wtorek, 7 kwietnia 2015

5 wspaniałych, bez których nie istnieje moja playlista

Skoro wczoraj była mowa o filmach to dziś na tapetę w moim Wesołym Fandomowym Autobusie biorę muzykę. Jako, że zdecydowanie bardziej wolę panów (panie też są ok) to przedstawiam zestawienie najlepszych głosów na mojej playliście. I tym razem kolejność ma znaczenie. :)

1. Sting

Właściwie Gordon Matthew Sumner. Brytyjski muzyk, wokalista i kompozytor. Karierę rozpoczynał w The Police, a od połowy lat 80. stał się muzykiem solowym. Mogłabym rozpisać się na temat jego życia, ale jeśli ktoś ma ochotę o ty poczytać to odsyłam do czeluści Internetu. Ja wolałabym się skupić na twórczości. The Police powstało w 1977 roku w Londynie. Zespół został założony z inicjatywy perkusisty Stewarta Copelanda. Po kilku miesiącach dołączył do panów gitarzysta Andy Summers. Grupa nagrała pięć albumów: "Outlandos d'Amour" (1978), "Reggatta de Blanc" (1979), "Zenyatta Mondatta" (1980), "Ghost in the Machine" (1981), "Synchronicity" (1983). Oficjalnie zespół nigdy nie rozwiązał swojej działalności, jednak Sting rozpoczął solową karierę. Zawsze się mówi, że jest słaba szansa, by muzyk odchodzący z zespołu, który jest na szczycie odniósł podobny sukces samodzielnie. Jak widać w tym przypadku się udało. 

Solowo Sting wydał dziesięć albumów studyjnych. Moimi ulubionymi albumami są: "... Nothing like the Sun" (1987), "Ten Summoner's Tales" (1993) oraz "Sacred Love" (2003). Gdybym miała mówić dlaczego akurat te to miałabym problem. Wydaje mi się, że główną przyczyną jest to, że każda z tych płyt w jakiś sposób pokazuje ewolucję twórczości Stinga. Ale żeby nie było, że tylko tych trzech płyt słucham z jego dyskografii to od razu mówię, że mój telefon jest wypełniony jego piosenkami z każdej płyty.



Moim największym szczęściem jest to, że miałam okazję być na jego koncercie i zdecydowanie była to jedna z najlepszych rzeczy jaka mi się przytrafiła w życiu. Na drugi dzień moje gardło trochę dało mi odczuć, że za mocno się wydzierałam, ale było warto. 

2. Ed Sheeran

Właściwie Edward Christopher Sheeran. Brytyjski wokalista i autor tekstów. Już jako młody chłopak zaczął pisać piosenki, ale wydany dopiero w 2011 roku cały album zatytułowany "+" przyniósł mu ogromną popularność na całym świecie. Z kolei w 2014 roku ukazał się jego drugi album zatytułowany "X". 

Obie płyty stoją u mnie na półce, a także egzystują w moim telefonie. Nie potrafię powiedzieć, którą płytę bardziej wolę, bo obie znam na pamięć i każda daje coś innego. A jeśli miałabym decydować czy bardziej podobają mi sie jego ballady czy "szybsze" piosenki to wybrałabym tą drugą opcję. Nie mówię, że wolne kawałki są słabe, bo są genialne, a Ed potrafi pięknie przekazywać emocje, ale bardziej trafiają do mnie takie numery jak "Sing" czy "Don't". Jednak jako fanka Hobbita (oj, bójcie się jak przyjdzie mi o tym napisać, a to już niedługo) kocham go miłością bezgraniczną za "I see fire". Piosenka ta jest zmasakrowana przeze mnie, ma pierwsze miejsce w najczęściej odtwarzanych i gdyby ktoś mnie w środku nocy obudził i kazał recytować, bo śpiewać to nie umiem, nie miałabym z tym najmniejszego problemu. I do tego taki ładny klip video...



Niestety na jego koncercie nie byłam, ale mam nadzieję, że taka okazja się przytrafi i wtedy będę mogła go posłuchać na żywo.

3. Piotr Rogucki

A teraz polskie podwórko. Łódzki wokalista i autor tekstów oraz aktor. Znany głównie z tego, że jest liderem grupy Coma. Działalność muzyczną rozpoczął w 1998 r. Z zespołem nagrał sześć albumów. Zdecydowanie moimi ulubionymi jest ich debiutancki krążek "Pierwsze wyjście z mroku" (2004) oraz "Czerony album" (2011). Oczywiście obie płyty mam w swoim posiadaniu. 

Ale wracając do samego wokalisty. On również należy do tych twórców, którzy lubią pisać coś na własną rękę. Rogucki dorobił się dwóch solowych albumów (również je mam): "Loki - wizja dźwięku" (2011) oraz "95-2003" (2012). Pierwszy krążek to "ścieżka dźwiękowa do filmu, który nigdy nie powstał", a przynajmniej tak sam artysta o niej mówi. I rzeczywiście, jeśli słucha się piosene po kolei, tak jak są ułożone na płycie, usłyszymy historię Lokiego i jego alter ego (albo odwrotnie). Z kolei druga płyta to zbiór utworów, które napisał w latach 1995-2003, a nigdy nie znalazły się na żadnym wydawnictwie. Jest to zdecydowanie poezja śpiewana, która bardzo dobrze mu wychodzi. 



Oczywiście na koncercie Comy jak i na Roguckim solo miałam przyjemność być. Wydawać by się mogło, że skoro ten sam artysta to klimat również niczym się nie różni. Otóż nic bardziej mylnego. Coma to totalna miazga energetyczna, a akt solo to świetne wyciszenie i bliskie spotkanie z poruszającymi tekstami.

4. Hans

Właściwie Przemysław Frencel. Poznański raper, wokalista i autor tekstów. Współzałożyciel grupy 52 Dębiec, a obecnie również wokalista w zespole Luxtorpeda. Za co uwelbiam Hansa? Już tłumaczę. Po pierwsze 52 Dębiec, ale chyba jeszcze nie jestem na etapie całkowitego poznania dyskokrafii grupy. Po drugie kariera solowa i przy tym chcę się zatrzymać. W 2011 roku wydał solowy album, którego  (to niespodzianka!) niestety nie posiadam w formie płyty CD, ale mam na telefonie. Znam go od deski do deski, wzdłuż i wszerz. Tak naprawdę nie toleruję chyba tylko jednego utworu z tego wydanictwa, a resztę to biorę w ciemno. 

Ale chyba najważniejszym powodem jest Luxtorpeda. Tak naprawdę poznając Luxtorpedę poznałam Hansa, chociaż kiedyś dawno temu znałam kilka piosenek 52 i niestety nie byłam świadoma, że to on. W Luxach mamy doskonałe połączenie Hansowego flow i dobrej rockowej muzyki. Luxtorpeda nagrała trzy albumy, ale mam tylko jeden, najnowszy (oczywiście w postaci płyty CD) "A morał tej historii mógłby być taki mimo, że cukrowe to jednak buraki". Za to z autografami całego zespołu. 


Na koncercie Luxtorpedy się pojawiłam i było bardzo, bardzo energetycznie. Jak tylko natrafi się następna okazja to idę drugi raz.

5. Artur Rojek

No i ostatni z tych co muszą zawsze być w odtwarzaczu. Muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów. Zaczynał karierę w Myslovitz, ale w 2012 roku, po 20 latach działalności w zespole, rozpoczął karierę solową. Z zespołem wydał dziesięć płyt studyjnych. Moją ulubioną jest zdecydowanie "Miłość w czasach popkultury" (1999). Niestety nie posiadam tej płyty, ale muszę ją gdzieś poszukać i zakupić. Chyba z pomocą przyjdzie mi tu mój ulubiony sklep. 

Jako solista wydał do tej pory jeden album "Składam się z ciągłych powtórzeń" (2014). Zdecydowanie piosenką z tej płyty, którą uwielbiam jest (czy raczej są?) "Syreny". Ostatnio ciągle jej słucham i nie mogę się od niej uwolnić. Ale że ma bardzo ładny tekst to wybaczam. 


Na koncercie Myslovitz byłam... W wieku sześciu lat na pikniku, gdzie sponsorem były wafelki Koziołek Matołek. Jedyne co pamiętam to zestaw dziesięciu wafelków i plastikowy kubek do herbaty, który kupili mi rodzice. Potem w dwa dni zjadłam wafelki, a kubek zaginął gdzieś w akcji po latach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz