Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 grudnia 2017

Księgarz też człowiek, czyli trochę wyrozumiałości, drogi kliencie!

Grudzień, szczególnie ostatnie dwa tygodnie przed świętami to gorący okres. W ludziach wyzwalają się jakieś dzikie żądze, przestają myśleć racjonalnie i jedyne co się dla nich liczy to ich własne zadowolenie i zaspokojenie. Są dwie strony tego jakże szalonego czasu. Klienci, którzy dążą po trupach do celu, byle tylko zdobyć wymarzone prezenty i my - sprzedawcy. Ci, którzy muszą wszystkich uszczęśliwić, być niesamowicie uprzejmi, a do tego chcąc czy też nie, ostatni tydzień przed świętami siedzieć w sklepach/galeriach do 22 (wiecie, w Wigilię też pracujemy, na szczęście tylko do 14, ale niektórzy chcieliby, żebyśmy siedzieli za ladami do 18). Nie to, że marudzę, bo uwielbiam swoją pracę i bardzo często dostarcza mi wiele radości, jednak szanowni klienci, nie dajmy się zwariować.

Chciałabym (ku przestrodze) napisać tutaj kilka obserwacji, zarówno swoich jak i koleżanek z księgarni (pracuję w miejscu, gdzie książki mieszkają zanim trafią do naszych domów), które dotyczą tego, jak irracjonalnie zachowują się klienci. Głównie przed świętami, ale czasami także na co dzień.

1. Klient pyta o książkę, kulturalnie, po sprawdzeniu, odpowiadasz, że nie ma, na co słyszysz: "Ale na pewno? Nie ma pani tego gdzieś pod ladą?"

Nie, nie mam. Jeśli system mi pokazuje, że czegoś nie ma to znaczy, że tego nie ma. Wszystko co trafia na półki zostaje zeskanowane i wprowadzone do systemu, żeby potem bez problemu móc to odnaleźć i przekazać w ręce osoby, która jest zainteresowana kupnem. Jedyny problem jaki może się pojawić to taki, że system pokazuje, że coś jest, a tego fizycznie nie ma. Wtedy albo jest to gdzieś na zapleczu zasypane stertą innych produktów i ciężko się do tego dostać albo po prostu ktoś się do tego przytulił i wyniósł niepostrzeżenie z księgarni, nie informując nas o tym. Czyli po prostu to ukradł. 

2. Dwie najwyższe półki na regale to zapas, a mimo to klienci wspinają się na nie i biorą książki jak leci, zrzucając wszystko dookoła.

Ja rozumiem, że wiele osób woli szukać samemu, nie chcą naszej pomocy, gdy pytamy czy czegoś nie potrzebują, ale czy tak trudno dokładnie się rozejrzeć po półkach, które są centralnie na wysokości naszej twarzy? Uwierzcie mi, że praktycznie wszystkie pozycje, które są na samej górze, znajdują się dokładnie w zasięgu waszej ręki i nie ma potrzeby wspinać się po regale i zrzucać wszystkiego co jest obok. A jeśli czegoś nie ma na głównym regale to prawdopodobnie tylko dlatego, że właśnie ktoś kupił daną pozycję, a my nie zdążyliśmy jej uzupełnić. Wtedy wystarczy podejść i poprosić o ściągnięcie jej. Mamy do tego podręczne drabinki, a także dużą drabinę, która niższym pracownikom umożliwia bezpieczną pomoc klientom. 

3. Księgarnia to nie informacja turystyczna.

Lubimy pomagać klientom, szczególnie gdy ci są mili i kulturalni. Możemy też wskazać, gdzie jest spore prawdopodobieństwo otrzymania produktu, którego u nas nie ma. Ale nie jest fajną sprawą, gdy mamy pełen sklep, każdy z pracowników zajmuje się swoimi obowiązkami, aż nagle podchodzi klient i pyta: "przepraszam, gdzie ja tu znajdę aptekę albo fryzjera?". Niestety nie wiem, proszę pani/pana. A może wiem, ale w danej chwili nie jestem w stanie tego pani/panu powiedzieć, bo obok stoi matka z dwójką dzieci, które krzyczą i domagają się bajek, a ty musisz szukać takich, które będą odpowiednie zarówno dla siedmio jak i dwulatka. Nie wiemy (a przynajmniej nie zawsze), gdzie możecie kupić spinacze, pióra wieczne czy też gumę do żucia. My tego w swoim asortymencie nie posiadamy i nie zawsze mamy czas, żeby sprawdzić asortyment każdego sklepu w galerii. I dlatego na każdym piętrze jest informacja dla klientów co i gdzie można mniej więcej zakupić.

4. "Jaka jest tego cena?"

Przykro mi, ale nie jestem w stanie znać ceny każdego z dwudziestu jeden tysięcy produktów dostępnych na stanie. Jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich ma tę informację umieszczoną na odwrocie. A jeżeli nie ma to możemy to sprawdzić w systemie, ale to wymaga podejścia do nas i poproszenia o to. A nie darcia się na pół sklepu "pani, jaką to ma cenę, bo tu nie ma?". I uprasza się także o to, że jak z marszu nie potrafimy podać takiej informacji, bo jesteśmy zajęci obsługą innej osoby, to nie należy robić min lub wypowiadać nieodpowiednich komentarzy. My zazwyczaj to wszystko słyszymy i widzimy, a wtedy zupełnie zmienia się nasze podejście do was, do naszych klientów.

5. "Ooo, drogo tu u was. Pójdę jeszcze do (tu wstaw odpowiedni sklep z tymi samymi artykułami), może tam mają taniej, a jak nie to wrócę.

Nie, nie mają taniej. Nie, nie wrócisz. Każdy sieciówkowy sklep ma takie same ceny, bo są to ceny tzw. "okładkowe". Jest to wymóg wydawcy, producenta, szefostwa firmy. Czasami, od wielkiego dzwonu zdarzają się promocje, ale umówmy się: mają je tylko osoby z kartami stałego klienta albo z przypadkowymi kuponami promocyjnymi. Ewentualnie niższe ceny mają sklepy internetowe. Ale stacjonarne bardzo rzadko. Więc jak już pójdziesz do konkurencji i zobaczysz, że mają w tej samej cenie co my, to czego szukasz to już do nas nie wrócisz, bo nie będzie ci się chciało pokonywać tej samej trasy, żeby się cofnąć po coś co tu też możesz kupić. 

6. "Nie ma tego? Ale jak to? Dlaczego tego nie macie?!"

Nie mamy, bo albo przestali wydawać dany tytuł albo w magazynie tego nie ma. A jak magazyn czegoś nie ma to i my nie będziemy mieć tego na stanie, bo przecież skądś to do nas dociera. I nie dopytujcie czy wiemy dlaczego tak jest, że magazyn tego nie ma. My nie posiadamy takiej wiedzy. Przecież nie jesteśmy ludźmi, którzy mają na to wpływ. Jak tylko się pojawi w magazynie to na pewno do nas trafi, bez obaw.

7. "A może jakiś rabacik?"

Nie. To nie jest turecki czy egipski targ, na którym licytujesz się o cenę produktu. My mamy odgórnie narzucone co jest w jakiej cenie. Do tego firma, w której pracuję jest nowa na rynku i dopiero raczkujemy w kwestii promocji, obniżek i rabatów. Oprócz tego co jest przecenione na stołach czy regałach innej obniżki nie otrzymacie. Choćbyście bardzo chcieli. Nawet my pracownicy jeszcze nie mamy bonifikart upoważniających nas do zakupu po niższej cenie. Dlatego nie proście nas o to, nawet w żartach, bo po pewnym czasie i po setnym pytaniu o to samo, zaczynamy reagować alergicznie na ten magiczny zwrot.

8. Klient ze słuchawkami w uszach to zło wcielone.

Nie, on nam nic nie robi. Zazwyczaj nie sprawia problemu. Jednak przyprawia nas o zakłopotanie i czasami o zażenowanie. Gdy wchodzi do księgarni to nie wiesz czy masz mu powiedzieć "dzień dobry" czy po prostu sobie odpuścić (wymogiem firmy jest witanie klienta, gdy tylko przekroczy próg salonu, a także gdy po krótkim rozeznaniu przez klienta masz obowiązek podejść i zapytać czy nie potrzebuje pomocy w poszukiwaniach jakiegoś produktu). Potem gdy przychodzi druga część interakcji z klientem bardzo często zderzasz się ze ścianą. Dosłownie. Pochodzisz, pytasz i nic. A dlaczego? Bo klient słucha muzyki na full i ma cię głęboko w poważaniu. A ty odchodzisz ze spuszczoną głową, patrzysz z politowaniem w kierunku koleżanek księgarzy i zastanawiasz się czy iść poprawiać książki, zająć się innym klientem czy zatłuc tego co ma cię gdzieś rzucając w niego najgrubszą książką. Niby nic nie znaczącego, ale dla nas przykra sprawa.

9. Czy "dzień dobry" jest takie trudne do wypowiedzenia?

Jak pisałam w punkcie wyżej musimy witać klientów. Owszem, klienci bardzo często nie słyszą naszego powitania, gdy stoimy na drugim końcu salonu i zajmujemy się kimś innym. Ale czy tak ciężko odpowiedzieć, gdy przechodzi się obok nas i patrzy się nam w oczy? Ok, rozumiem, możesz być obcokrajowcem, ale no błagam... To świadczy tylko o wychowaniu albo o tym jak inni traktują tych co pracują w usługach. Ludziom się wydaje, że w handlu pracują osoby bez wykształcenia czy też bez jakiejkolwiek wiedzy. Ogrom z nas to ludzie, który prawdopodobnie kończą drugi kierunek studiów, piszą trzy prace i nie chcą żyć na utrzymaniu rodziców. Tak naprawdę większość z nas jest lepiej wykształcona od tych, którym się wydaje, że są nie wiadomo kim, że przychodzą do nas i dają nam zarobić. 

10. "A płyt z filmami i muzyką to tu nie ma?"

Nie, bo to jest KSIĘGARNIA! Owszem, w obecnych czasach zdarzają się sklepy, w których jest wszystko, ale generalnie w księgarniach są tylko książki. Ewentualnie audiobooki, produkty do pakowania (torebki ozdobne, papiery) i niewielkie artykuły papiernicze takie jak zeszyty, taśma klejąca czy długopisy. Ale nie, nie mamy muzyki, gier komputerowych, papierosów, prezerwatyw czy folii aluminiowej. 

11. "Bo ja mam pytanie. Nie pamiętam autora ani tytułu, ale czy jest może taka książka z niebieską okładką?"

Szanowni Państwo, książek z niebieską okładką są tysiące. Co mi po tym, że mi pan/pani powie, że ona ma ok. czterystu stron i jest ciemnoniebieska. Aby odnaleźć jakąś książkę potrzebne mi jest minimum jedno z dwóch kryteriów. Albo autor albo tytuł. Ewentualnie jeśli jest to nowość to temat jakiego dotyczy. Ale nie jestem w stanie na podstawie koloru okładki zlokalizować książki sprzed piętnastu lat. 

12. "Fajna ta książka? Co mi pani o niej powie?"

Ja naprawdę nie znam wszystkich książek. Staram się jak mogę wiedzieć mniej więcej coś o jak największej ilości pozycji, ale wszystkiego nie da się znać. Nie potrafię powiedzieć o czym jest książka wykopana z samego końca regału z historią, bo po pierwsze nie jest to mój ulubiony dział literatury, a po drugie, powtórzę po raz kolejny, w księgarni są tysiące tytułów. Dlatego z tyłu okładki jest jej krótki opis. To pomaga, naprawdę. A jak nie, to można zajrzeć do środka i ją przejrzeć albo poczytać co nieco o niej w Internecie. 

13. "Nie dość, że robię u was zakupy to jeszcze mam płacić za reklamówkę?!"

Bardzo chętnie rozdawałabym je za darmo i to po pięć do zakupu, ale to nie ode mnie zależy. Z tego co wiem to obecna partia rządząca wprowadziła obowiązek poboru opłat za reklamówki, bo chodzi tu o ochronę środowiska. Dlatego błagam, nie miejcie do nas pretensji, nie krzyczcie na nas, że to złodziejstwo, bo to nie nasza wina. Jeśli nie chcesz reklamówki to albo noś swoją albo grzecznie odpowiedź, że dziękujesz, ale nie chcesz, bo cię nie stać/nie chcesz wyrzucać pieniędzy w błoto. My to zrozumiemy i o nic nie będziemy pytać.

14. "A karta rabatowa z (tu wpisz każdy inny sklep jaki przyjdzie ci do głowy) albo podarunkowa to u was jest przyjmowana?"

Nie. Każda sieć ma swoje systemy kart rabatowych czy podarunkowych. Jedna nie jest do wszystkich sklepów. Ja wiem, że każdy ma stosy takich kart w portfelu, ale nie, my jeszcze swojej nie mamy.

15. Nie stójcie w progu sklepu albo ciągle nie wchodźcie i nie wychodźcie.

Wiele sklepów ma liczniki wejść i wyjść w okolicy kraty zamykającej sklep. Dziewięćdziesiąt pięć procent klientów nie ma o tym pojęcia. Dlatego nie urządzajcie sobie pogaduszek z dawno niewidzianą koleżanką w progu naszego sklepu. Licznik wtedy wariuje, a my mamy pustą statystykę. Góra się dopytuje jak to możliwe, że było tak wielu klientów, a utarg jest tak niski. To samo się tyczy dwugodzinnego stania z przyjaciółmi na środku sklepu i opowiadania sobie ostatnich ośmiu lat swojego życia. Idźcie na kawę, tam przynajmniej usiądziecie. 

16. "A pakujecie na prezent?"

Mogę zapakować w naszą firmową reklamówkę albo w torebkę, którą wybierze pan/pani z regału. To nie jest punkt pakowania prezentów. Nie zawijamy w papier, nie oklejamy taśmą i nie piszemy imiennych bilecików. Nie mamy na to czasu. Poza tym większość z nas nie ma takich zdolności manualnych (nie chcieliby państwo, żebym to właśnie ja pakowała wasz prezent, naprawdę).

17. *wisi kartka z informacją, że zwrotów nie przyjmujemy* "A będzie to można zwrócić w razie czego?"

Nie, nie będzie można. Sklepy nie mają obowiązku przyjmowania zwrotów bądź dokonywania wymian. Jest to tylko i wyłącznie dobra wola kierownictwa firmy. I nie mówię tutaj o towarze uszkodzonym, ale o pełnowartościowym. O takim, który wam się znudzi czy też jest zdublowanym prezentem. Trzeba dobrze przemyśleć to co chce się zakupić. 

18. "Ja za to zapłacę, bo muszę rozmienić tę stówę".

Mam świadomość, że bankomat nie pluje drobnymi, ale jeśli pięć osób z rzędu ma do zapłaty dwadzieścia złotych i płaci banknotem stuzłotowym to myślicie, że skąd ja wezmę drobne? Nie zawsze jest tak, że w kasie mamy mniejsze nominały. Przecież jakoś musimy je zdobyć, a w jaki inny sposób niż poprzez zapłatę od klientów? Dlatego nie bądźcie dla nas niemili, gdy prosimy was chociaż o końcówkę kwoty do zapłaty w drobnych. Albo nie miejcie pretensji, gdy czterdzieści złotych wydamy wam w złotówkach. Jak wy nam, tak my wam.

19. "To ja się jeszcze zastanowię".

Wiem, że wielu z was ma ogromny problem co komuś kupić, bo albo dobrze nie znacie tej osoby albo ma już mnóstwo książek, ale proszę was, nie sprawiajcie, że mamy ochotę was rozerwać na strzępy, gdy pokazujemy wam piętnaście różnych książek, stajemy na głowie, by wam dogodzić, staramy się, żebyście byli w miarę możliwości dobrze poinformowani co wam oferujemy, a wy mówicie, że to niewystarczające i sobie idziecie. Czasami warto nas posłuchać, bo naprawdę znamy się na swojej robocie, wiemy co jest dobre, a co omijać szerokim łukiem. To jest kwestia doświadczenia jak w każdej innej dziedzinie.


Doceniłam te wszystkie rzeczy, dopiero gdy sama stanęłam po drugiej stronie barykady. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć, że wszyscy klienci są tacy sami. Zdecydowana większość to cudowni ludzie, którzy potrafią nam zaufać, pożartują, wypytają o nasz gust literacki czy nawet wrócą za jakiś czas, podziękują i kupią coś ponownie. Proszę Was wszystkich, trochę empatii, zrozumienia i cierpliwości. Jesteśmy tylko ludźmi, kochamy to co robimy i staramy się wszystkim pomóc. Ale co może dwóch księgarzy, gdy na sklepie pojawia się tłum dziesięciu osób, a trzy z nich oczekują od nas natychmiastowej pomocy?


P.S. Dziś bez obrazków. Tym razem słowa ważniejsze...

niedziela, 16 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. II

Do wyjazdu do domu zostało mi 6 dni. Za tydzień w niedziele o tej porze będę w moim własnym, przytulnym pokoiku i oddam się rozmyślaniom o tym, co tu się wydarzyło. Ciągle mam wrażenie, że dopiero jest koniec czerwca, a ja zacznę pracę. Cóż, otóż nie. Czas pakować walizki...

Na samym początku nie sądziłam, że będzie tak jak jest. Czasami a to miałam wrażenie, że będzie tragicznie albo idealnie. Jest po prostu normalnie. Jak wszędzie, dobrze, jeśli się zadomowisz. Czy się zadomowiłam? Bardzo możliwe. Nie stresuję się, gdy mam iść do sklepu, drogę do pracy opanowałam już drugiego dnia moich codziennych wędrówek, a w samej pracy ludzie już znają moje imię i mniej więcej wiedzą (ci z którymi mam codzienny kontakt), że studiuję filologię polską. Nawet trafiło się, że na jednej linii spotkało się dwóch przyszłych filologów i było o czym porozmawiać. Przy okazji dowiedziałam się, że co uniwersytet to inne podejście. Do wszystkiego. Codziennie też słyszę, że powinnam zmienić studia póki nie jest za późno, bo tylko się marnuję. No nie wiem... Ale uwielbiam też reakcje osób, które się dowiadują, że filologia to to czym się zajmuje. Padają wtedy albo niecenzuralne słowa albo słyszę uznanie albo "pozostawię to bez komentarza". Powiedzmy, że już się do tego przyzwyczaiłam.

Przyzwyczaiłam się też do tego, że gdy włączam telewizor to mówią do mnie tylko po angielsku. W sumie to fajne. I ja naprawdę rozumiem co oni do mnie mówią. No nie wszystko, ale w większości. Tylko dobijający jest lektor w tle na niektórych kanałach, który informuje osoby niedowidzące o tym co się dzieje na ekranie. Ale żeby nie było, jestem tolerancyjna.

A co sprawia, że czuję się jakbym była w Polsce? Polacy. Wszędzie Polacy. Wchodzisz do supermarketu, a za plecami słyszysz: "tylko nie kupuj znowu tyle mleka, bo się zepsuje". Jesteś w pracy i jak dobrze trafisz to na linii nie ma ani jednego Anglika, sami swoi. Pójdziesz nawet do apteki po syrop na kaszel dla dziecka to szefową przybytku jest Polka. Albo pojedziesz do Bath na zakupy, a potem na obiad i za plecami w knajpie słyszysz kelnera: "Dzień dobry, smakowało?". Czego chcieć więcej? Nawet jak nie znasz języka to jakoś sobie można poradzić.

I nauczyłam się już nie przeliczać. No chyba, że porównuje ceny w Polsce i tutaj danych rzeczy, które chce kupić i nie jestem pewna czy lepiej na tym wyjdę tu czy tam. A tak? Nie ma szans. Wchodzę do sklepu i po prostu kupuję to co mi potrzebne bez przelicznika, a jedynie patrzę na cenę czy się opłaca w stosunku do zarobków. Bo inaczej to można zwariować.

Co do ludzi to zdanie mam podzielone. W sumie są niektórzy nienormalni, ale reszta to po prostu wszyscy jak wszędzie. Tylko tyle, że tu każdy każdemu za wszystko dziękuję. Zmieniesz linię - dziękują. Kończysz zmianę - dziękują. Idziesz do sklepu - dziękują, że wybrałaś ich sieć. Nawet mówią dziękuję, gdy zejdziesz z drogi albo przepuścisz kogoś na rowerze. A czy u nas po skończeniu pracy ktoś nam dziękuję? Nie spotkałam się z tym. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj mają pretensje, że czegoś się nie zrobiło albo coś jest nie tak. Ech, wyższa kultura osobista.

Miesiąc temu zostałam zapytana czy tęsknię za domem. Odpowiedziałam, że nie. A dlaczego? Bo zachłysnęłam się tym co tu zobaczyłam. Jednak potem był czas, że jedyne co robiłam to odliczałam dni do powrotu. Ale ostatnio już sama nie jestem pewna czego chcę. Z jednej strony chciałabym już wrócić i zająć się swoim starym życiem (no poza nauką na poprawki), ale z drugiej zrobiło się tak jakoś stabilnie i wygodnie, że gdybym miała pewność, że praca będzie dzień w dzień to rozważyłabym zostanie tutaj na dłużej. Ale wakacje się już pomału kończą i czas biegnie dalej, a ja... Muszę wrócić na ziemię.

P.S. Od dwóch tygodni zbieram się by napisać pewien wpis. Ale zrobię to chyba dopiero jak zasiądę przed własnym laptopem.

niedziela, 5 lipca 2015

Tylko Niebo wszędzie jest takie same...

Od tygodnia egzystuję na obcej ziemi, czyli w Wielkiej Brytanii. Jak każdy student szukałam w maju możliwości zarobku i moje myśli przywiodły mnie aż tutaj. Trzy dni ciężkiej pracy za mną i szykują się kolejne. Ale nie narzekam. Póki co jest ok i mam nadzieję, że do czasu mojego powrotu do domu kurs Funta utrzyma się na obecnym poziomie. Ach, zostanę milionerem. Ale nie o zarobkach chcę pisać. Chciałabym się podzielić moimi obserwacjami...

Pierwsze co rzuca się w oczy będąc poza domem to ludzie. Wiem, wiem, przecież nie kosmici, ale jest jedną rzecz, która mnie tu... hmmm... jakby to powiedzieć... zastanawia. Nie zależnie od wieku, koloru skóry, wagi, języka, płci czy wzrostu wszyscy są wytatuowani. Idziesz ulicą i mijasz suchą, zgarbioną babcię, a zza kołnierza bluzki wystaje jej dziara. Myślisz sobie "cóż, pewnie błąd młodości, ale za chwilę widzisz trzy następne staruszki i masz jakby deja vu. Generalnie nie mam nic przeciwko tatuażom, ale czy to tak fajnie wygląda na starej, pomaraszczonej skórze?

Kolejna sprawa to kwestia czasu. Czas płynie tu zupełnie inaczej. Jakby wolniej i obok. Oczywiście nie tylko w pracy, gdzie jest to ze zdwojoną siłą, ale również w weekendy. Możesz spać, spacerować, oglądać tv, czytać książkę, jeść, a i tak jeszcze będziesz mieć mnóstwo czasu na inne rzeczy.

Za to wydawanie pieniędzy przychodzi tutaj w ekspresowym tempie. Zresztą nie tylko tutaj. Ale, ale... Jeśli przyjeżdżasz do tego pięknego kraju z zagranicy to jest jedna, podstawowa zasada: NIE PRZELICZAJ FUNTÓW NA SWOJĄ WALUTĘ! Od tego można dostać depresji i zacząć odmawiać sobie wszystkiego. A przecież nie o to chodzi. Bo co za normalny człowiek zapłaciłby 24 zł za zwykłą kawę w kawiarni albo 8 zł za pół litrową Colę w supermarkecie? Oczywiście przelicznik będzie się włączał i ciężko będzie przestać o tym myśleć, ale po prostu trzeba.

Dzisiaj zdarzyło mi się pozwiedzać trochę miasto i moja chrzestna postanowiła O prowadzić mnie ciekawym szlakiem: angielskich lumpeksów. Popularne "lumpki" to bardzo interesujące zjawisko. Niestety na ogół nie chodzę do takich sklepów, bo najzwyczajniej w świecie nie umiem tam robić zakupów, a właściwie nie potrafię wyszukiwać okazji. Za to w angielskich lumpkach jest bardzo ciekawa sprawa. Oprócz ciuchów można tak zakupić książki, płyty, filmy, gry, a nawet szkło do domu i kartki okazjonalne. Mnie oczywiście najbardziej interesowały książki. Na półkach najczęściej można było spotkać Greya i różne biografie. Przyglądałam się dość intensywnie pewnej półce i znalazłam książkę, którą nie sposób dostać w Polsce, a jeśli już się trafi to kosztuje majątek. Mam tu na myśli biografię Stinga. Przez dziesięć minut przeglądałam książkę, by stwierdzić, że mój angielski jest zbyt kijowy i nie kupię jej, bo nic nie zrozumiem. Ale im bardziej oddalałam się od sklepu tym mocniej chciałam kupić znalezisko. Przecież książka była w idealnym stanie i kosztowała £2. Dlatego obiecałam sobie, że za tydzień po nią wrócę i choćbym miała ją czytać ze słownikiem i translatorem to ją kupię.

Do moich dzisiejszych podbojów muszę też zaliczyć zwiedzanie polnych dróg i podziwianie pociągów. Od dziś przestanę narzekać na polskie PKP, przynajmniej z wizualnego punktu widzenia. Angielskie pociągi z zewnątrz wyglądają tragicznie i powinniśmy się cieszyć, że nasze Pendolino jest takie ładne. Tutejsze ciuchcie były chyba ostatnio w fabryce w latach 70. jak nie wcześniej. Dlatego nie ma co, trzeba się cieszyć z tego co mamy.

A jeśli chodzi o ogólne wrażenia z obecnego pobytu to jest dobrze. Owszem, trochę inaczej niż u nas, ale nie jest źle. Może nie ma się czym chwalić, ale dopiero po pięciu dniach zorientowałam się co po kolei oznaczają słowa i liczby w adresie, a także jak wyglądają przejścia dla pieszych. Niestety jeszcze nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, ale postaram się ogarnąć jak najwięcej. Na szczęście patrząc w niebo niczym się ono nie różni od tego polskiego...

P.S. Brak obrazków, bo nie ma odpowiednich. Może gdzieś tam potem coś się znajdzie.

środa, 17 czerwca 2015

Po drugiej stronie ekranu

Współczesne seriale to nie opery mydlane, które oglądają tylko panie domu. Telewizyjne produkcje przeszły ogromną ewolucję, a ludzie podchodzą do nich zupełnie inaczej.

Z czym kojarzy się serial? Przeciętny Kowalski, który jest zapracowany i nie ma na nic czasu, zapewne by odpowiedział, że to jeden z tych tasiemców, które ogląda jego żona wieczorami. Taka produkcja ma tysiąc odcinków, aktorzy są wymieniani średnio co pół roku, a scenarzyści nie mają pomysłu na interesującą akcje i sprzedają widzom to, co zwyczajnej polskiej rodzinie się nie przytrafia. Bohaterki budzą się w pełnym makijażu, po domu chodzą w szpilkach, a do tego mieszkają w bogatej dzielnicy miasta i praktycznie nie wiadomo kiedy pracują, bo ciągle spotkają się z przyjaciółkami na kawie. Tylko czy tak naprawdę tego oczekuje "świadomy" widz?

Błogosławione narodziny

Pierwsze seriale pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w latach 50. Na ekrany weszły takie tytuły jak "Dni naszego życia" lub "Szpital miejski". Produkcje te przez dekady gościły u amerykańskich rodziny. Opowiadały o codziennym życiu lub o instytucjach, które dotyczyły większości obywateli. Były traktowane na poważnie, ale ich budżet nie był bogaty. Dopiero w połowie lat 80. doszło do pewnej zmiany. Twórcy postanowili włączyć w produkcje widzów i zaczęły się pojawiać tzw. sitcomy, czyli seriale nagrywane z udziałem publiczności. Jednymi z pierwszych takich produkcji były "Pełna chata" i "Świat według Bundych". Jednak dopiero w 1994 roku na srebrnych ekranach zaprezentowano serię, która stała się światową ikoną i najdroższym serialem w historii telewizji - "Przyjaciele". Przez długie lata serial gromadził kilkadziesiąt milionów widzów przed odbiornikami. Do tej pory żadna inna produkcja nie odniosła tak wielkiego sukcesu.

Krok do przodu

Podczas triumfu sitcomów, producenci postanowili dać widzom coś co nie będzie bliskie ich realnemu życiu. Pojawiły się seriale akcji. Na ekranach zagościły takie produkcje jak "Gliniarz i prokurator", "Kojak, "Columbo", "Policjnci z Miami" czy "Z archiwum X" albo "Miasteczko Twin Peaks". Policjanci i przestępcy nagle stali się stałymi gośćmi w amerykańskich domach. Z roku na rok pojawiały się nowe tytuły, a stacje telewizyjne prześcigały się pomysłami, by pozyskać jak największą widownię. Zwykli "ludzie od zbrodni" nie wystarczali. Zapotrzebowanie na coraz to nowe idee rosło z dnia na dzień. Zaczęto wprowadzać science fiction, seriale wojenne, szpiegowskie czy po prostu zwyczajne obyczajówki. Telewizyjny biznes zmienił się w ogromną księgarnię, tyle że zamiast liter i słów, widz otrzymał wideo i fonię.

Już nie tylko pani domu czy górnik

Coraz częściej przed telewizory zaczęły zasiadać większe grona odbiorców. Byli w różnym wieku, z różnych warstw społecznych i z różną zawartością portfela. Na początku XXI wieku seriale ruszyły jeszcze bardziej do przodu. Przyczynił się do tego Internet, dzięki któremu dostęp do amerykańskich produkcji zyskał cały świat. Nastała możliwość jednoczesnego odbioru danej produkcji w Kanadzie, Francji czy Japonii. To stało się normą i większość osób (szczególnie młodych, nastolatków i studentów) nie wyobraża sobie, że nie mogliby za pomocą Internetu obejrzeć swojej ulubionej serii. Dla ludzkości to wielki krok, który sprawia, że zarobki twórców mogą się zwiększyć nawet trzykrotnie.

Łączymy style, mieszamy gatunki

Współczesne seriale to już nie tylko romans czy sensacja. To połączenie romansu i sensacji, medycyny i życia codziennego, fantastyki i thrillera. Obecnie ciężko określić czy dany serial to konkretny gatunek. Twórcy łączą tematykę produkcji w bardzo zgrabny sposób. Przyczynia się do tego ciągłe zapotrzebowanie na wielowymiarowość oferty oraz zdolni twórcy, którzy nie biorą się z przypadku. Bardzo znanym w Stanach Zjednoczonych "ojcem" telewizyjnych produkcji jest Bryan Fuller, który odpowiada m.in. za takie tytuły jak "Herosi", "Gdzie pachną stokrotki" czy obecnie podbijający serca fanów "Hannibal". Drugim twórcą jest Anthony E. Zuiker, który jest odpowiedzialny za trylogię CSI. W seriale angażują się również hollywoodzcy reżyserzy tacy jak David Fincher (House of Cards), David Lynch (Miasteczko Twin Peaks), Steven Spielberg (Pacyfik).

Już nie tylko w telewizji

W 1997 roku w Stanach Zjednoczonych pojawiła się platforma Netflix. Jest to internetowa wypożyczalnia filmów i seriali, dzięki której za niewielką opłatną można mieć dostęp do większości amerykańskich produkcji. Polska nie ma internetowego dostępu do strony, ale polscy widzowie mogą zamawiać produkcje Netfilxu i otrzymają je pocztą na płycie DVD. Od 2013 roku platforma sama realizuje seriale, które odnoszą ogromny sukces. Jednymi z największych są: polityczny serial "House of cards" oraz komediodramat "Orange is the new black" opowiadający o damskim więzieniu. Można by się pokusić o stwierdzenie, że serial zostaje pomału przejmowany przez Internet i niedługo to cyfrowa przestrzeń przejmie władzę nad telewizją.

Po polsku znaczy gorzej?

Nie da się ukryć, że wszelkie próby wzorowania się lub przejmowania pomysłów od amerykańskich twórców nie są najlepsze. W polskiej rzeczywistości wygląda to o wiele gorzej niż za oceanem. Ciężko powiedzieć czym to może być spowodowane. Może chodzi tu o zbyt niski budżet na telewizyjne seriale albo po prostu brak umiejętności. Sztandarowym przykładem "niewypału" może być nasz polski odpowiednik "Wszyscy kochają Raymonda", czyli "Wszyscy kochają Romana". Amerykański pierwowzór doczekał się aż dziewięciu sezonów, podczas gdy "nasz Roman" tylko dwunastu odcinków. Jednak nie można powiedzieć, że w swoich zbiorach polska telewizja nie posiada dobrych produkcji. Zaliczają się do nich m.in. "Glina", "Oficer", "Krew z krwi", "Bez tajemnic", "Zbrodnia", "Misja Afganistan" czy "Wataha". Jednak nadal pozostaje pytanie: w czym jest problem? Skoro możliwe jest zrobienie kilka naprawdę dobrych produkcji to dlaczego by nie poszerzyć tego grona? Cóż, to pytanie chyba na długo pozostanie bez odpowiedzi.

Wschodzące gwiazdy


Rynek seriali się nie zatrzymuje i ciągle pojawiają się nowe produkcje. Niektóre rokują już od początku bardzo dobrze, więc stacje telewizyjne przed zakończeniem premierowego sezonu zamawiają kolejne transze. Wśród takich seriali są m.in. "iZombie", "Daredevil", "Halt and catch fire", "Sense8" czy "Orphan Black". Wraz z kolejnym jesiennym sezonem widzowie będą mieli możliwość zapoznać się z nowymi serialami. Scenarzyści dobrze znanych produkcji nadal pracują na tym, by widzowie otrzymali dobrą rozrywkę na wysokim poziomie. 



P.S. Jak obiecałam tak jest. Dziś dostałam od pani doktor wiadomość zwrotną, że artykuł jest bardzo dobry. Dzięki niemu mam piątkę z retoryki dziennikarskiej. YAY! :) 

P.S.2. Obrazków nie wrzucam. Nie warto tego psuć. ;) 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

7 rzeczy, które rozpraszają, gdy chcesz się uczyć

Tadamdadam! Praca się wczoraj napisała przez co trochę zaniedbałam swoją obecność tutaj. Mimo iż nie wyszła ona nadzwyczaj wspaniale to mam już ją z głowy. Ale co zrobić, gdy mamy masę pracy, a lenistwo siedzi obok nas i ciągle powtarza: "Masz jeszcze czas, zrobisz to potem.". I tak mijają kolejne minuty i godziny, a my nadal odkładamy to co mamy zrobić. Tylko co zrobić kiedy jest się multifandomistą i fandomy atakują cię z każdej strony? Oto lista siedmiu przyczyn, które skutecznie odciągają mnie od nauki i pisania pracy (wczoraj na szczęście im się nie udało):

1. On się gaaaaaaapi!

Postanawiamy rozpocząć naukę i tak bardzo wmawiamy sobie, że nic, a nic nas od niej nie odciągnie. Robimy sobie herbatę, okładamy się książkami i włączamy laptopa. I tu pojawia się pierwsza przeszkoda. Naszym oczom ukazuje się tło naszego pulpitu i automatycznie myśli wędrują w sferę marzeń. A dlaczego? Bo pojawia się zdjęcie (w moim przypadku 92 zdjęcia, pozdrawiam) naszego ulubieńca/ulubieńców. I zamiast zabrać się za coś pożytecznego człowiek siedzi i się gapi i gapi i gapi i przestać nie może. Jednak, gdy już uda nam się wrócić na ziemię i włączyć trzeźwe myślenie to staramy się wrócić do nauki, a właściwie zacząć ją. Wtedy właśnie postanawiają sobie przypomnieć o nas znajomi i przysyłają SMS-a. Chcą, nie chcąc szukamy telefonu i znowu wpadamy, bo na backgroundzie w naszym telefonie znowu pojawia się nasz piękny bóg, któremu wyznajemy miłość i kolejne pół godziny w plecy.

A co zrobić, żeby nie tracić na tym czasu? Cóż... Jedyne co mogę w tej kwestii powiedzieć to to, że tego nie umiem przezwyciężyć i ja po prostu siedzę i się gapię, a czas leci. Niestety... Chociaż mi to nie przeszkadza.



2. Sprawdźmy co na Facebooku...

Skoro już nam się udało odnaleźć ikonkę przeglądarki internetowej po tym jak nasze myśli wróciły na właściwe tory to nie możemy przegapić okazji, by nie sprawdzić co ciekawego dzieje się na Facebooku. A może właśnie w tej chwili ktoś ze sobą zerwał albo ktoś inny dodał nowe zdjęcie? Przecież my tak bardzo lubimy żyć życiem innych osób, że nasze sprawy odkładamy w najciemniejszy kąt naszej szafy. Po co mamy zajmować się pisaniem skoro możemy pograć w Candy Crush albo znaleźć u znajomego na tablicy link do śmiesznych kotków na YouTube? Przecież to jest znacznie fajniejsze. A obowiązki mogą poczekać.

Co zrobić, żeby to ominąć? Jedna rada: nie logować się i zapomnieć, że Facebook istnieje. Pytanie tylko czy tak się da? Owszem, da się, ale tylko na 10 minut.


3. To może Tumblr?

To skoro olewamy Facebooka to może spróbujmy z Tumblrem? Tylko, że tu jest gorsza sprawa, bo ma to ścisły związek z punktem 1. W końcu po to stworzono takie złe narzędzie, by znowu nasz mózg tracił kontrolę i stał się fandomem. Nawet ze zdwojoną siłą. Bo tam możesz przewijać dashboard dopóki nie skończą ci się posty i dojedziesz do swoich własnych. A jeśli już to się stanie to wpisujesz w wyszukiwarkę interesującą cię frazę i z koło się zamyka. Z kolei jeżeli nie masz swojego własnego Tumblra to zawsze można znaleźć sobie jakiegoś ulubieńca i przeglądać go dopóki nie będzie miało się dość. I nim się obejrzysz, a kolejne dwie lub trzy godziny twojego cennego czasu zniknęły niepowrotnie.

Jak nad tym zapanować? Nie da się. Albo w sumie się da... Odciąć Internet! Wtedy powinno pomóc. No chyba, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić, wtedy po prostu zostajemy na Tumblrze i przeglądamy dalej.


4. O, a może nowy serial?

Jeśli jeszcze nie odcięliśmy Internetu, a nasz zapał do pracy nadal gdzieś błądzi i nie możemy wpaść na siebie to postanawiamy coś obejrzeć. No bo właśnie na Facebooku widzieliśmy świetny trailer nowego serialu, a na Tumblrze pół dashboardu było zapchane nowymi gifami z najnowszego odcinka. I co wtedy? Albo szukamy strony z serialami on-line albo zaglądamy w przestępczą część naszej duszy i ściągamy z sieci. Ale nie, to nie jest jeden czy dwa odcinki. To idzie w całych sezonach. W zależności od tego na co się decydujemy. Bo przy dobrych wiatrach w jeden dzień da się obejrzeć dwa sezony Friends albo The Big Bang Theory, ale to tylko jeśli nie jemy, nie pijemy, nie idziemy do toilet i nie zwracamy uwagi na nic. Tylko my i serial. Ale można też zaszaleć i obejrzeć całego Sherlocka. Dziewięc odcinków i każdy po półtorej godziny. To będzię... Hmmm... Kto jest dobry z matmy?

Da się uniknąć? Owszem, ale nie jestem pewna czy znam kogoś kto oparłby się takiej pokusie. Zawsze to lepiej pożyć życiem bohaterów niż zastanawiać się co by się chciało napisać w nudnej pracy, której tematu i tak się nie rozumie.


5. W lodówce jest tyle dobrych rzeczy...

Kiedy już w końcu uda nam się wyrzucić Internet przez okno postanawiamy ruszyć tyłek w celu poszukania czegoś do jedzenia. Przecież oglądanie seriali i przeglądanie wszystkich możliwych dashboadrów jest męczące. Więc wynurzamy się się z naszego miejsca pobytu i otwieramy wrota do szczęścia. Bierzemy sobie coś dobrego i wracamy. Jednak po pięciu minutach stwierdzamy, że może jakimś cudem coś tam się zmieniło i pojawiło się coś dobrego. Ponownie ruszamy do naszego przyjaciela, by stwierdzić ze smutkiem, że nie, niestety, bez zmian. Idziemy do siebie i przez kolejne pięć minut zastanawiamy się, w której szafce mogą być te dobre ciastka albo czy mamy odpowiednią ilość mleka, by ugotować sobie budyń. W końcu wpadamy na pomysł, że po co tak się męczyć. Bierzemy po prostu resztę pieniędzy ze świnki skarbonki i idziemy po litr lodów i paczkę chipsów do najbliższego supermarketu.

Możemy to pokonać? Oczywiście, że nie! Przecież na głód i zasysanie w żołądku nic się nie poradzi i trzeba karmić nasz organizm. Jeszcze biedny się rozchoruje, jeśli nie dostarczymy mu tego co potrzebuje.


6. Jaki tu bałagan!

Skoro już się posililiśmy to czas spalić te kalorie. Nagle zauważamy, że w naszym pokoju/mieszkaniu panuje okropny nieporządek i czas to zmienić. Postanawiamy wtedy pojeździć na odkurzaczu i na mopie, wciągnąć kurz z parapetu i wynieść śmieci, które już stoją i czekają od miesiąca. Jakby tego było mało znajdujemy rzeczy, które szukaliśmy od miesięcy i dziwimy się, że przekopaliśmy cały dom, a one leżały tuż pod naszym nosem. Zaczytujemy się nawet w starych pracach domowych ze szkoły, które gdzieś znaleźliśmy pod łóżkiem. A czas biegnie dalej i pisanie czy nauka leży odłogiem. Ale kto by się przejmował. Przecież jeszcze nie podlaliśmy kwiatków i nie wypraliśmy firan. Więc jeśli firany będą czyste to okna też muszą być.

No tego zdecydowanie nie powinniśmy odkładać! A co jeśli, właśnie dziś na kolacje postanowi wpaść Królowa Wielkiej Brytanii, a tu taki nieład i nieporządek? Przecież musi być ugoszczona w jak najlepszych warunkach.


7. Jaki ładny sufit...

Sprzątanie jest męczącym zajęciem, więc po nim trzeba odpocząć. Wtedy kładziemy się i jedyne na co mamy ochotę to gapienie się w sufit. Zauważamy jego piękno, ale także niedoskonałości, które się na nim znajdują. A gdy już przestaniemy to robić, swój wzrok przenosimy na zegar i orientujemy się, że czas iść się kąpać i spać. Niestety oznacza to również, że znowu cały dzień nic nie zrobiliśmy, a książki leżą jak zleżały.

Gdy już zasypiamy wmawiamy sobie, że jutro rano wstaniemy szybciej i weźmiemy się do pracy, ale i tak dobrze wiemy, że to co zrobiliśmy dzisiaj powtórzy się znowu. No chyba, że jutro jest ostateczny dzień, a potem będzie już tylko za późno.


środa, 8 kwietnia 2015

10 sytuacji, które przeżył każdy z nas

WFA jedzie dalej, a ja zamiast ogarniać się na zajęcia to chodzę po mieszkaniu i rozmyślam o czym by tu napisać. No i wymyśliłam. Każdy nas w życiu miał doczynienia z pewnymi sytuacjami. Nieważne ile wtedy mieliśmy lat, ale to zawsze się działo. Zapewne jest ich dużo więcej niż udało mi się wymyśleć, ale na więcej już mnie chyba dziś nie stać.

1. Kazanie wygłoszone przez rodziców (zwłaszcza przez mamę):

Pokażcie mi człowieka, który tego nie doświadczył, a postawię mu pół litra i chętnie spotkam się z jego rodzicielami. Odkąd chodzę po tym świecie i mniej więcej rozumiem o co chodzi w żywocie człowieka, to doświadczyłam tej sytuacji niezliczoną ilość razy. I nieważne czy coś ma znaczenie czy nie. Czy chodzi o niewyrzucone śmieci czy kolejną kiepską kartkę z ocenami ze szkoły. Czego człowiek by nie zrobił zawsze dostanie opierdziel. Zawsze.

Klasycznym przykładem jest: "No, ale mamo, [tu wastaw imię swojego kumpla/kumpeli] też dostała/dostał pałę", a w odpowiedzi zawsze usłyszymy to samo: "Nie porównuj się do innych! Co oni mnie obchodzą?". Za to jak będzie coś fajnego co twój kumpel/kumpela zrobi, a ty nie to wtedy jest: "[wstaw imię] to zrobiła/zrobił. Dlaczego ty nie?". No i gdzie tu logika? Nasuwa się wtedy tylko jedno: Rodzice, kto ich zrozumie?


2. Babcia wpychająca w ciebie jedzenie:

Skoro jesteśmy przy rodzinie to nie mogło zabraknąć tego. Nie znam babci, która by nie powiedziała: "Za mało jesz" albo "Marnie wyglądasz". Nie każdy zawsze ma apetyt i pała miłością do jedzenia. No dobrze, ja w 99% przypadków zawsze jestem głodna, ale nie o tym mowa. Z babcią po prostu nie ma dyskusji. Masz jeść i koniec. Ale nie trochę, jak cywilizowany człowiek... Tylko sterta, jak dla armii, która wraca z pola bitwy.

A co się stanie jeśli człowiek się sprzeciwi? No ja bym nie ryzykowała, ale jeśli już to... Obraza majestatu gwarantowana i zrujnowane rodzinne spotkanie. Może też wystąpić płacz i zgrzytanie zębów, że już nie kochasz babci, ale tego zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć. Przecież my zawsze kochamy babcię. Dlatego zjadajcie wszystko i nie marudźcie.


3. Obcierające buty:

Czy jest coś gorszego, gdy kupujesz piękne, nowe buty, na specjalną okazję i je zakładasz, a potem zaczyna się piekło? Wtedy ma się ochotę spalić je, wyrzucić, zdeptać resztkami sił, a nawet zjeść. Do tego nie ma się siły na nic, a każdy kto się pojawi na naszej drodze jest potencjalną ofiarą naszej osoby. I nie ma tu znaczenia czy są to piękne szpilki od Louis Vuitton, trampki Converse, glany czy zwykłe baleriny. KAŻDE buty na początku obcierają. Bez wyjątku.

Jak temu zaradzić? Hmm... Okleić stopy plastrami czy napchać waty do środka? Według mnie tego po prostu nie da się uniknąć i trzeba to przetrwać. Trudno, będziemy krwawić i cierpieć, ale potem przyjemność chodzenia w naszych wymarzonych pantoflach będzie nieopisana. No chyba, że to będą drewniaki.


4. Spóźniająca się komunikacja miejska:

Styczeń, -20 stopni, godzina 19. Jesteś po całym dniu pełnym zajęć i jedyne o czym marzysz to koc i gorąca herbata. Ale nie... MZK, ZTM, SKM czy inny tego typu twór ma to gdzieś i jemu się nie spieszy. Ty masz sobie stać i czekać aż on łaskawie się pojawi na horyzoncie. A żeby tego było mało zazwyczaj jest zapchany pod sam sufit, że nie ma gdzie wcisnąć palca. Wtedy ty wypychasz się na siłę, jeszcze bardziej masz wszystkiego dość i nienawidzisz ludzi.

Dzięki takiej sytuacji ma się ochotę iść pieszo i wtedy nawet nie przeszkadza mróz, śnieg i inne anomalie pogodowe. Tylko nie zawsze jest to możliwe, bo co jeśli do domu masz osiem kilometrów? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i modlić się, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.


5. Stresujący egzamin/wystąpienie:

To jest obecne w naszym życiu zawsze. I nie ma znaczenia czy to matura, sesja, prawo jazdy czy prezentacja w pracy. Ten stres jest zawsze. I chwała tym, któzy potrafią nad nim zapanować, bo szczerze mówiąc ja mam z tym problem. Chociaż mówili, że matura to masakra, ale ja jakoś tego nie odczuwałam tak bardzo. Prawo jazdy? Tylko trochę. Za to sesja mnie przeraża i wolę o tym nie myśleć.

Czy jest sposób na pokonanie go? Zapewne najlepszym będzie upicie się (oczywiście tylko pełnoletni!), ale jeśli będziemy ograniczeni umysłowo to nic z nas nie będzie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to po prostu spięcie pośladków i wyobrażenie sobie, że wszyscy są bez ubrań. albo jednak nie... Sama nie wiem. Za to wiem, że łatwo po mnie poznać, że się stresuje. Moje ręcę trzęsą się wtedy jak u alkoholika na odwyku. Pomocy!


6. Idiota w kinie:

Czy jest coś co może bardziej nas wkurzyć od tego? Chyba nie. Idziesz na pełnym relaksie do kina, na film, na który długo czekasz, kupujesz popcorn, zajmujesz swoje miejsce, za które zapłaciłeś grube pieniądze i czekasz aż zacznie się seans. I już masz nadzieję, że wszystko będzie jak być powinno dopóki nie pojawia się na horyzoncie on - typowy idiota. Widzisz to z jego twarzy i wiesz, że to on. Najczęściej siada przed tobą albo za tobą. Jeśli przed tobą to: zasłania ci swoją wielką głową ekran i je popcorn jak świnia, a do tego siorbie resztkę picia, której i tak już nie ma w kubku. Jeśli za tobą: to kopie cię w krzesło i wiesza sobie kurtkę na oparciu twojego fotela.

Ale bezwzględu na to, gdzie usiądzie on zawsze ma telefon albo kumpla, drugiego idiotę. Wtedy gadają, śmieją się i masz wrażenie, że oni nie przyszli oglądać filmu. Oni przyszli zrujnować ci dzień. A już w ogóle szczytem wszystkiego jest to, że on już widział ten film i postanawia podzielić się z całą salą fabułą i oczywiście zakończeniem. Wtedy albo masz ochotę zrobić to albo to po prostu robisz, odwracasz się i:


7. Upierdliwa sprzedawczyni:

Sobotnie popołudnie, pełen relaks, kupa pieniędzy w portfelu (hahahaha!) i twój ulubiony sklep. Wchodzisz z radością, zaczynasz się rozglądać, podchodzisz do wieszaka i wtedy z drugiego końca sklepu słyszysz radosne: "W czym mogę pomóc?!". Ty ostrożnie się rozglądasz czy to aby na pewno do ciebie. Niestety tak, jesteś jej ofiarą. Ostrożnie odpowiadasz, że niczego nie oczekujesz, że tylko się rozglądasz. I wydaje ci się, że to koniec, ale to tylko cisza przed burzą. Wtedy ona jest jak ninja. Wyskakuje zza twoich pleców i radośnie zaczyna doradzać, że w tym kolorze ci idealnie, że ta bluzka świetnie się prasuje, a twój tyłek wcale nie jest za duży do tych spodni.

Co wtedy zrobić? Albo próbować jej tłumaczyć, że serio nie potrzebujesz porady (nie polecam, nie skutkuje) albo dać się kobiecie wygadać, odwiesić to co trzymasz w ręku i zwiewać stamtąd ile sił w nogach i pamiętać, że trzeba unikać tego miejsca przez kolejne sto lat. No chyba, że ktoś lubi takie panie sprzedawczynie i chętnie poddaje się jej opinii, a potem trafia do przymierzalni i jest z panią szczęśliwy.


8. Gorszy dzień:

Amen, amen, amen, każdy to przechodzi. Budzisz się rano, leje za oknem, twoje ulubione ciuchy leżą w pralce, kawa/herbata się skończyła, w lodówce biegają pingwiny, a do wyjścia masz pięć minut. Wtedy co robisz? Wracasz do łózka i nie chcesz oglądać nikogo. Ale niestety, tak wygląda bardzo optymistyczny scenariusz. Zazwyczaj w biegu myjesz zęby i się czeszesz, a potem ubierasz w to co leży na krześle i wychodzisz stawić czoła światu. Jak tylko na twojej drodze pojawiają się ludzie, zaznaczasz, żeby bez kija do ciebie nie podchodzić i dać ci spokój. Pracujesz w ciszy i (nie)skupieniu. Jedyne o czym marzysz to własne łóżko i bycie człowiekiem burrito. A gdy już cudem przeżyjesz ten dzień zaczynasz się zastanawiać co z tobą jest nie tak. Wtedy twój najlepszy przyjaciel przechodzi piekło i najczęściej wyłącza telefon, bo ma cię już dość.

Czym to spowodowane? Jeśli jesteś dziewczyną to chyba nie muszę tłumaczyć. To oczywiste, że nawiedza cię takie wredne coś co jak się nie pojawi to jest tragedia, a jak już jest to cię szlag trafia i koło się zamyka. Jeśli z kolei jesteś facetem to nie mam pojęcia. Nie jestem nim i nie wiem co ci może być.


9. Znajomi, którzy są kretynami:

Umówmy się, każdy takich ma, ale otwarcie się nie przyzna. Po prostu są takie osoby, że jak je widzisz to otwiera ci się nóż w kieszeni i masz ochotę strzelic im w twarz. Ale niestety tego nie zrobisz, bo jesteś zbyt dobrze wychowanym obywatelem i mamie by sie to nie spodobało. Więc zaciskasz zęby i masz nadzieje, że się do ciebie nie będą odzywać ani nawet na ciebie patrzeć. Po prostu niech sobie egzystują z dala od ciebie. Niestety, życie nie jest takie piękne. Oni właśnie wtedy postanawiają ci opowiedzieć o swoich interesujących weekendowych przygodach albo historie rodzinne sprzed pięćdziesięciu lat, które masz głęboko w poważaniu.

W takich właśnie chwilach marzysz, by rozjechał ich tramwaj albo po prostu porwali ich kosmici. A najgorszą rzeczą jest jak im się wydaje, że jesteście ich przyjaciółmi. A wy po prostu nie macie wyjścia i jesteście na nch skazani. Dlatego znieście to dzielnie, bo ja naprawdę wiem coś o tym.


10. Brak pieniędzy:

I właśnie w tej chwili każdy zagląda do swojego portfela i co widzi? Stertę paragonów i ostatnie dziesięć złotych, które zostało mu z ostatnich zakupów. To taki smutny widok, że masz ochotę się rozpłakać. Jeśli masz możliwość otrzymywania regularnego wsparcia finansowego to jesteś szczęściarzem. Jeśli nie to pozwól, że poślę ci wirtualnego przytulasa. Ja na szczęście jestem w tej pierwszej grupie, ale i tak za każdym razem, gdy mnie zapytasz o pieniądze powiem, że ich nie mam. Bo nie mam! Bo one się rozchodzą cholernie szybko i nawet nie da się nad tym zapanować.

Jak temu zaradzić? Cóż, można iść do pracy, ale to nie zawsze jest takie proste. Można żebrać, ale to chyba też bym sobie odpuściła. Postarać się oszczędzać? Hmm... Ja próbowałam, ale chyba nie umiem. Wygląda na to, że zawsze będziemy mówić, ale nie mamy hajsu, nawet jeśli to nie prawda. Dlatego jak sprawdzamy stan konta to nie róbmy takiej o to miny, bo to nic nie da:


Zapewne, jak mówiłam wcześniej, jest więcej sytuacji, których doznajemy w życiu, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy. Zawsze możecie się podzielić ze mną czymś o czym nie wspomniałam. :)

P.S. Dzisiejsze gify sponsoruje Lee Pace, który (zapewniam was) pojawi się jeszcze nie raz, bo on siedzi na samym początku szalonego WFA. :)