1. On się gaaaaaaapi!
Postanawiamy rozpocząć naukę i tak bardzo wmawiamy sobie, że nic, a nic nas od niej nie odciągnie. Robimy sobie herbatę, okładamy się książkami i włączamy laptopa. I tu pojawia się pierwsza przeszkoda. Naszym oczom ukazuje się tło naszego pulpitu i automatycznie myśli wędrują w sferę marzeń. A dlaczego? Bo pojawia się zdjęcie (w moim przypadku 92 zdjęcia, pozdrawiam) naszego ulubieńca/ulubieńców. I zamiast zabrać się za coś pożytecznego człowiek siedzi i się gapi i gapi i gapi i przestać nie może. Jednak, gdy już uda nam się wrócić na ziemię i włączyć trzeźwe myślenie to staramy się wrócić do nauki, a właściwie zacząć ją. Wtedy właśnie postanawiają sobie przypomnieć o nas znajomi i przysyłają SMS-a. Chcą, nie chcąc szukamy telefonu i znowu wpadamy, bo na backgroundzie w naszym telefonie znowu pojawia się nasz piękny bóg, któremu wyznajemy miłość i kolejne pół godziny w plecy.
A co zrobić, żeby nie tracić na tym czasu? Cóż... Jedyne co mogę w tej kwestii powiedzieć to to, że tego nie umiem przezwyciężyć i ja po prostu siedzę i się gapię, a czas leci. Niestety... Chociaż mi to nie przeszkadza.
2. Sprawdźmy co na Facebooku...
Skoro już nam się udało odnaleźć ikonkę przeglądarki internetowej po tym jak nasze myśli wróciły na właściwe tory to nie możemy przegapić okazji, by nie sprawdzić co ciekawego dzieje się na Facebooku. A może właśnie w tej chwili ktoś ze sobą zerwał albo ktoś inny dodał nowe zdjęcie? Przecież my tak bardzo lubimy żyć życiem innych osób, że nasze sprawy odkładamy w najciemniejszy kąt naszej szafy. Po co mamy zajmować się pisaniem skoro możemy pograć w Candy Crush albo znaleźć u znajomego na tablicy link do śmiesznych kotków na YouTube? Przecież to jest znacznie fajniejsze. A obowiązki mogą poczekać.
Co zrobić, żeby to ominąć? Jedna rada: nie logować się i zapomnieć, że Facebook istnieje. Pytanie tylko czy tak się da? Owszem, da się, ale tylko na 10 minut.
3. To może Tumblr?
To skoro olewamy Facebooka to może spróbujmy z Tumblrem? Tylko, że tu jest gorsza sprawa, bo ma to ścisły związek z punktem 1. W końcu po to stworzono takie złe narzędzie, by znowu nasz mózg tracił kontrolę i stał się fandomem. Nawet ze zdwojoną siłą. Bo tam możesz przewijać dashboard dopóki nie skończą ci się posty i dojedziesz do swoich własnych. A jeśli już to się stanie to wpisujesz w wyszukiwarkę interesującą cię frazę i z koło się zamyka. Z kolei jeżeli nie masz swojego własnego Tumblra to zawsze można znaleźć sobie jakiegoś ulubieńca i przeglądać go dopóki nie będzie miało się dość. I nim się obejrzysz, a kolejne dwie lub trzy godziny twojego cennego czasu zniknęły niepowrotnie.
Jak nad tym zapanować? Nie da się. Albo w sumie się da... Odciąć Internet! Wtedy powinno pomóc. No chyba, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić, wtedy po prostu zostajemy na Tumblrze i przeglądamy dalej.
4. O, a może nowy serial?
Jeśli jeszcze nie odcięliśmy Internetu, a nasz zapał do pracy nadal gdzieś błądzi i nie możemy wpaść na siebie to postanawiamy coś obejrzeć. No bo właśnie na Facebooku widzieliśmy świetny trailer nowego serialu, a na Tumblrze pół dashboardu było zapchane nowymi gifami z najnowszego odcinka. I co wtedy? Albo szukamy strony z serialami on-line albo zaglądamy w przestępczą część naszej duszy i ściągamy z sieci. Ale nie, to nie jest jeden czy dwa odcinki. To idzie w całych sezonach. W zależności od tego na co się decydujemy. Bo przy dobrych wiatrach w jeden dzień da się obejrzeć dwa sezony Friends albo The Big Bang Theory, ale to tylko jeśli nie jemy, nie pijemy, nie idziemy do toilet i nie zwracamy uwagi na nic. Tylko my i serial. Ale można też zaszaleć i obejrzeć całego Sherlocka. Dziewięc odcinków i każdy po półtorej godziny. To będzię... Hmmm... Kto jest dobry z matmy?
Da się uniknąć? Owszem, ale nie jestem pewna czy znam kogoś kto oparłby się takiej pokusie. Zawsze to lepiej pożyć życiem bohaterów niż zastanawiać się co by się chciało napisać w nudnej pracy, której tematu i tak się nie rozumie.
5. W lodówce jest tyle dobrych rzeczy...
Kiedy już w końcu uda nam się wyrzucić Internet przez okno postanawiamy ruszyć tyłek w celu poszukania czegoś do jedzenia. Przecież oglądanie seriali i przeglądanie wszystkich możliwych dashboadrów jest męczące. Więc wynurzamy się się z naszego miejsca pobytu i otwieramy wrota do szczęścia. Bierzemy sobie coś dobrego i wracamy. Jednak po pięciu minutach stwierdzamy, że może jakimś cudem coś tam się zmieniło i pojawiło się coś dobrego. Ponownie ruszamy do naszego przyjaciela, by stwierdzić ze smutkiem, że nie, niestety, bez zmian. Idziemy do siebie i przez kolejne pięć minut zastanawiamy się, w której szafce mogą być te dobre ciastka albo czy mamy odpowiednią ilość mleka, by ugotować sobie budyń. W końcu wpadamy na pomysł, że po co tak się męczyć. Bierzemy po prostu resztę pieniędzy ze świnki skarbonki i idziemy po litr lodów i paczkę chipsów do najbliższego supermarketu.
Możemy to pokonać? Oczywiście, że nie! Przecież na głód i zasysanie w żołądku nic się nie poradzi i trzeba karmić nasz organizm. Jeszcze biedny się rozchoruje, jeśli nie dostarczymy mu tego co potrzebuje.
6. Jaki tu bałagan!
Skoro już się posililiśmy to czas spalić te kalorie. Nagle zauważamy, że w naszym pokoju/mieszkaniu panuje okropny nieporządek i czas to zmienić. Postanawiamy wtedy pojeździć na odkurzaczu i na mopie, wciągnąć kurz z parapetu i wynieść śmieci, które już stoją i czekają od miesiąca. Jakby tego było mało znajdujemy rzeczy, które szukaliśmy od miesięcy i dziwimy się, że przekopaliśmy cały dom, a one leżały tuż pod naszym nosem. Zaczytujemy się nawet w starych pracach domowych ze szkoły, które gdzieś znaleźliśmy pod łóżkiem. A czas biegnie dalej i pisanie czy nauka leży odłogiem. Ale kto by się przejmował. Przecież jeszcze nie podlaliśmy kwiatków i nie wypraliśmy firan. Więc jeśli firany będą czyste to okna też muszą być.
No tego zdecydowanie nie powinniśmy odkładać! A co jeśli, właśnie dziś na kolacje postanowi wpaść Królowa Wielkiej Brytanii, a tu taki nieład i nieporządek? Przecież musi być ugoszczona w jak najlepszych warunkach.
7. Jaki ładny sufit...
Sprzątanie jest męczącym zajęciem, więc po nim trzeba odpocząć. Wtedy kładziemy się i jedyne na co mamy ochotę to gapienie się w sufit. Zauważamy jego piękno, ale także niedoskonałości, które się na nim znajdują. A gdy już przestaniemy to robić, swój wzrok przenosimy na zegar i orientujemy się, że czas iść się kąpać i spać. Niestety oznacza to również, że znowu cały dzień nic nie zrobiliśmy, a książki leżą jak zleżały.
Gdy już zasypiamy wmawiamy sobie, że jutro rano wstaniemy szybciej i weźmiemy się do pracy, ale i tak dobrze wiemy, że to co zrobiliśmy dzisiaj powtórzy się znowu. No chyba, że jutro jest ostateczny dzień, a potem będzie już tylko za późno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz