No dobrze, autobus jedzie dalej. Na postoju pomalowałam paznokcie i mogę teraz się uzewnętrznić. Dziś zamiast pisać pracę na zaliczenie ze staropola (spłone za to w piekle) ruszyłam na szoping, ale po kolei. Obudziłam się w samo południe, rozejrzałam po mojej zagrodzie i zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo w każdy normalny weekend zostałabym obudzona już przed 11. A tu nic. Cisza, spokój i świerszcze.
Wydostałam się z mojego burrito i udałam się do kuchni. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy wędrowali po posiadłości w piżamach, a to się nigdy nie zdarza. Kulturalnie zjadłam śniadanie i czekałam na rozwój wydarzeń. W stanie piżamowym pozostaliśmy do obiadu (!), a następnie moja kochana mama oznajmiła, że jedziemy zwiedzać nową galerię do Elbląga i pospacerujemy po starówce. Ja w przeciągu dwudziestu minut z Chopina w natchnieniu stałam sie w miarę cywilizowanym człowiekiem. Do tego nie mogłam przepuścić okazji, by zostać szoferem. Zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w drogę. Tak bardzo uwielbiam prowadzić auto. W końcu mogłam poszaleć (oczywiście zgodnie z przepisami) i poczuć wiatr we włosach.
Podróż zbyt szybko się skończyła, ale miałam okazję pojeździć po rondzie turbinowym. Całkiem przydatny wynalazek. Gdy już trafiliśmy pod galerię i udało mi się zaparkować to jedyne co dało się słyszeć to język braci Rosjan. Ale mnie to nie przeszkadzało i weszliśmy do windy. Generalnie windy w centrach handlowych to małe szklane puszki, w których można się nabawić klaustrofobii. Jednak nie tym razem. Ta, do której trafiłam wyglądała niczym droga do prosektorium. Ogromna, cała metalowa, z miejscem na trzy łóżka dla dentatów.
Kiedy już opuściłam windę to chciałam iść do jakiegoś przyjemnego sklepu, ale nie, mama musiała iść oglądać buty. W tej kwestii z moja rodzina jest taka: ja wchodzę do sklepu, mierze i jeśli mi się podobają i są ok, to idę do kasy, a potem walczę z obcieraniem, gdy już w nich chodzę. Moja mama zazwyczaj mierzy dwie pary, ogląda, znowu mierzy i ewentualnie decyduje się na jedną z nich. Z kolei mój tata jest mistrzem w tej kwestii. Najpierw przez pół godziny ogląda jedna parę, potem przez następne pół godziny druga parę, później mierzy obie pary, by ostatecznie stwierdzić, że to nie to i wychodzi ze sklepu. Tym razem mu się jedne w końcu podobały, ale niestety nie było rozmiaru. Mama na szczęście kupiła sobie buty.
Ja chciałam sobie kupić jakąś przezacną koszulkę, ale nic z tego nie wyszło, bo przyjechaliśmy na zakupy, a zwiedziliśmy tylko 1/5 galerii. I gdzie tu logika? Za to obejrzałam wszystkie możliwe buty jakie były dostępne w tym budynku. No i jeszcze spożywczaka nawiedziłam. Ale ku swojej radości udało mi się pojawić w moim ulubionym sklepie i gdy tylko trafiłam na dział muzyczny w ręce wpadło mi sześć płyt, które chce sobie kupić.
Za to naszła mnie myśl: czy coś jest ze mną nie tak, bo pamiętam, że kiedyś był szał na Conversy (nadal jestem TeamConverse), a teraz to jakby wiocha. Obecnie wszyscy chodzą albo w Vansach albo w New Balance'ach. Dziś miałam na sobie moje piękne, zielone Conversy, a jakaś dziewczyna w NB zjechała mnie wzrokiem po tym jak zauważyła jakie mam buty. Nie mam zwyczaju krytykowania co kto nosi, bo generalnie mam to gdzieś, ale ona mogła się powstrzymać.
Z interesującego faktu dnia może być jeszcze to, że spotkałam pewnego osobnika, którego ja znam, a on mnie nie i to nawet dobrze, bo nie lubię spotykać znajomych na mieście. Szczególnie znajomych mojej mamy, bo wtedy marnujemy cenną godzinę na rozmowę z nowospotkanymi. Do tego przeżyłam szok życiowy i nawet wydawało mi się przez chwilę, że straciłam przytomność. I już tłumaczę dlaczego. Po całej jakże interesującej wyprawie pojechaliśmy do pewnego marketu w celu uzupełnienia zapasów sałaty i wody do ekspresu. Zdążyłam zrobić zakupy i zapłacić za nie, a następnie zacząć opuszczać sklep, by umrzeć na trzy sekundy. W drzwiach wejściowych pojawił się... Mój sobowtór. Dziewczyna/kobieta (trudno było mi określić jej wiek) wyglądała jak ja. Twarz, okulary, kolor włosów, kurtka... I jedyne co mnie utwierdziło w przekonaniu, że to nie ja to to, że miała białą koszulkę, a ja żółtą. Aż po prostu krew mi odpłynęła z twarzy, bo takie rzeczy mi się nie zdarzają. I cieszę się, że będąc w takim szoku w całym kawałku dowiozłam wszystkich do domu.
Ostatecznie poczułam rozczarowanie po dzisiejszych zakupach. Nic sobie nie kupiłam poza ciastkiem morelowym i kostką sera feta. Za to kolacja mi to wynagrodziła (kurczak z rożna i sałatka). A po kolacji kilka łyków wody ognistej...
P.S. Spaceru po starówce nie było. Woleli wrócić do domu na mecz siatkarek, które i tak przegrały...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz