!) i twój ulubiony sklep. Wchodzisz z radością, zaczynasz się rozglądać, podchodzisz do wieszaka i wtedy z drugiego końca sklepu słyszysz radosne: "W czym mogę pomóc?!". Ty ostrożnie się rozglądasz czy to aby na pewno do ciebie. Niestety tak, jesteś jej ofiarą. Ostrożnie odpowiadasz, że niczego nie oczekujesz, że tylko się rozglądasz. I wydaje ci się, że to koniec, ale to tylko cisza przed burzą. Wtedy ona jest jak ninja. Wyskakuje zza twoich pleców i radośnie zaczyna doradzać, że w tym kolorze ci idealnie, że ta bluzka świetnie się prasuje, a twój tyłek wcale nie jest za duży do tych spodni.
Co wtedy zrobić? Albo próbować jej tłumaczyć, że serio nie potrzebujesz porady (nie polecam, nie skutkuje) albo dać się kobiecie wygadać, odwiesić to co trzymasz w ręku i zwiewać stamtąd ile sił w nogach i pamiętać, że trzeba unikać tego miejsca przez kolejne sto lat. No chyba, że ktoś lubi takie panie sprzedawczynie i chętnie poddaje się jej opinii, a potem trafia do przymierzalni i jest z panią szczęśliwy.
8. Gorszy dzień:
Amen, amen, amen, każdy to przechodzi. Budzisz się rano, leje za oknem, twoje ulubione ciuchy leżą w pralce, kawa/herbata się skończyła, w lodówce biegają pingwiny, a do wyjścia masz pięć minut. Wtedy co robisz? Wracasz do łózka i nie chcesz oglądać nikogo. Ale niestety, tak wygląda bardzo optymistyczny scenariusz. Zazwyczaj w biegu myjesz zęby i się czeszesz, a potem ubierasz w to co leży na krześle i wychodzisz stawić czoła światu. Jak tylko na twojej drodze pojawiają się ludzie, zaznaczasz, żeby bez kija do ciebie nie podchodzić i dać ci spokój. Pracujesz w ciszy i (nie)skupieniu. Jedyne o czym marzysz to własne łóżko i bycie człowiekiem burrito. A gdy już cudem przeżyjesz ten dzień zaczynasz się zastanawiać co z tobą jest nie tak. Wtedy twój najlepszy przyjaciel przechodzi piekło i najczęściej wyłącza telefon, bo ma cię już dość.
Czym to spowodowane? Jeśli jesteś dziewczyną to chyba nie muszę tłumaczyć. To oczywiste, że nawiedza cię takie wredne coś co jak się nie pojawi to jest tragedia, a jak już jest to cię szlag trafia i koło się zamyka. Jeśli z kolei jesteś facetem to nie mam pojęcia. Nie jestem nim i nie wiem co ci może być.
9. Znajomi, którzy są kretynami:
Umówmy się, każdy takich ma, ale otwarcie się nie przyzna. Po prostu są takie osoby, że jak je widzisz to otwiera ci się nóż w kieszeni i masz ochotę strzelic im w twarz. Ale niestety tego nie zrobisz, bo jesteś zbyt dobrze wychowanym obywatelem i mamie by sie to nie spodobało. Więc zaciskasz zęby i masz nadzieje, że się do ciebie nie będą odzywać ani nawet na ciebie patrzeć. Po prostu niech sobie egzystują z dala od ciebie. Niestety, życie nie jest takie piękne. Oni właśnie wtedy postanawiają ci opowiedzieć o swoich interesujących weekendowych przygodach albo historie rodzinne sprzed pięćdziesięciu lat, które masz głęboko w poważaniu.
W takich właśnie chwilach marzysz, by rozjechał ich tramwaj albo po prostu porwali ich kosmici. A najgorszą rzeczą jest jak im się wydaje, że jesteście ich przyjaciółmi. A wy po prostu nie macie wyjścia i jesteście na nch skazani. Dlatego znieście to dzielnie, bo ja naprawdę wiem coś o tym.
10. Brak pieniędzy:
I właśnie w tej chwili każdy zagląda do swojego portfela i co widzi? Stertę paragonów i ostatnie dziesięć złotych, które zostało mu z ostatnich zakupów. To taki smutny widok, że masz ochotę się rozpłakać. Jeśli masz możliwość otrzymywania regularnego wsparcia finansowego to jesteś szczęściarzem. Jeśli nie to pozwól, że poślę ci wirtualnego przytulasa. Ja na szczęście jestem w tej pierwszej grupie, ale i tak za każdym razem, gdy mnie zapytasz o pieniądze powiem, że ich nie mam. Bo nie mam! Bo one się rozchodzą cholernie szybko i nawet nie da się nad tym zapanować.
Jak temu zaradzić? Cóż, można iść do pracy, ale to nie zawsze jest takie proste. Można żebrać, ale to chyba też bym sobie odpuściła. Postarać się oszczędzać? Hmm... Ja próbowałam, ale chyba nie umiem. Wygląda na to, że zawsze będziemy mówić, ale nie mamy hajsu, nawet jeśli to nie prawda. Dlatego jak sprawdzamy stan konta to nie róbmy takiej o to miny, bo to nic nie da:
Zapewne, jak mówiłam wcześniej, jest więcej sytuacji, których doznajemy w życiu, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy. Zawsze możecie się podzielić ze mną czymś o czym nie wspomniałam. :)
P.S. Dzisiejsze gify sponsoruje Lee Pace, który (zapewniam was) pojawi się jeszcze nie raz, bo on siedzi na samym początku szalonego WFA. :)
1. Kazanie wygłoszone przez rodziców (zwłaszcza przez mamę):
Pokażcie mi człowieka, który tego nie doświadczył, a postawię mu pół litra i chętnie spotkam się z jego rodzicielami. Odkąd chodzę po tym świecie i mniej więcej rozumiem o co chodzi w żywocie człowieka, to doświadczyłam tej sytuacji niezliczoną ilość razy. I nieważne czy coś ma znaczenie czy nie. Czy chodzi o niewyrzucone śmieci czy kolejną kiepską kartkę z ocenami ze szkoły. Czego człowiek by nie zrobił zawsze dostanie opierdziel. Zawsze.
Klasycznym przykładem jest: "No, ale mamo, [tu wastaw imię swojego kumpla/kumpeli] też dostała/dostał pałę", a w odpowiedzi zawsze usłyszymy to samo: "Nie porównuj się do innych! Co oni mnie obchodzą?". Za to jak będzie coś fajnego co twój kumpel/kumpela zrobi, a ty nie to wtedy jest: "[wstaw imię] to zrobiła/zrobił. Dlaczego ty nie?". No i gdzie tu logika? Nasuwa się wtedy tylko jedno: Rodzice, kto ich zrozumie?
2. Babcia wpychająca w ciebie jedzenie:
Skoro jesteśmy przy rodzinie to nie mogło zabraknąć tego. Nie znam babci, która by nie powiedziała: "Za mało jesz" albo "Marnie wyglądasz". Nie każdy zawsze ma apetyt i pała miłością do jedzenia. No dobrze, ja w 99% przypadków zawsze jestem głodna, ale nie o tym mowa. Z babcią po prostu nie ma dyskusji. Masz jeść i koniec. Ale nie trochę, jak cywilizowany człowiek... Tylko sterta, jak dla armii, która wraca z pola bitwy.
A co się stanie jeśli człowiek się sprzeciwi? No ja bym nie ryzykowała, ale jeśli już to... Obraza majestatu gwarantowana i zrujnowane rodzinne spotkanie. Może też wystąpić płacz i zgrzytanie zębów, że już nie kochasz babci, ale tego zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć. Przecież my zawsze kochamy babcię. Dlatego zjadajcie wszystko i nie marudźcie.
3. Obcierające buty:
Czy jest coś gorszego, gdy kupujesz piękne, nowe buty, na specjalną okazję i je zakładasz, a potem zaczyna się piekło? Wtedy ma się ochotę spalić je, wyrzucić, zdeptać resztkami sił, a nawet zjeść. Do tego nie ma się siły na nic, a każdy kto się pojawi na naszej drodze jest potencjalną ofiarą naszej osoby. I nie ma tu znaczenia czy są to piękne szpilki od Louis Vuitton, trampki Converse, glany czy zwykłe baleriny. KAŻDE buty na początku obcierają. Bez wyjątku.
Jak temu zaradzić? Hmm... Okleić stopy plastrami czy napchać waty do środka? Według mnie tego po prostu nie da się uniknąć i trzeba to przetrwać. Trudno, będziemy krwawić i cierpieć, ale potem przyjemność chodzenia w naszych wymarzonych pantoflach będzie nieopisana. No chyba, że to będą drewniaki.
4. Spóźniająca się komunikacja miejska:
Styczeń, -20 stopni, godzina 19. Jesteś po całym dniu pełnym zajęć i jedyne o czym marzysz to koc i gorąca herbata. Ale nie... MZK, ZTM, SKM czy inny tego typu twór ma to gdzieś i jemu się nie spieszy. Ty masz sobie stać i czekać aż on łaskawie się pojawi na horyzoncie. A żeby tego było mało zazwyczaj jest zapchany pod sam sufit, że nie ma gdzie wcisnąć palca. Wtedy ty wypychasz się na siłę, jeszcze bardziej masz wszystkiego dość i nienawidzisz ludzi.
Dzięki takiej sytuacji ma się ochotę iść pieszo i wtedy nawet nie przeszkadza mróz, śnieg i inne anomalie pogodowe. Tylko nie zawsze jest to możliwe, bo co jeśli do domu masz osiem kilometrów? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i modlić się, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.
5. Stresujący egzamin/wystąpienie:
To jest obecne w naszym życiu zawsze. I nie ma znaczenia czy to matura, sesja, prawo jazdy czy prezentacja w pracy. Ten stres jest zawsze. I chwała tym, któzy potrafią nad nim zapanować, bo szczerze mówiąc ja mam z tym problem. Chociaż mówili, że matura to masakra, ale ja jakoś tego nie odczuwałam tak bardzo. Prawo jazdy? Tylko trochę. Za to sesja mnie przeraża i wolę o tym nie myśleć.
Czy jest sposób na pokonanie go? Zapewne najlepszym będzie upicie się (oczywiście tylko pełnoletni!), ale jeśli będziemy ograniczeni umysłowo to nic z nas nie będzie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to po prostu spięcie pośladków i wyobrażenie sobie, że wszyscy są bez ubrań. albo jednak nie... Sama nie wiem. Za to wiem, że łatwo po mnie poznać, że się stresuje. Moje ręcę trzęsą się wtedy jak u alkoholika na odwyku. Pomocy!
6. Idiota w kinie:
Czy jest coś co może bardziej nas wkurzyć od tego? Chyba nie. Idziesz na pełnym relaksie do kina, na film, na który długo czekasz, kupujesz popcorn, zajmujesz swoje miejsce, za które zapłaciłeś grube pieniądze i czekasz aż zacznie się seans. I już masz nadzieję, że wszystko będzie jak być powinno dopóki nie pojawia się na horyzoncie on - typowy idiota. Widzisz to z jego twarzy i wiesz, że to on. Najczęściej siada przed tobą albo za tobą. Jeśli przed tobą to: zasłania ci swoją wielką głową ekran i je popcorn jak świnia, a do tego siorbie resztkę picia, której i tak już nie ma w kubku. Jeśli za tobą: to kopie cię w krzesło i wiesza sobie kurtkę na oparciu twojego fotela.
Ale bezwzględu na to, gdzie usiądzie on zawsze ma telefon albo kumpla, drugiego idiotę. Wtedy gadają, śmieją się i masz wrażenie, że oni nie przyszli oglądać filmu. Oni przyszli zrujnować ci dzień. A już w ogóle szczytem wszystkiego jest to, że on już widział ten film i postanawia podzielić się z całą salą fabułą i oczywiście zakończeniem. Wtedy albo masz ochotę zrobić to albo to po prostu robisz, odwracasz się i:
7. Upierdliwa sprzedawczyni:
Sobotnie popołudnie, pełen relaks, kupa pieniędzy w portfelu (hahahaha!) i twój ulubiony sklep. Wchodzisz z radością, zaczynasz się rozglądać, podchodzisz do wieszaka i wtedy z drugiego końca sklepu słyszysz radosne: "W czym mogę pomóc?!". Ty ostrożnie się rozglądasz czy to aby na pewno do ciebie. Niestety tak, jesteś jej ofiarą. Ostrożnie odpowiadasz, że niczego nie oczekujesz, że tylko się rozglądasz. I wydaje ci się, że to koniec, ale to tylko cisza przed burzą. Wtedy ona jest jak ninja. Wyskakuje zza twoich pleców i radośnie zaczyna doradzać, że w tym kolorze ci idealnie, że ta bluzka świetnie się prasuje, a twój tyłek wcale nie jest za duży do tych spodni.
Co wtedy zrobić? Albo próbować jej tłumaczyć, że serio nie potrzebujesz porady (nie polecam, nie skutkuje) albo dać się kobiecie wygadać, odwiesić to co trzymasz w ręku i zwiewać stamtąd ile sił w nogach i pamiętać, że trzeba unikać tego miejsca przez kolejne sto lat. No chyba, że ktoś lubi takie panie sprzedawczynie i chętnie poddaje się jej opinii, a potem trafia do przymierzalni i jest z panią szczęśliwy.
8. Gorszy dzień:
Amen, amen, amen, każdy to przechodzi. Budzisz się rano, leje za oknem, twoje ulubione ciuchy leżą w pralce, kawa/herbata się skończyła, w lodówce biegają pingwiny, a do wyjścia masz pięć minut. Wtedy co robisz? Wracasz do łózka i nie chcesz oglądać nikogo. Ale niestety, tak wygląda bardzo optymistyczny scenariusz. Zazwyczaj w biegu myjesz zęby i się czeszesz, a potem ubierasz w to co leży na krześle i wychodzisz stawić czoła światu. Jak tylko na twojej drodze pojawiają się ludzie, zaznaczasz, żeby bez kija do ciebie nie podchodzić i dać ci spokój. Pracujesz w ciszy i (nie)skupieniu. Jedyne o czym marzysz to własne łóżko i bycie człowiekiem burrito. A gdy już cudem przeżyjesz ten dzień zaczynasz się zastanawiać co z tobą jest nie tak. Wtedy twój najlepszy przyjaciel przechodzi piekło i najczęściej wyłącza telefon, bo ma cię już dość.
Czym to spowodowane? Jeśli jesteś dziewczyną to chyba nie muszę tłumaczyć. To oczywiste, że nawiedza cię takie wredne coś co jak się nie pojawi to jest tragedia, a jak już jest to cię szlag trafia i koło się zamyka. Jeśli z kolei jesteś facetem to nie mam pojęcia. Nie jestem nim i nie wiem co ci może być.
9. Znajomi, którzy są kretynami:
Umówmy się, każdy takich ma, ale otwarcie się nie przyzna. Po prostu są takie osoby, że jak je widzisz to otwiera ci się nóż w kieszeni i masz ochotę strzelic im w twarz. Ale niestety tego nie zrobisz, bo jesteś zbyt dobrze wychowanym obywatelem i mamie by sie to nie spodobało. Więc zaciskasz zęby i masz nadzieje, że się do ciebie nie będą odzywać ani nawet na ciebie patrzeć. Po prostu niech sobie egzystują z dala od ciebie. Niestety, życie nie jest takie piękne. Oni właśnie wtedy postanawiają ci opowiedzieć o swoich interesujących weekendowych przygodach albo historie rodzinne sprzed pięćdziesięciu lat, które masz głęboko w poważaniu.
W takich właśnie chwilach marzysz, by rozjechał ich tramwaj albo po prostu porwali ich kosmici. A najgorszą rzeczą jest jak im się wydaje, że jesteście ich przyjaciółmi. A wy po prostu nie macie wyjścia i jesteście na nch skazani. Dlatego znieście to dzielnie, bo ja naprawdę wiem coś o tym.
10. Brak pieniędzy:
I właśnie w tej chwili każdy zagląda do swojego portfela i co widzi? Stertę paragonów i ostatnie dziesięć złotych, które zostało mu z ostatnich zakupów. To taki smutny widok, że masz ochotę się rozpłakać. Jeśli masz możliwość otrzymywania regularnego wsparcia finansowego to jesteś szczęściarzem. Jeśli nie to pozwól, że poślę ci wirtualnego przytulasa. Ja na szczęście jestem w tej pierwszej grupie, ale i tak za każdym razem, gdy mnie zapytasz o pieniądze powiem, że ich nie mam. Bo nie mam! Bo one się rozchodzą cholernie szybko i nawet nie da się nad tym zapanować.
Jak temu zaradzić? Cóż, można iść do pracy, ale to nie zawsze jest takie proste. Można żebrać, ale to chyba też bym sobie odpuściła. Postarać się oszczędzać? Hmm... Ja próbowałam, ale chyba nie umiem. Wygląda na to, że zawsze będziemy mówić, ale nie mamy hajsu, nawet jeśli to nie prawda. Dlatego jak sprawdzamy stan konta to nie róbmy takiej o to miny, bo to nic nie da:
Zapewne, jak mówiłam wcześniej, jest więcej sytuacji, których doznajemy w życiu, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy. Zawsze możecie się podzielić ze mną czymś o czym nie wspomniałam. :)
P.S. Dzisiejsze gify sponsoruje Lee Pace, który (zapewniam was) pojawi się jeszcze nie raz, bo on siedzi na samym początku szalonego WFA. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)