Skoro wczoraj była mowa o filmach to dziś na tapetę w moim Wesołym
Fandomowym Autobusie biorę muzykę. Jako, że zdecydowanie bardziej wolę panów
(panie też są ok) to przedstawiam zestawienie najlepszych głosów na mojej
playliście. I tym razem kolejność ma znaczenie. :)
1. Sting
Właściwie Gordon Matthew Sumner. Brytyjski muzyk, wokalista i
kompozytor. Karierę rozpoczynał w The Police, a od połowy lat 80. stał się
muzykiem solowym. Mogłabym rozpisać się na temat jego życia, ale jeśli ktoś ma
ochotę o ty poczytać to odsyłam do czeluści Internetu. Ja wolałabym się skupić
na twórczości. The Police powstało w 1977 roku w Londynie. Zespół został
założony z inicjatywy perkusisty Stewarta Copelanda. Po kilku miesiącach
dołączył do panów gitarzysta Andy Summers. Grupa nagrała pięć
albumów: "Outlandos d'Amour" (1978), "Reggatta de Blanc"
(1979), "Zenyatta Mondatta" (1980), "Ghost in the Machine"
(1981), "Synchronicity" (1983). Oficjalnie zespół nigdy nie rozwiązał swojej działalności, jednak
Sting rozpoczął solową karierę. Zawsze się mówi, że jest słaba szansa, by muzyk
odchodzący z zespołu, który jest na szczycie odniósł podobny sukces
samodzielnie. Jak widać w tym przypadku się udało.
Solowo Sting wydał dziesięć albumów studyjnych. Moimi
ulubionymi albumami są: "... Nothing like the Sun" (1987), "Ten
Summoner's Tales" (1993) oraz "Sacred Love" (2003). Gdybym miała mówić dlaczego akurat te to
miałabym problem. Wydaje mi się, że główną przyczyną jest to, że każda z tych
płyt w jakiś sposób pokazuje ewolucję twórczości Stinga. Ale żeby nie było, że
tylko tych trzech płyt słucham z jego dyskografii to od razu mówię, że mój
telefon jest wypełniony jego piosenkami z każdej płyty.
Moim największym szczęściem jest to, że miałam okazję być na jego
koncercie i zdecydowanie była to jedna z najlepszych rzeczy jaka mi się
przytrafiła w życiu. Na drugi dzień moje gardło trochę dało mi odczuć, że za
mocno się wydzierałam, ale było warto.
2. Ed Sheeran
Właściwie Edward Christopher
Sheeran. Brytyjski wokalista
i autor tekstów. Już jako młody chłopak zaczął pisać piosenki, ale wydany
dopiero w 2011 roku cały album zatytułowany "+" przyniósł mu ogromną
popularność na całym świecie. Z kolei w 2014 roku ukazał się jego drugi album
zatytułowany "X".
Obie płyty stoją u mnie na półce, a także egzystują w moim
telefonie. Nie potrafię powiedzieć, którą płytę bardziej wolę, bo obie znam na
pamięć i każda daje coś innego. A jeśli miałabym decydować czy bardziej
podobają mi sie jego ballady czy "szybsze" piosenki to wybrałabym tą
drugą opcję. Nie mówię, że wolne kawałki są słabe, bo są genialne, a Ed potrafi
pięknie przekazywać emocje, ale bardziej trafiają do mnie takie numery jak
"Sing" czy "Don't". Jednak jako fanka Hobbita (oj, bójcie
się jak przyjdzie mi o tym napisać, a to już niedługo) kocham go miłością
bezgraniczną za "I see fire". Piosenka ta jest zmasakrowana przeze
mnie, ma pierwsze miejsce w najczęściej odtwarzanych i gdyby ktoś mnie w środku
nocy obudził i kazał recytować, bo śpiewać to nie umiem, nie miałabym z tym
najmniejszego problemu. I do tego taki ładny klip video...
Niestety na jego koncercie nie byłam, ale mam nadzieję, że taka
okazja się przytrafi i wtedy będę mogła go posłuchać na żywo.
3. Piotr Rogucki
A teraz polskie podwórko. Łódzki wokalista i autor tekstów oraz
aktor. Znany głównie z tego, że jest liderem grupy Coma. Działalność muzyczną
rozpoczął w 1998 r. Z zespołem nagrał sześć albumów. Zdecydowanie moimi
ulubionymi jest ich debiutancki krążek "Pierwsze wyjście z mroku"
(2004) oraz "Czerony album" (2011). Oczywiście obie płyty mam w swoim
posiadaniu.
Ale wracając do samego wokalisty. On również należy do tych
twórców, którzy lubią pisać coś na własną rękę. Rogucki dorobił się dwóch
solowych albumów (również je mam): "Loki - wizja dźwięku" (2011) oraz
"95-2003" (2012). Pierwszy krążek to "ścieżka dźwiękowa do
filmu, który nigdy nie powstał", a przynajmniej tak sam artysta o niej
mówi. I rzeczywiście, jeśli słucha się piosene po kolei, tak jak są ułożone na
płycie, usłyszymy historię Lokiego i jego alter ego (albo odwrotnie). Z kolei
druga płyta to zbiór utworów, które napisał w latach 1995-2003, a nigdy nie
znalazły się na żadnym wydawnictwie. Jest to zdecydowanie poezja śpiewana,
która bardzo dobrze mu wychodzi.
Oczywiście na koncercie Comy jak i na Roguckim solo miałam
przyjemność być. Wydawać by się mogło, że skoro ten sam artysta to klimat
również niczym się nie różni. Otóż nic bardziej mylnego. Coma to totalna miazga
energetyczna, a akt solo to świetne wyciszenie i bliskie spotkanie z
poruszającymi tekstami.
4. Hans
Właściwie Przemysław Frencel. Poznański raper, wokalista i autor tekstów. Współzałożyciel grupy 52 Dębiec, a obecnie również wokalista w zespole Luxtorpeda. Za co uwelbiam Hansa? Już tłumaczę. Po pierwsze 52 Dębiec, ale chyba jeszcze nie jestem na etapie całkowitego poznania dyskokrafii grupy. Po drugie kariera solowa i przy tym chcę się zatrzymać. W 2011 roku wydał solowy album, którego (to niespodzianka!) niestety nie posiadam w formie płyty CD, ale mam na telefonie. Znam go od deski do deski, wzdłuż i wszerz. Tak naprawdę nie toleruję chyba tylko jednego utworu z tego wydanictwa, a resztę to biorę w ciemno.
Ale chyba najważniejszym powodem jest Luxtorpeda. Tak naprawdę poznając Luxtorpedę poznałam Hansa, chociaż kiedyś dawno temu znałam kilka piosenek 52 i niestety nie byłam świadoma, że to on. W Luxach mamy doskonałe połączenie Hansowego flow i dobrej rockowej muzyki. Luxtorpeda nagrała trzy albumy, ale mam tylko jeden, najnowszy (oczywiście w postaci płyty CD) "A morał tej historii mógłby być taki mimo, że cukrowe to jednak buraki". Za to z autografami całego zespołu.
Na koncercie Luxtorpedy się pojawiłam i było bardzo, bardzo energetycznie. Jak tylko natrafi się następna okazja to idę drugi raz.
5. Artur Rojek
No i ostatni z tych co muszą zawsze być w odtwarzaczu. Muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów. Zaczynał karierę w Myslovitz, ale w 2012 roku, po 20 latach działalności w zespole, rozpoczął karierę solową. Z zespołem wydał dziesięć płyt studyjnych. Moją ulubioną jest zdecydowanie "Miłość w czasach popkultury" (1999). Niestety nie posiadam tej płyty, ale muszę ją gdzieś poszukać i zakupić. Chyba z pomocą przyjdzie mi tu mój ulubiony sklep.
Jako solista wydał do tej pory jeden album "Składam się z ciągłych powtórzeń" (2014). Zdecydowanie piosenką z tej płyty, którą uwielbiam jest (czy raczej są?) "Syreny". Ostatnio ciągle jej słucham i nie mogę się od niej uwolnić. Ale że ma bardzo ładny tekst to wybaczam.
Na koncercie Myslovitz byłam... W wieku sześciu lat na pikniku, gdzie sponsorem były wafelki Koziołek Matołek. Jedyne co pamiętam to zestaw dziesięciu wafelków i plastikowy kubek do herbaty, który kupili mi rodzice. Potem w dwa dni zjadłam wafelki, a kubek zaginął gdzieś w akcji po latach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz